piątek, 8 stycznia 2021

~Rozdział XIV~

Nadszedł luty, a Rose wciąż nie powiedziała Troye’owi o tym, jak w wigilię Bożego Narodzenia spróbowała pójść do kościoła. Sama nie wiedziała, dlaczego tak ciężko było jej się do tego zebrać. Być może było to dla niej dość osobiste przeżycie, mimo że wcale nie weszła do środka. Ostatnio jednak jej myśli zaprzątało coś innego – nie czuła się do końca sobą.

Ciągle odczuwała zmęczenie, brakowało jej energii właściwie do najprostszych czynności życia codziennego. Zwykle od razu po powrocie z pracy kładła się spać. Tylko krew Troye’a nieco ją pobudzała. Obecnie pili z siebie co dwa tygodnie.

Troye natomiast wręcz przeciwnie, zmagał się z nadpobudliwością i problemami ze snem. Ostatnio stał się bardzo nerwowy – byle błahostka potrafiła wyprowadzić go z równowagi. Z trudem opanowywał gniew, by nie zareagować krzykiem i wyżywaniem się nad przedmiotami. Niedawno wrócił z uczelni tak zdenerwowany, że padł na łóżko i wykrzyczał się w poduszkę, co nieco przestraszyło i zaniepokoiło Erika. Troye twierdził jednak, że wszystko było z nim w porządku i nie potrzebował pomocy.

Właściwie tylko Rose potrafiła Troye’a uspokoić i to nawet nie kojącymi słowami, a swoją ogólną postawą. Gdy przebywali razem, Troye miał wrażenie, że jej zmęczenie mu się udzielało. Z kolei, gdy się zdenerwował, Rose również odczuwała gniew, chociaż wiedziała, że w niektórych przypadkach przesadzał z gniewną reakcją. Wydawało im się, że ostatnio bardzo przejmowali emocje od siebie nawzajem, lecz sami niezbyt rozumieli, co to wrażenie miałoby oznaczać. Coś w każdym razie musiało się z nimi dziać, a to założenie potwierdził u Rose jej ostatni sen, w którym widziała Troye’a za czasów liceum.

Stał w szkolnym korytarzu i rozmawiał z jakimś chłopakiem o Galaktycznym Ataku, swojej ulubionej grze sci-fi. We śnie była tylko obserwatorką. Troye był tak pochłonięty opowiadaniem, jaką świetną zbroję udało mu się wygrać w evencie, że nie zauważył dziewczyny z krótkimi brązowymi włosami, która właśnie do niego podeszła i się przywitała. Kolega Troye’a na szczęście się zreflektował.

– Cześć, Leilani! – odpowiedział jej entuzjastycznie.

Jej imię zabrzmiało dziwnie znajomo dla Rose, która chwilę potem zorientowała się, że tak właśnie nazywała się była dziewczyna Troye’a. Przyjrzała jej się badawczo. Wyglądała dosyć uroczo – była ubrana w T-shirt, spódniczkę oraz trampki. Jej skóra miała karmelowy odcień, nos i policzki były upstrzone piegami, pełne usta uśmiechały się przyjaźnie, a ciemne włosy kręciły się w loki, dodając dziewczynie subtelnego uroku.

– Ojej, to ty… Wybacz, zagadałem się – oznajmił niezręcznie Troye.

– Przyzwyczaiłam się, mój galaktyczny wojowniku – Leilani westchnęła tylko z małym rozbawieniem, po czym cmoknęła chłopaka w policzek.

Scena rozmyła się, by zmienić się w inną i choć była bardzo podobna do tamtej, Rose miała podświadomą pewność, że działo się to później. Tym razem Troye stał na szkolnym dziedzińcu w towarzystwie dwóch kolegów. Rozmawiali o czymś, co zdawało się wcale nie interesować Troye’a zajętego bardziej własnym telefonem niż uczestnictwem w dyskusji. Zaraz pojawiła się jeszcze dziewczyna, którą Rose rozpoznała od razu – jasnorude włosy, okulary z ciemnymi oprawkami, brązowozielone oczy – bez wątpienia była to Lavender Reeves.

Trzymała w ręku parę zeszytów, przytulając je nerwowo do siebie. Chwilę obserwowała Troye’a z oddali, jakby wahając się przed podejściem bliżej, a gdy jeden z jego znajomych złapał z nią kontakt wzrokowy, przełknęła nerwowo ślinę i ruszyła w ich stronę. Troye podniósł wzrok znad telefonu i go zmroziło. Silił się na uśmiech, lecz kąciki jego ust drgnęły tylko niezręcznie.

– Cześć, przyszłam oddać ci zeszyty, dziękuję za pomoc – wydusiła z siebie Lavender na jednym wydechu, po czym wystawiła je przed siebie z rozmachem.

Obserwującej tę scenę Rose zrobiło się nawet żal nieporadnej Lavender, na której widok jeden ze znajomych Troye’a zaśmiał się pod nosem. Rose z zażenowaniem przypomniała sobie o czasach swojego liceum, dojrzewania i szalejących hormonów. Cieszyła się, że miała to już za sobą.

– Może byś je wziął, co? – zachichotał wysoki chłopak towarzyszący Troye’owi, który przez jakiś czas tylko stał nieruchomo, gapiąc się na Lavender.

– Ahm, tak – odchrząknął, zabierając swoje zeszyty. – Dzięki, cieszę się, że mogłem pomóc – wymamrotał, znów uśmiechając się w zawstydzeniu.

Dziewczyna w odpowiedzi odważyła się na równie skrępowany uśmiech, a następnie wymamrotała ciche pożegnanie, odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem ruszyła przed siebie. Zastygnięty w bezruchu Troye utkwił w niej tępy wzrok. Gdy zniknęła w murach szkoły, jego koledzy wybuchli śmiechem, popychając go żartobliwie.

– Chyba przedawkowałeś Galaktyczny Atak – odrzekł niższy kolega o ciemnych, krótko przyciętych włosach. – Sam stałeś się kosmitą zombie!

– Najpierw Leilani, teraz ta… Lavender, tak? – dodał drugi chłopak. – Interesuje się tobą już kolejna dziewczyna o imieniu oznaczającym jakąś roślinę.

– No wiadomo, w końcu to Jardin, a nazwisko zobowiązuje!

– Haha, tak! Kolejny kwiatek do ogrodu, co Troye?

– Zamknijcie się… – skomentował przyjaźnie Troye, uśmiechając się zadziornie.

 „Ojej, faktycznie… I ja też mam kwietne imię!” – zdała sobie sprawę Rose, a potem się obudziła.

Później relacjonując ten sen Troye’owi, nie mogła się powstrzymać przed zapytaniem:

– Czy to znaczy, że z Niną ci nie wyszło, bo jej imię nie pochodzi od żadnej rośliny?...

– Rose… – westchnął Troye, lecz po chwili parsknął śmiechem, a ona do niego dołączyła, bo miał być to żart.

– Ale na poważnie… Martwię się tymi snami – oznajmiła. – To dziwne.

– Póki co przynajmniej nie śniły się nam jakieś upokarzające sceny z życia… Chociaż jakbym zobaczył siebie w tamtej sytuacji, to pewnie poczułbym się zażenowany…

– Może powinniśmy o to kogoś spytać, sama nie wiem…

– Kogo?

– Kogoś, kto bardziej zna się na wampirach… – jęknęła Rose. – Ja nigdy w to nie wnikałam, trzeba by było poszukać jakiegoś wampira wyższego rangą…

– Wasze społeczeństwo jest hierarchiczne?

– Wasze też jest, mimo że ten podział może nie jest aż tak widoczny jak kiedyś – mruknęła w odpowiedzi, na co Troye musiał przyznać jej rację. – W każdym razie miałam tu na myśli jakiegoś wampirzego mistrza… Ale skontaktowanie się z nim oznaczałoby interakcję z innym wampirem, uch…

– Znasz kogoś takiego?

– Kiedyś poznałam… Nazywa się Ethan, jednak poproszenie go o pomoc w tej kwestii mogłoby być ryzykowne, on pracuje w WAMPie… Wampirzej Agencji Międzynarodowego Porządku, instytucji stróżów naszego prawa – wyjaśniła szybko, widząc pytającą minę Troye’a.

– Wampirza policja, rozumiem…

– No coś w tym stylu… Ethana poznałam podczas mojej podróży. Właściwie to powinien był mnie wtedy zabrać z powrotem do domu, do moich prawnych opiekunów, jednak opowiedziałam mu moją historię i dał się przekonać, żeby mnie nie odsyłać… Nawet pomógł mi trochę zorientować się, gdzie mogłam żyć w miarę normalnie jak na moje dawne warunki.

– Czyli nagiął dla ciebie zasady? Może i tym razem by to zrobił… Ale nie wiem, Rose, chyba nie musimy o tym nikomu mówić.

– Sama się waham… Musielibyśmy wówczas wspomnieć o naszym wzajemnym piciu krwi… Mówiłam ci, że to szkodzi ludziom, być może nawet jest nielegalne… Pewności nie mam.

Chwilę siedzieli w ciszy, zastanawiając się nad tą sytuacją. Oboje próbowali rozstrzygnąć, czy w ogóle było się czym martwić, bo chociaż zdarzenia te były dosyć niespodziewane, uznali, że w gruncie rzeczy nie stało się nic złego. Nie powiedzieli sobie tego na głos ani w myślach, lecz oboje mieli pewność, że myśleli tak samo. Skąd? Sami do końca nie wiedzieli, właściwie wystarczyło tylko wymienienie jednego spojrzenia. O jednym byli przekonani – ich więź telepatyczna wyraźnie się wzmocniła, jakby łączyło ich pokrewieństwo dusz.

~ Może niepotrzebnie panikuję… – Rose świadomie podzieliła się swoimi myślami z Troyem ~ Rozumienie się bez słów może po prostu oznaczać bliskość – ciężko mi stwierdzić, nigdy wcześniej nikogo takiego nie miałam. Tylko te sny…

~ Obserwujmy sytuację, oby nie było się czym martwić. Pomodlę się w tej sprawie – obiecał w odpowiedzi.

– Właśnie, Troye… – odezwała się Rose, postanawiając wreszcie opowiedzieć o pasterce.

Starała się przy tym dokładnie opisać swoje uczucia, lecz brakowało jej słów, by oddać to przejęcie, poruszenie i niesamowitą siłę połączoną ze strachem. Wszystko wówczas w niej drżało i nawet teraz przy opowiadaniu zdarzenia sprzed ponad miesiąca, była bardzo rozemocjonowana.

Troye przyglądał się jej z lekkim zdziwieniem i niepokojem, zupełnie nie wiedząc, jak miał na to zareagować. Dla niego pójście do kościoła było czymś zupełnie normalnym, a Rose przeżywała to całą sobą, jakby rzuciła się na coś ekstremalnego, ryzykując przy tym własne życie. Zastanawiając się, czy nie przesadzała, doszedł do wniosku, że chciałby zobaczyć to na własne oczy.

– A gdybyśmy tak… poszli do kościoła teraz? – zaproponował.

– Teraz?...

– Tak, razem – uśmiechnął się zachęcająco, lecz zaniepokoił go wyraz twarzy Rose, która znieruchomiała, zbladła nawet jeszcze bardziej, a w jej oczach malowało się przerażenie.

Ostatecznie jednak się zgodziła, choć przyszło jej to z niemałym trudem. Troye oznajmił, że zabierze ją do pobliskiego kościoła katolickiego, gdzie sam chadzał na msze święte. W drodze widział u Rose narastający niepokój, a gdy budynek pojawił się na horyzoncie, zaczęła oddychać ciężko i nierówno. Zatrzymał się, chwytając ją za rękę.

– Okay, teraz to widzę… Nie musimy wchodzić w takim razie – odrzekł półgłosem. Nie chciał ją do tego zmuszać, skoro jej reakcja wyglądała tak nerwowo.

Rose ścisnęła jego dłoń, biorąc głęboki oddech.

– Chodźmy tam, nie mogę wiecznie uciekać – postanowiła i ruszyła naprzód, a Troye podążył z nią.

To, co się w niej działo, gdy otwierał przed nią wrota kościoła, było czymś zupełnie nie do opisania ani nie do porównania z czymkolwiek innym. Troye sam poczuł jej strach, ekscytację, niepokój… Kłębiło się mnóstwo emocji naraz. W końcu tam była – przekroczyła próg pustego kościoła i natychmiast się zatrzymała.

Jej oczom ukazał się widoczny już od wejścia ołtarz z obrazem Jezusa Chrystusa jako Dobrego Pasterza. Stał przodem, czule trzymając przy sobie owieczkę. Zdawał się patrzeć prosto na Rose zupełnie niespodziewającą się takiej konfrontacji. Czuła się, jak gdyby naprawdę stanęła twarzą w twarz z samym Bożym Synem, Królem Wszechświata. Myślała, że spotka ją to dopiero w sądnym dniu, gdy świat stanie w ogniu, a Boży Majestat spojrzy na nią złowrogo, po czym zepchnie ją w bezdenne czeluści, tam, gdzie jej miejsce.

Tymczasem spojrzenie Jezusa było łagodne, miłe i zachęcające. Ogarnęła ją dziwna błogość, której nigdy dotychczas nie zaznała. Odetchnęła głęboko, gdy do oczu napłynęły jej łzy. Rozpłakała się rzewnie, sama nie wiedząc, co się właściwie z nią działo. Troye z początku się zaniepokoił, jednak dostrzegł pewną ulgę na jej twarzy przypominającą oczyszczenie. Objął ją czule, a jej przez moment wydało się, że to Jezus przytulił ją do siebie tak, jak tę zbłąkaną owieczkę na obrazie.

Po chwili płaczu – chociaż wydawało jej się, że płakała całe wieki – otworzyła oczy i przetarła je. Czarne łzy lekko poplamiły jej jasną skórę.

– Chcesz podejść bliżej? – szepnął Troye.

Sama nie wiedziała, czy była na to gotowa, ale pokiwała głową. Zanim jednak ruszyli dalej, Troye zanurzył rękę w wodzie święconej i przeżegnał się. Spojrzeniem zachęcił Rose, by uczyniła to samo.

Drżąc, wysunęła dłoń ku naczyniu, lecz w chwili dotknięcia wody święconej, poczuła potworne pieczenie, a jej skóra zaczęła lekko parować. Z przerażeniem cofnęła pulsującą z bólu rękę, po czym gwałtownie odwróciła się, by w pośpiechu wyjść z kościoła. Zdezorientowany Troye udał się za nią.

Stała skulona, nerwowo trzymając się za dłoń i oddychając ciężko. Troye podszedł bliżej, zmartwiony widokiem bólu malującego się na jej twarzy.

– Już, już… – uspokajał cichym głosem, gdy syczała z bólu.

– T-Troye… – jęknęła. – Dziękuję ci, że mnie tu zabrałeś… Ale, ałć! Sam widzisz, to nie jest przeznaczone dla mnie…

Miał coś odpowiedzieć, gdy z niepokojem zauważył jej dłoń – była cała czerwona i lekko spuchnięta.

– Spokojnie, chyba powoli zaczyna się regenerować… – wyjaśniła Rose, widząc jego minę. – To kara… To kara, że tam weszłam! Kara za świętokradztwo…

– Żadna kara – rozległ się nagle nieznajomy, męski głos.

Oboje podnieśli głowy znad dłoni Rose i ujrzeli ciemnoskórego mężczyznę w czarnej sutannie. Miał podłużną twarz, czarne, krótko przycięte kręcone włosy oraz ciepłe, ciemnobrązowe oczy. Przyglądał się im ze zmartwieniem i troską.

– J-ja… – wydukała Rose, jednak zupełnie nie wiedziała, co miała powiedzieć.

– Chodźcie za mną, zapraszam was na herbatę – przerwał jej ksiądz.

Jego głos miał ciepłą, uspokajającą barwę.

– Przepraszam, to chyba jakieś nieporozumienie… – wtrącił Troye.

– Widziałem, co się stało w kościele, byłem w konfesjonale – wyjaśnił. – Myślę, że mogę pomóc, ale chciałbym z wami porozmawiać w bardziej ustronnym miejscu, drogie dzieci. I wybaczcie, nie przedstawiłem się. Nazywam się Alexander Davies, niedawno zostałem przeniesiony do tej parafii.

– Pan… Ksiądz… Ksiądz to rozumie? Zostanę teraz ukarana? – zapytała Rose z niepokojem.

– Nie, dziecko, powiedziałem, że zapraszam na herbatę – powtórzył z miłym uśmiechem na ustach. – No już, kochani… Mam wam tyle do powiedzenia, a chciałbym jeszcze zdążyć przed następną mszą świętą.

 

~*~

 

Wyglądając przez ogromną szybę, młoda wampirzyca Bella Dane podziwiała wodospad, w pobliżu którego piętrzyła się rodzinna willa Dane’ów. Ze wszystkich pomieszczeń właśnie to ceniła najbardziej – ze względu na ten widok. Potężna woda spływała z góry, rozbryzgując się w dole.

Wzięła jeszcze jeden głęboki oddech. Już wieki temu miała wykonać ten telefon, jednak coś ją powstrzymywało, mimo że tak bardzo chciała się z nim skontaktować. Spojrzała raz jeszcze na zapisany na skrawku papieru numer telefonu przepisany z jednej z wizytówek rozdawanych na wernisażu. Mogła poprosić o niego rodziców, skoro nawiązali współpracę, lecz nie chciała, by wiedzieli o tej rozmowie. Wiedziała, jak się o nią martwili, a ona potrzebowała porozmawiać z nim na osobności.

Wreszcie wystukała numer na wyświetlaczu telefonu, po czym nacisnęła zieloną słuchawkę, czując, jak żołądek podchodził jej do gardła ze stresu. Po drugiej stronie niemal od razu rozległ się głos – jednak nie ten, którego oczekiwała.

– Agentka abstrakcyjnego malarza Raymonda Elliota, Scarlett Elliot. Słucham?

Bella spanikowała, lecz postanowiła ciągnąć rozmowę – trudno.

– Dzień dobry, czy mogłabym prosić do telefonu pana Raymonda? Bella Dane – dodała pospiesznie, zapomniawszy się przedstawić.

– Och, pani Bella! – ucieszyła się Scarlett. – Miło mi panią słyszeć. Niestety syn nie mieszka już ze mną, więc nie mogę go pani udostępnić, że tak powiem. Chciałaby pani kupić obraz?

– N-nie… Mogłabym zatem otrzymać jego numer telefonu?

– Dobrze… Nie daję jednak gwarancji, że on odbierze – zgodziła się.

Znała swojego syna – nie odbierał od obcych numerów. Jednak skoro ktoś z samej rodziny Dane’ów chciał dotrzeć do jej Raymonda, postanowiła zatroszczyć się o to, by odebrał. Gdy  tylko przekazała Belli numer, sama skontaktowała się z synem. Od niej odbierał zawsze.

– Halo?

– Co tak długo nie odbierałeś? – prychnęła Scarlett.

– Znowu zapomniałem, którym guzikiem się odpowiada, cholerne telefony… – mruknął w odpowiedzi.

– Dobrze, nieważne… Słuchaj mnie, synku, dzwoniła do mnie Bella Dane i prosiła o kontakt do ciebie.

Po drugiej stronie zapadła chwilowa cisza, lecz Mond wreszcie odpowiedział zdziwionym głosem:

– Do mnie?... Co chciała?

– Nie wiem, ale skoro to ktoś od Dane’ów, to wróży dobrze! – stwierdziła Scarlett. – Jak zobaczysz jakiś nieznajomy numer, to odbieraj natychmiast! Może jakaś kolejna współpraca, kto wie? O! Albo sam do niej zadzwoń, podam ci numer…

– Nie rób mi tego, proszę – westchnął. – Ja jeden guzik ledwo umiem wcisnąć, co dopiero…

– Dobra, już dobra! – przerwała mu. – Teraz się rozłączam, bo być może panna Dane próbuje się dodzwonić!

Na wszelki wypadek postanowiła jednak wysłać mu numer SMSem. Mond czekał i czekał, ale nikt do niego nie dzwonił. Po raz pierwszy od dawna ciekawość popchnęła go do działania – przepisał numer do Belli na kartkę, po czym mozolnie wystukał go na klawiaturze, zamiast po prostu skopiować go wprost z wiadomości. Raymond Elliot nie należał do fanów nowoczesnej technologii, a jego telefon był mocno przestarzały.

Zadzwonił sam, jednak i tym razem nikt nie odpowiedział. „O co chodzi tej dziewczynie?” – pomyślał, bardzo zdezorientowany. „Ech, niech stracę… Podejście drugie. Na szczęście teraz trzeba wcisnąć tylko jeden guzik.”.

– Słucham?... – po długim czasie oczekiwania odezwał się słaby, kobiecy głos, a przed oczami Monda znów stanęło to skrępowane, smutne, nieporadne dziewczę poznane na wernisażu.

– Cześć, to ja… Podobno chciałaś ze mną rozmawiać

– Pan Raymond Elliot?

– Mond. Już nie jesteśmy na wernisażu…

– Och… Wybacz – speszyła się. – Tak, chciałam porozmawiać… Ale wolałabym osobiście, jeśli to nie problem.

Chociaż nie satysfakcjonował go fakt, że nie poznał przyczyny od razu, zgodził się.

Parę dni później spotkali się przy lesie rozpościerającym się za bagnem z chatynką zamieszkaną przez Monda. Bella wyglądała nieco inaczej niż wtedy – długie, proste włosy opadały jej na ramiona bez większego ładu, jakby straciwszy swój blask. Twarz zdawała się nieco przemęczona, a spojrzenie bezradne i ponure. Ubrana była w starte dżinsy, czarne botki na płaskim spodzie oraz kurtkę w odcieniu brudnej zieleni.

Wybrali się na spacer po lesie. Dzień był dosyć ciemny, co zapewne spowodowały czarne chmury złowrogo zawieszone na niebie. Początkowo szli w milczeniu, tylko zgniłe liście nieco skrzypiały pod ich stopami.

– Myślałam ostatnio o tym, co powiedziałeś na wernisażu… – Bella wreszcie przerwała ciszę. – O tym, że chciałbyś czasem zanurzyć się w czerni i nigdy z niej nie wracać...

Mond zmarszczył lekko czoło, oczekując dalszych wyjaśnień.

– Zastanawiałam się... – podjęła lekko drżącym głosem. – To może być ciężkie pytanie, ale muszę je zadać. Czy kiedykolwiek próbowałeś… odebrać sobie życie?

Przystanął na chwilę, jak gdyby nie dowierzał temu, co usłyszał – a tak się przynajmniej wydawało Belli, jako że ciężko przychodziło jej rozczytanie go.

– Och, a bo to raz? – prychnął w końcu, ruszając dalej przed siebie. – Za pierwszym razem stchórzyłem. Potem skończyło się tylko na oparzeniu srebrem... Kiedyś za to myślałem, że już się udało, ale zacząłem się regenerować... – mruknął z niezadowoleniem. – O, a raz zamierzałem spalić się na słońcu i nawet zacząłem skwierczeć, ale jakieś dzieciaki przechodziły obok i nie chciałem, żeby miały traumę do końca życia, no to dałem sobie spokój...

Teraz to ona musiała zatrzymać się z wrażenia. Stanęła jak słup soli i przez moment tylko wpatrywała się w niego tępo. Mond przystanął tuż obok, patrząc na nią pytająco, aż w końcu zaśmiała się bardzo nerwowo.

– Wiesz... Czasem zupełnie nie mam pojęcia, czy żartujesz, czy mówisz serio...

– Fakt, często ironizuję, ale teraz mówiłem poważnie – przyznał ze śmiertelną powagą w głosie.

– Och… – odrzekła tylko, niezmiernie speszona i zaniepokojona. – Mogę spytać, dlaczego chciałeś to zrobić?

– Co to za przyjemność, to długowieczne życie bez uczuć... – westchnął. – Nie potrafię ich odczuwać wcale albo pojawiają się u mnie w znikomym stopniu.

– Ach, to chyba może pojawić się u wampira jako skutek uboczny wiecznej młodości... Chociaż do tej pory poza tobą nikogo takiego nie poznałam.

Parę kolejnych chwil spacerowali dalej w ciszy, aż Mond nie zaszedł jej drogi tak, by na niego spojrzała. W jego granatowych oczach panowała chłodna powaga.

– No a dlaczego o to spytałaś? – zadał pytanie.

Odwróciła nerwowo wzrok. To była trudna rozmowa, ale w końcu sama tego chciała.

   – Bo sama niedawno tego spróbowałam.

To go zaskoczyło. Nie powiedział jednak nic, tylko prawie niezauważalnie uniósł brwi. Bella westchnęła.

– Chodźmy dalej… Już opowiadam – obiecała, po czym oboje wznowili spacer. – Nawet nie pamiętam, od kiedy czuję się tak beznadziejnie. Wiem tyle, że pewnego dnia się to nasiliło, a mieszkałam wtedy sama. Wówczas tylko rozważałam, lecz rodzice widzieli, jak moja psychika się pogarszała i nalegali, bym wróciła. Faktycznie, w domu rodzinnym jest mi trochę lepiej... Jakoś ta chrześcijańska atmosfera nieco mnie pokrzepia.

– A nie denerwuje cię jeszcze bardziej? – wtrącił Mond po chwili zastanowienia.

– Nie. Może ciekawi cię, jak funkcjonujemy jako wampiry wierzące w Boga...

– Tak, właściwie to bardzo mnie to intryguje.

Lekki wiatr poruszył korony drzew, gdy Bella opowiadała:

– My po prostu wierzymy, że gdy przyjdzie czas, Bóg zabierze nas do raju. Rodzice słyszeli opinie, że wampiry są z tej obietnicy wykluczone, ale uznali, że niczym nie ryzykujemy, a możemy wręcz zyskać. Nie są jednak chrześcijanami tylko dla korzyści – dodała. – Moja rodzina wierzy w Boga i buduje z Nim relację, bo widzi Jego działanie w naszym życiu.

– No a co z piciem krwi?

– Pijemy krew tylko z ludzi, którzy się na to zgodzą.

– Brzmi absurdalnie.

– Nieprawda! – zaprotestowała Bella, odwracając głowę w jego kierunku. – Nasza rodzina jest zaprzyjaźniona z paroma ludzkimi rodzinami, a poza tym skoro istnieją honorowi dawcy krwi, dlaczego ma nie być ludzi, którzy dobrowolnie oddadzą nam własną krew?

– No dobra, coś w tym niby jest... – przyznał w końcu.

– W ostateczności czasem pijemy ze zwierząt, ale osobiście tego nie lubię. Szkoda mi ich... – oznajmiła, lecz natychmiast posmutniała. – Okay, właśnie poczułam się jeszcze gorzej.

Mond zastanawiał się, czy to jej wypowiedzi były tak niepełne, czy to on po prostu miał ogólne problemy ze zrozumieniem jej.

 Już wyjaśniam... – odparła Bella, zwalniając nieco kroku i nabierając oddechu.

– Nie musisz mi mówić, jak to dla ciebie trudne... Trzęsiesz się – zauważył.

Sam się zdziwił wypowiedzianymi właśnie słowami – czyżby ukryły się w nich jakieś skrawki empatii względem tej wampirzycy?

– Nie, chcę ci powiedzieć – upierała się. – Wybacz – dodała, zamykając na chwilę oczy. Gdy je otworzyła, czuła się już gotowa przejść do sedna, zatem kontynuowała – Jakiś czas temu dopadły mnie czarne myśli, pojawił się pomysł... Nie będę piła krwi. Kończę z życiem. Zamierzałam po prostu przestać się odżywiać.

Mond uznał w duchu, że brzmiało to nawet odważnie, choć sam nigdy nie próbował.

– Wiedziałam, że rodzina mi na to nie pozwoli, dlatego musiałam opuścić dom – ciągnęła Bella. – Powiedziałam im, że mam kolejną sesję, bo zajmuję się fotografią i czasem wyjeżdżam... Tułałam się po różnych miastach, nie pijąc krwi przez jakieś parę tygodni. Dłużej nie wytrzymałam... – jęknęła beznadziejnie, przypominając sobie z odrazą tamten czas. – Pragnienie narastało, a ja byłam wycieńczona. Pamiętam, że kiedy szłam na spacer w pewnym momencie wampirzy instynkt mną zawładnął. Nawet nie wiem, jak to się stało... – szepnęła bezradnie. – W jednej chwili spokojnie spaceruję, w drugiej odrywam kły od zakrwawionej szyi jakiegoś biednego przechodnia, którego napadłam... Nie zabiłam go, ale i tak poczułam się o wiele gorzej... Nigdy przedtem nie piłam krwi z człowieka bez jego zgody. Mówiłam, że zwierząt mi szkoda, a ludzi?...

Spojrzała na Monda z rozpaczą, czując łzy napływające do oczu, jednak nie pozwoliła im się wydostać.

– Ale chyba nie miałaś wyboru – zauważył. – Sama mówiłaś, że opanowało cię pragnienie.

– Tak, wiem... Mimo to czuję się fatalnie – wymamrotała. Na jakiś czas utkwiła wzrok w zgniłych liściach pod swoimi stopami – Tak myślałam... – odezwała się wreszcie, podnosząc nieco głowę – jakbyś chciał jeszcze...

Znów nie mogła dokończyć zdania, a Mond posłał jej pytające, lecz cierpliwe spojrzenie.

– Jakbyś jeszcze kiedyś próbował odebrać sobie życie... – kontynuowała, po czym odważyła się na niego spojrzeć. Jej oczy wydawały się jeszcze ciemniejsze niż przed chwilą. – Może zrobimy to razem.

Zupełnie nie miał pojęcia, jak zareagować, zatem przyjrzał jej się tylko badawczo, analizując dogłębnie te słowa.

– Może wtedy będzie łatwiej... – szepnęła rozdygotanym głosem, a chwilę później zaniosła się płaczem.

Początkowo próbowała go tłumić, ale nie potrafiła powstrzymać coraz to nowych łez zalewających ją niczym wodospad przy rodzinnej willi. Mond znieruchomiał – miał teraz ogromną potrzebę rozważenia tego, co pojawiło się w nim po usłyszeniu tych słów, bo był pewny, że nie było to współczuciem, ale na pewno czymś nieznanym, a może nawet niebezpiecznym.

Spojrzał na jej twarz zalaną łzami. Musiał coś zrobić.

– Słuchaj mnie, Bella... – polecił półgłosem, znów stając naprzeciwko niej.

 Wampirzyca wstrzymała płacz, by spojrzeć na niego niczym pobite zwierzę. Miał wrażenie, że tylko czekała na jakieś słowa otuchy z jego strony.

– Zanim umrę, chcę poczuć, że żyję. Trzeba żyć, zanim się umrze... – oznajmił dobitnie. – A ty... Ty masz zdecydowanie żyć. Masz żyć, słyszysz?

– A to dlaczego? – obruszyła się cichym głosem. – Dlaczego ty możesz sobie umrzeć, a ja mam się dalej męczyć?

 „No to teraz zadałaś mi niezłe pytanie” – pomyślał bezradnie. Tak naprawdę nie miał pojęcia, dlaczego tak dosadnie jej to powiedział. O własnym życiu myślał z pogardą, lecz gdy wyobraził sobie, że to ona tak pragnęła pożegnać się ze swoim, budził się w nim jednoznaczny i silny sprzeciw.

– Nie zabiję cię, jeśli o to prosisz. Ty byłabyś w stanie zabić mnie? – odpowiedział w końcu pytaniem na pytanie.

– Nie musimy, wiesz... siebie nawzajem...

– Ta rozmowa robi się psychiczna. Słuchaj... – przerwał szybko. – Obiecaj mi, że nigdy więcej nie spróbujesz.

Nie odpowiedziała od razu, najpierw zaczęła analizować go spojrzeniem. Szczerze powiedziawszy, myślała, że bardziej ją zrozumie – że przystanie na tę propozycję, lecz może… miał rację? Może zbyt wcześnie się poddawała?

– Dobra – odparła po chwili. – Ale... tylko jeśli ty obiecasz mi to samo.

Raymond milczał, jak gdyby właśnie zażądała od niego niemożliwego, jednak jej wyczekujący wzrok nękał go niemiłosiernie.

– Niech będzie. Obiecuję.

Jako że nie brzmiał zbyt przekonująco, Bella uniosła lekko jedną brew do góry, a następnie wyciągnęła do Monda zaciśniętą dłoń z wyprostowanym małym palcem. Wampir parsknął krótkim, kpiącym śmiechem.

– Naprawdę? Będziemy przysięgać to sobie jak dzieciaki?

– Czemu by nie? – odparła, wzruszywszy ramionami.

Widząc, że nie zamierzała odpuścić, Raymond uniósł niepewnie rękę, by w końcu opleść swój mały palec wokół jej małego palca. Dla niego ten dotyk był dziwny, ale nie nieprzyjemny. Wtedy po raz pierwszy zobaczył szczery uśmiech Belli, gdy oznajmiła:

– Ja też obiecuję.