Przez uchylone okno wleciało trochę chłodnego nocnego powietrza, odwiedzając Troye’a we śnie. Zobaczył w nim kobietę o gładkiej, bardzo jasnej cerze, niczym u porcelanowej lalki, i włosach w platynowym odcieniu blondu. Posłała mu bezpośrednie spojrzenie, które zdawało się hipnotyzować. Błękit w jej oczach przywiódł Troye’owi na myśl głęboką, tajemniczą wodę, gdzie łatwo można było się utopić.
Wtedy we śnie pojawiła się jeszcze jedna osoba – nastoletnia dziewczyna o długich włosach w kolorze ciemnego blondu. Troye od razu rozpoznał ją po zielonych oczach w kształcie migdałów – widział Rose we wczesnym okresie dojrzewania. Zdawała się nieco wystraszona i bezbronna, jednak rzuciła kobiecie dobrze znane mu wyzywające i gniewne spojrzenie. Kobieta otworzyła usta pomalowane czerwoną szminką i odezwała się pretensjonalnym głosem:
– Wiesz, dlaczego cię wezwałam, smarkulo?
Rose milczała, zaciskając usta w wąską linijkę. Kobieta podeszła bliżej, patrząc jej prosto w oczy. Gdyby ich spojrzenia miały taką moc, z pewnością zmieniłyby się wzajemnie w kamienne posągi.
– Oczywiście, że wiesz. Powiedz sama – ciągnęła kobieta.
– Weszłam na górę – odpowiedziała w końcu Rose.
– Skoro nie jesteś głucha i słyszysz, co się do ciebie mówi, to dlaczego to zrobiłaś?
– Bo chciałam.
Jednym, płynnym ruchem dłoni kobieta uderzyła Rose w policzek, a ta aż skrzywiła się z bólu. Troye przeraził się, jak naturalnie jej to przyszło – zupełnie tak, jakby miała w tym wprawę.
– Co? Boli? – prychnęła kpiącym tonem wyrażającym fałszywe współczucie. – Może następnym razem pomyślisz, zanim znowu to zrobisz.
Rose dotknęła delikatnie zaczerwienionego policzka. Troye doskonale wiedział, że musiała się mocno powstrzymywać, by nie wybuchnąć płaczem. Miał ochotę podejść do kobiety i wymierzyć jej taki sam cios w twarz, jednak nie mógł się poruszyć, jak gdyby był tylko biernym obserwatorem.
– Zapamiętaj sobie, podrzutku – syknęła na Rose – piętro to jedyne miejsce, gdzie mam od ciebie spokój. Nie wolno ci tam wchodzić.
Sen skończył się widokiem Rose patrzącej na kobietę jak zbity pies.
Troye przebudził się, nieco zdezorientowany. Skąd ten sen? Dlaczego myślał o domu rodzinnym Rose? Poleżał chwilę w łóżku, przewrócił się któryś raz na bok i w końcu zasnął ponownie, tym razem bez żadnych marzeń sennych.
Kiedy się obudził, nie pamiętał już snu o Rose. Jak zwykle prawie od razu po otwarciu oczu, sięgnął po telefon. Zauważył nową wiadomość od Hanny o treści: „Hej, brat. Przyjeżdżam do ciebie na weekend, cieszysz się? Będę w piątek koło 20:00.” Nieco się zdziwił, bo nie podała powodu. Odpisał jej z nadzieją, że dowie się czegoś więcej. Póki co pozostało mu tylko czekać na odpowiedź i zbierać się na zajęcia.
~*~
Ponowne spotkanie z kuzynami napawało Rose ogromnym zmartwieniem, głównie przez Drew. Z Raymondem nie miała aż tak złych kontaktów, bo zwykle byli sobie po prostu obojętni, lecz Drew uwielbiał znęcać się nad nią wraz z ciotką Scarlett.
Rose była wdzięczna, że kuzyni przynajmniej mieszkali osobno, jednak wciąż bywali częstymi gośćmi w domu rodzinnym. Scarlett lubiła mieć wszystko pod kontrolą, dlatego też zapraszała, a wręcz kazała synom odwiedzać ją bardzo regularnie. Najbardziej nie chciałaby zetknąć się ponownie właśnie z nią – z ciotką, która tak uprzykrzała jej życie na każdym kroku. Póki co nie widziała się z kuzynami od czasu nowiu i pragnęła, aby pozostało tak jak najdłużej.
Na uczelni natomiast spotkała kogoś, z kim też nie widziała się stosunkowo dawno, choć nie aż tak, jak z kuzynami. Właściwie umówiła się wtedy z Troyem, bo oboje mieli kolejne zajęcia w tym samym budynku, jednak zanim on do niej dołączył, pojawił się Jarvis, a ona poczuła się niesamowicie niezręcznie.
– Cześć – przywitał się nieco chłodnym tonem.
– Hej... – odpowiedziała ze wstydem, próbując nieporadnie ułożyć myśli w słowa.
– Fajnie, że nadal żyjesz... – mruknął, pokazując jej ekran telefonu, gdzie widniało parę wiadomości od niego, które przeczytała, lecz nie odpisała na żadną.
– Przepraszam cię – westchnęła ciężko. – Przepraszam za te wszystkie złudne nadzieje, które ci dałam. Nie nadaję się do związków... I powinnam była powiedzieć ci o tym wcześniej. Przykro mi.
Jarvis spojrzał na nią ze zmartwieniem i rozczarowaniem. Tak, już jakiś czas temu sam doszedł do tych wniosków, jednak dalej pozostał jakiś niesmak między nimi.
– Okay, to w takim razie... Lepiej nie będę wchodził ci już w drogę – odrzekł z rezygnacją w głosie. – Cześć.
– Pa, Jarvis... – wydukała tylko Rose w odpowiedzi, obserwując, jak ciężkim krokiem szedł w swoją stronę.
Był trochę rozdarty, bo sam wahał się, czy w ogóle chciał wchodzić w relację z Rose. Odkąd dowiedział się, kim była naprawdę, inaczej na nią patrzył, a strach nie ustępował.
Idąc korytarzem, nagle usłyszał za sobą głos Troye’a. Odwrócił się dyskretnie, by ujrzeć, jak Rose przytula się do niego na powitanie. Zdenerwował się. „Och, no tak, ale do związków się nie nadajesz?...” – pomyślał gorzko. „Mogła od razu mi powiedzieć, że woli jego i już. Po co to wszystko?” Westchnął ponownie i odszedł, czując jeszcze większy niesmak niż przedtem.
– Och, właśnie, śniłaś mi się dzisiaj – przypomniał sobie Troye na głos, gdy oboje usiedli w bardziej ustronnym miejscu.
Troye opowiedział, co widział we śnie, starając się przy tym przekazać jak najwięcej szczegółów. Rose słuchała go uważnie, a z każdym kolejnym słowem jej oczy robiły się coraz większe.
– Niesamowite... – skomentowała w zdziwieniu, kiedy Troye skończył opowiadać.
– Ale co takiego?
– Dokładnie taka sytuacja miała kiedyś miejsce – wyjaśniła Rose. – Jednak nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek ci o niej opowiadała...
– Ja też nie... To skąd ten sen?
– Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że jakimś cudem udało ci się zobaczyć moje wspomnienie.
– Czy to może mieć związek z naszym łączem?
– Może tak... a może nie. Ech, nie znam się na tym... – jęknęła. – Mogłam cię przypadkowo wpuścić do mojego umysłu we własnym śnie? Albo... O, nie, mam nadzieję, że Drew nie maczał w tym palców... Ale po co by mu było akurat takie wspomnienie?
– Chyba jednak ta pierwsza opcja jest bardziej prawdopodobna – stwierdził Troye po chwili namysłu. – Może tobie śniło się to samo, ale tego nie pamiętasz.
Posiedzieli chwilę w ciszy, rozmyślając nad tą sprawą. Rose usiłowała sobie przypomnieć, czy w ogóle pamiętała swoje sny z tej nocy. Nie mogła stwierdzić, czy też śniła się jej ciotka, ale udało jej się przypomnieć sobie jeden sen.
– Śniło mi się dzisiaj, że przechodziłam obok kościoła… i weszłam do środka – oznajmiła. – Stałam nawet przed samym ołtarzem…
– I co? – zaciekawił się Troye.
– I tyle.
Troye niezbyt rozumiał, co w tym takiego niezwykłego. Przyglądał się Rose tak, jakby próbował odpowiedzieć sobie na to pytanie, lecz nic nie przychodziło mu do głowy, dlatego spytał:
– Nie bywasz w kościołach?
Rose spojrzała na niego ze strachem w oczach.
– Ja… – ściszyła głos. – Boję się potępienia.
– Co takiego?
– Za to, kim jestem… Napadam niewinnych, wysysam z nich krew...
– Ale przecież potrzebujesz jej, by żyć. Czy to grzech?
– No właśnie dlatego że nie mogę żyć inaczej, jestem już z góry skazana na wieczne potępienie. Tak zawsze mówiła ciotka Scarlett… – dodała po chwili.
– Ta, którą widziałem we śnie? – upewnił się Troye. – To brzmi raczej… beznadziejnie. Jakoś nie chce mi się wierzyć, by był to wystarczający powód do potępienia.
– Ja nie pochodzę od Boga, Troye…
– Bzdura – odparł stanowczo, łapiąc ją za rękę. – Nie ma opcji, by ktoś o tak dobrym sercu pochodził od sił nieczystych. W sumie… mógłbym spytać Erika, czy hipotetycznie, gdyby wampiry istniały, to czy nie mogłyby zostać zbawione.
– Erik? To twój współlokator, tak? – przypomniała sobie Rose, a Troye kiwnął głową w odpowiedzi.
– On bardziej zna się na takich duchowych sprawach… – odrzekł, a gdy Rose posłała mu pytające spojrzenie, kontynuował. – No, powiedzmy, że jest bardziej praktykującym wierzącym ode mnie…
Rose uśmiechnęła się z przekąsem.
– Ile ja bym dała, żeby móc praktykować sama… – westchnęła.
– Chciałabyś kiedyś pójść ze mną do kościoła?
W odpowiedzi posłała mu takie spojrzenie, jak gdyby postradał zmysły.
– Nie jestem godna…
– Jakby tak na to spojrzeć… nikt właściwie nie jest, a mimo to jest zaproszony.
Rose rozważała jeszcze chwilę jego słowa w milczeniu. Słyszała o nieskończonym miłosierdziu Boga, jednak widziała siebie samą raczej poza Nim. Z pewnością miało na to wpływ wychowanie przez Scarlett, która powtarzała jej, że była nikim i nie zasługiwała na dobro. W dodatku ciotka sądziła, że wszystkie wampiry były automatycznie wykluczone z kręgu zbawionych, bo zwyczajnie tego nie potrzebowały. Wychodziła z założenia, że skoro były wiecznie młode, zbawienie wcale nie było dla nich konieczne. Rose chciałaby myśleć inaczej, jednak czuła, że ciotka miała rację.
Troye z kolei był przekonany, że strach przed kościołami był u Rose mocno przesadzony. Wątpił w to, by faktycznie miała zostać potępiona na wieki. Z drugiej strony jednak sam czuł się nieco fałszywie, opowiadając jej o Bogu, bo sam ostatnio trochę zaniedbał własną wiarę.
~*~
Nadszedł piątek, co dla Hanny oznaczało przyjazd do brata. Już zdążyła się na to dokładnie przygotować, do czego nikt nie mógł mieć żadnych wątpliwości. Przekazała mu, że przyjedzie dopiero wieczorem, jednak zamierzała pojawić się już wcześniej, aby go zaskoczyć i nieco poobserwować jego środowisko.
Od razu po skończonych zajęciach w liceum wybrała się na dworzec, a w godzinę później znalazła się w mieście, gdzie studiował Troye. Skontaktowała się też z Erikiem, że chciałaby odwiedzić brata, ale przy tym zrobić mu niespodziankę. Okazało się, że Erik na ten weekend wracał do domu, więc dla Hanny złożyło się idealnie – spotkali się na dworcu, gdzie przekazał jej klucze do mieszkania i sam ruszył w drogę.
Hannah natomiast udała się najpierw do akademika, żeby zostawić swoje rzeczy w pokoju Troye’a i Erika, a później na uczelnię. W drodze na Wydział Prawa i Ekonomii zadzwoniła do Niny, bo według planu miała teraz przerwę. Dane zebrane przez Hannę widocznie były aktualne, bo odebrała.
– Tak?
– Cześć, kochana! – zawołała Hannah ochoczo. – Masz teraz dla mnie czas? Właśnie idę na twój wydział!
– Co? – zdziwiła się. – Kiedy przyjechałaś?
– Przed chwilą – odparła wesoło. – Właśnie wchodzę do środka, jesteś teraz na dole?
– Tak, zostań na wejściu. Już do ciebie idę – odpowiedziała Nina i rozłączyła się.
Hannah zaczęła rozmyślać, co też mogło stać się z jej przyjaciółką, bowiem w jej głosie wyczuła wyraźną nerwowość. Czyżby wcale nie chciała jej widzieć? Chwilę później pojawiła się na wyjściu z holu, zatem Hannah wyszła jej naprzeciw.
– Hej! – przywitała się raz jeszcze, przytulając przyjaciółkę. „Oj, tak” – pomyślała – „jest wyraźnie spięta.”
– Co tam? Masz tu coś do załatwienia? – dopytywała Nina.
Przyglądając się przyjaciółce, Hannah stwierdziła w duchu, że wyglądała jakoś inaczej – była jakby zmartwiona, lekko zdenerwowana, może nawet przestraszona? Zwykle nakładała tylko delikatny makijaż, a dziś miała na twarzy dużo podkładu, przez który ledwo prześwitywały jej piegi. Szczególnie dużo nałożyła go pod oczami, jak gdyby chciała ukryć zaciemnienia w tym miejscu. „Musiała źle spać” – wydedukowała Hannah w myślach.
– A co, nie mogę tak po prostu odwiedzić przyjaciółki i brata? – uśmiechnęła się Hannah, nie dając poznać po sobie zmartwienia. – No kochana, co tam się dzieje pomiędzy wami? – dodała, odchodząc z Niną nieco na bok, gdzie przebywało znacznie mniej studentów.
– Nic – westchnęła cicho w odpowiedzi. – Już ci mówiłam, daję sobie z nim spokój.
– Przykro mi, że niezbyt wam się układała ta znajomość, ale zaufaj, jeszcze wszystko można naprawić – upierała się Hannah, uśmiechając się zachęcająco.
Nina odwróciła wzrok, okazując zdenerwowanie. Nie miała ochoty wysłuchiwać kolejnych planów na życie Hanny, bo i zresztą nie zamierzała za nimi podążać. Po rozmowie z Drew zmieniła swoje cele, teraz nie pasowały zupełnie do wizji jej przyjaciółki… ani oczekiwań kogokolwiek innego. Wreszcie chciała zdecydować sama, jak ułoży się jej życie.
– Ann, ja nie będę niczego naprawiać, zrozum – prychnęła.
– Ale jeśli chodzi o tę Rose, to nie znalazłam nikogo takiego w znajomych Troye’a, więc chyba to nikt ważny… – wtrąciła Hannah. Nie po to robiła cały research, żeby teraz nie mieć planu działania.
– Nie obchodzi mnie żadna Rose ani żaden Troye – odrzekła stanowczo Nina, odsuwając się od Hanny. – Głucha jesteś? Nie mieszaj się już do mojego życia! – podniosła głos, czym zwróciła na siebie uwagę paru studentów przebywających w pobliżu.
– Nina, czy ja się kiedykolwiek mieszałam? Przecież chciałam dobrze! – obruszyła się Hannah, nie rozumiejąc, dlaczego stała się nagle taka agresywna.
– Więc już nic ode mnie nie chciej! – syknęła na nią, po czym pewnym siebie krokiem odeszła, czując dziwną satysfakcję z zaistniałej sytuacji.
Miała wrażenie, jakby właśnie zerwała znajomość z Hanną, jakby wyrzuciła ją z własnego życia, i czuła się z tym niesamowicie dobrze. Sądziła, że nikt nie był jej już potrzebny – poza Drew. Otworzył jej oczy, uświadomił jej, że z nim miała władzę nad własnym życiem, czego nigdy przedtem nie doświadczyła.
Z kolei Hannah jeszcze przez chwilę stała w tym samym miejscu, wpatrując się w miejsce, gdzie podczas rozmowy stała Nina. Zupełnie nie spodziewała się takiego obrotu spraw – czy o czymś nie wiedziała? Dlaczego Nina tak gwałtownie zareagowała? „Może ma złamane serce, dlatego tak się wkurza…” – pomyślała Hannah. „Czuję, że nie mówi mi całej prawdy. Może dowiem się więcej od Troye’a!”
Zdeterminowana, ruszyła w stronę budynku, gdzie Troye miał teraz zajęcia. Z tego, co wiedziała, były to jego ostatnie w tym dniu i kończył za jakąś godzinę. Bardzo żałowała, że nie dowiedziała się, kim była ta tajemnicza Rose, jednak domyślała się, że to ktoś ze środowiska uczelnianego jej brata. Gdyby chociaż znała jej kierunek studiów, mogłaby zrobić dalszy research, a nawet poobserwować ją z ukrycia na uczelni. „Trudno” – westchnęła w duchu. „Pewnie dowiem się czegoś dzisiaj, więc dalej już sobie poradzę…”
Była tak zamyślona i pobudzona, że po drodze szturchnęła z impetem przechodnia, którego ledwo zauważyła. Wyrwana z myśli, zatrzymała się.
– Przepraszam! – zawołała.
– Nie szkodzi, sam nie uważałem, jak idę… – westchnął ciężko, zdobywając się na uśmiech. – Ale miło wiedzieć, że jakaś dziewczyna jednak na mnie leci…
– Ale to był tandetny tekst – skomentowała Hannah z rozbawieniem. Chłopak miał taki niewinny wyraz twarzy, a w jego brązowych oczach czaił się żal. – Złamane serce, co?
– Skąd wiedziałaś?
– Niektórzy mówią, że mam rentgen w oczach – oznajmiła, uśmiechając się dumnie.
– No tak, rozczytałaś mnie… – przyznał. – To znaczy, cóż, przeczuwałem, że tak to się skończy, zanim jeszcze dojdzie do czegoś poważniejszego. Poczułem się trochę zwodzony… Ale już wiem, dlaczego tak się zachowywała… Po prostu najwidoczniej zaczęła związek z innym chłopakiem, tylko szkoda, że wcześniej otwarcie mi nie powiedziała, że ja jej tak nie interesuję.
– Grała na dwa fronty? A to…
– Przepraszam, że tak się otworzyłem – wszedł jej w słowo. – Przecież nawet się nie znamy, a ja zwierzam ci się z moich problemów…
– Nie szkodzi. Ponoć lepiej rozwiązuję problemy innych niż swoje własne – odparła beztrosko Hannah, rozkładając ręce. – A i zawsze można się poznać… – posłała mu uroczy uśmiech.
Chłopak odwzajemnił uśmiech i wyciągnął rękę w jej stronę.
– Jarvis Blake – przedstawił się.
Krótką chwilę patrzyła na niego badawczo, po czym uścisnęła jego dłoń, odpowiadając:
– Hannah Jardin.
Zauważyła, jak rzednie mu mina, zatem uznała, że coś musiało być na rzeczy.
– O, chyba to nazwisko jest ci znane? – podłapała, pełna nadziei. – Znasz może mojego brata, Troye’a?
– Oj, tak.
Hannah już wszystko rozumiała.
– To jego wybrała ta dziewczyna, co? – domyśliła się, czując narastającą ekscytację. – Czy ta dziewczyna przypadkiem nie nazywa się Rose?
Jarvis spojrzał na nią z prawdziwym przerażeniem wymalowanym na twarzy. Serce biło jej coraz szybciej, chyba trafiła w dziesiątkę.
– Prawdziwy rentgen w oczach… – skomentował tylko.
Zadowolona z siebie, Hannah dowiedziała się od Jarvisa, że właśnie wracał do domu, ale udało jej się go namówić, żeby jeszcze chwilę z nią został.
Udali się więc do budynku, gdzie studiował Troye, po czym usiedli na kanapie w holu. Zaczęli rozmawiać o wszystkim i o niczym, ale podczas tej rozmowy Hannah starała się jeszcze wyciągnąć z Jarvisa jakieś informacje.
– W sumie to dlaczego tak cię interesuje Rose? – spytał Jarvis.
– Och, no już byś chciał znać wszystkie moje tajemnice… – odparła Hannah, uśmiechając się niewinnie.
– Coś mi mówi, że z ciebie niezła kombinatorka – stwierdził Jarvis z przekornym uśmiechem na twarzy.
– Co, też chciałbyś mnie rozczytać? Ja chyba jednak jestem w tym lepsza.
– Ach, tak? No, proszę. Jaki ci się wydaję?
Hannah zastanowiła się, przez chwilę obserwując Jarvisa. Co kryło się w tych oczach nieco przysłoniętych przez jasne kosmyki włosów?
– Jesteś dosyć towarzyski, ale lubisz też spędzać czas sam – zaczęła. – Cenisz sobie wygodę i praktyczność, wyglądasz też na dosyć czułego chłopaka, choć z pozoru wydajesz się obojętny na wiele rzeczy.
– Wow…
– A, i może się mylę i wybacz, jeśli cię urażę, ale… masz może azjatyckie korzenie?
– Tak, to chyba nawet dobrze widać po moich rysach twarzy – odparł, uśmiechając się ciepło. – Mama pochodzi z Korei Południowej.
Poopowiadał jej trochę o swojej rodzinie, ona jemu o swojej. Hannah musiała bardzo pilnować czasu, bo w końcu nie mogła przegapić momentu, w którym Troye skończy zajęcia. Rozmowa z Jarvisem jednak dosyć ją pochłonęła – dowiedziała się, że studiował weterynarię, uwielbiał zwierzęta, oglądać filmy (szczególnie klasyki kina), a także uprawiał jogging.
Hannah natomiast opowiedziała mu, że podobnie jak jej brat interesowała się grami komputerowymi i motywami science fiction, ale równie chętnie kupowała ubrania, próbowała nieco swoich sił w technikach makijażu i samodzielnie uczyła się trochę psychologii. Jarvis nie żałował, że zgodził się porozmawiać z Hanną, a właściwie całkiem miło mijał mu czas. Nie chciał, żeby była dla niego swego rodzaju pocieszeniem po nieudanej relacji z Rose, bo sam przeżył coś podobnego z byłą dziewczyną, o której także pobieżnie opowiedział Hannie. Miał wrażenie, że Rose traktowała go tak w kontekście Troye’a, co odczuł jeszcze dotkliwiej ze względu na swoje doświadczenia. Starał się też nie wspominać o niej zbyt często, choć Hannah wracała do jej tematu.
Jarvis jednak nie chciał użalać się nad sobą, a i też obawiał się, że przypadkowo wygada się, że była wampirem. Nie wiedział dokładnie, skąd u niego taka obawa, ponieważ dotrzymywał sekretów. Mimo to miał wrażenie, że Hannah potrafiła sprawiać, by ludzie łatwo się przy niej otwierali, nawet jeśli sam uważał się za osobę ogólnie dosyć otwartą.
Z miejsca, w którym się znajdowali, Hannah miała dobry widok na drzwi od sali, gdzie Troye miał zajęcia. Była jednocześnie pochłonięta rozmową z Jarvisem, jak i czujna, by nie przegapić wyjścia brata z sali.
Gdy tylko drzwi się otworzyły, Hannah przerwała rozmowę i ruszyła w ich stronę. Nieco zdezorientowany, Jarvis sam wstał z kanapy i podążył za Hanną. Nie próbował nawet dokończyć tego, co mówił, zanim rozmowa się urwała, tylko przyglądał się Hannie z zainteresowaniem. Czekała cierpliwie, patrząc na studentów opuszczających salę. Wreszcie, prawie na samym końcu, zjawił się i Troye.
– Cześć, brat – oznajmiła krótko, a Troye spojrzał na nią ze zdziwieniem.
– Hannah?... Jarvis? – dodał, jeszcze bardziej zdziwiony, gdy zobaczył towarzystwo swojej siostry.
Wtedy z drugiej strony holu nadeszła jeszcze Rose, z którą Troye umówił się po zajęciach. Hannah obrzuciła ją wzrokiem, gdy zmierzała w ich stronę i tylko cicho spytała Jarvisa: „To ta?”, na co on kiwnął głową.
– Cześć wszystkim... Co tu się dzieje? – przywitała sie Rose, zauważając napięcie pomiędzy tą trójką.
Odeszli razem nieco na bok. Łatwo było dostrzec, że w tej sytuacji tylko Hannah nie czuła się niezręcznie.
– Rose, miło cię wreszcie poznać... – oświadczyła Hannah ze sztucznym uśmiechem na ustach, wprawiając adresatkę tej wypowiedzi w jeszcze większe zakłopotanie. – W ogóle, brawo dla was obojga – dodała, zerkając na brata. – Złamaliście już dwa serca, gratuluję!
~ Troye, kto to jest?
~ To moja młodsza siostra, Hannah...
– Przepraszam, o czym ty mówisz, Ann? – westchnął Troye w niezrozumieniu.
– Tak, teraz będziecie zgrywać niewinnych – prychnęła, po czym spojrzała pretensjonalnie na Rose. – Wiem, że tylko sobie pogrywałaś z Jarvisem. A ty, Troye, to co? Zapomniałeś o Ninie?
~ Jakiej Ninie, Troye?
~ Tej koleżance, z którą byłem w barze...
– ...ale między nami nic nigdy nie było, Ann. Nasza relacja od początku była czysto koleżeńska – sprostował na głos. – Poza tym to od kiedy jesteś adwokatem Jarvisa? Wy się w ogóle znacie?...
– Od jakiejś godziny… – wtrącił Jarvis.
– Tak, ale nie o tym teraz rozmawiamy – odrzekła szybko Hannah. – Dlaczego ja nic nie wiem o żadnej Rose? Dlaczego nie powiedziałeś mi, że masz dziewczynę?
Rose przewróciła oczami w zdenerwowaniu. Bardzo nie podobało jej się, jak siostra Troye’a ją traktowała.
– My nie jesteśmy... A zresztą, co ja ci się będę tłumaczył! – westchnął Troye. – Nic nie rozumiem, to Nina cię tu przysłała?
– Ona teraz cierpi, musiałam wziąć sprawy w swoje ręce! – oznajmiła Hannah, emanując pewnością siebie. – I nie kłam w żywe oczy, że nie jesteście razem, Jarvis mi wszystko powiedział.
Został obdarowany tak ciężkimi spojrzeniami przez Troye’a i Rose, że poczuł, jakby coś wgniotło go w ziemię.
– To nie tak, że teraz będę się żalił... Trochę głupio z nami wyszło, Rose, ale nie będę stawał na drodze do twojego szczęścia – wytłumaczył ostrożnie.
– Ach, faceci! – prychnęła panna Jardin, okazując zniesmaczenie. – Niby tacy odważni, a otwartej konfrontacji jednak się boją.
– Nie rozumiem, o co ci chodzi, Ann – westchnął Troye, wyraźnie zmęczony tą rozmową – Czego ty ode mnie oczekujesz?
– Najpierw określ się w końcu, czy jesteście razem!
– Nie twój zakichany interes, młoda – odezwała się Rose. – Nie zamierzamy wam się spowiadać z naszych uczuć.
– A co, może mojego brata też wykorzystujesz? Może kręcisz jeszcze z jakimś innym facetem na boku? – spekulowała Hannah. – To twój sposób, tak? Zwodzisz biednych, głupiutkich chłopaków…
– Ej! – zawołali Troye i Jarvis jednocześnie, z urazą w głosie.
– A później, gdy już się pobawisz – kontynuowała – zostawiasz ich i znajdujesz sobie kolejną ofiarę?...
– No i co, może jeszcze jestem seryjnym mordercą? – odrzekła Rose znudzonym tonem.
– To prawie to samo! – upierała się dziewczyna. – Wysysasz wszystko z jednego, a potem bierzesz na celownik kolejnego... Zupełnie jak wampir!
Na ten komentarz wszyscy z towarzystwa oprócz samej Hanny osłupieli. Rose tylko szybko spytała Troye’a w umyśle, czy wygadał się siostrze, na co on natychmiast odpowiedział negatywnie. To ją uspokoiło i zupełnie odmieniło jej reakcję – nagle się rozluźniła, uśmiechając się kpiąco, z wyraźną nutą złośliwości.
– Och, rozumiem, że niby wysysam z nich krew, a jak już się nasycę, to szukam kolejnej ofiary? – spytała.
– No przecież mówię, że jesteś jak wampir! – potwierdziła Hannah.
– Ann, już wystarczy... – wtrącił Troye, lecz Rose weszła mu w słowo:
– Nawet nie jak. Ja serio nim jestem.
Chłopcy wybałuszyli oczy, po czym spojrzeli najpierw na Rose, potem po sobie nawzajem, a później znów na Rose. Hannah była tak zdenerwowana na Rose, że nawet nie zauważyła reakcji Troye’a i Jarvisa.
– Czyli otwarcie przyznajesz, że tylko ich wszystkich wykorzystujesz? – ciągnęła.
– Nie. Ja właśnie otwarcie przyznałam, że jestem wampirem – odparła beztrosko Rose, roztaczając wokół siebie złowrogą satysfakcję. – Piję krew z niewinnych ludzi.
– Dobra, już przestań się ze mnie nabijać! – zawołała ze złością Hannah. – Wiesz, o co mi chodzi, jesteś po prostu dla mojego brata nieodpowiednia i masz trzymać się od niego z daleka!
Rose wybuchła gromkim śmiechem, co jeszcze bardziej wyprowadzało Hannę z równowagi.
– Myślisz, że możesz mówić innym, co mają czuć i do kogo? No słodka jesteś!
– Jak ci zaraz coś zrobię, ty zołzo jedna...
– Nie radzę, wampiry mają nadnaturalną siłę.
W tym momencie Jarvis na szczęście wykazał się ogromnym refleksem i złapał Hannę za ręce, bo już wyrwała się do przodu z zamiarem zaatakowania Rose.
– Ann, wstyd mi za ciebie... – jęknął Troye, krzywiąc się. – Proszę, idź lepiej do akademika albo na miasto, albo spotkać się z Niną... Ja i Rose mieliśmy teraz plany.
– No tak, wybierasz tę zołzę zamiast swojej siostry! – stwierdziła gorzko Hannah.
– Miałaś być później, to nie moja wina... – odparł.
Tym oto sposobem Troye i Rose wymigali się z całej dyskusji i ruszyli w swoją stronę. Nie mieli co prawda wielkich planów – Troye zaproponował po prostu, że odprowadzi Rose do pracy – ale perspektywa spędzenia teraz czasu z siostrą nie napawała go optymizmem. Myślał nad zaistniałą sytuacją, analizując ją dokładnie. W drodze do butiku, spytał cicho:
– Dlaczego powiedziałaś Hannie, że jesteś wampirem?
Na to pytanie Rose uśmiechnęła się lekko, wciąż rozbawiona, i spojrzała na Troye’a z czułym politowaniem.
– Bo wiedziałam, że i tak mi nie uwierzy, a przynajmniej miałam niezły ubaw.