Rose spodziewała się dokładnie takiej miny Troye’a, jaką właśnie zobaczyła. Wybałuszał oczy, wpatrując się w nią z mieszanymi uczuciami. Niemalże sama czuła to co on. Nie potrafił przyjąć jej słów, nie mógł sobie tego wyobrazić. Jak ona mogła zabić dziecko? Ona, Rose Elliot, którą znał? Zawsze mówiła, że była niebezpieczna. Troye pomyślał, że przecież mógł się tego spodziewać po wampirze, a mimo to ciężko mu było zaakceptować tę informację.
– Zabiłaś…? – powtórzył, przełknąwszy ślinę.
– Tak… – przyznała, nie wytrzymując napięcia.
Rose ukryła twarz w dłoniach i rozpłakała się. Czarne łzy spływały po jej policzkach i dłoniach. Troye przemógł się, by ją objąć, a następnie przytulić do siebie. Sprawiała wrażenie jeszcze zimniejszej niż zwykle. Jego myśli krzyczały, by uciekał. Trzymał w rękach morderczynię. Kogoś, kto zabił dziecko, a nie wiadomo, ilu jeszcze osobom odebrał życie. Ale Troye chciał zostać i tego się trzymał. Obiecał jej.
– Nie chciałam wyruszać na łowy – mamrotała Rose, kuląc się w ramionach Troye’a.
Nie spodziewała się takiej reakcji z jego strony i lepiej by było, gdyby nie zbliżała się do niego, lecz jednocześnie chciała wypłakać się na jego ramię.
– Przegrałam z pragnieniem… – ciągnęła. – I tak tego żałuję… To była niewinna dziewczynka. Dlaczego ją zaatakowałam? Dlaczego wyskoczyłam z okna i pomknęłam przed siebie, poza miasto, daleko stąd, by zapolować? Nie wiem… Tego chciał mój instynkt… Tego chciała moja pieprzona, wampirza natura! – załkała Rose i wydała z siebie żałosny jęk. – Zawsze z tym przegrywam… Ale jeszcze nigdy nikogo nie zabiłam… A teraz… Teraz ugryzłam dziecko. Ugryzłam je śmiertelnie. Wypiłam tyle krwi… może jednak przeżyła, jednak za bardzo się boję tego sprawdzić.
Spojrzała na niego z desperacją, czując narastającą panikę.
– Co jeśli okaże się, że ja naprawdę?... – wychrypiała. – Jestem potworem! POTWOREM! NIENAWIDZĘ SIEBIE! CHCĘ UMRZEĆ!
Krzyk Rose przeistoczył się w prawdziwą histerię. Troye z trudem trzymał ją w ramionach, bo jej ciałem wstrząsały drgawki, zupełnie jakby miała epilepsję.
– Rose, błagam, spokojnie! – jęknął Troye, starając się ją utrzymać.
– Nie, Troye… Ja chcę umrzeć! – upierała się. – Zabij mnie, uwolnij mnie, błagam! POZWÓL MI UMRZEĆ!
– Rose, POSŁUCHAJ MNIE! – krzyknął, ujmując jej twarz w swoje dłonie.
Jego krzyk sprawił, że Rose znieruchomiała. Wpatrywała się martwo w jego przenikliwe oczy w ciepłym odcieniu brązu. Czuła się, jakby ktoś zanurzył ją w zimnej, lecz orzeźwiającej wodzie.
– Proszę, nie mów takich rzeczy… – odezwał się półgłosem. – Teraz już rozumiem… Rose, sama nie jesteś pewna, co się wydarzyło. Mogę sprawdzić to za ciebie. Może nie jestem w stanie w pełni zrozumieć brzemienia wampira, które dźwigasz, lecz chcę pomóc ci je nieść. Nie jesteś potworem, Rose. Potwory nie czują żalu tak, jak odczuwasz go ty.
– Troye… Nie, nie będę cię w to wplątywać. To wyłącznie moja wina… Proszę, znienawidź mnie. Nie możesz dźwigać tego ze mną… Nigdy tego nie zrozumiesz. Tylko cię skrzywdzę…
– Nie, Rose… Tak się boisz opuszczenia. Ja zostanę. Zostanę z tobą, możesz zrzucać na mnie swoje cierpienie.
– Dlaczego… Dlaczego tak ci zależy? Nic nie zyskujesz, a tak wiele tracisz…
– Nie wiem, Rose. Chcę ci pomóc, niezależnie od tego, co muszę poświęcić. Jestem świadomy, że to niebezpieczne. Część mnie krzyczy, bym tego nie robił, ale ja się jej sprzeciwiam. Czasem sobie myślę, że popełniam błąd, że powinienem cię zostawić. Ale ja nie potrafię. Gdy widzę, że cierpisz, biegnę do ciebie, by cię objąć, by ci pomóc.
– Troye… Nie, proszę… Nie mów, że…
– Kocham cię – przerwał jej.
Oniemiała, a potem westchnęła głęboko, roniąc kolejne łzy koloru smoły. Kłębiły się w niej mieszane uczucia – ulga, wzruszenie, rozpacz, negacja. Ktoś ją kochał? Czy to było możliwe? Jak?
– Nie mów tak… – poprosiła. – Nic o mnie nie wiesz, nie możesz mnie kochać… Zresztą, to bez znaczenia, czy mnie poznasz. Nikt nie może mnie kochać. Nie kogoś takiego jak ja.
– Długo przed tym uciekałem, lecz to prawda. Cały zeszły rok zastanawiałem się, czy będę w stanie o tobie zapomnieć, bo nie miałem odwagi z tobą porozmawiać, co dopiero zacząć coś poważnego – ciągnął. – A potem za bardzo się pospieszyłem… I znów próbowałem od tego uciec, jednak to wciąż mnie dopada. Rose… wystarczy, że na ciebie spojrzę, by wszystkie wątpliwości uciekły. Gdy się śmiejesz, chcę się śmiać wraz z tobą. Gdy płaczesz, chcę cię objąć i ukoić. Gdy cierpisz, chcę dzielić z tobą cierpienie. To miłość… bo cóż innego?
Oddychała ciężko, nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa. Łzy ciekły jej po twarzy i nie zamierzały przestać. Słuchała go, zastanawiając się, czy to działo się naprawdę.
– Dlatego właśnie chcę pomóc ci gasić pragnienie. Możesz pić ze mnie, ile chcesz tak, byś już nigdy nie musiała polować i ulegać żądzom. Będę przy tobie, ilekroć mnie wezwiesz.
– Troye… – przemówiła wreszcie. – Nie powinnam była się do ciebie zbliżać… Nigdy. Co ja zrobiłam? Co ja najlepszego zrobiłam?
Była roztrzęsiona, choć jednocześnie chciała opaść w jego ramiona i przyjąć jego miłość. Może byłaby w stanie to zrobić, gdyby nie świadomość skrzywdzenia tamtej dziewczynki. Nawet jeśli żyje, musiała być w ciężkim stanie, a ona uciekła, nie udzielając jej pomocy. Była jedynie w stanie ucałować ją w czoło, mając głęboką nadzieję, że silne emocje pozwoliły jej włożyć w pocałunek całą wolę uleczenia jej. Pozwoliła jednak, by Troye ujął jej dłonie w swoje. Jego pewny dotyk zdołał powstrzymać ją od drgawek.
Patrzył jej w oczy tak, jak dotąd nikt nigdy się nie odważył. Nie oczekiwał, że ona również wyzna mu miłość. Pragnął przelać na nią całe swoje uczucie niczym kojące lekarstwo i pocieszenie. Wiedział, że kochanie jej nie będzie łatwe, jednak wreszcie zdecydował, że tego chciał naprawdę.
Nie mogła się nadziwić. Skąd u niego ta determinacja? Skąd to ciepłe uczucie? Skąd współczucie i troska? Przecież właśnie wyznała mu, że mogła kogoś zabić.
– Nie, Troye, przestań, proszę… – szepnęła Rose. – Proszę, idź już do domu… Zostaw mnie…
– Nie możesz być teraz sama, Rose – oznajmił stanowczo. – Pozwól mi z sobą zostać. Chcę cię przyciągnąć do siebie i ogrzać. Chcę, żeby moje ciepło cię wypełniło.
– Jestem wampirem – przypomniała. – Moje ciało zawsze będzie dla ciebie zimne, Troye. Nie wiesz, co mówisz… Naprawdę cię zaślepiłam. Zaślepiłam cię sobą…
Lekko ucałował wierzch jej dłoni.
– Potrzebujesz teraz kogoś u swojego boku. Nie możesz zostać sama, bo napadną cię mroczne myśli. Nie zostawię cię samej w tej otchłani, o której mówiłaś.
Rose wyszeptała jego imię, patrząc na niego z niedowierzaniem. Nie zamierzał teraz odchodzić. Bał się, że będzie zdolna naprawdę odebrać sobie życie, jeżeli teraz pójdzie. Musiał ją powstrzymać.
– Nie cierpię tego przyznawać, ale… masz rację – zgodziła się słabym głosem. – Potrzebuję cię, Troye… Nienawidzę mojego życia pasożyta. Jestem twoim pasożytem…
– Nie, Rose. Sam wybrałem tę drogę i z chęcią wybrałbym ją jeszcze raz.
– Proszę, zostań na noc… – odrzekła w końcu. – Nie spałam od tamtej nocy. Boję się… Te myśli, one… Przychodzą do mnie, ciągną mnie w dół. Jeżeli naprawdę możesz mnie wyciągnąć z tej czeluści… Zrób to. Ja już dłużej nie wytrzymam…
~*~
Dziwnie było im wejść razem do łóżka. Rose umyła się i przebrała w koszulę nocną, a Troye postanowił spać w bieliźnie. Rozebrał się więc do podkoszulka i bokserek, ale poczekał, aż Rose pierwsza ułoży się w białej pościeli.
Jej włosy były rozpuszczone i spływały po poduszce. Troye wszedł do łóżka, kładąc się możliwie najdalej Rose, by nie krępować jej i siebie. Chociaż ciężko było mu leżeć obok niej obojętnie, całą swoją wolą powstrzymywał różne myśli, bo teraz chciał wesprzeć Rose emocjonalnie. Spojrzał w jej zaniepokojone oczy.
– Twój współlokator nie będzie się martwił, że nie wróciłeś do mieszkania? – zapytała.
– Spokojnie, wysłałem mu wiadomość, żeby na mnie nie czekał. W szczegóły się nie wdawałem – uśmiechnął się delikatnie, na co Rose odpowiedziała tym samym.
– Jeśli jesteś zmęczony, śpij, nie czekaj na mnie. Ja tak łatwo nie zasnę, jeśli w ogóle.
– Nie jestem jeszcze zmęczony, twoja krew mnie pobudziła. Może w takim razie… opowiesz mi coś o sobie? Nie wiem zbyt wiele o twojej przeszłości.
– Mimo to twierdzisz, że mnie kochasz… Niemądrze, Troye Jardinie – Rose pokręciła głową, dalej dziwiąc się jego zachowaniem. – Co ci opowiedzieć?
– Skąd pochodzisz?
– Urodziłam się w małym miasteczku, jednak nie spędziłam tam dzieciństwa. Nigdy nie poznałam też rodziców. Mój ojciec brał udział w nielegalnych walkach z wampirami i innymi nadnaturalnymi…
– Innymi? – przerwał jej z zaskoczeniem.
– Owszem. Zwykle się unikamy, wampiry to indywidualistyczne stworzenia. Nie lubimy dzielić się terenem… W każdym razie w jednej z tych walk ojciec stracił życie. Chyba zginął od sztyletu z ostrzem ze szczerego srebra… Niewiele o nim wiem, nie miałam z kim porozmawiać. Matka popadła w depresję i podobno ledwo donosiła ciążę ze mną, a od razu po moich narodzinach oddała mnie rodzinie stryja i tyle ją widziano.
Opowiadała swoją historię bez większych emocji, jednak Troye’owi wydawało się, że już tyle lat się z tym zmagała, że po prostu zmęczyło ją przeżywanie wszystkiego od nowa.
– O matce słyszałam wiele plotek… – kontynuowała. – Jeśli żyje, może włóczy się po świecie lub sama zaangażowała się w walki, szukając tego, kto zabił ojca. Jest też opcja, że odebrała sobie życie po opuszczeniu miasta, bo podobno była w bardzo ciężkim stanie po stracie. W każdym razie… wychowywali mnie brat ojca oraz jego żona, Marvin i Scarlett Elliotowie.
Troye słuchał uważnie i zrodziło się w nim współczucie. Rose nie poznała nawet własnych rodziców, nie miała też rodzeństwa. Dalsza historia wcale nie zapowiadała się lepiej.
– U stryja nie było mi źle, jednak czułam, że tam nie pasuję – ciągnęła Rose. – Byłam świadoma tego, że nie jestem ich dzieckiem, bo poinformowali mnie stosunkowo wcześnie, żebym nie doświadczyła szoku w późniejszym wieku. Zresztą nawet jeśliby tego nie zrobili, ciotka Scarlett samodzielnie dałaby mi do zrozumienia, że nie jestem jej córką, a wręcz intruzem w jej domu. Pewnego dnia… nie wytrzymałam tego wszystkiego i uciekłam. Myślałam o tym od dawna i kiedyś po prostu nadszedł czas, gdy ten pomysł zrealizowałam.
– Uciekłaś? – powtórzył Troye. – Chciałaś odkryć, kim jesteś?
– Dokładnie – przytaknęła Rose – ale nie tylko dlatego. Ciotka zapewne cieszy się, że mnie tam już nie ma. Nigdy nie powiedziała tego wprost, ale ja wiem, że nie pasowało jej wychowywanie mnie. Dla niej byłam kimś obcym, nie rodziną. Nie wiem, może dlatego że nie łączą nas więzy krwi. Poznałam jej opinię o mnie po krzywym spojrzeniu oraz sugestiach, które powtarzała – westchnęła. – Kolejnym powodem jest to, że mieszkaliśmy w niewielkim domu na zadupiu nad morzem. Wiało tam cholernie i wciąż lało. Mnie ta pogoda nawet nie przeszkadzała, ale brakowało mi kontaktu z rówieśnikami. Dorastałam z dwoma starszymi od siebie kuzynami. Starszy mnie… hartował. Kazał mi się ze sobą pojedynkować i rozwijać moje wampirze moce, jednak nigdy tego nie chciałam. Z młodszym kuzynem nie dało się złapać kontaktu. Nigdy nie rozumiałam, co siedziało mu w głowie… Był obojętny na wszystko, co się ze mną działo.
– Przykro mi.
Rose pokręciła głową.
– Nie trzeba, już dawno mam to za sobą. Może nie było mi tam też aż tak źle. Był jeszcze stryj Marvin… jako jedyny okazywał wobec mnie jakąkolwiek troskę, jednak bał się sprzeciwiać ciotce, więc zwykle robił to w ukryciu przed nią.
– Chyba jednak można to nazwać trudnym dzieciństwem… – zauważył Troye. – Cieszę się, że chociaż miałaś stryja, jednak milczenie jest przyzwoleniem na krzywdę.
– Ja sama sobie tego nie ułatwiałam, jak teraz na to patrzę – westchnęła Rose i uśmiechnęła się słabo. – Dramatyzowałam, wpadałam w histerię, podburzałam Scarlett. Tak bardzo jej nienawidziłam.
– Byłaś dzieckiem… Nie musisz ich usprawiedliwiać, skoro cię zranili.
Przełknęła gorzkie łzy na myśl, że sama zraniła dziecko.
– Jak mówiłam, pewnego dnia ostatecznie postanowiłam, że muszę uciec – opowiadała dalej, starając się skierować myśli na inny tor. – Nie wzięłam ze sobą zbyt wiele, bo nigdy wiele nie miałam. Wymknęłam się i biegłam przed siebie… Zniknęły wyrzuty sumienia, że zostawiam stryja, który dał mi schronienie w swoim domu. Biegłam i biegłam, nie męcząc się dzięki wampirzym cechom, które wówczas chyba po raz pierwszy doceniłam.
W oczach stanęły jej łzy wzruszenia, gdy przywoływała tamte obrazy. Troye chłonął jej opowieść całym sobą.
– Nawet nie wiem, kiedy zaczęłam śpiewać… a raczej wydzierać się na cały głos, biegnąc przez szczere pola. Przeklinałam, wrzeszczałam, popłakałam się i śmiałam się do rozpuku. Otworzyłam puszkę Pandory i wtedy wszystko się ze mnie wydostało. Spojrzałam się za siebie dopiero, gdy się zatrzymałam, kilometry od domu Marvina i Scarlett. Przez chwilę zastanawiałam się, czy wrócić. W końcu wreszcie wyrzuciłam z siebie lata frustracji, prób samoakceptacji oraz poczucia bycia wyrzutkiem. Zdałam sobie sprawę, że za żadne skarby nie chciałabym tam wrócić. Skosztowałam wolności i zapragnęłam więcej. Dzisiaj jestem tu, jutro mogę być gdzieś zupełnie indziej. Tak wygląda moje życie... Wciąż szukam mojego miejsca i nie wiem, czy kiedykolwiek je znajdę. Może wolę żyć w ciągłej podróży i poszukiwaniu. Mogłabym być wolna… gdyby nie to, kim jestem. To moja udręka i kajdany, to brzemię, przed którym nie mogę uciec niezależnie od tego, jak daleko pobiegnę.
– Rose… – wyszeptał Troye. – Jesteś bardzo dzielna. Sądzę, że to godne podziwu, że starasz się dźwigać wszystko sama. Nazywasz siebie pasożytem, lecz walczysz z tym, by nigdy na nikim nie polegać. Jednak… ufanie komuś, chęć wylania na kogoś swych trosk… To nie musi być pasożytnictwo. Powiedziałbym raczej, że to symbioza – uśmiechnął się. – Myślę, że twoje problemy mogą się zmniejszyć, jeśli komuś o nich powiesz. Czy teraz nie czujesz się lżej?
– Masz rację… – przyznała. – Faktycznie troszkę mi lepiej. Zupełnie jak wtedy, gdy wykrzyczałam wszystko w pustkę…
– Nie musisz już krzyczeć w pustkę… chcę ją wypełnić.
– Troye… Nie mów tak – poprosiła Rose. – Zostaw mnie. Znajdź sobie kogoś, z kim będziesz szczęśliwy. Nie zasługujesz na taki los…
– Nie bój się – odezwał się, ujmując jej dłonie w swoje. – Nie proszę cię, żebyś odwzajemniała moją miłość. Pozwól mi tylko ją na siebie przelać… pozwól mi przychodzić, kiedy potrzebujesz zaspokoić pragnienie. Tylko tyle.
Rose nie wiedziała, co odpowiedzieć, ale przytuliła się do Troye’a, czując, że tego właśnie chciała. Nie miała pojęcia, czy to było słuszne, jednak postanowiła choć na chwilę od tego odpocząć.
Jakiś czas leżeli tak, wtuleni w siebie, w ciszy. Rose po raz pierwszy w życiu poczuła, że nie musiała już uciekać. Jak gdyby zatrzymała się gdzieś, wiedząc, że właśnie tu powinna teraz być. Jak gdyby wreszcie znalazła swoje miejsce. Jak gdyby wreszcie znalazła siebie.
– Troye, śpisz?... – szepnęła delikatnie.
– Nie – odszepnął jej Troye. – Coś się dzieje?
– Wszystko jest dobrze… Jednak sen wciąż nie przychodzi. Może teraz ty opowiesz mi o sobie?
– Oczywiście – zgodził się, odsuwając się od niej nieco tak, by widzieć jej twarz.
Jego szczery uśmiech znów ją wzruszył. Po raz pierwszy naprawdę ktoś był tylko dla niej.
– Ja też pochodzę z małego miasteczka – rozpoczął opowieść. – Spędziłem tam w zasadzie całe życie, dopóki nie przyjechałem tutaj na studia. Wiem, jak to brzmi – student turystyki, który nie ma praktycznie żadnego doświadczenia na temat podróży. Właściwie właśnie dlatego wybrałem te studia, chciałem to zmienić. Marzy mi się podróżować po świecie, nabywać nowych doświadczeń.
Przyglądała mu się z czułością, co zdawało się otulać go ciepłym uczuciem. Mówił półgłosem, trzymał ją w ramionach, koił ją dotykiem i mową.
– Chciałbym też osiedlić się gdzieś na stałe i założyć rodzinę, ale na poważnie jeszcze o tym nie myślałem – ciągnął. – Nie wiem, kim chcę dokładnie być, jednak planuję znaleźć zatrudnienie w branży turystycznej. Nie chciałbym tylko siedzieć w biurze i wykonywać robotę papierkową. Jeśli od tego będę musiał zacząć, to trudno… Ale najchętniej zostałbym stewardem lub pilotem wycieczek. Nie chciałbym też jeździć wyłącznie na wycieczki autokarowe ze zwiedzaniem. Jeżeli będę miał taką okazję, zejdę ze szlaku turystycznego, odkryję coś sam. Może nawet samodzielnie ułożę plan wycieczki?
– To brzmi wspaniale – stwierdziła Rose. – Podróż jako przyjemność, przygoda… Nie ucieczka – westchnęła. – Ale wiesz, ludzie podróżują i bez studiów. Równie dobrze mogłeś wyruszyć w świat zaraz po szkole średniej i ewentualnie później rozpocząć studia.
– Wiem, ale zwyczajnie się bałem – przyznał. – Chociaż rzeczywiście to rozważałem. Chciałem najpierw dowiedzieć się trochę o świecie, zanim w niego wyruszę. Te studia to była dobra decyzja. Mieliśmy różne praktyki i poznałem paru świetnych ludzi, ciekawych świata jak ja. Mam mnóstwo celów podróży, możliwe miejsca, gdzie nawiązałem znajomości i otrzymałem zaproszenia, z których jeszcze nie odważyłem się skorzystać. Wciąż jestem na etapie przygotowań…
Gdy opowiadał o wizjach podróży, jego oczy błyszczały rozczulająco z rozmarzeniem. Rose uśmiechnęła się delikatnie, nie zdając sobie z tego sprawy. Mogłaby go słuchać godzinami.
– Uzbierałem trochę oszczędności, pracując w wakacje – dodał. – Jak się uda, za rok z hakiem będę szykował się do pierwszej samodzielnej podróży. Większość życia spędziłem w fikcji, grając w gry i będąc największym nerdem, jakiego świat widział.
– Pewnego dnia twoje marzenie się spełni. Życzę ci szczęścia – odparła Rose, przymykając oczy. – Zasługujesz na szczęście. Na pewno tak się stanie…
Chwilę potem zmorzył ją sen, który przyszedł jak ukojenie. Troye uśmiechnął się, widząc spokój na jej twarzy, a potem sam zasnął.
~*~
Ranek przyszedł cicho i spokojnie niczym kochająca matka zaglądająca do pokoju dziecka.
Troye obudził się pierwszy. Wcześniej zastanawiał się, jak będzie się czuł, gdy obudzi się u boku Rose, lecz finalnie nie był tak skrępowany, jak to sobie wyobrażał. Przyjrzał się jej. Przez farbowane, czerwone włosy prześwitywały odrosty w kolorze ciemnego blondu. Jej smukłe nogi lekko kłuły go dotykiem i nie mógł się powstrzymać od porównania ich do delikatnych kolców młodej róży. Uśmiechnął się ciepło, rozpływając się jej towarzystwem.
Z kolei Rose musiała kłuć jego twarz, bo szczękę miał pokrytą lekkim zarostem. Oboje mieli sfilcowane włosy i poranne oddechy. Troye poczuł się, jakby on i Rose byli małżeństwem z kilkunastoletnim stażem, co było dziwne i miłe jednocześnie. Nie chciał jednak wyobrażać sobie przyszłości – chciał z nią być tu i teraz. Sprawić, by wreszcie poczuła się bezpiecznie.
Rose poruszyła się lekko w ramionach Troye’a i przebudziła się. Zwróciła zaspaną twarz ku niemu, próbując otworzyć oczy, by na niego spojrzeć. Ujrzała jego rozmazaną sylwetkę, która powoli nabierała wyraźniejszych kształtów.
– Dzień dobry – rzekł Troye półgłosem, uśmiechając się ciepło.
W odpowiedzi Rose posłała mu równie ciepły uśmiech i ponownie wtuliła się w jego tors. Fizycznie dalej była zimna jak lód, lecz miała wrażenie, że było jej jakoś wewnętrznie ciepło.
– Ale się wyspałam – oznajmiła Rose, po czym zasłoniła usta dłonią i ziewnęła. – Przepraszam, głęboko spałam.
– Może prześpij się jeszcze? Ostatnio brakowało ci snu – zmartwił się Troye.
– Tak, tak, utnę sobie jeszcze drzemkę… Ale później – stwierdziła. – Na razie chcę pobyć z tobą jeszcze trochę…
Na usta Troye’a wpełzł lekki uśmiech, gdy odgarniał jej włosy z twarzy. Miał ochotę pocałować Rose, ale zamiast tego przytulił ją i zaczął głaskać po głowie, co chyba dało mu jeszcze większą satysfakcję.
~ Jest mi tak dobrze… – nagle w głowie Troye’a rozległ się głos Rose, co wywołało u niego niemałe zdziwienie.
– …przepraszam, mówiłaś coś? – sprawdził.
– Ja? Nie… – zdziwiła się, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami. – Słyszałeś coś?
– Słyszałem… twój głos.
– Jak to?
– W mojej głowie… – tłumaczył ze skrępowaniem. – Ja wiem, jak to brzmi…
– Czekaj…
~ ...o tak? – rozległo się ponownie.
~ Tak, właśnie tak – pomyślał Troye, a Rose to usłyszała.
– Och, już wiem… To jeden z efektów picia krwi – przypomniała sobie Rose. – Jeśli wampir wypije krew z człowieka, a człowiek z wampira, może się między nimi wytworzyć łącze telepatyczne. Zupełnie o tym zapomniałam… choć nigdy dotąd nie miałam tego jak sprawdzić.
– Łącze telepatyczne? – powtórzył ze zdumieniem. – Czuję się jak w jakimś science fiction…
W odpowiedzi roześmiała się cicho.
– Ale czekaj, przecież piliśmy krew z siebie nawzajem już na imprezie – zauważył Troye. – Dlaczego udało nam się nawiązać łącze dopiero teraz?
– Zbliżyliśmy się do siebie… – odpowiedziała z lekkim zakłopotaniem. – Otworzyłam mój umysł na ciebie. Przyjęłam twoją pomoc, twoje uczucia. Łącze wydaje się naprawdę silne.
~ Więc teraz… Teraz nie będziesz mogła mnie unikać – odezwał się Troye w umyśle Rose, na co ta szturchnęła go lekko i ponownie się zaśmiała.
~ Lepiej tego nie nadużywaj, Jardin… – odpowiedziała mu zadziornie.
– Czy taka telepatia jest jednoznaczna z czytaniem komuś w myślach? – zaciekawił się Troye.
– Tak i nie – odparła Rose. – Ty nie możesz tego zrobić, ja tak, jeśli zechcę i w ogóle potrafię. Nigdy nie chciałam rozwijać moich wampirzych mocy, bo wiem, że są niebezpieczne.
– No co ty… To jest super. Ja na pewno bym to wykorzystał.
Przyjrzała mu się badawczo z pociągającym uśmiechem, a potem oboje się roześmiali.
~*~
Hannah wpatrywała się w ekran laptopa z niedowierzaniem. Nina właśnie zdała jej relację ze swojego ostatniego spotkania z Troyem, co wywołało u niej niemałą frustrację i wstyd za brata.
Odpisała jej z przeprosinami i obietnicą, że postara się zaistniałą sytuację jakoś wyjaśnić. Nina twierdziła, że dalej interesowała się Troye’em, więc Hannah nie zamierzała odpuszczać. W końcu obiecała przyjaciółce, że ich zeswata.