poniedziałek, 1 listopada 2021

~Rozdział XVII~

Nic się nie zmieniło… Takie myśli miał w głowie Troye, po raz kolejny analizując słowa, które Rose wypowiedziała tamtego dnia u księdza Alexa. Przypomniał sobie tę jej nienawiść do samej siebie, którą zresztą sam poczuł dzięki ich dziwnej więzi emocjonalnej. Myślał, że z czasem mu minie, lecz ta scena wracała, a w dodatku nękała go coraz bardziej.

Znów nie mógł spać, więc leżał na plecach w łóżku, wpatrując się tępo w sufit i przypominając sobie Rose z tamtego dnia jak w zapętlonym nagraniu. Nie spodziewał się, że było z nią tak źle – szczerze powiedziawszy, właściwie spodziewał się, że wszystko będzie dobrze, skoro zaczęli ze sobą przebywać prawie każdego dnia. Nie rozumiał, dlaczego jego miłość nie potrafiła jej uzdrowić.

Wrócił myślami do dnia, w którym wyznał jej, co czuł. Czy zrobił to zbyt pochopnie? Sam nie był pewny, co ona czuła do niego. Zaczął się bać, że może wcale go nie kochała albo miała inne wyobrażenie – może tylko jej się wydawało, że to była miłość, lecz tak naprawdę spodziewała się czegoś innego? Wróciło uczucie ciężkości na żołądku, kiedy w jego głowie pojawiła się myśl, że skoro Rose najwidoczniej nie kochała samej siebie, to jak mogła kochać jego? Ogarnęło go dziwne, nieswoje uczucie. Słyszał już przedtem, że nie można kochać drugiej osoby, jeśli najpierw nie kocha się samego siebie, jednak do tej pory nie uważał tego za fakt, a za opinię. Teraz jednak zdecydowanie przeraziło go prawdopodobieństwo tego stwierdzenia. Zdecydowanie musiał z nią o tym porozmawiać.

Okazja do rozmowy nadarzyła się kolejnego dnia, bo i tak mieli się spotkać wieczorem. Troye przyszedł pod butik, aby odebrać ją po skończonej zmianie. Nie chciał zaczynać tematu od razu, więc wstrzymał się, aż wreszcie dotarli do mieszkania Rose i usiedli wygodnie na kanapie.

– Dobra, widzę, że coś wyraźnie cię męczy… – zaczęła. – Nawet sama to czuję… Co jest?

– Czujesz? Och… – westchnął Troye, przypominając sobie o ich dziwnej, bliskiej więzi fizyczno-emocjonalnej. – Tak, masz rację… Pamiętasz naszą rozmowę z księdzem Alexem? Dużo o tym myślałem…

– Jeszcze nie podjęłam decyzji – wtrąciła szybko, jakby się usprawiedliwiając. Troye jednak wyczuł, że była niechętna przystać na propozycję księdza.

– Nie o to mi chodzi. Pamiętam twoje słowa… Kiedy mówiłaś o nienawiści do samej siebie, sam to poczułem. Zrobiło mi się tak przykro… Rose, co się dzieje? Długo już się tak czujesz?

Uśmiechnęła się gorzko.

– Od dłuższego czasu… Można by powiedzieć, że właściwie od zawsze – przyznała.

– Rose… Ale my… – Troye plątał się we własnych myślach. – Nie rozumiem… Przecież… Przecież jestem przy tobie. Jestem… dla ciebie. Myślałem, że dzięki temu poczujesz się lepiej…

– Nie chciałabym, żebyś pomyślał, że nic dla mnie nie znaczysz… Ostatnie miesiące, czas spędzony z tobą, nasze rozmowy, czułości, moje pierwsze Święta Bożego Narodzenia… To wszystko było takie cudowne, jak sen – rozmarzyła się z nostalgicznym błyskiem w oku.

– A mimo to… mimo to wciąż nie akceptujesz samej siebie?

– Nigdy tak nie było… Mówiłam, dni spędzone z tobą były jak sen. Później się budzę… ale wolę śnić, więc znów kładę się spać.

– Rose… – odezwał się Troye, czując, jak łamał mu się głos. Rose odczuła właśnie, jak łamało mu się serce. – Przecież powiedziałem… Będę przy tobie, nigdy nie zaznasz cierpienia… Oddałem ci się cały, chcę cię kochać… I dać ci poczucie bezpieczeństwa.

– Zawiodłam cię, tak?… Znów zawiodłam kogoś tym, jaka jestem… Ale ciebie, Troye… Tak bardzo nie chciałam zawieść ciebie – dukała, czując łzy napływające jej do oczu.

– N-nie, Rose! – zaprotestował, delikatnie ujmując jej twarz. – Nie zawiodłaś mnie, nigdy. Ja tylko… nie chciałbym, żebyś dalej tak o sobie myślała. Kocham cię… Kocham w tobie wszystko. Jesteś… jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało.

– Nie mów tak! – wrzasnęła tak głośno, że aż lekko podskoczył, po czym zerwała się z miejsca. – Przeze mnie masz same kłopoty… – dodała już znacznie ciszej, obejmując się oburącz. – Nie oszukasz mnie, Troye, wyraźnie czuję to, co ty. Jesteś rozczarowany.

– Tak… Jestem rozczarowany, że tak źle o sobie myślisz! – sprostował, sam podnosząc się z kanapy. – Ale coś z tym zrobimy… Będę kochał cię jeszcze mocniej, obiecuję – oznajmił, uśmiechając się ciepło.

Ona jednak potrząsnęła głową, kiedy czarna łza wypłynęła jej z oka.

– To nic nie da, to ja jestem popsuta… Nie potrafię cię kochać, Troye. Tak, jak myślałam… Przykro mi. Tak bardzo, bardzo mi przykro…

– Popsuta? Rose… – zmartwił się. – Proszę, spokojnie. Nic nie jest z tobą źle, to nie są wyrzuty.  To jest moja troska i chęć, żebyś potrafiła pokochać samą siebie. Chcę tego dla ciebie… Użyj mnie. Chcę wycałować wszystkie twoje rany… Będę przy tobie zawsze, zrobię, co chcesz… Wszystko, byś przestała się nienawidzić.

Ujął jej zimną dłoń najdelikatniej, jak potrafił.

– Nie będę cię przecież wykorzystywać… – przestraszyła się. – Mam na ciebie zły wpływ… Nawet nie wiesz, co mówisz.

– Wykorzystuj mnie, ile chcesz. Jestem tu dla ciebie. Cały.

– Proszę… posłuchaj swoich własnych słów. Ty też nie kochasz samego siebie… Nie możesz kochać siebie, jeśli mówisz takie rzeczy na poważnie.

– Co masz na myśli?…

– Chcesz wyrzec się samego siebie, żeby naprawić mnie… Naprawdę tego nie rozumiesz? To niewłaściwe – westchnęła, zdziwiona jego tokiem myślenia.

Doskonale wiedziała, że był gotów oddać jej wszystko, co miał – nawet jeśli potwornie by na tym ucierpiał. Zapadła chwila ciszy, podczas której analizował jej słowa.

– Poza tym, Troye… martwię się – wyszeptała w końcu Rose. – Mam poważne obawy odnośnie naszego łącza… Zaczynam myśleć jak ty, czuć to, co ty…

– Przyczyną nie musi być łącze… Może po prostu zbudowaliśmy głęboką więź.

– Troye… ja fizycznie czuję to, co ty… Wybacz – oznajmiła nagle, po czym odsunęła rękaw bluzki, by zaraz potem przejechać kłami po skórze.

– Tss! – syknął Troye, czując potworny ból we własnej ręce.

Natychmiast złapał się za przedramię, ale nie było tam żadnej rany. Spojrzał na Rose z przerażeniem.

– Widzisz?… Już ostatnio, kiedy piłam z ciebie krew, sama poczułam ból w szyi – wyjaśniła. – Przedtem tak nie było… Tak nie powinno być. Boję się, że zrobiliśmy coś złego… coś nieodwracalnego.

– Mówisz, że dzieje się tak przez nasze picie krwi z siebie nawzajem?

– Nie wiem tego na pewno, ale wydaje mi się to bardzo prawdopodobne… Może powinniśmy z tym przestać.

– Ale… co z tobą? Chciałem dawać ci swoją krew, żebyś nie musiała polować… i nienawidzić siebie jeszcze bardziej.

Uśmiechnęła się tak smutno, że Troye poczuł się, jakby ktoś przebił mu serce.

– Ostatnio odkryłam coś przerażającego… – oznajmiła, obejmując się rękoma. – Racja, po wypiciu krwi z człowieka czuję się winna, ale jeśli o sam moment picia… t-to jest to dla mnie całkiem przyjemne. Bardzo przyjemne.

– Czy… czy nie jest tak w przypadku każdego wampira? – zdziwił się Troye, nie rozumiejąc, do czego zmierzała.

– Właśnie, sam to powiedziałeś. Każdego wampira, nie człowieka. Troye… zrozumiałam, że nigdy nie będę taka jak ty. Nigdy się nie zmienię… Ksiądz Alex twierdzi, że mogłabym stać się człowiekiem, jednak już wiem, że to zwyczajnie niemożliwe… Chociaż tak nie cierpię tego, kim jestem, to… boję się… albo nawet nie chcę się zmienić. Dotarło do mnie, że wolę w tym tkwić… Bo to przynajmniej coś, co znam.

Nie wiedział, co powiedzieć. Nie spodziewał się takich wniosków – myślał, że mimo strachu będzie chciała podjąć próbę, skoro tak bardzo przeszkadzało jej życie wampira.

– Jeśli taka jest twoja decyzja, jestem przy tobie – obiecał w końcu. – Pamiętaj tylko, że cię kocham.

Uśmiechnęła się, lecz był to smutny uśmiech. Tak bardzo chciała mu odpowiedzieć to samo, jednak nie mogła się na to zdobyć. Przytuliła go mocno z ciężkim westchnieniem, wdzięczna za jego miłość, ale jednocześnie rozgoryczona jego stanem.

Obawiała się, że mógł teraz odczytać jej myśli, czego bardzo nie chciała. Nie mógł się dowiedzieć o decyzji, którą właśnie podjęła.

 

~*~

 

Serce Niny biło tak szybko, że ledwo łapała oddech. Niektórzy studenci z jej grupy przyglądali jej się z lekkim zmartwieniem, gdy w takim nastroju wychodziła z ostatnich zajęć z uczelni, jednak ona nie zwróciła nawet na to uwagi. Dzisiaj były jej dwudzieste urodziny. Dzisiaj zamierzała powiedzieć Drew o swojej decyzji.

Umówili się w tym samym opuszczonym budynku co zwykle. Zawsze przesiadywali tam w piwnicy i chociaż Nina panicznie bała się schodzenia do piwnic, obecność Drew jakoś cudownie koiła jej zmysły – dlatego też nigdy nie wchodziła do budynku bez niego. Teraz gdy zmierzała na miejsce spotkania, wyraz jej twarzy był śmiertelnie poważny, a przy tym jakby nieobecny. Duże, brązowe oczy wydawały się jeszcze większe, przez co wyglądała na niemal zahipnotyzowaną.

Wtem zauważyła jego stojącego w pobliżu budynku. Czekał na nią… Myślała, że jej serce nie mogło już szybciej bić.  „Już niedługo tak nie będzie…” – pomyślała jeszcze, zanim zupełnie nie rozpromieniła się na jego widok. Zawsze, kiedy tylko go zobaczyła, wszystkie jej troski odchodziły w dal… Po raz kolejny upewniła się, że postępowała dobrze.

– Sto lat, sto lat… – odparł Drew, szczerząc kły w jej stronę.

Kilka chwil później rozsiadł się w piwnicy na kanapie, gdzie już ich wspólnym zwyczajem zaprosił Ninę na kolana. Dzisiaj w końcu dowie się, co postanowiła. Właściwie to doskonale wiedział to sam – nie pozostawiła mu żadnych barier w swoim umyśle, więc czytał ją jak otwartą księgę. Uporał się z nią o wiele szybciej, niż początkowo zakładał.

– Drew… – podjęła Nina, wpatrując się w niego jak w świętość. – Odkąd cię poznałam, myślałam tylko o tobie… i o twojej propozycji. Nachodziły mnie różne wątpliwości… ale od początku dobrze wiedziałam, że tego właśnie potrzebowałam. Jesteś moim aniołem stróżem… Spadłeś mi z nieba, kiedy najbardziej cię potrzebowałam…

Miał ochotę się roześmiać, lecz się powstrzymał. Był z siebie potwornie dumny – oto, co stworzył, a właściwie jeszcze stwarzał. Nina Green będzie dziełem jego życia, był tego niemal pewny.

– Dlatego właśnie… zdecydowałam – ciągnęła. – Jestem gotowa… Tak, zróbmy to! Jestem już tylko twoja, Drew.

Na jego usta wkradł się zadziorny uśmiech.

– Jesteś absolutnie pewna? Nie będzie już odwrotu…

– Zróbmy to, póki jeszcze mamy tej nocy nów księżyca – upierała się. – Jestem pewna, Drew. Zaczynaj.

Ten jej władczy ton go rozbawił – była taka zdeterminowana, że wydawało mu się to aż rozkoszne. Robił to już wiele razy… ale ten będzie najprzyjemniejszy ze wszystkich.

– Skoro to twoje urodzinowe życzenie… Zaczynajmy – odparł z satysfakcją, po czym lekko oblizał wargi.

Nina natychmiast rozchyliła kołnierz koszuli, z impetem odpinając niemal wszystkie guziki. Ekscytacja niebywale przyjemnie trzęsła całym jej ciałem, lecz Drew chwycił ją mocno i nachylił się… Parę sekund później wbił się w jej szyję.

Wstrząsnęła nią fala ekstazy, nie czuła już żadnego bólu. Wiedziała, że robiła dobrze – ta noc wreszcie odmieni jej życie. Co jej zostało? Pomyślała o znęcającym się nad nią ojcu, o tym, jak ostatnio rzucił w nią pustą butelką ze zdenerwowania, że wróciła zbyt późno. Kiedy przebywała w swoim domu z Drew, on wprowadzał Colina Greena w taki trans, że był zupełnie bezbronny i wydawało mu się, że spał.

Pomyślała o Troye’u, o tym czymś, co między nimi było. Czuła się upokorzona całą tą sytuacją – na początku wydawał się nią oczarowany, a potem… Potem przestał się odzywać, jakby nie istniała. Drew nigdy by czegoś takiego nie zrobił, zawsze przy niej był.

Pomyślała o Hannie, o ich przyjaźni... Nie żałowała zerwania z nią znajomości, ona jej w ogóle nie rozumiała… Ich przyjaźń opierała się na wykorzystywaniu Niny do realizacji planów tworzonych przez Hannę – nawet zajście z Troye’em było jakimś pokrętnym planem ułożenia Ninie życia według własnej wizji Hanny. Drew natomiast dał jej wybór… On nigdy, nigdy nie wykorzystałby jej do własnych celów!…

Już prawie kończył… Jej krew była dla niego tej nocy smaczniejsza niż zwykle – może to przez nów księżyca? A może to smak zwycięstwa? Teraz należało przejść do kolejnego kroku…

~ Nina… – odezwał się Drew, wchodząc do jej umysłu. Poruszyła się nieco, odczuwając lekki dyskomfort ~ Prawie koniec, wytrzymaj… Jesteś silna, oczywiście, że dasz radę. Ale… dla pewności, że mi od tego nie umrzesz, jak to też może się zdarzyć… Powiedz, czy chcesz być moja na zawsze?

– Tak, mówiłam ci już! – wykrzyknęła, niecierpliwiąc się.

 

~ Jesteś absolutnie, absolutnie przekonana być przy moim boku na zawsze oraz być wierną i słuchać mnie jako swego stworzyciela?

– Będę wierna, na zawsze! 

Uśmiechnąłby się od ucha do ucha, ale usta miał zajęte wypijaniem z niej ostatniej kropelki krwi – zadowolił się więc uczuciem zwycięstwa swojego uroku i niesamowitych zdolności, które teraz rozpierało go jak najwyższy poziom satysfakcji. Teraz miał już wszystko… Trzeba było tylko wykończyć dzieło.

„Ja, Andrew Elliot, wampirzy mistrz, pełnoprawny wampir od 66 lat… W tę oto noc z trzeciego na czwartego marca, w trzecim nowiu księżyca tego roku… Stwarzam Ninę Green, nowego wampira.”.

 

~*~

 

Co się działo? Gdzie ona była? Ach…

Powoli udało jej się otworzyć oczy, jednak nie dostrzegła zbyt wiele. Znajdowała się w jakimś ciemnym pomieszczeniu… przestraszyła się, ale nie poczuła przyspieszonego pulsu. Zaczęła dotykać się po twarzy. Jej całe ciało…

Drzwi się otworzyły, a w nich ukazał się Drew… jej nowy pan i władca.

– Dobry wieczór, pani Green – oznajmił z uśmiechem, po czym włączył światło.

Ściany i podłoga pomieszczenia były w stanie surowym. Nie było tu okna ani mebli – Nina siedziała na materacu. Widok Drew ją rozradował – natychmiast poderwała się ze szczęścia, lecz zachwiała się tak, że prawie upadła. Na szczęście w chwilę później znalazł się przy niej, by wziąć ją w ramiona.

– Spokojnie, nie możesz się jeszcze tak wyrywać… – odezwał się półgłosem z miękkim uśmiechem na twarzy. – Jak się czujesz?

– Trochę kręci mi się w głowie… – westchnęła. – Ale czy ja… udało się?

– Tak, Nini. Rozpoczęłaś nowe życie jako dziecię mroku.

Wtuliła się w niego z ulgą, jednak po chwili znów się zmartwiła.

– To dlaczego czuję się tak słabo?

– Byłaś nieprzytomna przez kilka dni… ale nie bój się, to normalne – zapewnił, otaczając ją ramieniem. – Chciałbym cię komuś przedstawić… jeśli masz siłę wyjść ze mną z tego pomieszczenia.

– Tak, chodźmy – zdecydowała, podpierając się ochoczo o Drew.

Znaleźli się w innym pokoju, o wiele bardziej przestronnym, lecz również w stanie surowym. Podobnie jak w małym pomieszczeniu, gdzie obudziła się Nina, nie było tu żadnych okien, a przestrzeń rozświetlały jedynie dwie świetlówki. W ścianach znajdowało się kilka par obdrapanych metalowych drzwi, a pośrodku pokoju stały czarna skórzana kanapa, dwa fotele oraz podniszczony stolik kawowy wykonany z palet. Najpierw jednak uwagę Niny przykuły osoby stojące przed nią.

Było ich w sumie sześcioro: cztery młode kobiety oraz dwóch młodych mężczyzn – Nina stwierdziła, że musieli być w podobnym wieku do niej. Gromadka obdarzyła ją raczej zainteresowanymi spojrzeniami, lecz jedna dziewczyna przyglądała się Ninie z wyraźnym brakiem życzliwości. Miała długie brązowe włosy w ombre brąz-blond, spięte w luźny kucyk, oraz orzechowobrązowe oczy spoglądające na nią spod długich rzęs.

 Moi drodzy, przedstawiam wam Ninę Green – oznajmił Drew, ściskając ją lekko z dumą, po czym zwrócił się do niej. – Nini… poznaj, proszę, swoich współpotomnych.

– Współ… potomnych? – zdziwiła się.

– Tak jest – przytaknął, wskazując osoby przed nimi. – Wszyscy ci, których widzisz… to wampiry stworzone przeze mnie. Witaj w klanie Elliotów.

Nie miała pojęcia, że byli jeszcze inni… To tutaj musiał przychodzić, kiedy opuszczał ją wieczorami. Rozejrzała się po wszystkich raz jeszcze.

– To może przedstawicie się po kolei? – zasugerował Drew. – Shahnaz… Zacznij.

Wampirzyca, która jeszcze chwilę temu mierzyła Ninę nieufnym spojrzeniem, złagodniała na jego prośbę. Odgarnęła włosy z twarzy o oliwkowym odcieniu.

– Nazywam się Shahnaz Elliot, w poprzednim życiu Shahnaz Hakim – oznajmiła dumnie. – Stworzył mnie wampirzy mistrz Drew Elliot, a mój dar to hipnoza.

Nie umknęło uwadze Niny, z jaką czułością Shahnaz wypowiadała imię swojego stwórcy. Natychmiast sklasyfikowała ją jako zagrożenie.

Pozostali przedstawili się w podobny sposób, jak gdyby recytowali wcześniej ustaloną formułkę.

– René Elliot, w poprzednim życiu René Chevalier – rozpoczął smukły mężczyzna o jasnej cerze i sięgających ramion włosach w brudnym odcieniu blondu. – Moim darem jest latanie.

Następnie przemówiła drobna wampirzyca z długimi, brązowymi włosami:

– Ji-su Elliot, w poprzednim życiu Ji-su Yun – rzekła nieśmiało. – Jeszcze nie odkryłam swego daru.

Drew kiwnął głową, spoglądając na kolejną w rządku wampirzycę – ciemnoskórą kobietę ze szkarłatnymi dredami.

– Tisha Elliot, w poprzednim życiu Tisha Hyde – wyrecytowała. – Mój dar to zmiennokształtność.

Nina przyjrzała jej się uważnie. Taka zdolność mogła być przydatna.

– Lara Elliot, w poprzednim życiu Lara Alves Pereira – oznajmiła ochoczo kolejna wampirzyca, wysportowana o karmelowej cerze i krótkich włosach przefarbowanych na ciemny odcień szarości wpadający w niebieski. – Potrafię się teleportować.

Został jeszcze ostatni współpotomny, średniego wzrostu czarnowłosy wampir.

– Takashi Elliot, w poprzednim życiu Takashi Kuroda – ogłosił. – Również jeszcze nie odkryłem swojej zdolności.

Nina potrzebowała chwili na przyswojenie wszystkich informacji, bo sama wiadomość o wampirzym klanie tworzonym przez Drew była dla niej wstrząsającą nowością.

– Świetnie, skoro wszyscy się znacie, to teraz małe ogłoszenie – oznajmił Drew. – Tej nocy pozwolę wam po raz pierwszy od stworzenia opuścić naszą rezydencję… Tak, moi drodzy, niektórzy z was już domyślają się, o co chodzi… – uśmiechnął się zadziornie, lecz chwilę później spoważniał. – Tej nocy po raz pierwszy zapolujecie.

Zapanowało poruszenie – niektórzy byli zdezorientowani, inni podekscytowani, a Shahnaz… wciąż przenikała Ninę podejrzliwym wzrokiem.

– Panie – odezwała się – ona też?

Drew uśmiechnął się słodko, ale czuć było od niego irytację.

– Shahnaz, jaką ty masz słabą pamięć… Już zapomniałaś jednego imienia? I to jeszcze tak pięknego? – odrzekł, spoglądając na Ninę z teatralną czułością, by później kątem oka zauważyć u Shahnaz oczekiwany efekt – zazdrość.

– Czy… Nina… też? – poprawiła się, wpatrując się w Drew z poczuciem winy.

– Tak – oznajmił. – Też jest zaproszona.

– A-ale… ja ledwo chodzę… – wtrąciła nieśmiało. Nie chciała sprzeciwiać się Drew – zaskoczenie samo wyrwało ją do odezwania się.

– To dlatego, że jeszcze nie piłaś krwi – wyjaśnił. – Nie bój się, wiem, że jesteś gotowa.

Mimo zapewniających słów głowy klanu niektórzy wciąż mieli wątpliwości. Od czasu stworzenia nikomu z nich nie wolno było opuszczać rezydencji, więc Drew co jakiś czas porywał kilkoro ludzi, z których jego potomni mogli się posilić, a później „odstawiał” ich na miejsce. Wszystko odbywało się stopniowo i w warunkach kontrolowanych – szczególnie pierwsze picie krwi, po którym reakcje młodych podlotków były różne. Nina dopiero przebudziła się po przemianie, a już miała wyjść z rezydencji i polować? Nie wszyscy pojmowali również logikę wypuszczania wszystkich potomnych naraz, skoro nie zostali stworzeni w jednakowym czasie – Shahnaz, na przykład, była tu najdłużej ze wszystkich, a i tak wolno jej było stąd wyjść dopiero tej nocy, tak jak innym. Mimo zdezorientowania nikt już nie ośmielił się sprzeciwić – zresztą nikt nie musiał rozumieć poczynań Drew, bo od momentu stworzenia każdy ufał mu bezgranicznie.

~ Nie masz się czym martwić… tylko mi zaufaj – Nina usłyszała w swoim umyśle głos Drew, który widząc jej niepokój, postanowił przemówić do niej w ten sposób – był to skuteczniejszy środek kojący niż zwykła rozmowa. ~ Wiem, co mówię – wejrzałem w twoją duszę tuż po przemianie… Kiedy byłaś nieprzytomna, miałem trochę czasu na eksplorację twojego umysłu. Jesteś naprawdę silną wampirzycą… O wiele silniejszą niż ci tutaj. Mam co do ciebie ogromne plany, Nini… Jeśli się zgodzisz, oczywiście.

Musiała się zgodzić, innej odpowiedzi by nie zaakceptował. Ale da jej jeszcze trochę czasu… Niech sama się przekona, że wszystkie jego propozycje były słuszne.

 

~*~

 

Nocne powietrze zdawało się wyostrzać zmysły, a ciemność dodawać siły młodym wampirom z klanu Elliotów. Reakcje były różne – René wpatrywał się tępo w przestrzeń, jakby nie mógł uwierzyć własnym oczom, Ji-su rozglądała się dookoła z zachwyceniem, a Lara zaczęła się rozciągać, by rozprostować kości. Shahnaz, która przebywała w zamknięciu najdłużej, raz po raz dotykała krzewów, trawy, czy drzew, jak gdyby chciała je sobie dobrze przypomnieć, podczas gdy Tisha przyglądała się jej ze zdziwieniem. Takashi natomiast chciał porozmawiać z Niną, ale Drew trzymał ją przy sobie, nie pozwalając nikomu się do niej zbliżać. Teraz nie był na to czas… tej nocy jej koncentracja musiała pozostać niewzruszona, żeby mógł sprawdzić, do czego była zdolna.

– To miejsce będzie dobre – ogłosił Drew, kiedy dotarli na niewielką polanę pośrodku iglastego lasu. – Nie będę uczył was polować, bo każdy z was ma to wpisane w instynkt. Jest jedna złota zasada: nie dajcie się nikomu schwytać, macie wrócić tutaj za godzinę. Sami musicie znaleźć swoją ofiarę… odkryć, czego pragną wasze dusze. Podążajcie za instynktem i pamiętajcie, że należycie do klanu Elliotów, klanu silnych wampirów. Do zobaczenia za godzinę!

To powiedziawszy, klasnął w dłonie i z satysfakcją obejrzał, jak jego potomni opuszczają polanę, każdy w swoją stronę. Tylko Nina została u jego boku, ponieważ ciągle trzymał ją za ramię.

– I jak, Nini, czujesz coś? – zapytał, nachylając się do jej ucha. – Jakiś pyszny zapach w okolicy?

– Jestem… jestem taka spragniona – wysapała, łapiąc się za bluzkę. – Taka słaba…

– Skup się i wyczuj krew – polecił Drew. – Kiedy namierzysz cel, bez wahania gnaj w tę stronę, a ja ruszę tuż za tobą i będę cię pilnował. Pierwszy raz może być dla ciebie nieco wstrząsający… Będę przy tobie – wyszeptał do jej ucha, aż przeszył ją przyjemny dreszcz.

Uśmiechnęła się szeroko, delikatnie przesuwając językiem po zębach – już niedługo po raz pierwszy odsłoni kły. Zamknęła oczy, by dać instynktowi podpowiedzieć jej, co robić. Wtem uderzył ją wyrazisty, nęcący zapach, który w chwilę potem zawładnął całkowicie jej umysłem – złapała trop. Rzuciła się do biegu, by zatracić się zupełnie w podążaniu za instynktem…

Niedługo później nie wiedziała już, ile czasu minęło, jak szybko biegła, ani czy Drew biegł za nią – liczył się tylko ten cudowny zapach. Stawał się coraz intensywniejszy, aż wreszcie… ujrzała przed sobą nastoletniego chłopaka, spacerującego po lesie tyłem do niej. „No tak  – pomyślał Drew, dościgając ją. – Świeża krew smakuje najlepiej.”.

Wyprzedził ją nieco, by skryć się za którymś drzewem, a następnie zobaczyć, jak Nina rzuciła się na chłopaka od tyłu, przytrzymała jego ręce i w końcu zatopiła kły w jego szyi. Nie musiał wchodzić do jej umysłu, żeby upewnić się, jak przyjemne to dla niej było – wypiła z niego krew bez wahania jak, jego zdaniem, prawdziwy i porządny wampir. Inaczej niż w przypadku reszty potomnych, nie wyczuł od niej odrobiny słabości – czyżby wreszcie znalazł tego, kogo szukał? „Ona będzie odpowiednia… To było najlepsze, co mogłem zrobić dla mojego klanu.”.

Kiedy Nina oderwała się od szyi biednego nastolatka, zręcznie obróciła go i popchnęła w krzaki, po czym sama usunęła się z miejsca, by pognać z powrotem na polanę, jakby nie zauważając obecności Drew. Nie było jej ani odrobinę słabo… był pod ogromnym wrażeniem.

– Zrobiłaś to profesjonalnie – pochwalił ją, gdy oboje wrócili na wyznaczone miejsce. – Jestem z ciebie taki dumny, moja mała Nini.

– Nigdy nie pomyślałabym, że krew smakuje tak dobrze… – westchnęła Nina, nie kłopocząc się faktem, że połowa jej twarzy była teraz umazana krwią. – Cieszę się, że mogę być tu z tobą…

Pogłaskał ją po głowie, kiedy złapała go czule za rękę.

– Będzie z ciebie świetna wampirzyca – oznajmił z zadowoleniem.

Reszta potomnych stopniowo wracała na polanę, przynosząc różnorodne wrażenia z ich pierwszego polowania. Pierwsza z powrotem przybyła Tisha, zaintrygowana widokiem Drew i Niny – to już? A może w ogóle jej się nie udało? Przecież dopiero co dołączyła do klanu, poradziłaby sobie tak szybko? Nie zdążyła pójść dalej w swoich rozważaniach, bo Drew zapytał ją o polowanie. Jak opowiedziała, przed wypiciem krwi nieco się zawahała, a potem miała lekkie zawroty głowy, lecz w gruncie rzeczy udało się i wspomina to całkiem dobrze. Następny przyszedł Takashi, który pochwalił się, że jego ofiarą była piękna młoda kobieta przebywająca wówczas samotnie w swoim mieszkaniu, gdzie po zaspokojeniu pragnienia ułożył ją delikatnie na łóżku, bo straciła przytomność.

– Prawdziwy gentleman – skomentował Drew z kpiącym uśmiechem na twarzy.

Lara także była zadowolona ze swoich łowów, a Shahnaz szczegółowo opisywała swoją strategię, chcąc popisać się przed swoim stwórcą. Ji-su zniosła polowanie zdecydowanie najgorzej ze wszystkich, trzęsąc się z poczucia winy. Nie podobało się to Drew…

– Nie możesz być taka słaba – oznajmił. – Po swoim pierwszym piciu krwi zwymiotowałaś, zupełnie jak całkiem dobrze znana mi osoba… A teraz brzydzisz się polowania? To twoja nowa ścieżka życiowa, musisz do tego przywyknąć.

– Tak, panie… – jęknęła.

– Nasze najsłabsze ogniwo – prychnął. – Lepiej uporaj się z tym szybko, bo zacznę żałować, że w ogóle włączyłem cię do klanu. Albo nazywać cię drugą Rzygowiną.

– Panie – przemówiła nagle Tisha – jestem pewna, że Ji-su potrzebuje tylko trochę czasu i wszystko będzie dobrze – skłoniła się nisko, bojąc się, że urazi swojego stwórcę.

Przyjrzał jej się przez chwilę, analizując jej intencje.

– Rozumiem, że bierzesz odpowiedzialność za te słowa, Tisho – odparł w końcu.

– T-tak, panie… – potwierdziła.

Od rozpoczęcia minęła już godzina, jednak wciąż brakowało jednego potomnego – René. Drew nie dawał tego po sobie poznać, ale zaczynał się lekko niepokoić. Miał nadzieję, że nie obdarzył go zbyt dużym zaufaniem… Oby nie przyniósł mu kłopotów.

Po jakimś czasie jednak dotarł do niego jego zapach i uspokoił resztę klanu. Wciąż wyczuwał coś niepokojącego, więc sam nie zamierzał jeszcze usypiać swojej czujności. Chwila… czy on właśnie wykrył zapach człowieka? Nawet dziwnie znajomy zapach…

Wtedy spośród drzew wyłonił się René, lecz faktycznie nie sam. W ramionach trzymał młodą kobietę z długimi ciemnymi włosami, na widok której Nina wydała z siebie zduszony okrzyk.

– Hannah!

poniedziałek, 26 lipca 2021

~Rozdział XVI~

W głowie Rose panowały zamęt i niepokój. Nie potrafiła uporządkować myśli ani od nich odpocząć, czując, że z powodu ich natłoku nie była w stanie ich okiełznać. Wciąż zastanawiała się nad słowami księdza Alexa sprzed paru dni.

Przemiana w człowieka brzmiała jak rozwiązanie przez nią wymarzone – nigdy więcej polowania na niewinne istoty, tracenia kontroli nad żądzami, krzywdzenia siebie i innych, życia w ciągłym strachu. Będąc człowiekiem, mogłaby wreszcie przestać uciekać przed samą sobą, mogłaby sama wybrać pomiędzy potępieniem a zbawieniem. Jednak nie była pewna... Skoro chciałaby takiego życia, skąd brał się u niej ten strach na myśl o nim?

Poczuła się, jakby ktoś nagle wyrwał ją z jej codziennej ciemnej otchłani i postawił na pełnym słońcu. Było to podobne uczucie, jakie wywoływała w niej miłość Troye’a – dające ciepło i poczucie bezpieczeństwa, a jednak niepokojące i stwarzające zagrożenie. Niezrozumiałe sprzeczności frustrowały ją do tego stopnia, że ciągle czuła podświadome napięcie niezależnie od okoliczności towarzyszących. Kolejne obawy wzbudzał w niej zbliżający się nów księżyca, lecz był to znajomy strach, jak towarzysz znany przez nią na wskroś. Od tamtego nowiu, kiedy ugryzła Troye’a, postanowiła znów spędzać go sama, co Troye’owi niezbyt się podobało, lecz ostatecznie przystał na jej nalegania. Ostatnio przynajmniej nie działo się nic niebezpiecznego, bo Rose resztkami zdrowego rozsądku udawało się zmusić się do wyruszania w bardziej niezamieszkałe tereny, co kończyło się najwyżej atakowaniem dzikich zwierząt. Nie była z tego powodu jakoś szczególnie dumna, ale przynajmniej nie wywoływała takich szkód jak kiedyś. Czasem pomagało również gryzienie samej siebie – nie piła z siebie krwi, a jedynie wyładowywała napięcie spowodowane szalejącym instynktem łowcy. 

Pełna obaw kłębiących się w jej umyśle, przechodziła teraz między budynkami uczelni, zmierzając na kolejne zajęcia. Nagle naprzeciwko pojawił się ktoś, kto zupełnie przegnał jej zamyślenie, a był nim Jarvis Blake. Szczerze mówiąc, od ich ostatniej rozmowy go unikała, czując wobec niego już tylko niezręczność, lecz gdy teraz ich spojrzenia się skrzyżowały, nie było odwrotu. Rose zebrała się w sobie, by wydusić z siebie „cześć” w odpowiedzi, kiedy się mijali, ale zaraz potem przystanęła w miejscu.

– Jarvis, czekaj.

Zatrzymał się, posyłając jej pytające spojrzenie. Dała mu znak, żeby podszedł bliżej, nieco bardziej na bok chodnika. 

– Tak? – spytał, znajdując się bliżej niej. Dla niego było to równie krępujące.

Rose przyglądała mu się przez krótką chwilę.

– Przepraszam cię za wszystko – westchnęła ciężko, po czym odwróciła wzrok. – Moje zachowanie wobec ciebie było bardzo niejasne... i nieuprzejme. Żałuję, że nie porozmawiałam o tym z tobą o wiele wcześniej.

Widząc ją tak skrępowaną, Jarvis nie mógł dłużej odczuwać żalu i uśmiechnął się nieśmiało.

– Już w porządku... – odparł. – Nie ukrywam, że byłem tym dosyć przytłoczony, ale jest naprawdę okay. Cieszę się, że w końcu o tym rozmawiamy.

Kąciki ust Rose uniosły się lekko w subtelnym uśmiechu ulgi. Spojrzała znów na Jarvisa.

– Więc między nami okay? – upewniła się.

– Jak najbardziej – przytaknął przyjaźnie. – Jak tak o tym myślę, to ja też mogłem nieświadomie cię zawieść. Starałem się być twoją ostoją, kiedy przychodziłaś do mnie smutna, ale chyba niezbyt pomagałem. Przyznam ci szczerze, że... bałem się ciebie. Odkąd się dowiedziałem... No wiesz.

Rose nieco zrzedła mina, na co Jarvis się zakłopotał. Doskonale wiedział, że był to jej czuły punkt i choć chciał być z nią szczery, teraz pożałował, że to powiedział. Chyba ją uraził.

– Wybacz! To był niemądry strach, ufam ci-

– Nie, Jarvis, rozumiem – przerwała mu z gorzkim uśmiechem na twarzy. – To zupełnie normalne i naturalne. Sama się siebie boję... Jestem potworem.

W Jarvisie coś zawrzało.

– Nie, Rose! – zaprotestował dosyć głośno, ale w porę zorientował się, że ściągnął tym na siebie uwagę paru przechodniów, więc poczekał, aż ich miną, ściszył głos i dopiero kontynuował. – Nie jesteś żadnym potworem. Powiedziałem ci to już i mogę powtórzyć, bo tak właśnie uważam. Nie jesteś potworem, Rose. Jesteś dobra. Masz dobre serce.

Załkała i schowała na chwilę twarz w dłoniach, a Jarvis lekko skrzywił się na myśl, że znów powiedział coś nie tak. Ona jednak wkrótce odkryła twarz i spojrzała na niego z wdzięcznością. 

– Ty też masz dobre serce, Jarvis... 

– No już, już... – zakłopotał się, po czym wydał z siebie cichy nerwowy śmiech. – N-nie rozklejaj się tak, zaraz chyba masz zajęcia...

– Wiem – oznajmiła Rose, przecierając oczy. 

Zauważyła małe rozcięcie na swojej wrażliwej skórze, ale je zignorowała, bo za chwilę samo się zagoi jak zwykle. 

– A tak zmieniając temat... – wtrącił nieśmiało Jarvis, lecz ciągnął dopiero, kiedy Rose spojrzała na niego zachęcająco. – Nie wiesz może, czy Hannah ma już najnowsze DLC do Galaktycznego Ataku, Radioaktywny wróg?

Pytanie ją zaskoczyło, ale szybko znalazła właściwy tok myślenia. Galaktyczny Atak, gra sci-fi, w którą grał też Troye – czy mówił coś o Hannie w tym kontekście?

– Hm, raczej jeszcze go nie ma – odpowiedziała Rose. – Pamiętam, jak Troye mówił, że Hannah chciałaby je dostać od niego na urodziny, bo co chwila wysyła mu jakieś sugestie.

– Och... Bo oni grają na oddzielnych kontach? – spytał, na co Rose kiwnęła głową. – A nie wiesz, czy on ma zamiar jej je kupić?

– Mówił, że ją zawiedzie, bo nie ma na nie kasy.

Jarvis odetchnął z ulgą, jakby ta wiadomość bardzo go pocieszyła. Rose przyjrzała mu się podejrzliwie.

– Rozumiem, że ty kupisz Hannie to DLC na urodziny? – spytała ze znaczącym uśmieszkiem na ustach.

– Wcześniej są Walentynki... – odparł Jarvis, ale natychmiast zarumienił się z zakłopotania.

No proszę... Rose domyślała się, że między Jarvisem a Hanną coś się działo, lecz nie wiedziała, na jakim było to etapie. Nie zamierzała jednak męczyć Jarvisa kolejnymi pytaniami, zatem tylko dodała:

– Jasne. Ja uciekam na zajęcia. Powodzenia! – po czym ruszyła dalej w swoją stronę.

 

~*~

 

Troye przewracał się z boku na bok, nie mogąc zmrużyć oka. Jeszcze za dnia, a właściwie od samego rana, odczuwał ogromny niepokój i przyspieszony puls. Momentami aż trząsł się z nerwów, ale nie potrafił znaleźć przyczyny. Pomyślał o nowiu księżyca – czyżby odczuwał emocje Rose? Brał to pod uwagę do momentu, aż sama powiedziała mu, że stresowała się wcześniej, jednak właśnie tego dnia była wyjątkowo spokojna.

Oddychał ciężko, czując kropelki potu spływające mu po twarzy. Sięgnął po butelkę wody, którą wcześniej naszykował sobie na noc, przeczuwając, że mu się przyda. Sytuacja przypominała mu inne bezsenne noce, kiedy targały nim dziwne nerwy, lecz teraz było to zdecydowanie silniejsze. Napił się nieco wody, co dało mu chwilową ulgę. Później opadł z powrotem na materac, odrzucił kołdrę i zdjął też koszulkę, bo uczucie gorąca powróciło. Usłyszał, jak Erik leżący w sąsiednim łóżku westchnął przeciągle, po czym przewrócił się na drugi bok, ale niedługo potem wstał i wyszedł z pokoju. Za chwilę wrócił i podszedł do Troye’a.

– Masz – rzekł, wyciągając coś w jego kierunku.

– Co to? – spytał Troye, nie mając siły podnieść głowę.

– Termometr. Zmierz sobie temperaturę, może jesteś chory.

Troye wziął termometr i wsunął go sobie pod pachę, a Erik usiadł na swoim łóżku.

– To nie jest normalne – odparł.

– Wiem, co masz na myśli, ale co ma to wspólnego z Rose? – obruszył się Troye, przypominając sobie, jak podczas rozmowy z księdzem Alexem Erik wytknął mu, że znał przyczynę jego problemów ze snem.

 – Ona jest istotą ciemności. To tak, jakbyś spotykał się z demonem.

– Nie mów tak! – zaprotestował Troye, znajdując w sobie siłę, by poderwać się z miejsca i oprzeć się o ścianę w pozycji pół-leżącej. – Rose jest dobrą osobą, tylko nieco zagubioną. Zresztą to samo mówił twój wujek, nie wierzysz mu?

Erik prychnął cicho.

– Nie trzęś się tak, bo termometr źle zmierzy ci temperaturę – westchnął. – Mój wujek idealizuje ludzi... Cieszę się, że chce wszystkim pomóc, ale mam wrażenie, że jest zbyt naiwny i okłamuje sam siebie, jakby nie chciał widzieć pewnych rzeczy.

– Czego ma nie widzieć w Rose? Ona nie jest taka, jak ci się wydaje. Czy to jej wina, że urodziła się wampirem? Dlaczego miałaby być na wskroś zła tylko z tego powodu?

– Nie my o tym decydujemy, Troye. Widocznie Pan Bóg postanowił ją tak stworzyć i nic nam do tego. 

– Brzmisz absurdalnie. Uważasz Boga za tyrana, który skazuje niewinne istoty na potępienie?

– Nie to mam na myśli...

– My chyba wierzymy w różnych Bogów. Mój Bóg jest miłosierny i kocha wszystkich, niezależnie od tego, kim się urodzili. Nikogo nie odrzuca, a jeśli ktoś odrzuci Jego, i tak daje mu kolejną szansę, by do Niego wrócił.

Erik milczał przez jakiś czas, a Troye ze smutkiem zdał sobie sprawę, że Rose miała podobny obraz Boga co Erik. 

– Nie jestem przekonany, czy można to powiedzieć w kontekście wampirów – odparł ostrożnie Erik.

– Czy to przez tamtą wampirzycę, o której wspomniałeś?

Troye zauważył subtelną zmianę w wyrazie twarzy swojego współlokatora, ale nie potrafił stwierdzić, co miała ona oznaczać. 

– Kiedyś ci opowiem – odrzekł w końcu, unikając kontaktu wzrokowego. – Co z twoją temperaturą?

Skoro Erik zmienił temat, Troye uznał, że nie będzie wyciągał z niego więcej informacji, mimo że był ciekawy tej opowieści. Miał nadzieję, że Erik dotrzyma słowa i wyjaśni mu wszystko pewnego dnia, a nie że powiedział tak tylko, by uciąć temat.

– 37,8 – oznajmił Troye, przyglądając się termometrowi.

Erik kiwnął głową i na prośbę Troye’a podał mu tabletkę na zbicie gorączki. Może faktycznie był tylko chory... 

Tabletka jednak nie pomogła, a Troye nie zasnął ani na minutę tej nocy. Rano zamierzał pójść do lekarza, lecz gorączka zniknęła sama i – jakby ręką odjął – poczuł się zupełnie zdrowy, tylko potwornie niewyspany. Najchętniej zostałby w akademiku i odespał, do czego namawiał go też Erik, ale nie chciał tracić obecności na zajęciach z obawy, że takich nocy będzie więcej i lepiej zostawić nieobecności na gorsze czasy. Na szczęście zaczynał dziś zajęcia w południe, zatem mógł jeszcze trochę się przespać. Wziął tylko prysznic, przebrał się w czystą bieliznę, nastawił budzik i rzucił się na łóżko, po czym zasnął od razu.

Rose natomiast obudziła się w wielkim zdezorientowaniu, co podczas nowiu zdarzało się często, jako że nieraz budziła się w lesie, kilometry od miasta. Tego ranka jednak zdziwiła się najbardziej – obudziła się we własnym łóżku.

Rozejrzała się na boki, podniosła się ostrożnie i wstała na równe nogi. Okno wciąż było zamknięte. Nie zobaczyła w lustrze śladów krwi w okolicy ust ani nigdzie indziej. Dostrzegła jednak małe rozcięcie w ręce i chociaż miała do takich tendencję, wydało jej się, że była to ta sama ranka, którą zauważyła podczas wczorajszej rozmowy z Jarvisem. Nie miała jednak pewności, więc ją zignorowała i wyszła z sypialni, by rozejrzeć się po mieszkaniu. Żadnych śladów, by wychodziła... Czyżby po raz pierwszy w życiu przespała nów spokojnie? Nie mogła w to uwierzyć.

Kiedy później rozmawiała o tym z Troye’em, jej radość zmieniła się w zaniepokojenie z powodu jego stanu podczas tej nocy. On jednak uspokajał ją, że najwidoczniej przyczyną była gorączka, która wcale nie musiała być powiązana z nowiem. Rose również miała taką nadzieję, choć w duchu obawiała się, że jakimś cudem jej reakcje na nów przeszły na Troye’a. Może za sprawą ich rosnącego w siłę łącza telepatycznego? Może z powodu picia krwi z siebie nawzajem? Pożałowała, że nie dowiedziała się dokładnie, jak to działało, zanim zgodziła się na taki układ. Martwiła się, że weszli w coś niebezpiecznego, ale nie miała wystarczającej wiedzy na ten temat. Potrzebowała pomocy innego, bardziej doświadczonego wampira.

 

~*~

 

Na całe szczęście Rose zapamiętała drogę do chatki Monda, a jego specyficzny zapach upewniał ją, że zmierzała w dobrym kierunku. Wciąż była pełna wątpliwości, czy powinna go o to pytać, wahając się, na ile mogła mu zaufać, ale zamierzała zrobić to dla Troye’a. Jeśli przeoczyła jakiś istotny szczegół, musiała natychmiast to naprawić, bo nie zamierzała ryzykować jego zdrowiem i życiem.

Wkrótce dotarła na bagniska, a jej oczom ukazała się drewniana chatka zwana przez jej kuzyna Pleśnianką. Chociaż w środku paliło się światło, doskonale wiedziała o obecności Monda wewnątrz dzięki swoim wampirzym zmysłom.

Otworzył jej drzwi jeszcze zanim dotarła na werandę, najwidoczniej sam ją zauważywszy. Nie spodziewał się wizyty Rose, lecz zaprosił ją do siebie.

Usiedli przy drewnianym stole, na którym walały się różne rzeczy. Uwagę Rose przykuła niewielka karteczka z różowymi sercami. Przyjrzała się jej ze zdumieniem – był to bon na darmową kawę i ciasto dla dwóch osób do wykorzystania czternastego lutego.

– A, to, dostałem w pracy – wyjaśnił Mond, widząc, czemu Rose się przyglądała.

– Zapraszasz kogoś? – zdziwiła się.

– Nie no, co ty. Chętnie ci oddam, ale domyślam się, że nie po to przyszłaś.

Rose kiwnęła głową, ale zamilkła na chwilę, nie wiedząc, jak zadać nurtujące ją pytania. Spróbowała poukładać sobie myśli w głowie i dopiero się odezwała:

– Jak właściwie działa łącze telepatyczne pomiędzy wampirem a człowiekiem?

Mond prawie niezauważalnie zmrużył oczy w zamyśleniu.

– Niewiele wiem na ten temat – odparł, a Rose nieco opadł entuzjazm. – Słyszałem, że daje możliwość porozumiewania się w myślach pomiędzy tymi osobami. To chyba tyle.

Westchnęła. Wahała się nad zadaniem kolejnego pytania, ale Mond ją uprzedził:

– Musiałabyś spytać kogoś z wyższą rangą. Ja nigdy nie osiągnąłem tytułu mistrza i nie zamierzam – wzruszył ramionami. – Drew jest wampirzym mistrzem, on może ci więcej powiedzieć.

Na wspomnienie starszego kuzyna Rose się skrzywiła. Już miała wątpliwości, czy pytać Monda, a Drew nie spyta na pewno. Nie ufała mu za grosz.

– No nic... Dzięki – westchnęła.

– Nie ma za co. Dosłownie – odrzekł Mond.

Żałowała, że nie znała więcej wampirzych mistrzów – teraz bardzo by jej się przydał choć jeden zaufany. Był jeszcze Ethan Fitzroy, wampir z WAMPu, który kiedyś jej pomógł... ale nie była przekonana. Gdyby powiedziała o sobie i Troye’u, mogłoby wyjść na jaw, że pili z siebie nawzajem krew, a nie wiedziała, czy nie było to czasem nielegalne. Nawet jeśliby o tym nie wspomniała, wiedziała o zdolności Ethana do czytania umysłów i modyfikowania wspomnień, więc spodziewała się, że mógłby dowiedzieć się tego sam. Mogłaby jeszcze spytać księdza Alexa, skoro ten badał zachowania wampirów. Musiała to przemyśleć, bo póki co dalej nie była pewna, czy mogła mu ufać.

– Okay – oznajmiła, wstając z miejsca – będę się już w takim razie zbierać.

Miała skierować się w stronę wyjścia, kiedy poczuła obcy zapach. Stanęła nieruchomo, próbując zlokalizować jego źródło.

Przerzuciła wzrok z powrotem na stół, gdzie znalazła źródło – czarną gumkę do włosów.

 – To chyba nie twoje? – spytała, wskazując przedmiot.

To pytanie zbiło Monda z tropu. Rose wróciła na swoje miejsce i przeanalizowała zapach.

– Czy ja wyczuwam jakąś wampirzycę? – zdziwiła się.

– ...tak – odpowiedział. – Ta gumka do włosów należy do Belli z rodu Dane’ów.

– Jakiego rodu?

 – Dosyć znanego w wampirzym społeczeństwie... Bogata rodzina artystów, po wernisażu nawiązaliśmy współpracę.

– Wow, gratulacje! Nie jestem na bieżąco z wampirzymi realiami, ostatnio więcej przebywałam z ludźmi... – speszyła się nieco, ale wróciła do sprawy. – No dobrze, ale co jej gumka do włosów robi u ciebie?

– Wypadła jej, kiedy ostatnio tu była.

Była tu... Rose prawie opadła szczęka z wrażenia. U Monda była jakaś wampirzyca. Ciekawe.

– Tu?... U ciebie? – wykrztusiła.

– Rosie, nie zadawaj głupich pytań.

– Wybacz... – zakłopotała się. – Po prostu jestem w szoku.

Mond jednak zupełnie nie rozumiał jej zdziwienia, więc posłał jej pytające spojrzenie. Rose nie wiedziała już, jak inaczej to ująć.

– Mond, ty miałeś gościa. Dziewczynę.

– Do czego zmierzasz?

– Może opowiedziałbyś mi coś więcej?...

Westchnął w duchu, mając wrażenie, że Rose spodziewała się czegoś innego, niż faktycznie miało miejsce. Musiał sprostować:

– Chyba się nie rozumiemy, więc lepiej wyjaśnię od początku. Bellę poznałem na wernisażu, później poszliśmy na wspólny spacer, a niedawno mnie odwiedziła i trochę malowaliśmy. Tyle.

Rose przyjrzała mu się uważnie. 

– Mam nadzieję, że się nie obrazisz – zaczęła ostrożnie – po prostu dziwi mnie fakt, że spędzasz z kimś czas... Pamiętam, że zawsze wolałeś być zupełnie sam.

– Jej obecność mi nie przeszkadza.

Przez moment się zawahała, ale odważyła się wysnuć wnioski:

– A może nawet... Lubisz ją, co? Może to ją zaprosisz na kawę w Walentynki?

– Co, skąd ten pomysł? – spytał, zdezorientowany.

– Dostałeś bon na dwie osoby... 

– Co z tego, skoro żadne z nas nie musi jeść ani pić?

– Ale miło byłoby posiedzieć i porozmawiać we dwoje, co?

Tu się trochę zawiesił, jakby jego umysł przetwarzał jej słowa.  

– Nie, ja... ona... – dukał. – Ona mogłaby to źle zrozumieć.

– Co? – Rose uniosła brwi w lekkim zdumieniu.

– Wyjście w Walentynki, w to tandetne pseudoświęto.

Tok myślenia Monda zadziwiał Rose.

– Mond, nie musisz przecież się z nią od razu żenić! – zawołała w rozbawieniu. – Wyjście na kawę z lubianą osobą to nie zaręczyny. A poza tym trafił ci się ten bon... Może to znak?

W odpowiedzi spojrzał na nią z politowaniem.

– Żaden znak, wszyscy w pracy dostaliśmy… – westchnął. – Rose, ciesz się, że nie umiem okazywać emocji, bo teraz z pewnością bym cię wyśmiał.

– No co?!

– Znamy się od niedawna, takie wyjście byłoby krępujące.

– Co z tego, skoro i tak widujecie się tylko we dwoje? 

– To co innego...

– Lubisz ją?

Mond odczuł dyskomfort, nie wiedząc, co odpowiedzieć, bo sam nie rozumiał, co działo się w jego wnętrzu – a właściwie nie był pewny, czy działo się w nim cokolwiek.

– Rose, to pytanie nie jest takie proste i dobrze o tym wiesz – odrzekł w końcu. – Ja i tak nie mam pojęcia, co czuję.

– A ona lubi ciebie? – drążyła.

– Tego tym bardziej nie wiem.

Nie, to nie mogło się tak skończyć.

– A jak była tu ostatnio, zrobiła coś, co mogłoby oznaczać, że cię lubi? – spytała nieśmiało, bojąc się, że zaczęła już się naprzykrzać Mondowi tymi pytaniami.

– ...przytuliła mnie.

A jednak. Wygrała.

– No to skąd jeszcze jakieś wątpliwości? – obruszyła się. – I co?

Spojrzał na nią z niezrozumieniem, a Rose westchnęła w duchu. Okay, jeszcze raz, na spokojnie.

– Przytuliła cię, a ty co?

– ...nic.

– Nic?... Nie przytuliłeś się do niej?

– Nie.

Próbowała wyobrazić sobie tę sytuację i aż sama poczuła się niezręcznie.

– Nie patrz tak na mnie... – westchnął Mond, odwracając wzrok. – Nie potrafiłem. Nawet gdybym chciał, czego nie wiem... nie potrafiłem. Stałem tylko bezmyślnie jak sparaliżowany jej dotykiem. Nie spodziewałem się tego.

Podjęła ostrożnie jeszcze raz:

– A... było to dla ciebie miłe?

Mond zamyślił się przez chwilę, wyglądając przy tym, jak gdyby starał się odgadnąć tajemnicę wszechświata. Przypomniał sobie tamten moment, kiedy go objęła, a on zupełnie się tego nie spodziewał. Zrobiła to bardzo delikatnie, jakby bojąc się, że mogłaby go spłoszyć, jakby miał jej uciec. Kiedy wracał myślami do tej sytuacji, wciąż czuł jej dotyk na swoim ciele.

– Przede wszystkim dziwne – odrzekł w końcu. – Czy miłe? Nie wiem... Ale często o tym myślę.

– Biedna Bella... – westchnęła Rose. – Chyba pomyślała, że jej nie lubisz.

– Dlaczego miałaby tak pomyśleć?

– Nie odwzajemniłeś przytulenia... Musiała poczuć się odtrącona, pewnie myśli, że cię wystraszyła. Nie odzywała się od tego czasu?

– ...nie.

Rose poczuła zażenowanie i wstyd za kuzyna.

– Mond, no to nie zastanawiaj się dłużej i zapraszaj ją na tę kawę! – zawołała, uderzając pięścią w stół. – Teraz twoja kolej, twój ruch...

– O czym ty mówisz? – spytał Mond, lekko unosząc brwi na gest Rose.

– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – była zdumiona, jak mógł jej jeszcze nie rozumieć. – Mówię ci, ona nie wie, co myśleć, bo nie dajesz jej żadnych znaków... A wręcz możesz dawać jej znaki negatywne.

– Ona wie, jak to jest u mnie z okazywaniem emocji.

– Pewnie niezupełnie, nie zna cię tak dobrze. 

Oboje się zamyślili. Rose sama nie wiedziała, dlaczego tak upierała się przy tym, żeby Bella i Mond się spotkali. Doszła do wniosku, że chyba chciała sprawdzić, czy znajomość z Bellą będzie w stanie pomóc Mondowi wreszcie rozbudzić jego uczucia.

– Okay, rób, co chcesz, ale przemyśl to – odezwała się po chwili ciszy. – Kolejna taka szansa może nie trafić się szybko, a bon jest idealnym pretekstem do spotkania. 

– Dobrze, przemyślę to – obiecał. – Myślisz, że ona naprawdę uważa, że... jej nie lubię?

– Myślę, że na ciebie czeka.

 

~*~

 

W istocie, po ostatnim spotkaniu z Mondem Bella Dane czuła takie zażenowanie swoją osobą, że wstydziła się poczynić jakikolwiek gest w jego stronę, nawet jeśli ciągle jej na nim zależało. Siedziała w swoim ulubionym miejscu w rodzinnej rezydencji, obserwując wodospad i modląc się w myślach, jak to miała w zwyczaju.

„Panie Boże, zabierz ode mnie to zawstydzenie, bo ja już z nim nie wytrzymuję...” – pomyślała gorzko. – „Po co ja go przytulałam? Za wcześnie, niedawno się poznaliśmy! Ale ja jednak jestem głupia...”. Poczuła ukłucie w środku. Widok na wodospad czasem sprawiał, że miała ochotę próbować modlitwy, choć nie miała pewności, czy ktokolwiek po drugiej stronie ją słyszał.

Wtedy zadzwonił jej telefon i aż zamurowało ją na widok wyświetlacza. Dzwonił właśnie Mond. Spanikowała i zastygła w bezruchu, wgapiając się w ekran. Połączenie się skończyło, nie odebrała. Bała się, że chciał zakończyć ich znajomość, nawet jeśli ten strach wydawał jej się bezpodstawny. Przypomniała sobie jego ciche „dziękuję”, kiedy tamtego wieczoru odchodziła. Minęły prawie dwa tygodnie... 

Mond zadzwonił jeszcze raz. Wzięła głęboki oddech i odebrała... A potem zaniemówiła. 

W życiu nie spodziewałaby się, że Raymond Elliot zaprosi ją do kawiarni w Walentynki. Na szczęście odzyskała język w porę, by mu odpowiedzieć. 

Tak oto parę dni później gnała do kawiarni spóźniona na spotkanie i zażenowana sobą jeszcze bardziej. Kiedy wreszcie dotarła, jego tam nie było. Poczuła nieprzyjemny ciężar na żołądku. Czyżby właśnie wszystko zepsuła? A może jednak wcale nie chciał się z nią spotkać i nie przyszedł?

Rozejrzała się raz jeszcze, ale Mond nie pojawił się magicznie przy jednym ze stolików, więc zwiesiła głowę i z impetem odwróciła się, by udać się w drogę powrotną, gdy nagle na kogoś wpadła. Oczywiście, że był to Mond.

– Ehym, wybacz za spóźnienie – odchrząknął.

– Nic się nie stało, też właśnie przyszłam – przyznała nieśmiało, czując ogromną ulgę. 

Była to kawiarnia, gdzie Mond pracował jako kelner, ale dzisiejszego wieczora miał wolne. Zaprowadził Bellę do zarezerwowanego dla nich stolika. Nie spoufalał się z nikim z pracy, jednak jego współpracownicy zaciekawili się na wieść, że zamierzał kogoś zaprosić. Nigdy nic im o sobie nie mówił, zatem poczuli się zaintrygowani.

Kiedy jedna z kelnerek zobaczyła ich razem przy stoliku, natychmiast pognała ich obsłużyć. Mond zauważył ją, zanim podeszła – była to Onyks Thompson, wysoka i smukła dziewczyna o czarnych włosach przyciętych na długość żuchwy oraz błękitnych oczach. Przywitała się z Mondem, który następnie przedstawił jej Bellę, a później oświadczył, że chcieli wykorzystać bon walentynkowy. Oboje zamówili po filiżance cappuccino i bezie z kremem i owocami, a zamówienie dostali niemal od razu. 

Bella dłubała nerwowo widelcem w cieście, nie wiedząc, co mówić. Zapanowała pomiędzy nimi niezręczna cisza, podczas której okazjonalnie zerkała na Monda. Założył dzisiaj błękitnoszarą koszulę i dżinsy, w dolnej wardze jak zwykle nosił kolczyk, a jasne włosy same układały się w niemal artystycznym nieładzie. Bella natomiast ubrała się w koszulową sukienkę w zielono-granatową kratę oraz trampki, a część włosów spięła do tyłu.

– Jadasz w ogóle czasem jakieś desery? – Mond zaczął temat, a Bella ucieszyła się w duchu, że nawiązali rozmowę.

– Od czasu do czasu, ale bezy jeszcze nigdy nie jadłam – odparła. – Ufam, że jest dobra, skoro ją polecałeś – uśmiechnęła się.

– Och, właściwie... – zakłopotał się nieco. – Było to pierwsze w kolejności alfabetycznej ciasto na liście... Sam też nigdy jej nie jadłem.

– Ach... No więc możemy spróbować razem i ocenimy! – oznajmiła Bella, nabierając nieco ciasta na widelczyk.  – Gotowy? Trzy, cztery!

Oboje spróbowali ciasta w tym samym momencie, zastanawiając się nad jego smakiem.

– Słodkie – ogłosił Mond i spojrzał na Bellę. 

Miała trochę kremu na nosie. „To też jest słodkie… Chyba” – pomyślał, po czym pokazał jej, by wytarła nos. Ona w zakłopotaniu chwyciła gwałtownie serwetkę, przewracając przy tym mały plastikowy wazon ze sztucznymi kwiatami stojący dotąd na stole. 

– Matko kochana... – jęknęła.

Sięgnęła dłonią, by postawić wazon z powrotem, a wtedy Mond dotknął jej przypadkowo swoją dłonią. Natychmiast ją zabrał, jakby doszło między nimi do jakiegoś zwarcia.

– Nic nie szkodzi... – odparł cicho, kładąc sobie obie ręce na kolanach.

Bella poprawiła wazon z kwiatami i nerwowo wytarła nos. Kilka kolejnych chwil znów przesiedzieli w ciszy.

– Moja starsza siostra Pauline zawsze mi powtarza, że mam dar do rozbijania się... – westchnęła, zażenowana. – Ma rację, jestem strasznie niezdarna.

– Wszyscy w twojej rodzinie to artyści? – Mond zmienił temat, nie mogąc patrzeć, jak Bella sama się zadręczała.

– Tak, ale każdy właściwie zajmuje się czymś innym – odrzekła, wyraźnie ucieszona nowym wątkiem rozmowy. – Mój tato jest muzykiem, a mama malarką. Muzyką zajmują się jeszcze mój najstarszy brat Calum oraz najmłodsza siostra Juliet. Nie jest nawet pełnoprawną wampirzycą, ale ma dziewiętnaście lat, więc niedługo się nią stanie – dodała z ciepłym uśmiechem. – Moją najstarszą siostrą jest właśnie Pauline, tancerka. Jest młodsza od Caluma, ale starsza od mojego starszego brata Liama, który też maluje. Mam jeszcze jedną młodszą siostrę, Lily, ona zajmuje się pisaniem.

– Czekaj, muszę to sobie poukładać – oznajmił Mond, marszcząc lekko czoło w zamyśleniu. – Popraw mnie, jeśli powiem coś nie tak. Tata muzyk, mama malarka. Pierwszym z rodzeństwa jest Calum, muzyk. Potem Pauline, tancerka... Liam, malarz. Potem jesteś ty, fotograf... Lily, pisarka i Juliet, muzyk.

– Brawo! – zaśmiała się Bella. – Może kiedyś będziesz miał okazję ich poznać, w końcu mamy współpracę. A ty masz starszego brata, tak?

Kiwnął głową, nabierając kolejny kawałek bezy na widelczyk.

– Ma na imię Drew – dodał. – Mam jeszcze młodszą kuzynkę, Rose. O, właśnie... – przypomniał sobie, by zaraz potem sięgnąć do kieszeni, wyjąć z niej coś i wyciągnąć w stronę Belli. – Upadło ci ostatnio.

Wzięła od niego swoją gumkę do włosów i założyła sobie na nadgarstku. Resztę wieczoru przesiedzieli w kawiarni, gawędząc głównie o swoich rodzinach. Właściwie zdecydowanie częściej odzywała się Bella, ale Mondowi to nie przeszkadzało. Z uwagą słuchał wszystkich opowieści o jej rodzeństwie, obserwując, jak ciepło wspominała każde z nich. Przypomniał sobie, jak mówiła o swoim wrażeniu, że nie pasowała do swojej rodziny, a jednak musiała mieć z nimi silną więź, skoro tak ochoczo i przyjaźnie o nich opowiadała.

Kiedy opuścili kawiarnię, Mond zdał sobie sprawę, że wcale nie chciał jeszcze żegnać się z Bellą, bo spędził z nią zaskakująco miło czas, dlatego zaproponował, że odprowadzi ją do głównej drogi, od której oboje mieli już ruszyć wampirzym sprintem w swoje strony. Pomyślał też, że musiał podziękować Rose, bo gdyby nie rozmowa z nią, to pewnie sam nie zaprosiłby Belli.

– Dziękuję za ten wieczór, było bardzo przyjemnie – oznajmiła Bella, kiedy znaleźli się u celu.

– Ja również dziękuję – odparł Mond, kiwając głową, jednak wyraz jego twarzy jak zwykle pozostawał poważny.

Bella uśmiechnęła się ciepło. Nadszedł czas pożegnania, a ona znów miała ochotę przytulić go na odchodne, ale nie wiedziała, jak zareaguje. Rozłożyła tylko nieśmiało ręce, posyłając mu pytające spojrzenie, w którym od razu odczytał wiadomość.

– Bella... – szepnął w zakłopotaniu. – Jeszcze nie...

– Hm? – nie dosłyszała.

– Jeszcze nie. Pewnego dnia cię przytulę... ale jeszcze nie dzisiaj.

Zamrugała dwukrotnie ze zdziwienia, przyglądając mu się badawczo. Co miały znaczyć te słowa?

– N-nie musisz mnie wcale przytulać, ja tylko... – speszyła się, opuszczając ręce. – Pomyślałam, że tak będzie miło, ale jeśli nie chcesz, to ja zrozumiem.

– Nie o to chodzi... 

Zmarszczyła czoło w niezrozumieniu, a Mond dostrzegł też lekkie zmarszczki na jej nosie, kiedy tak analizowała jego wypowiedź.

– Sam nie potrafię tego do końca wytłumaczyć – odrzekł. – Mam problem z emocjami, to pewnie dlatego. Ale ja... chcę się z tym uporać... I pewnego dnia cię przytulę, Bella. Obiecuję.

Te słowa, choć w pierwszej chwili brzmiały dziwnie, rozbudziły w Belli ciepło i nadzieję. Zapamiętała je bardzo dobrze.

 

~*~

 

Rose umierała z ciekawości, jak Mondowi i Belli mijał wieczór, ale obiecała nie odwiedzać kawiarni ani nie plątać się w pobliżu, o co prosił ją Mond. Rozumiała, że nie chciał czuć jeszcze większego stresu, o ile oczywiście go odczuwał, bo wyglądał na raczej niewzruszonego, lecz to akurat był u niego standard. Postanowiła zatem skupić się na Troye’u, z którym wyszła na wieczorny spacer, zanim pójdą do niej.

Byli zgodni co do tego, że czuliby się niekomfortowo w przesłodzonym, typowo walentynkowym nastroju, a więc postanowili spędzić ten dzień ze sobą jak każdy inny. No, poza upominkami. Rose niosła właśnie bukiet czerwonych róż, które Troye wręczył jej na początku spaceru, myśląc o czekającym w jej mieszkaniu prezencie dla niego. Może i przesadziła, bo najnowsze DLC do Galaktycznego Ataku było zbyt drogie jak na upominek, ale już wyobrażała sobie, jak się na nie ucieszy. Dowiedziała się, że ponieważ on i Hannah grali na osobnych kontach, to i tak musieliby kupić je dwa razy, skoro można było przypisać je tylko do jednego. 

– Mam nadzieję, że ostatnio już dobrze się czułeś? – spytała ze zmartwieniem w głosie. – Żadnych nerwów, podwyższonej temperatury?

– Ostatnio jest lepiej – zapewnił Troye z ciepłym uśmiechem na twarzy. – Kilka dni temu czułem tylko lekkie mdłości przez prawie cały dzień, ale od tego czasu nic szczególnego się nie wydarzyło. Nie mam pojęcia, co to jest, może pójdę do tego lekarza... 

– Może jesteś w ciąży? – zażartowała niewinnie Rose.

Troye się roześmiał.

– To pewnie przez ten komputer! – dodał. – Tak by powiedziała moja babcia.

– Za dużo Galaktycznego Ataku? Kosmici cię porwali i zapłodnili?

– Takie rzeczy raczej w Simsach. 

Szli dalej, żartując i śmiejąc się, aż Troye nagle się zatrzymał. Rose przestraszyła się, że znowu coś się z nim działo, ale odparł tylko:

– Ann. Chyba widziałem Ann!

Rose poruszyła nozdrzami, analizując teren. Faktycznie, w pobliżu unosił się zapach Hanny i jeszcze jeden znajomy...

Cofnęli się o kilka kroków i zobaczyli, że w ogródku przy jednej z pobliskich kawiarni siedzieli Hannah i Jarvis, trzymając się za ręce. Troye’a zamurowało, a Rose w duchu wydała z siebie triumfalny okrzyk, bo chociaż nie przepadała za Hanną, cieszyła się na widok szczęśliwego Jarvisa. Jeszcze nie widziała u niego takiego spojrzenia – były to prawdziwe maślane oczy.

Troye pomyślał, że Hannah musiała być naprawdę skupiona na Jarvisie, skoro nie zauważyła go do tej pory. Zwykle nie dało się przejść obok niej bezszelestnie, bo interesowała się absolutnie wszystkim dookoła niej. Najwidoczniej teraz była dla odmiany zainteresowana tylko Jarvisem, a Troye nie pamiętał, by jego siostra kiedykolwiek skupiła się na czymś bądź na kimś całkowicie. Już miał ruszyć w ich stronę, ale Rose pociągnęła go za ramię.

– Zostaw ich – szepnęła.

– Ale... No patrz, słowem się nie odezwała, że przyjeżdża tu na weekend!

– Bo nie przyjechała do ciebie, tylko do Jarvisa.

– Moment... To znaczy, że nocuje też u niego?

– Troye, błagam cię, dajmy im spokój! – westchnęła Rose, odciągając go dalej.

Ze zdezorientowania Troye zapomniał, jaką miała siłę jako wampirzyca i prawie się przewrócił. Poszedł za nią posłusznie.

– Spokojnie – odparła, gdy byli już nieco dalej. – Jarvis to dobry i delikatny chłopak, nie skrzywdzi Hanny.

 – Wiem – mruknął Troye, po czym westchnął. – Znam swoją siostrę... Ja się tu bardziej o Jarvisa boję.