sobota, 24 października 2020

~Rozdział XI~

Przez uchylone okno wleciało trochę chłodnego nocnego powietrza, odwiedzając Troye’a we śnie. Zobaczył w nim kobietę o gładkiej, bardzo jasnej cerze, niczym u porcelanowej lalki, i włosach w platynowym odcieniu blondu. Posłała mu bezpośrednie spojrzenie, które zdawało się hipnotyzować. Błękit w jej oczach przywiódł Troye’owi na myśl głęboką, tajemniczą wodę, gdzie łatwo można było się utopić.

Wtedy we śnie pojawiła się jeszcze jedna osoba – nastoletnia dziewczyna o długich włosach w kolorze ciemnego blondu. Troye od razu rozpoznał ją po zielonych oczach w kształcie migdałów – widział Rose we wczesnym okresie dojrzewania. Zdawała się nieco wystraszona i bezbronna, jednak rzuciła kobiecie dobrze znane mu wyzywające i gniewne spojrzenie. Kobieta otworzyła usta pomalowane czerwoną szminką i odezwała się pretensjonalnym głosem:

– Wiesz, dlaczego cię wezwałam, smarkulo?

Rose milczała, zaciskając usta w wąską linijkę. Kobieta podeszła bliżej, patrząc jej prosto w oczy. Gdyby ich spojrzenia miały taką moc, z pewnością zmieniłyby się wzajemnie w kamienne posągi.

– Oczywiście, że wiesz. Powiedz sama – ciągnęła kobieta.

– Weszłam na górę – odpowiedziała w końcu Rose.

– Skoro nie jesteś głucha i słyszysz, co się do ciebie mówi, to dlaczego to zrobiłaś?

– Bo chciałam.

Jednym, płynnym ruchem dłoni kobieta uderzyła Rose w policzek, a ta aż skrzywiła się z bólu. Troye przeraził się, jak naturalnie jej to przyszło – zupełnie tak, jakby miała w tym wprawę.

– Co? Boli? – prychnęła kpiącym tonem wyrażającym fałszywe współczucie. – Może następnym razem pomyślisz, zanim znowu to zrobisz.

Rose dotknęła delikatnie zaczerwienionego policzka. Troye doskonale wiedział, że musiała się mocno powstrzymywać, by nie wybuchnąć płaczem. Miał ochotę podejść do kobiety i wymierzyć jej taki sam cios w twarz, jednak nie mógł się poruszyć, jak gdyby był tylko biernym obserwatorem.

– Zapamiętaj sobie, podrzutku – syknęła na Rose – piętro to jedyne miejsce, gdzie mam od ciebie spokój. Nie wolno ci tam wchodzić.

Sen skończył się widokiem Rose patrzącej na kobietę jak zbity pies.

Troye przebudził się, nieco zdezorientowany. Skąd ten sen? Dlaczego myślał o domu rodzinnym Rose? Poleżał chwilę w łóżku, przewrócił się któryś raz na bok i w końcu zasnął ponownie, tym razem bez żadnych marzeń sennych.

Kiedy się obudził, nie pamiętał już snu o Rose. Jak zwykle prawie od razu po otwarciu oczu, sięgnął po telefon. Zauważył nową wiadomość od Hanny o treści: „Hej, brat. Przyjeżdżam do ciebie na weekend, cieszysz się? Będę w piątek koło 20:00.” Nieco się zdziwił, bo nie podała powodu. Odpisał jej z nadzieją, że dowie się czegoś więcej. Póki co pozostało mu tylko czekać na odpowiedź i zbierać się na zajęcia.

 

~*~

 

Ponowne spotkanie z kuzynami napawało Rose ogromnym zmartwieniem, głównie przez Drew. Z Raymondem nie miała aż tak złych kontaktów, bo zwykle byli sobie po prostu obojętni, lecz Drew uwielbiał znęcać się nad nią wraz z ciotką Scarlett.

Rose była wdzięczna, że kuzyni przynajmniej mieszkali osobno, jednak wciąż bywali częstymi gośćmi w domu rodzinnym. Scarlett lubiła mieć wszystko pod kontrolą, dlatego też zapraszała, a wręcz kazała synom odwiedzać ją bardzo regularnie. Najbardziej nie chciałaby zetknąć się ponownie właśnie z nią – z ciotką, która tak uprzykrzała jej życie na każdym kroku. Póki co nie widziała się z kuzynami od czasu nowiu i pragnęła, aby pozostało tak jak najdłużej.

Na uczelni natomiast spotkała kogoś, z kim też nie widziała się stosunkowo dawno, choć nie aż tak, jak z kuzynami. Właściwie umówiła się wtedy z Troyem, bo oboje mieli kolejne zajęcia w tym samym budynku, jednak zanim on do niej dołączył, pojawił się Jarvis, a ona poczuła się niesamowicie niezręcznie.

– Cześć – przywitał się nieco chłodnym tonem.

– Hej... – odpowiedziała ze wstydem, próbując nieporadnie ułożyć myśli w słowa.

– Fajnie, że nadal żyjesz... – mruknął, pokazując jej ekran telefonu, gdzie widniało parę wiadomości od niego, które przeczytała, lecz nie odpisała na żadną.

– Przepraszam cię – westchnęła ciężko. – Przepraszam za te wszystkie złudne nadzieje, które ci dałam. Nie nadaję się do związków... I powinnam była powiedzieć ci o tym wcześniej. Przykro mi.

Jarvis spojrzał na nią ze zmartwieniem i rozczarowaniem. Tak, już jakiś czas temu sam doszedł do tych wniosków, jednak dalej pozostał jakiś niesmak między nimi.

– Okay, to w takim razie... Lepiej nie będę wchodził ci już w drogę – odrzekł z rezygnacją w głosie. – Cześć.

– Pa, Jarvis... – wydukała tylko Rose w odpowiedzi, obserwując, jak ciężkim krokiem szedł w swoją stronę.

Był trochę rozdarty, bo sam wahał się, czy w ogóle chciał wchodzić w relację z Rose. Odkąd dowiedział się, kim była naprawdę, inaczej na nią patrzył, a strach nie ustępował.

Idąc korytarzem, nagle usłyszał za sobą głos Troye’a. Odwrócił się dyskretnie, by ujrzeć, jak Rose przytula się do niego na powitanie. Zdenerwował się. „Och, no tak, ale do związków się nie nadajesz?...”  – pomyślał gorzko. „Mogła od razu mi powiedzieć, że woli jego i już. Po co to wszystko?” Westchnął ponownie i odszedł, czując jeszcze większy niesmak niż przedtem.

– Och, właśnie, śniłaś mi się dzisiaj – przypomniał sobie Troye na głos, gdy oboje usiedli w bardziej ustronnym miejscu.

Troye opowiedział, co widział we śnie, starając się przy tym przekazać jak najwięcej szczegółów. Rose słuchała go uważnie, a z każdym kolejnym słowem jej oczy robiły się coraz większe.

– Niesamowite... – skomentowała w zdziwieniu, kiedy Troye skończył opowiadać.

– Ale co takiego?

– Dokładnie taka sytuacja miała kiedyś miejsce – wyjaśniła Rose. – Jednak nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek ci o niej opowiadała...

– Ja też nie... To skąd ten sen?

– Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że jakimś cudem udało ci się zobaczyć moje wspomnienie.

– Czy to może mieć związek z naszym łączem?

– Może tak... a może nie. Ech, nie znam się na tym... – jęknęła. – Mogłam cię przypadkowo wpuścić do mojego umysłu we własnym śnie? Albo... O, nie, mam nadzieję, że Drew nie maczał w tym palców... Ale po co by mu było akurat takie wspomnienie?

– Chyba jednak ta pierwsza opcja jest bardziej prawdopodobna – stwierdził Troye po chwili namysłu. – Może tobie śniło się to samo, ale tego nie pamiętasz.

Posiedzieli chwilę w ciszy, rozmyślając nad tą sprawą. Rose usiłowała sobie przypomnieć, czy w ogóle pamiętała swoje sny z tej nocy. Nie mogła stwierdzić, czy też śniła się jej ciotka, ale udało jej się przypomnieć sobie jeden sen.

– Śniło mi się dzisiaj, że przechodziłam obok kościoła… i weszłam do środka – oznajmiła. – Stałam nawet przed samym ołtarzem…

– I co? – zaciekawił się Troye.

– I tyle.

Troye niezbyt rozumiał, co w tym takiego niezwykłego. Przyglądał się Rose tak, jakby próbował odpowiedzieć sobie na to pytanie, lecz nic nie przychodziło mu do głowy, dlatego spytał:

– Nie bywasz w kościołach?

Rose spojrzała na niego ze strachem w oczach.

– Ja… – ściszyła głos. – Boję się potępienia.

– Co takiego?

– Za to, kim jestem… Napadam niewinnych, wysysam z nich krew...

– Ale przecież potrzebujesz jej, by żyć. Czy to grzech?

– No właśnie dlatego że nie mogę żyć inaczej, jestem już z góry skazana na wieczne potępienie. Tak zawsze mówiła ciotka Scarlett… – dodała po chwili.

– Ta, którą widziałem we śnie? – upewnił się Troye. – To brzmi raczej… beznadziejnie. Jakoś nie chce mi się wierzyć, by był to wystarczający powód do potępienia.

– Ja nie pochodzę od Boga, Troye…

– Bzdura – odparł stanowczo, łapiąc ją za rękę. – Nie ma opcji, by ktoś o tak dobrym sercu pochodził od sił nieczystych. W sumie… mógłbym spytać Erika, czy hipotetycznie, gdyby wampiry istniały, to czy nie mogłyby zostać zbawione.

– Erik? To twój współlokator, tak? – przypomniała sobie Rose, a Troye kiwnął głową w odpowiedzi.

– On bardziej zna się na takich duchowych sprawach… – odrzekł, a gdy Rose posłała mu pytające spojrzenie, kontynuował. – No, powiedzmy, że jest bardziej praktykującym wierzącym ode mnie…

Rose uśmiechnęła się z przekąsem.

– Ile ja bym dała, żeby móc praktykować sama… – westchnęła.

– Chciałabyś kiedyś pójść ze mną do kościoła?

W odpowiedzi posłała mu takie spojrzenie, jak gdyby postradał zmysły.

– Nie jestem godna…

– Jakby tak na to spojrzeć… nikt właściwie nie jest, a mimo to jest zaproszony.

Rose rozważała jeszcze chwilę jego słowa w milczeniu. Słyszała o nieskończonym miłosierdziu Boga, jednak widziała siebie samą raczej poza Nim. Z pewnością miało na to wpływ wychowanie przez Scarlett, która powtarzała jej, że była nikim i nie zasługiwała na dobro. W dodatku ciotka sądziła, że wszystkie wampiry były automatycznie wykluczone z kręgu zbawionych, bo zwyczajnie tego nie potrzebowały. Wychodziła z założenia, że skoro były wiecznie młode, zbawienie wcale nie było dla nich konieczne. Rose chciałaby myśleć inaczej, jednak czuła, że ciotka miała rację.

Troye z kolei był przekonany, że strach przed kościołami był u Rose mocno przesadzony. Wątpił w to, by faktycznie miała zostać potępiona na wieki. Z drugiej strony jednak sam czuł się nieco fałszywie, opowiadając jej o Bogu, bo sam ostatnio trochę zaniedbał własną wiarę.

 

~*~

 

Nadszedł piątek, co dla Hanny oznaczało przyjazd do brata. Już zdążyła się na to dokładnie przygotować, do czego nikt nie mógł mieć żadnych wątpliwości. Przekazała mu, że przyjedzie dopiero wieczorem, jednak zamierzała pojawić się już wcześniej, aby go zaskoczyć i nieco poobserwować jego środowisko.

Od razu po skończonych zajęciach w liceum wybrała się na dworzec, a w godzinę później znalazła się w mieście, gdzie studiował Troye. Skontaktowała się też z Erikiem, że chciałaby odwiedzić brata, ale przy tym zrobić mu niespodziankę. Okazało się, że Erik na ten weekend wracał do domu, więc dla Hanny złożyło się idealnie – spotkali się na dworcu, gdzie przekazał jej klucze do mieszkania i sam ruszył w drogę.

Hannah natomiast udała się najpierw do akademika, żeby zostawić swoje rzeczy w pokoju Troye’a i Erika, a później na uczelnię. W drodze na Wydział Prawa i Ekonomii zadzwoniła do Niny, bo według planu miała teraz przerwę. Dane zebrane przez Hannę widocznie były aktualne, bo odebrała.

– Tak?

– Cześć, kochana! – zawołała Hannah ochoczo. – Masz teraz dla mnie czas? Właśnie idę na twój wydział!

– Co? – zdziwiła się. – Kiedy przyjechałaś?

– Przed chwilą – odparła wesoło. – Właśnie wchodzę do środka, jesteś teraz na dole?

– Tak, zostań na wejściu. Już do ciebie idę – odpowiedziała Nina i rozłączyła się.

Hannah zaczęła rozmyślać, co też mogło stać się z jej przyjaciółką, bowiem w jej głosie wyczuła wyraźną nerwowość. Czyżby wcale nie chciała jej widzieć? Chwilę później pojawiła się na wyjściu z holu, zatem Hannah wyszła jej naprzeciw.

– Hej! – przywitała się raz jeszcze, przytulając przyjaciółkę. „Oj, tak” – pomyślała – „jest wyraźnie spięta.”

– Co tam? Masz tu coś do załatwienia? – dopytywała Nina.

Przyglądając się przyjaciółce, Hannah stwierdziła w duchu, że wyglądała jakoś inaczej – była jakby zmartwiona, lekko zdenerwowana, może nawet przestraszona? Zwykle nakładała tylko delikatny makijaż, a dziś miała na twarzy dużo podkładu, przez który ledwo prześwitywały jej piegi. Szczególnie dużo nałożyła go pod oczami, jak gdyby chciała ukryć zaciemnienia w tym miejscu. „Musiała źle spać” – wydedukowała Hannah w myślach.

– A co, nie mogę tak po prostu odwiedzić przyjaciółki i brata? – uśmiechnęła się Hannah, nie dając poznać po sobie zmartwienia. – No kochana, co tam się dzieje pomiędzy wami? – dodała, odchodząc z Niną nieco na bok, gdzie przebywało znacznie mniej studentów.

– Nic – westchnęła cicho w odpowiedzi. – Już ci mówiłam, daję sobie z nim spokój.

– Przykro mi, że niezbyt wam się układała ta znajomość, ale zaufaj, jeszcze wszystko można naprawić – upierała się Hannah, uśmiechając się zachęcająco.

Nina odwróciła wzrok, okazując zdenerwowanie. Nie miała ochoty wysłuchiwać kolejnych planów na życie Hanny, bo i zresztą nie zamierzała za nimi podążać. Po rozmowie z Drew zmieniła swoje cele, teraz nie pasowały zupełnie do wizji jej przyjaciółki… ani oczekiwań kogokolwiek innego. Wreszcie chciała zdecydować sama, jak ułoży się jej życie.

– Ann, ja nie będę niczego naprawiać, zrozum – prychnęła.

– Ale jeśli chodzi o tę Rose, to nie znalazłam nikogo takiego w znajomych Troye’a, więc chyba to nikt ważny… – wtrąciła Hannah. Nie po to robiła cały research, żeby teraz nie mieć planu działania.

– Nie obchodzi mnie żadna Rose ani żaden Troye – odrzekła stanowczo Nina, odsuwając się od Hanny. – Głucha jesteś? Nie mieszaj się już do mojego życia! – podniosła głos, czym zwróciła na siebie uwagę paru studentów przebywających w pobliżu.

– Nina, czy ja się kiedykolwiek mieszałam? Przecież chciałam dobrze! – obruszyła się Hannah, nie rozumiejąc, dlaczego stała się nagle taka agresywna.

– Więc już nic ode mnie nie chciej! – syknęła na nią, po czym pewnym siebie krokiem odeszła, czując dziwną satysfakcję z zaistniałej sytuacji.

Miała wrażenie, jakby właśnie zerwała znajomość z Hanną, jakby wyrzuciła ją z własnego życia, i czuła się z tym niesamowicie dobrze. Sądziła, że nikt nie był jej już potrzebny – poza Drew. Otworzył jej oczy, uświadomił jej, że z nim miała władzę nad własnym życiem, czego nigdy przedtem nie doświadczyła.

Z kolei Hannah jeszcze przez chwilę stała w tym samym miejscu, wpatrując się w miejsce, gdzie podczas rozmowy stała Nina. Zupełnie nie spodziewała się takiego obrotu spraw – czy o czymś nie wiedziała? Dlaczego Nina tak gwałtownie zareagowała? „Może ma złamane serce, dlatego tak się wkurza…” – pomyślała Hannah. „Czuję, że nie mówi mi całej prawdy. Może dowiem się więcej od Troye’a!”

Zdeterminowana, ruszyła w stronę budynku, gdzie Troye miał teraz zajęcia. Z tego, co wiedziała, były to jego ostatnie w tym dniu i kończył za jakąś godzinę. Bardzo żałowała, że nie dowiedziała się, kim była ta tajemnicza Rose, jednak domyślała się, że to ktoś ze środowiska uczelnianego jej brata. Gdyby chociaż znała jej kierunek studiów, mogłaby zrobić dalszy research, a nawet poobserwować ją z ukrycia na uczelni. „Trudno” – westchnęła w duchu. „Pewnie dowiem się czegoś dzisiaj, więc dalej już sobie poradzę…”

Była tak zamyślona i pobudzona, że po drodze szturchnęła z impetem przechodnia, którego ledwo zauważyła. Wyrwana z myśli, zatrzymała się.

– Przepraszam! – zawołała.

– Nie szkodzi, sam nie uważałem, jak idę… – westchnął ciężko, zdobywając się na uśmiech. – Ale miło wiedzieć, że jakaś dziewczyna jednak na mnie leci…

– Ale to był tandetny tekst – skomentowała Hannah z rozbawieniem. Chłopak miał taki niewinny wyraz twarzy, a w jego brązowych oczach czaił się żal. – Złamane serce, co?

– Skąd wiedziałaś?

– Niektórzy mówią, że mam rentgen w oczach – oznajmiła, uśmiechając się dumnie.

– No tak, rozczytałaś mnie… – przyznał. – To znaczy, cóż, przeczuwałem, że tak to się skończy, zanim jeszcze dojdzie do czegoś poważniejszego. Poczułem się trochę zwodzony… Ale już wiem, dlaczego tak się zachowywała… Po prostu najwidoczniej zaczęła związek z innym chłopakiem, tylko szkoda, że wcześniej otwarcie mi nie powiedziała, że ja jej tak nie interesuję.

– Grała na dwa fronty? A to…

– Przepraszam, że tak się otworzyłem – wszedł jej w słowo. –  Przecież nawet się nie znamy, a ja zwierzam ci się z moich problemów…

– Nie szkodzi. Ponoć lepiej rozwiązuję problemy innych niż swoje własne – odparła beztrosko Hannah, rozkładając ręce. – A i zawsze można się poznać… – posłała mu uroczy uśmiech.

Chłopak odwzajemnił uśmiech i wyciągnął rękę w jej stronę.

– Jarvis Blake – przedstawił się.

Krótką chwilę patrzyła na niego badawczo, po czym uścisnęła jego dłoń, odpowiadając:

– Hannah Jardin.

Zauważyła, jak rzednie mu mina, zatem uznała, że coś musiało być na rzeczy.

– O, chyba to nazwisko jest ci znane? – podłapała, pełna nadziei. – Znasz może mojego brata, Troye’a?

– Oj, tak.

Hannah już wszystko rozumiała.

– To jego wybrała ta dziewczyna, co? – domyśliła się, czując narastającą ekscytację. – Czy ta dziewczyna przypadkiem nie nazywa się Rose?

Jarvis spojrzał na nią z prawdziwym przerażeniem wymalowanym na twarzy. Serce biło jej coraz szybciej, chyba trafiła w dziesiątkę.

– Prawdziwy rentgen w oczach… – skomentował tylko.

Zadowolona z siebie, Hannah dowiedziała się od Jarvisa, że właśnie wracał do domu, ale udało jej się go namówić, żeby jeszcze chwilę z nią został.

Udali się więc do budynku, gdzie studiował Troye, po czym usiedli na kanapie w holu. Zaczęli rozmawiać o wszystkim i o niczym, ale podczas tej rozmowy Hannah starała się jeszcze wyciągnąć z Jarvisa jakieś informacje.

– W sumie to dlaczego tak cię interesuje Rose? – spytał Jarvis.

– Och, no już byś chciał znać wszystkie moje tajemnice… – odparła Hannah, uśmiechając się niewinnie.

– Coś mi mówi, że z ciebie niezła kombinatorka – stwierdził Jarvis z przekornym uśmiechem na twarzy.

– Co, też chciałbyś mnie rozczytać? Ja chyba jednak jestem w tym lepsza.

– Ach, tak? No, proszę. Jaki ci się wydaję?

 Hannah zastanowiła się, przez chwilę obserwując Jarvisa. Co kryło się w tych oczach nieco przysłoniętych przez jasne kosmyki włosów?

– Jesteś dosyć towarzyski, ale lubisz też spędzać czas sam – zaczęła. – Cenisz sobie wygodę i praktyczność, wyglądasz też na dosyć czułego chłopaka, choć z pozoru wydajesz się obojętny na wiele rzeczy.

– Wow…

– A, i może się mylę i wybacz, jeśli cię urażę, ale… masz może azjatyckie korzenie?

– Tak, to chyba nawet dobrze widać po moich rysach twarzy – odparł, uśmiechając się ciepło. – Mama pochodzi z Korei Południowej.

Poopowiadał jej trochę o swojej rodzinie, ona jemu o swojej. Hannah musiała bardzo pilnować czasu, bo w końcu nie mogła przegapić momentu, w którym Troye skończy zajęcia. Rozmowa z Jarvisem jednak dosyć ją pochłonęła – dowiedziała się, że studiował weterynarię, uwielbiał zwierzęta, oglądać filmy (szczególnie klasyki kina), a także uprawiał jogging.

Hannah natomiast opowiedziała mu, że podobnie jak jej brat interesowała się grami komputerowymi i motywami science fiction, ale równie chętnie kupowała ubrania, próbowała nieco swoich sił w technikach makijażu i samodzielnie uczyła się trochę psychologii. Jarvis nie żałował, że zgodził się porozmawiać z Hanną, a właściwie całkiem miło mijał mu czas. Nie chciał, żeby była dla niego swego rodzaju pocieszeniem po nieudanej relacji z Rose, bo sam przeżył coś podobnego z byłą dziewczyną, o której także pobieżnie opowiedział Hannie. Miał wrażenie, że Rose traktowała go tak w kontekście Troye’a, co odczuł jeszcze dotkliwiej ze względu na swoje doświadczenia. Starał się też nie wspominać o niej zbyt często, choć Hannah wracała do jej tematu.

Jarvis jednak nie chciał użalać się nad sobą, a i też obawiał się, że przypadkowo wygada się, że była wampirem. Nie wiedział dokładnie, skąd u niego taka obawa, ponieważ dotrzymywał sekretów. Mimo to miał wrażenie, że Hannah potrafiła sprawiać, by ludzie łatwo się przy niej otwierali, nawet jeśli sam uważał się za osobę ogólnie dosyć otwartą.

Z miejsca, w którym się znajdowali, Hannah miała dobry widok na drzwi od sali, gdzie Troye miał zajęcia. Była jednocześnie pochłonięta rozmową z Jarvisem, jak i czujna, by nie przegapić wyjścia brata z sali.

Gdy tylko drzwi się otworzyły, Hannah przerwała rozmowę i ruszyła w ich stronę. Nieco zdezorientowany, Jarvis sam wstał z kanapy i podążył za Hanną. Nie próbował nawet dokończyć tego, co mówił, zanim rozmowa się urwała, tylko przyglądał się Hannie z zainteresowaniem. Czekała cierpliwie, patrząc na studentów opuszczających salę. Wreszcie, prawie na samym końcu, zjawił się i Troye.

– Cześć, brat – oznajmiła krótko, a Troye spojrzał na nią ze zdziwieniem.

– Hannah?... Jarvis? – dodał, jeszcze bardziej zdziwiony, gdy zobaczył towarzystwo swojej siostry.

Wtedy z drugiej strony holu nadeszła jeszcze Rose, z którą Troye umówił się po zajęciach. Hannah obrzuciła ją wzrokiem, gdy zmierzała w ich stronę i tylko cicho spytała Jarvisa: „To ta?”, na co on kiwnął głową.

– Cześć wszystkim... Co tu się dzieje? – przywitała sie Rose, zauważając napięcie pomiędzy tą trójką.

Odeszli razem nieco na bok. Łatwo było dostrzec, że w tej sytuacji tylko Hannah nie czuła się niezręcznie.

– Rose, miło cię wreszcie poznać... – oświadczyła Hannah ze sztucznym uśmiechem na ustach, wprawiając adresatkę tej wypowiedzi w jeszcze większe zakłopotanie. – W ogóle, brawo dla was obojga – dodała, zerkając na brata. – Złamaliście już dwa serca, gratuluję!

~ Troye, kto to jest?

~ To moja młodsza siostra, Hannah...

– Przepraszam, o czym ty mówisz, Ann? – westchnął Troye w niezrozumieniu.

– Tak, teraz będziecie zgrywać niewinnych – prychnęła, po czym spojrzała pretensjonalnie na Rose. – Wiem, że tylko sobie pogrywałaś z Jarvisem. A ty, Troye, to co? Zapomniałeś o Ninie?

~ Jakiej Ninie, Troye?

~ Tej koleżance, z którą byłem w barze...

– ...ale między nami nic nigdy nie było, Ann. Nasza relacja od początku była czysto koleżeńska – sprostował na głos. – Poza tym to od kiedy jesteś adwokatem Jarvisa? Wy się w ogóle znacie?...

– Od jakiejś godziny… – wtrącił Jarvis.

– Tak, ale nie o tym teraz rozmawiamy – odrzekła szybko Hannah. – Dlaczego ja nic nie wiem o żadnej Rose? Dlaczego nie powiedziałeś mi, że masz dziewczynę?

Rose przewróciła oczami w zdenerwowaniu. Bardzo nie podobało jej się, jak siostra Troye’a ją traktowała.

– My nie jesteśmy... A zresztą, co ja ci się będę tłumaczył! – westchnął Troye. – Nic nie rozumiem, to Nina cię tu przysłała?

– Ona teraz cierpi, musiałam wziąć sprawy w swoje ręce! – oznajmiła Hannah, emanując pewnością siebie. – I nie kłam w żywe oczy, że nie jesteście razem, Jarvis mi wszystko powiedział.

Został obdarowany tak ciężkimi spojrzeniami przez Troye’a i Rose, że poczuł, jakby coś wgniotło go w ziemię.

– To nie tak, że teraz będę się żalił... Trochę głupio z nami wyszło, Rose, ale nie będę stawał na drodze do twojego szczęścia – wytłumaczył ostrożnie.

– Ach, faceci! – prychnęła panna Jardin, okazując zniesmaczenie. – Niby tacy odważni, a otwartej konfrontacji jednak się boją.

– Nie rozumiem, o co ci chodzi, Ann – westchnął Troye, wyraźnie zmęczony tą rozmową – Czego ty ode mnie oczekujesz?

– Najpierw określ się w końcu, czy jesteście razem!

– Nie twój zakichany interes, młoda – odezwała się Rose. – Nie zamierzamy wam się spowiadać z naszych uczuć.

– A co, może mojego brata też wykorzystujesz? Może kręcisz jeszcze z jakimś innym facetem na boku? – spekulowała Hannah. – To twój sposób, tak? Zwodzisz biednych, głupiutkich chłopaków…

– Ej! – zawołali Troye i Jarvis jednocześnie, z urazą w głosie.

– A później, gdy już się pobawisz – kontynuowała – zostawiasz ich i znajdujesz sobie kolejną ofiarę?...

– No i co, może jeszcze jestem seryjnym mordercą? – odrzekła Rose znudzonym tonem.

– To prawie to samo! – upierała się dziewczyna. – Wysysasz wszystko z jednego, a potem bierzesz na celownik kolejnego... Zupełnie jak wampir!

Na ten komentarz wszyscy z towarzystwa oprócz samej Hanny osłupieli. Rose tylko szybko spytała Troye’a w umyśle, czy wygadał się siostrze, na co on natychmiast odpowiedział negatywnie. To ją uspokoiło i zupełnie odmieniło jej reakcję – nagle się rozluźniła, uśmiechając się kpiąco, z wyraźną nutą złośliwości.

– Och, rozumiem, że niby wysysam z nich krew, a jak już się nasycę, to szukam kolejnej ofiary? – spytała.

– No przecież mówię, że jesteś jak wampir! – potwierdziła Hannah.

– Ann, już wystarczy... – wtrącił Troye, lecz Rose weszła mu w słowo:

– Nawet nie jak. Ja serio nim jestem.

Chłopcy wybałuszyli oczy, po czym spojrzeli najpierw na Rose, potem po sobie nawzajem, a później znów na Rose. Hannah była tak zdenerwowana na Rose, że nawet nie zauważyła reakcji Troye’a i Jarvisa.

– Czyli otwarcie przyznajesz, że tylko ich wszystkich wykorzystujesz? – ciągnęła.

– Nie. Ja właśnie otwarcie przyznałam, że jestem wampirem – odparła beztrosko Rose, roztaczając wokół siebie złowrogą satysfakcję. – Piję krew z niewinnych ludzi.

– Dobra, już przestań się ze mnie nabijać! – zawołała ze złością Hannah. – Wiesz, o co mi chodzi, jesteś po prostu dla mojego brata nieodpowiednia i masz trzymać się od niego z daleka!

Rose wybuchła gromkim śmiechem, co jeszcze bardziej wyprowadzało Hannę z równowagi.

– Myślisz, że możesz mówić innym, co mają czuć i do kogo? No słodka jesteś!

– Jak ci zaraz coś zrobię, ty zołzo jedna...

– Nie radzę, wampiry mają nadnaturalną siłę.

W tym momencie Jarvis na szczęście wykazał się ogromnym refleksem i złapał Hannę za ręce, bo już wyrwała się do przodu z zamiarem zaatakowania Rose.

– Ann, wstyd mi za ciebie... – jęknął Troye, krzywiąc się. – Proszę, idź lepiej do akademika albo na miasto, albo spotkać się z Niną... Ja i Rose mieliśmy teraz plany.

– No tak, wybierasz tę zołzę zamiast swojej siostry! – stwierdziła gorzko Hannah.

   – Miałaś być później, to nie moja wina... – odparł.

Tym oto sposobem Troye i Rose wymigali się z całej dyskusji i ruszyli w swoją stronę. Nie mieli co prawda wielkich planów – Troye zaproponował po prostu, że odprowadzi Rose do pracy – ale perspektywa spędzenia teraz czasu z siostrą nie napawała go optymizmem. Myślał nad zaistniałą sytuacją, analizując ją dokładnie. W drodze do butiku, spytał cicho:

– Dlaczego powiedziałaś Hannie, że jesteś wampirem?

Na to pytanie Rose uśmiechnęła się lekko, wciąż rozbawiona, i spojrzała na Troye’a z czułym politowaniem.

– Bo wiedziałam, że i tak mi nie uwierzy, a przynajmniej miałam niezły ubaw.

poniedziałek, 12 października 2020

~Rozdział X~

Po trzydziestym pierwszym października ozdoby halloweenowe wywieszone w miejscach publicznych szybko ustąpiły miejsca ozdobom bożonarodzeniowym i w mediach pojawiły się świąteczne reklamy. Rose właśnie była w butiku i układała bluzki z oferty promocyjnej, a ze sklepowych głośników płynęła przyjemna, nastrojowa muzyka. Dekoracje i ogólna atmosfera skierowały jej rozmyślania na Święta Bożego Narodzenia, których nigdy tak właściwie nie miała okazji spędzić.

Jej rodzina nie obchodziła tych świąt wcale. Rose pamiętała, jak zazdrościła swoim „normalnym” rówieśnikom ze szkoły, przed którymi musiała udawać, że była taka jak oni. Dzieciaki z klasy opowiadały o wspaniałych prezentach czy po prostu dobrym czasie spędzonym w gronie najbliższych, a ona tylko się przysłuchiwała. Jednego razu nawet postanowiła wymknąć się z domu i pójść na pasterkę – oj, mocno jej się za to oberwało od Scarlett.

Ciotka zaczęła kłaść jej do głowy: „Jesteś wampirem, istotą mroku. Kościół to nie jest miejsce dla ciebie!”. Rose osobiście nie sądziła, aby miało jej to szkodzić, jednak z czasem zaczęła czuć się nieswojo nawet w pobliżu kościołów. Uważała bowiem, że ktoś taki jak ona nie był godny spojrzeć na Dom Pański, co dopiero przekroczyć jego próg. Zdarzało jej się co najwyżej nieśmiało pomodlić, wylać swoje smutki, ale w końcu poddała się. Czuła, że mówiła tylko do siebie, a jej słowa odbijały się głuchym echem.

Wierzyła w Boga – zakładała, że zwyczajnie musiał istnieć jakiś Absolut, który w swoim czasie ukarze ją za to, kim była – że odtrąci ją i popchnie w przepaść, gdzie spotka ją już tylko wieczna ciemność. Nie miała jednak przez to negatywnych odczuć wobec Niego, a uważała za oczywistość, że taki był jej los, którego odmienić nie mogła, bo w końcu była z góry potępiona, będąc wampirem. Obserwując zatem ludzi, zazdrościła im możliwości wyboru, bo sami mogli zdecydować, czy chcieli być blisko Boga czy też nie. Rose była głęboko przekonana o tym, że dla niej ten wybór był po prostu niemożliwy.

Musiała jednak przyznać, że przy Troye’u czuła się zupełnie inaczej. Dawał jej nadzieję, której wcześniej nie potrafiła znaleźć w nikim ani niczym innym. Nie była w stanie nawet dokładnie opisać, dlaczego tak się działo – po prostu fascynowała ją jego osoba. Rozczulało ją jego nieporadne zachowanie w jej towarzystwie, jego dobroduszność i chęć niesienia jej pomocy, a nawet niezrozumiałe dla niej momenty, w których entuzjastycznie opowiadał o swoich ulubionych grach lub filmach sci-fi. Z początku czuła się winna, że tak przyjęła jego pomoc, lecz zdążyła się już przyzwyczaić do jego obecności i gotowości, by wysłuchać jej lęków i obaw.

W ciągu ostatnich kilku dni zaczęła mu się dużo zwierzać. Opowiadała głównie o niemiłych przeżyciach z dzieciństwa, jak dokuczali jej kuzyni albo ciotka, a stryj Marvin nigdy nie chciał brać jej strony. Przekazując to wszystko Troye’owi, czuła, że problemy z niej spływały – nawet te, od których już dawno uciekła.

Westchnęła w zamyśleniu, składając ostatnią już bluzkę z oferty promocyjnej. Rozejrzała się po butiku, w którym kręciło się parę klientek przeglądających ubrania. Większość z nich jednak zniechęcała się ceną, co Rose doskonale rozumiała, ponieważ sama nierzadko dziwiła się, ile kosztowały niektóre ubrania, jakkolwiek piękne by nie były.

Spojrzała na ubrania odłożone przy przymierzalni. Zdawało jej się, że jej współpracownica, Brittany, miała je odwiesić na odpowiednie miejsca. „Właśnie, gdzie ona się podziewa?” – pomyślała Rose i zerknęła na zaplecze, gdzie znalazła Brittany robiącą sobie makijaż.

– Co ty u licha robisz?... – westchnęła.

– Nagrywam filmik, jak zrobić porządny makijaż – obruszyła się Brittany. – Dbam o swoich obserwujących. Ty też… mogłabyś z tego skorzystać.

– Świetnie – mruknęła Rose pod nosem. – A może zadbasz o butik? Trzeba odwiesić ubrania z przymierzalni.

– No to zrób to, jak ci się nudzi.

– Żartujesz sobie ze mnie? Powiedziałaś, że ty to zrobisz, a tymczasem przesiadujesz praktycznie cały dzień na zapleczu!

– Wiesz, ile zajmuje zrobienie takiego makijażu?

– Nie obchodzi mnie to, po prostu rusz tyłek i odwieś te cholerne ciuchy.

– Nie jesteś moją szefową, kochana – oznajmiła Brittany z wyrzutem w głosie.

Rose poddała się, stwierdzając w duchu, że i tak nie przemówi do swojej współpracownicy – z którą doświadczyła już wiele podobnych sytuacji – więc wyszła z zaplecza z impetem. Rzuciła okiem na wieszak przy przymierzalni. Był już prawie pełny, zatem postanowiła sama zrobić porządek z ubraniami. Miała ochotę zabrać je na zaplecze i rzucić nimi w Brittany, ale się powstrzymała.

Z pokorą zaczęła rozwieszać ubrania, gdy do butiku wkroczyła jakaś dziewczyna, podeszła do niej i stanęła jak wryta. Dziewczyną tą była Nina Green, której Rose nie miała okazji poznać, ale Nina stwierdziła, że chyba pośrednio znała ją. Miała zapytać o pracującą tu koleżankę, jednak zbił ją z tropu widok noszonej przez dziewczynę plakietki z imieniem i nazwiskiem „Rose Elliot”.

Najpierw rzuciło jej się w oczy nazwisko – to samo, które nosił też Drew – ułamek sekundy później uderzyło ją jej imię – czy to możliwe, że o tej właśnie Rose wspomniał ostatnio Troye? Czy była jakoś spokrewniona z Drew? Jeśli tak, to… czy też była wampirem?

– Przepraszam, mogę w czymś pomóc? – spytała Rose, zaczynając czuć się niezręcznie.

– T-tak, ja… Ekhym, szukam mojej koleżanki, podobno tu pracuje – wykrztusiła z siebie Nina, zdobywając się na opanowany ton. – Nazywa się Brittany Peach.

– Pracuje to za dużo powiedziane… – wymamrotała Rose, jednak Nina nie zrozumiała jej słów. – Zawołam.

Nina przyjrzała się Rose, gdy ta wołała imię jej koleżanki. Nie zauważyła kłów w jej jamie ustnej, ale wiedziała, że wampiry potrafiły je chować. Przynajmniej tak wywnioskowała w czasie spędzonym z Drew, bo podczas ich późniejszej rozmowy jego zęby wyglądały już całkiem przeciętnie.

– Nina, kochana, świetnie, że wpadłaś! Tak mi się tu nudzi – jęknęła Brittany, wybiegając z zaplecza, by uściskać koleżankę. – Coś ty taka jakby zgaszona? Stało się coś?

– Nie, nie, zamyśliłam się tylko… Słuchaj, kim jest ta twoja współpracownica, Rose? – spytała cicho, patrząc, jak tajemnicza nieznajoma sortowała ubrania z przymierzalni.

– Czemu o nią pytasz? – zdziwiła się Brittany. – Wiem o niej w sumie tylko tyle, że studiuje u nas architekturę na drugim roku.

– A nic, bo wydawało mi się, że skądś ją kojarzę.

– Ach, to pewnie widziałaś ją kiedyś na uczelni!

– Pewnie tak – odparła Nina, zmuszając się do uśmiechu.

 

~*~

 

Rose Elliot nie dawała Ninie spokoju, zatem następnego dnia postanowiła wyjaśnić tę sprawę z Drew. Umówili się w jej okienku między zajęciami. Nina zaznaczyła, że lepiej będzie spotkać się w jakimś dyskretnym miejscu, skoro chciała przekazać mu raczej poufne informacje. Zaproponowała, że mogliby spotkać się u niego, jednak Drew nie chciał zdradzić, gdzie mieszkał, więc zaprowadził ją w to samo miejsce, gdzie rozmawiał z nią tamtej nocy.

Był to opuszczony budynek w jednej z mroczniejszych uliczek miasta, gdzie prawie nikt się nie zapuszczał. Nina nawet nie wiedziała o istnieniu tego miejsca, bo stosunkowo ciężko było się do niego dostać. Tak jak ostatnio, udali się do piwnicy, by usadowić się na starej, lekko rozpadającej się kanapie.

Już tamtej nocy Drew zauważył u Niny jakąś fobię przed zejściem do piwnicy, dlatego wszedł do jej umysłu i znów zobaczył jej ojca – tym razem przesiadującego w piwnicy w ich domu, gdzie trzymał urnę swojej żony i rozmawiał z nią tak, jakby wciąż żyła. Ten widok tylko utwierdził go w przekonaniu, że mężczyzna musiał postradać wszelkie zmysły.

Nina przytuliła się mocno do Drew, a ten objął ją ramieniem w obronnym geście – tak też siedzieli tamtej nocy. Przy nim wreszcie poczuła się bezpieczna i zdała sobie sprawę, że tego uczucia nie doświadczyła już dawno. On natomiast za wszelką cenę chciał dać jej takie poczucie – inaczej nie zgodziłaby się na to, co jej zaproponował. Co prawda wciąż jeszcze się nie zadeklarowała, ale Drew czuł, że prędzej czy później się zgodzi. Już wiedział, że zdążyła mu zaufać, więc póki co układało się pomyślnie.

– No co tam, jak się czuje moja Nini? – spytał z względnie czułym uśmiechem.

– Nieco zdezorientowana… – odparła. – Byłam wczoraj w butiku, gdzie pracuje moja znajoma, ale spotkałam też inną dziewczynę. Jej nazwisko mnie zaintrygowało, bo miała je wypisane na plakietce sprzedawczyni. Rose Elliot.

Chciała jeszcze spytać, czy Drew ją znał, ale po jego reakcji już poznała odpowiedź.

– Spotkałaś Rzygowinkę? Nie może być! – zawołał.

– Kogo?...

– Moją siostrę stryjeczną – zaśmiał się. – Przezywałem ją tak kiedyś… Zwiała z domu lata temu, ale, kurde, nie spodziewałem się, że ją tu spotkam! Nieźle, Nini… Wiedziałem, że jesteś wyjątkowa – pochwalił ją, głaszcząc delikatnie ją po głowie.

– Czyli to twoja rodzina… Też jest wampirem?

– Tak, ale marnym. Po pierwszym wypiciu krwi z człowieka zwymiotowała, stąd jej przezwisko. Ciągle tylko dramatyzowała: „Jestem potworem, jestem potworem! Tak nie można, to obrzydliwe!” – przedrzeźniał ją piskliwym głosem. – W każdym razie chętnie się znów z nią zobaczę…

– Jest jeszcze coś… – dodała Nina. – Jakiś czas temu byłam w barze z kolegą. Rozmawialiśmy i było okay, ale nagle powiedział jej imię. Bez nazwiska, ale kiedy ją zobaczyłam, pomyślałam, że o nią mu chodziło… Nie wiem dlaczego.

– Ciekawe, ciekawe… Pozwól mi to zobaczyć.

Dotknął delikatnie policzka Niny, przesuwając zimną dłoń po jej skórze, a ona zetknęła się z nim czołem. Wtedy Drew wszedł do jej umysłu, przywołując wspomnienie z tamtego wieczoru z Troye’em.

– Wszystko w porządku, Troye? – spytała Nina, lekko zmieszana.

– Tak, Rose… – odparł ciemnowłosy, młody mężczyzna w zamyśleniu, po czym jakby oprzytomniał – Nina… Przepraszam, to ty mówiłaś.

– No proszę – skomentował Drew, opuszczając umysł Niny. – Mam pewną teorię. Nie jestem przekonany, ale sam mam dosyć duże doświadczenie w czytaniu czyichś myśli, wiesz o tym.

– Myślisz, że ona wtedy była w jego umyśle? – podsunęła Nina, a Drew uśmiechnął się dumnie.

– Tak, Nini. Widzę, że ty też zaczynasz łapać, jak to działa. Ciekaw jestem, czy on rozmawiał z nią…

– Jeśli chodzi o Troye’a, wątpię, by był wampirem. Dotykałam jego dłoni, były dla mnie ciepłe.

– Nie musi być wampirem, by komunikować się z nią w myślach. Mógł też pić jej krew. Hm, ale Rzygowinka by na to pozwoliła? Ciekawe, ciekawe…

– Opowiedz mi o tym… Picie krwi wampira daje takie zdolności?

– Nawet więcej. Uważa się to za dosyć niebezpieczną praktykę, może to zdegradować kogoś, kto ją pije. Efekty uboczne są też niszczące dla samego wampira… No, no, odważne to by było ze strony Rzygowinki. Ale po co miałaby to robić?

– Będę teraz na nią uważać. Studiuje na tej samej uczelni, co ja, jednak na innym wydziale – oświadczyła Nina. – Mimo to może uda mi się dowiedzieć czegoś więcej.

– Moja Nini – westchnął Drew, przytulając ją do siebie z uśmiechem na twarzy. – Nawet teraz, przypadkiem, spisałaś się świetnie. Cieszę się, że nasze losy się zeszły.

Nina też się cieszyła, bo wreszcie czuła się komuś potrzebna. Nie wiedziała dokładnie dlaczego, ale zadowalając Drew, sama czuła się dobrze. Uwielbiała, gdy ją chwalił. Uwielbiała ten mistyczny błysk w jego oczach i zimny, lecz przyjemny dotyk jego dłoni. Miała wrażenie, że Drew był wszystkim tym, czego jej do tej pory brakowało, a to z kolei sprawiało, że jego propozycja, którą przedstawił jej tamtej nocy, powoli zaczynała do niej przemawiać.

 

~*~

 

Troye właśnie wpatrywał się w niedawno zakupiony kalendarz, skupiając się nie tyle na dzisiejszej dacie, co na oznaczeniu przypadającym za parę dni – ciemnym kole, symbolu nowiu księżyca.

Myślał o Rose i już jej współczuł. Czy tym razem też przegra z pragnieniem i zapoluje? Musiał z nią być tej nocy, tak postanowił. Musiał ją chronić i uspokajać, a nawet miał pewien pomysł, co zrobić, by nie musiała wtedy szukać ofiary, co też zakomunikował jej, gdy spotkali się na mieście.

– Oszalałeś? – skomentowała Rose, po czym ściszyła głos. – Że niby mam wypić z ciebie krew w nów księżyca? Mowy nie ma.

– Dlaczego? Przecież to zaspokoiłoby twoje pragnienie, nie musiałabyś polować – upierał się Troye.

– Jardin, nawet nie wiesz, co się wtedy ze mną dzieje. Nie powinieneś też do mnie przychodzić tej nocy.

– Chcę ci pomóc, być z tobą…

– Pijąc twoją krew w noc jak ta, mogę stracić kontrolę – westchnęła ciężko. – Mogę… Mogę cię zabić.

– Już kiedyś miałaś mnie zabić, a przeżyłem… – zauważył z przyjaznym uśmiechem na twarzy. – Dobrze, to pozwól mi chociaż przyjść na noc. Naprawdę chcę wtedy przy tobie być, Rose – oznajmił dobitnie, po czym ucałował lekko jej chłodną dłoń.

Jakiś czas się wahała, rozważając wszystkie za i przeciw. Wiedziała, że rozsądniej byłoby się nie zgodzić, jednak bała się i czuła, że potrzebowała obecności Troye’a.

– Okay, niech ci będzie, Jardin.

 

~*~

 

Kiedy kilka dni później Troye oznajmił Erikowi, że kolejny raz nie wracał na noc do akademika, ten dosyć się zdziwił. Przyglądał mu się bacznie, gdy zabierał rzeczy przed wyjściem.

– Troye… Zwykle nie mieszam się w twoje życie prywatne, jednak tym razem to zrobię – oznajmił stanowczo, brzmiąc prawie jak jego ojciec. – Dokąd ty znowu wychodzisz na noc?

Nie spodziewał się, że Erik zada to pytanie, dlatego ogromnie się zakłopotał. Nie chciał mówić, że szedł do mieszkania Rose, bo Erik mógł źle to zinterpretować.

– Znajomy zaprosił mnie na wieczór gier – skłamał.

– Tak w środku tygodnia? – zdziwił się Erik.

– Akurat tak pasowało jego kolegom… – ciągnął Troye, udając, że czegoś szukał, tym samym unikając kontaktu wzrokowego.

– Dobra, nie będę tego oceniał. Po prostu ostatnio jakoś inaczej się zachowujesz. Mam nadzieję, że nie wpadłeś w jakieś złe towarzystwo.

– Erik, no co ty – roześmiał się Troye. – Poza tym mówisz jak mój ojciec… Oczywiście bezpodstawnie, wszystko u mnie okay.

Erik tylko kiwnął głową, mając wrażenie, że Troye nie był z nim szczery. Znał go na tyle, by stwierdzić, że był marnym kłamcą.

Rose natomiast stresowała się nowiem księżyca jeszcze bardziej, wiedząc, że Troye miał wtedy przy niej być. Po skończonej pracy w butiku wróciła do mieszkania, a niedługo później pojawił się i on. Nie było jeszcze późno, więc po prostu usiedli na kanapie i włączyli film, na którym jednak ani jedno, ani drugie nie potrafiło się skupić.

– Jesteś dosyć nerwowa – zauważył Troye.

– Nawet bardzo… – przyznała Rose, czując podekscytowanie i narastający stres. Troye przytulił ją do siebie mocniej, bo zaczęła lekko dygotać. – Ta ciemność… ona zdaje się mnie przenikać. Chcę w nią wejść… – oznajmiła, kierując wzrok za szybę.

– Jest tam też dużo światła – dodał Troye, patrząc na latarnię uliczną. – Tu… – wskazał – albo tam, w oknie…

– Ty jesteś moim światłem – odrzekła Rose, przytulając ucho do jego klatki piersiowej, by posłuchać bicia serca. – Jak ono pulsuje, tętni…

Poczuła, jak coś się w niej poruszyło, jakby szarpnęło ją od środka.

– Ciemność też bez światła nie istnieje… Moja ciemność tak rwie do twojego światła – wyszeptała półprzytomnie.

– Ale z ciebie ćma – zażartował Troye, jednak Rose zdawała się tego nie słyszeć.

Chwyciła go za koszulę w miejscu, gdzie czuła jego serce, a jemu zrobiło się cieplej. Oddychała ciężko, na jej czole pojawiło się parę kropel potu.

– Rose?

Rozchyliła lekko usta, w których błysnęły ostre kły. Wyglądała jak zombie, wpatrując się pusto w przestrzeń. Wciąż drgała. W kąciku czerwonych ust zebrało się trochę śliny. Troye wiedział, że musiał zareagować – i to szybko. Jednym, zręcznym ruchem ręki rozpiął kołnierz koszuli, odsłaniając szyję.

– Pij, proszę – zakomunikował.

Rose bez wahania wbiła w niego kły, czując, jak traciła nad sobą panowanie. Zrobiła to tak brutalnie i gwałtownie, że gdyby Troye nie siedział na kanapie, łatwo upadłby na podłogę. Bolało, nawet bardziej niż za pierwszym razem na imprezie u Dona. Była taka agresywna, zachłanna… Zrobiło mu się słabo.

Krzyknął i wreszcie dotarło do niej, co robiła. Oderwała się od niego z przerażeniem, wstała z kanapy i stanęła naprzeciwko niego z paniką błyszczącą w oczach.

– Rany, co ja zrobiłam… – wymamrotała, oddychając ciężko – TROYE!

Spojrzał na nią półprzytomnie i tylko ledwo rejestrował jej ruchy, a potem poczuł, jak przytknęła mu do ust swój nadgarstek z rozciętą raną. Ledwo dotknął jej językiem, już wstąpiła w niego nowa energia.

– Troye, Troye… – powtarzała Rose, nerwowo kręcąc głową i obserwując, jak pił krew.

W końcu oderwała od niego rękę. Może dała mu więcej niż zwykle, ale tak się o niego bała.

– Już dobrze, spokojnie – oznajmił Troye bardzo opanowanym tonem, podnosząc się z kanapy. – Widzisz? Nic mi nie jest, a właściwie to czuję się wspaniale – dodał entuzjastycznie.

– Jardin… Ty idioto! Mogłam… Mogłam cię wykończyć… – wychrypiała, zalewając się łzami, po czym rzuciła mu się w ramiona, panicznie tuląc go do siebie, jak gdyby robiła to po raz ostatni.

– Już, już… Jestem tu, wszystko jest dobrze – powtórzył, głaszcząc ją po głowie. – Nie jesteś potworem, nie skrzywdziłabyś mnie. Ufam ci… Kocham cię.

– Proszę… Wróć do siebie. Boję się, a noc się jeszcze nie skończyła.

– Ale już napiłaś się krwi… Co mogłoby się wydarzyć?

– Nie wiem, Troye, ale boję się… Boję się siebie. Tak strasznie się boję… Idź, błagam.

– Nie zostawię cię. Nie wyjdę.

– W takim razie… – szepnęła, patrząc mu w oczy z przerażeniem. – W takim razie ja to zrobię.

Nie zdążył zapytać, o co jej chodziło, bo zręcznie wyplątała się z jego objęcia, a następnie tak szybko opuściła mieszkanie, że Troye ledwo zorientował się, co się stało.

Oczywiście nie dał za wygraną – musiał za nią pobiec. Zamknął jeszcze szybko mieszkanie na klucz, zanim wybiegł w czarną noc.

 

~*~

 

Biegł i biegł, a Rose wciąż nie było widać. Mogła być wszędzie – przecież potrafiła poruszać się znacznie szybciej od niego, w dodatku jej siły wzrastały dzięki nowiowi księżyca. Próbował nawiązać z nią połączenie telepatyczne, ale nie chciała mu odpowiadać.

~ Rose? Rose, proszę, martwię się o ciebie! Gdzie jesteś?!

Nie odzywała się, Troye mógł tylko poczuć jej strach. Tej nocy czuł go wyjątkowo wyraźnie, a po napiciu się jej krwi miał wrażenie, że sam czuł w sobie jakiś niepokój, narastającą panikę i coś, co ciągnęło go na zewnątrz – jakąś niepowstrzymaną siłę pragnącą, by za nią podążał. Również teraz, gdy ze zmartwieniem poszukiwał Rose, odczuwał dziwną ekscytację, chęć poznania czegoś tajemniczego wpisanego w tę noc. Co to było?

Nagle poczuł uderzenie w bok, które zepchnęło go w bramę między budynkami i przyszpiliło do ziemi. Widział przed sobą jakąś zamazaną sylwetkę, chyba mężczyzny. Zdał sobie sprawę, że przyciskał go stopą w ziemię.

– Zostaw go! – usłyszał rozwścieczony głos, nie mając wątpliwości, że należał on do Rose.

Rozległ się jakiś świst, syk, a następnie mógł już wstać na równe nogi. Otrzepał sobie twarz z ziemi i ujrzał Rose mocującą się z tym samym mężczyzną. Drapała go, warcząc w jego stronę z obnażonymi kłami, a on nie dawał za wygraną. Troye ruszył, by bronić Rose, ale w drogę wszedł mu jeszcze inny nieznajomy, który jakby pojawił się znikąd.

Był szczuplejszy i smuklejszy od tamtego. Miał prawie tak bladą cerę jak Rose, bujne włosy w kolorze tlenionego blondu, piegowatą twarz oraz kolczyk w dolnej wardze.

– Nie radzę – oznajmił stanowczym tonem, po czym wyciągnął dłoń w stronę Rose i mężczyzny, a ci natychmiast zamarli w bezruchu. – Przestańcie… Lata się nie widzieliście i tak się witacie – mruknął pod nosem z irytacją w głosie. – Cześć, Rose. Przepraszam za Drew.

Gdy tylko opuścił rękę, oboje jakby zostali odmrożeni.

– Raymond! – zawołała Rose, rzucając się w jego stronę. – Nie krzywdź Troye’a, błagam… Zostawcie go…

– Ja? Chyba zapomniałaś, jaki jestem – prychnął mężczyzna nazwany Raymondem.

Drew wyprostował się dumnie, otrzepując ubrania z pyłu wzniesionego przy walce.

– Nie przedstawisz nas, Rzygowinko? – zagadnął, szczerząc kły we wrednym uśmiechu.

– Nie nazywaj mnie tak! – wrzasnęła Rose, chwytając Troye’a za rękę.

 Stanęli naprzeciwko siebie – Rose obok Troye’a, Drew obok brata. Napięcie między tymi dwiema stronami aż iskrzyło.

– No to sami się przedstawimy… Andrew Elliot, a to jest Raymond, mój młodszy braciszek – oznajmił wampir, wyciągając rękę w stronę Troye’a.

– Myślisz, że możemy się tak po prostu przywitać? Chory jesteś? – syknęła Rose.

– Chciałbym poznać tego człowieka, z którym wymieniasz płyny ustrojowe – odparł Drew, wzruszając ramionami i uśmiechając się kpiąco.

– Skąd… Jak ty… Wdarłeś mu się do umysłu?! – obruszyła się.

– Właśnie coś nie mogę… Silny jest, skubaniec. Uczyłaś go?

– Czekajcie, proszę, ja już przestałem rozumieć tę sytuację… – jęknął zdezorientowany Troye.

– Ja też nie mam pojęcia, o czym wy pieprzycie – wtrącił Raymond – ale niezbyt mnie to obchodzi.

– Troye, to są moi kuzyni… Ci, z którymi się wychowywałam – wyjaśniła Rose.

– Och… OCH – skomentował, przypominając sobie wszystkie niemiłe historie, które o nich poznał.

– O, słyszysz, Mond? Rzygowinka jednak mu coś o nas wspominała – zarechotał Drew.

– Co wy tu robicie? – westchnęła Rose.

– Przypadek znów skrzyżował nasze losy, młoda – odrzekł Drew, rozkładając ręce. – Myślałaś, że się nas pozbędziesz? Otóż nie tym razem.

– Ech… Matka się dorwała do moich obrazów – oznajmił Raymond, rozmasowując sobie dłonią skroń. – Bez mojej wiedzy wystawiła je na aukcję… Komuś nawet się to spodobało i tak jakby przypadkiem wyszło, że zostałem artystą. Ale łajno – skwitował.

– Mond jest sławny, a my bogaci – wtrącił Drew. – Niedługo wernisaż, przyjdziecie?

– Akurat tutaj?... – pisnęła Rose. – Naprawdę, z wszystkich miejsc na świecie, musiało to być akurat tutaj?!

– Ej, ja za tobą trochę tęskniłem, a ty tak oschle do mnie? – prychnął Raymond.

– Mond rzadko mówi o uczuciach, więc chyba mówi serio – potaknął mu Drew.

– Dobra, do ciebie nie mam aż takiego żalu jak do tego tutaj – westchnęła, wskazując na starszego kuzyna. – Mimo to możemy już nie wchodzić sobie w drogę?

– Chyba żartujesz – zaśmiał się Drew. – Teraz, gdy już cię tu zlokalizowaliśmy, będziemy ci bardzo wchodzić w drogę. Wam obojgu zresztą.