czwartek, 13 września 2018

~Rozdział VI~

Rose spodziewała się dokładnie takiej miny Troye’a, jaką właśnie zobaczyła. Wybałuszał oczy, wpatrując się w nią z mieszanymi uczuciami. Niemalże sama czuła to co on. Nie potrafił przyjąć jej słów, nie mógł sobie tego wyobrazić. Jak ona mogła zabić dziecko? Ona, Rose Elliot, którą znał? Zawsze mówiła, że była niebezpieczna. Troye pomyślał, że przecież mógł się tego spodziewać po wampirze, a mimo to ciężko mu było zaakceptować tę informację.

– Zabiłaś…? – powtórzył, przełknąwszy ślinę.

– Tak… – przyznała, nie wytrzymując napięcia.

Rose ukryła twarz w dłoniach i rozpłakała się. Czarne łzy spływały po jej policzkach i dłoniach. Troye przemógł się, by ją objąć, a następnie przytulić do siebie. Sprawiała wrażenie jeszcze zimniejszej niż zwykle. Jego myśli krzyczały, by uciekał. Trzymał w rękach morderczynię. Kogoś, kto zabił dziecko, a nie wiadomo, ilu jeszcze osobom odebrał życie. Ale Troye chciał zostać i tego się trzymał. Obiecał jej.

– Nie chciałam wyruszać na łowy – mamrotała Rose, kuląc się w ramionach Troye’a.

Nie spodziewała się takiej reakcji z jego strony i lepiej by było, gdyby nie zbliżała się do niego, lecz jednocześnie chciała wypłakać się na jego ramię.

– Przegrałam z pragnieniem… – ciągnęła. – I tak tego żałuję… To była niewinna dziewczynka. Dlaczego ją zaatakowałam? Dlaczego wyskoczyłam z okna i pomknęłam przed siebie, poza miasto, daleko stąd, by zapolować? Nie wiem… Tego chciał mój instynkt… Tego chciała moja pieprzona, wampirza natura! – załkała Rose i wydała z siebie żałosny jęk. – Zawsze z tym przegrywam… Ale jeszcze nigdy nikogo nie zabiłam… A teraz… Teraz ugryzłam dziecko. Ugryzłam je śmiertelnie. Wypiłam tyle krwi… może jednak przeżyła, jednak za bardzo się boję tego sprawdzić.

Spojrzała na niego z desperacją, czując narastającą panikę.

– Co jeśli okaże się, że ja naprawdę?... – wychrypiała. – Jestem potworem! POTWOREM! NIENAWIDZĘ SIEBIE! CHCĘ UMRZEĆ!

Krzyk Rose przeistoczył się w prawdziwą histerię. Troye z trudem trzymał ją w ramionach, bo jej ciałem wstrząsały drgawki, zupełnie jakby miała epilepsję.

– Rose, błagam, spokojnie! – jęknął Troye, starając się ją utrzymać.

– Nie, Troye… Ja chcę umrzeć! – upierała się. – Zabij mnie, uwolnij mnie, błagam! POZWÓL MI UMRZEĆ!     

– Rose, POSŁUCHAJ MNIE! – krzyknął, ujmując jej twarz w swoje dłonie.

Jego krzyk sprawił, że Rose znieruchomiała. Wpatrywała się martwo w jego przenikliwe oczy w ciepłym odcieniu brązu. Czuła się, jakby ktoś zanurzył ją w zimnej, lecz orzeźwiającej wodzie.

– Proszę, nie mów takich rzeczy… – odezwał się półgłosem. – Teraz już rozumiem… Rose, sama nie jesteś pewna, co się wydarzyło. Mogę sprawdzić to za ciebie. Może nie jestem w stanie w pełni zrozumieć brzemienia wampira, które dźwigasz, lecz chcę pomóc ci je nieść. Nie jesteś potworem, Rose. Potwory nie czują żalu tak, jak odczuwasz go ty.

 – Troye… Nie, nie będę cię w to wplątywać. To wyłącznie moja wina… Proszę, znienawidź mnie. Nie możesz dźwigać tego ze mną… Nigdy tego nie zrozumiesz. Tylko cię skrzywdzę…

– Nie, Rose… Tak się boisz opuszczenia. Ja zostanę. Zostanę z tobą, możesz zrzucać na mnie swoje cierpienie.

– Dlaczego… Dlaczego tak ci zależy? Nic nie zyskujesz, a tak wiele tracisz…

– Nie wiem, Rose. Chcę ci pomóc, niezależnie od tego, co muszę poświęcić. Jestem świadomy, że to niebezpieczne. Część mnie krzyczy, bym tego nie robił, ale ja się jej sprzeciwiam. Czasem sobie myślę, że popełniam błąd, że powinienem cię zostawić. Ale ja nie potrafię. Gdy widzę, że cierpisz, biegnę do ciebie, by cię objąć, by ci pomóc.

– Troye… Nie, proszę… Nie mów, że…

– Kocham cię – przerwał jej.

Oniemiała, a potem westchnęła głęboko, roniąc kolejne łzy koloru smoły. Kłębiły się w niej mieszane uczucia – ulga, wzruszenie, rozpacz, negacja. Ktoś ją kochał? Czy to było możliwe? Jak?

– Nie mów tak… – poprosiła. – Nic o mnie nie wiesz, nie możesz mnie kochać… Zresztą, to bez znaczenia, czy mnie poznasz. Nikt nie może mnie kochać. Nie kogoś takiego jak ja.

– Długo przed tym uciekałem, lecz to prawda. Cały zeszły rok zastanawiałem się, czy będę w stanie o tobie zapomnieć, bo nie miałem odwagi z tobą porozmawiać, co dopiero zacząć coś poważnego – ciągnął. – A potem za bardzo się pospieszyłem… I znów próbowałem od tego uciec, jednak to wciąż mnie dopada. Rose… wystarczy, że na ciebie spojrzę, by wszystkie wątpliwości uciekły. Gdy się śmiejesz, chcę się śmiać wraz z tobą. Gdy płaczesz, chcę cię objąć i ukoić. Gdy cierpisz, chcę dzielić z tobą cierpienie. To miłość… bo cóż innego?

Oddychała ciężko, nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa. Łzy ciekły jej po twarzy i nie zamierzały przestać. Słuchała go, zastanawiając się, czy to działo się naprawdę.

– Dlatego właśnie chcę pomóc ci gasić pragnienie. Możesz pić ze mnie, ile chcesz tak, byś już nigdy nie musiała polować i ulegać żądzom. Będę przy tobie, ilekroć mnie wezwiesz.

– Troye… – przemówiła wreszcie. – Nie powinnam była się do ciebie zbliżać… Nigdy. Co ja zrobiłam? Co ja najlepszego zrobiłam?

Była roztrzęsiona, choć jednocześnie chciała opaść w jego ramiona i przyjąć jego miłość. Może byłaby w stanie to zrobić, gdyby nie świadomość skrzywdzenia tamtej dziewczynki. Nawet jeśli żyje, musiała być w ciężkim stanie, a ona uciekła, nie udzielając jej pomocy. Była jedynie w stanie ucałować ją w czoło, mając głęboką nadzieję, że silne emocje pozwoliły jej włożyć w pocałunek całą wolę uleczenia jej. Pozwoliła jednak, by Troye ujął jej dłonie w swoje. Jego pewny dotyk zdołał powstrzymać ją od drgawek.

Patrzył jej w oczy tak, jak dotąd nikt nigdy się nie odważył. Nie oczekiwał, że ona również wyzna mu miłość. Pragnął przelać na nią całe swoje uczucie niczym kojące lekarstwo i pocieszenie. Wiedział, że kochanie jej nie będzie łatwe, jednak wreszcie zdecydował, że tego chciał naprawdę.

Nie mogła się nadziwić. Skąd u niego ta determinacja? Skąd to ciepłe uczucie? Skąd współczucie i troska? Przecież właśnie wyznała mu, że mogła kogoś zabić.

– Nie, Troye, przestań, proszę… – szepnęła Rose. – Proszę, idź już do domu… Zostaw mnie…

– Nie możesz być teraz sama, Rose – oznajmił stanowczo. – Pozwól mi z sobą zostać. Chcę cię przyciągnąć do siebie i ogrzać. Chcę, żeby moje ciepło cię wypełniło.

– Jestem wampirem – przypomniała. – Moje ciało zawsze będzie dla ciebie zimne, Troye. Nie wiesz, co mówisz… Naprawdę cię zaślepiłam. Zaślepiłam cię sobą…

   Lekko ucałował wierzch jej dłoni.

– Potrzebujesz teraz kogoś u swojego boku. Nie możesz zostać sama, bo napadną cię mroczne myśli. Nie zostawię cię samej w tej otchłani, o której mówiłaś.

Rose wyszeptała jego imię, patrząc na niego z niedowierzaniem. Nie zamierzał teraz odchodzić. Bał się, że będzie zdolna naprawdę odebrać sobie życie, jeżeli teraz pójdzie. Musiał ją powstrzymać.

– Nie cierpię tego przyznawać, ale… masz rację – zgodziła się słabym głosem. – Potrzebuję cię, Troye… Nienawidzę mojego życia pasożyta. Jestem twoim pasożytem…

– Nie, Rose. Sam wybrałem tę drogę i z chęcią wybrałbym ją jeszcze raz.

– Proszę, zostań na noc… – odrzekła w końcu. – Nie spałam od tamtej nocy. Boję się… Te myśli, one… Przychodzą do mnie, ciągną mnie w dół. Jeżeli naprawdę możesz mnie wyciągnąć z tej czeluści… Zrób to. Ja już dłużej nie wytrzymam…

 

~*~

 

Dziwnie było im wejść razem do łóżka. Rose umyła się i przebrała w koszulę nocną, a Troye postanowił spać w bieliźnie. Rozebrał się więc do podkoszulka i bokserek, ale poczekał, aż Rose pierwsza ułoży się w białej pościeli.

Jej włosy były rozpuszczone i spływały po poduszce. Troye wszedł do łóżka, kładąc się możliwie najdalej Rose, by nie krępować jej i siebie. Chociaż ciężko było mu leżeć obok niej obojętnie, całą swoją wolą powstrzymywał różne myśli, bo teraz chciał wesprzeć Rose emocjonalnie. Spojrzał w jej zaniepokojone oczy.

– Twój współlokator nie będzie się martwił, że nie wróciłeś do mieszkania? – zapytała.

– Spokojnie, wysłałem mu wiadomość, żeby na mnie nie czekał. W szczegóły się nie wdawałem – uśmiechnął się delikatnie, na co Rose odpowiedziała tym samym.

– Jeśli jesteś zmęczony, śpij, nie czekaj na mnie. Ja tak łatwo nie zasnę, jeśli w ogóle.

– Nie jestem jeszcze zmęczony, twoja krew mnie pobudziła. Może w takim razie… opowiesz mi coś o sobie? Nie wiem zbyt wiele o twojej przeszłości.

– Mimo to twierdzisz, że mnie kochasz… Niemądrze, Troye Jardinie – Rose pokręciła głową, dalej dziwiąc się jego zachowaniem. – Co ci opowiedzieć?

– Skąd pochodzisz?

– Urodziłam się w małym miasteczku, jednak nie spędziłam tam dzieciństwa. Nigdy nie poznałam też rodziców. Mój ojciec brał udział w nielegalnych walkach z wampirami i innymi nadnaturalnymi…

– Innymi? – przerwał jej z zaskoczeniem.

– Owszem. Zwykle się unikamy, wampiry to indywidualistyczne stworzenia. Nie lubimy dzielić się terenem… W każdym razie w jednej z tych walk ojciec stracił życie. Chyba zginął od sztyletu z ostrzem ze szczerego srebra… Niewiele o nim wiem, nie miałam z kim porozmawiać. Matka popadła w depresję i podobno ledwo donosiła ciążę ze mną, a od razu po moich narodzinach oddała mnie rodzinie stryja i tyle ją widziano.

Opowiadała swoją historię bez większych emocji, jednak Troye’owi wydawało się, że już tyle lat się z tym zmagała, że po prostu zmęczyło ją przeżywanie wszystkiego od nowa.

– O matce słyszałam wiele plotek… – kontynuowała. – Jeśli żyje, może włóczy się po świecie lub sama zaangażowała się w walki, szukając tego, kto zabił ojca. Jest też opcja, że odebrała sobie życie po opuszczeniu miasta, bo podobno była w bardzo ciężkim stanie po stracie. W każdym razie… wychowywali mnie brat ojca oraz jego żona, Marvin i Scarlett Elliotowie.

   Troye słuchał uważnie i zrodziło się w nim współczucie. Rose nie poznała nawet własnych rodziców, nie miała też rodzeństwa. Dalsza historia wcale nie zapowiadała się lepiej.

   – U stryja nie było mi źle, jednak czułam, że tam nie pasuję – ciągnęła Rose. – Byłam świadoma tego, że nie jestem ich dzieckiem, bo poinformowali mnie stosunkowo wcześnie, żebym nie doświadczyła szoku w późniejszym wieku. Zresztą nawet jeśliby tego nie zrobili, ciotka Scarlett samodzielnie dałaby mi do zrozumienia, że nie jestem jej córką, a wręcz intruzem w jej domu. Pewnego dnia… nie wytrzymałam tego wszystkiego i uciekłam. Myślałam o tym od dawna i kiedyś po prostu nadszedł czas, gdy ten pomysł zrealizowałam.

– Uciekłaś? – powtórzył Troye. – Chciałaś odkryć, kim jesteś?

– Dokładnie – przytaknęła Rose – ale nie tylko dlatego. Ciotka zapewne cieszy się, że mnie tam już nie ma. Nigdy nie powiedziała tego wprost, ale ja wiem, że nie pasowało jej wychowywanie mnie. Dla niej byłam kimś obcym, nie rodziną. Nie wiem, może dlatego że nie łączą nas więzy krwi. Poznałam jej opinię o mnie po krzywym spojrzeniu oraz sugestiach, które powtarzała – westchnęła. – Kolejnym powodem jest to, że mieszkaliśmy w niewielkim domu na zadupiu nad morzem. Wiało tam cholernie i wciąż lało. Mnie ta pogoda nawet nie przeszkadzała, ale brakowało mi kontaktu z rówieśnikami. Dorastałam z dwoma starszymi od siebie kuzynami. Starszy mnie… hartował. Kazał mi się ze sobą pojedynkować i rozwijać moje wampirze moce, jednak nigdy tego nie chciałam. Z młodszym kuzynem nie dało się złapać kontaktu. Nigdy nie rozumiałam, co siedziało mu w głowie… Był obojętny na wszystko, co się ze mną działo.

– Przykro mi.

Rose pokręciła głową.

– Nie trzeba, już dawno mam to za sobą. Może nie było mi tam też aż tak źle. Był jeszcze stryj Marvin… jako jedyny okazywał wobec mnie jakąkolwiek troskę, jednak bał się sprzeciwiać ciotce, więc zwykle robił to w ukryciu przed nią.

– Chyba jednak można to nazwać trudnym dzieciństwem… – zauważył Troye. – Cieszę się, że chociaż miałaś stryja, jednak milczenie jest przyzwoleniem na krzywdę.

– Ja sama sobie tego nie ułatwiałam, jak teraz na to patrzę – westchnęła Rose i uśmiechnęła się słabo. – Dramatyzowałam, wpadałam w histerię, podburzałam Scarlett. Tak bardzo jej nienawidziłam.

– Byłaś dzieckiem… Nie musisz ich usprawiedliwiać, skoro cię zranili.

Przełknęła gorzkie łzy na myśl, że sama zraniła dziecko.

– Jak mówiłam, pewnego dnia ostatecznie postanowiłam, że muszę uciec – opowiadała dalej, starając się skierować myśli na inny tor. – Nie wzięłam ze sobą zbyt wiele, bo nigdy wiele nie miałam. Wymknęłam się i biegłam przed siebie… Zniknęły wyrzuty sumienia, że zostawiam stryja, który dał mi schronienie w swoim domu. Biegłam i biegłam, nie męcząc się dzięki wampirzym cechom, które wówczas chyba po raz pierwszy doceniłam.

W oczach stanęły jej łzy wzruszenia, gdy przywoływała tamte obrazy. Troye chłonął jej opowieść całym sobą.

– Nawet nie wiem, kiedy zaczęłam śpiewać… a raczej wydzierać się na cały głos, biegnąc przez szczere pola. Przeklinałam, wrzeszczałam, popłakałam się i śmiałam się do rozpuku. Otworzyłam puszkę Pandory i wtedy wszystko się ze mnie wydostało. Spojrzałam się za siebie dopiero, gdy się zatrzymałam, kilometry od domu Marvina i Scarlett. Przez chwilę zastanawiałam się, czy wrócić. W końcu wreszcie wyrzuciłam z siebie lata frustracji, prób samoakceptacji oraz poczucia bycia wyrzutkiem. Zdałam sobie sprawę, że za żadne skarby nie chciałabym tam wrócić. Skosztowałam wolności i zapragnęłam więcej. Dzisiaj jestem tu, jutro mogę być gdzieś zupełnie indziej. Tak wygląda moje życie... Wciąż szukam mojego miejsca i nie wiem, czy kiedykolwiek je znajdę. Może wolę żyć w ciągłej podróży i poszukiwaniu. Mogłabym być wolna… gdyby nie to, kim jestem. To moja udręka i kajdany, to brzemię, przed którym nie mogę uciec niezależnie od tego, jak daleko pobiegnę.

– Rose… – wyszeptał Troye. – Jesteś bardzo dzielna. Sądzę, że to godne podziwu, że starasz się dźwigać wszystko sama. Nazywasz siebie pasożytem, lecz walczysz z tym, by nigdy na nikim nie polegać. Jednak… ufanie komuś, chęć wylania na kogoś swych trosk… To nie musi być pasożytnictwo. Powiedziałbym raczej, że to symbioza – uśmiechnął się. – Myślę, że twoje problemy mogą się zmniejszyć, jeśli komuś o nich powiesz. Czy teraz nie czujesz się lżej?

– Masz rację… – przyznała. – Faktycznie troszkę mi lepiej. Zupełnie jak wtedy, gdy wykrzyczałam wszystko w pustkę…

– Nie musisz już krzyczeć w pustkę… chcę ją wypełnić.

– Troye… Nie mów tak – poprosiła Rose. – Zostaw mnie. Znajdź sobie kogoś, z kim będziesz szczęśliwy. Nie zasługujesz na taki los…

– Nie bój się – odezwał się, ujmując jej dłonie w swoje. – Nie proszę cię, żebyś odwzajemniała moją miłość. Pozwól mi tylko ją na siebie przelać… pozwól mi przychodzić, kiedy potrzebujesz zaspokoić pragnienie. Tylko tyle.

Rose nie wiedziała, co odpowiedzieć, ale przytuliła się do Troye’a, czując, że tego właśnie chciała. Nie miała pojęcia, czy to było słuszne, jednak postanowiła choć na chwilę od tego odpocząć.

Jakiś czas leżeli tak, wtuleni w siebie, w ciszy. Rose po raz pierwszy w życiu poczuła, że nie musiała już uciekać. Jak gdyby zatrzymała się gdzieś, wiedząc, że właśnie tu powinna teraz być. Jak gdyby wreszcie znalazła swoje miejsce. Jak gdyby wreszcie znalazła siebie.

– Troye, śpisz?... – szepnęła delikatnie.

– Nie – odszepnął jej Troye. – Coś się dzieje?

– Wszystko jest dobrze… Jednak sen wciąż nie przychodzi. Może teraz ty opowiesz mi o sobie?

– Oczywiście – zgodził się, odsuwając się od niej nieco tak, by widzieć jej twarz.

Jego szczery uśmiech znów ją wzruszył. Po raz pierwszy naprawdę ktoś był tylko dla niej.

– Ja też pochodzę z małego miasteczka – rozpoczął opowieść. – Spędziłem tam w zasadzie całe życie, dopóki nie przyjechałem tutaj na studia. Wiem, jak to brzmi – student turystyki, który nie ma praktycznie żadnego doświadczenia na temat podróży. Właściwie właśnie dlatego wybrałem te studia, chciałem to zmienić. Marzy mi się podróżować po świecie, nabywać nowych doświadczeń.

Przyglądała mu się z czułością, co zdawało się otulać go ciepłym uczuciem. Mówił półgłosem, trzymał ją w ramionach, koił ją dotykiem i mową.

– Chciałbym też osiedlić się gdzieś na stałe i założyć rodzinę, ale na poważnie jeszcze o tym nie myślałem – ciągnął. – Nie wiem, kim chcę dokładnie być, jednak planuję znaleźć zatrudnienie w branży turystycznej. Nie chciałbym tylko siedzieć w biurze i wykonywać robotę papierkową. Jeśli od tego będę musiał zacząć, to trudno… Ale najchętniej zostałbym stewardem lub pilotem wycieczek. Nie chciałbym też jeździć wyłącznie na wycieczki autokarowe ze zwiedzaniem. Jeżeli będę miał taką okazję, zejdę ze szlaku turystycznego, odkryję coś sam. Może nawet samodzielnie ułożę plan wycieczki?

– To brzmi wspaniale – stwierdziła Rose. – Podróż jako przyjemność, przygoda… Nie ucieczka – westchnęła. – Ale wiesz, ludzie podróżują i bez studiów. Równie dobrze mogłeś wyruszyć w świat zaraz po szkole średniej i ewentualnie później rozpocząć studia.

– Wiem, ale zwyczajnie się bałem – przyznał. – Chociaż rzeczywiście to rozważałem. Chciałem najpierw dowiedzieć się trochę o świecie, zanim w niego wyruszę. Te studia to była dobra decyzja. Mieliśmy różne praktyki i poznałem paru świetnych ludzi, ciekawych świata jak ja. Mam mnóstwo celów podróży, możliwe miejsca, gdzie nawiązałem znajomości i otrzymałem zaproszenia, z których jeszcze nie odważyłem się skorzystać. Wciąż jestem na etapie przygotowań…

Gdy opowiadał o wizjach podróży, jego oczy błyszczały rozczulająco z rozmarzeniem. Rose uśmiechnęła się delikatnie, nie zdając sobie z tego sprawy. Mogłaby go słuchać godzinami.

– Uzbierałem trochę oszczędności, pracując w wakacje – dodał. – Jak się uda, za rok z hakiem będę szykował się do pierwszej samodzielnej podróży. Większość życia spędziłem w fikcji, grając w gry i będąc największym nerdem, jakiego świat widział.

– Pewnego dnia twoje marzenie się spełni. Życzę ci szczęścia – odparła Rose, przymykając oczy. – Zasługujesz na szczęście. Na pewno tak się stanie…

Chwilę potem zmorzył ją sen, który przyszedł jak ukojenie. Troye uśmiechnął się, widząc spokój na jej twarzy, a potem sam zasnął.

 

~*~

 

Ranek przyszedł cicho i spokojnie niczym kochająca matka zaglądająca do pokoju dziecka.

Troye obudził się pierwszy. Wcześniej zastanawiał się, jak będzie się czuł, gdy obudzi się u boku Rose, lecz finalnie nie był tak skrępowany, jak to sobie wyobrażał. Przyjrzał się jej. Przez farbowane, czerwone włosy prześwitywały odrosty w kolorze ciemnego blondu. Jej smukłe nogi lekko kłuły go dotykiem i nie mógł się powstrzymać od porównania ich do delikatnych kolców młodej róży. Uśmiechnął się ciepło, rozpływając się jej towarzystwem.

Z kolei Rose musiała kłuć jego twarz, bo szczękę miał pokrytą lekkim zarostem. Oboje mieli sfilcowane włosy i poranne oddechy. Troye poczuł się, jakby on i Rose byli małżeństwem z kilkunastoletnim stażem, co było dziwne i miłe jednocześnie. Nie chciał jednak wyobrażać sobie przyszłości – chciał z nią być tu i teraz. Sprawić, by wreszcie poczuła się bezpiecznie.

Rose poruszyła się lekko w ramionach Troye’a i przebudziła się. Zwróciła zaspaną twarz ku niemu, próbując otworzyć oczy, by na niego spojrzeć. Ujrzała jego rozmazaną sylwetkę, która powoli nabierała wyraźniejszych kształtów.

– Dzień dobry – rzekł Troye półgłosem, uśmiechając się ciepło.

W odpowiedzi Rose posłała mu równie ciepły uśmiech i ponownie wtuliła się w jego tors. Fizycznie dalej była zimna jak lód, lecz miała wrażenie, że było jej jakoś wewnętrznie ciepło.

– Ale się wyspałam – oznajmiła Rose, po czym zasłoniła usta dłonią i ziewnęła. – Przepraszam, głęboko spałam.

– Może prześpij się jeszcze? Ostatnio brakowało ci snu – zmartwił się Troye.

– Tak, tak, utnę sobie jeszcze drzemkę… Ale później – stwierdziła. – Na razie chcę pobyć z tobą jeszcze trochę…

Na usta Troye’a wpełzł lekki uśmiech, gdy odgarniał jej włosy z twarzy. Miał ochotę pocałować Rose, ale zamiast tego przytulił ją i zaczął głaskać po głowie, co chyba dało mu jeszcze większą satysfakcję.

~ Jest mi tak dobrze… – nagle w głowie Troye’a rozległ się głos Rose, co wywołało u niego niemałe zdziwienie.

– …przepraszam, mówiłaś coś? – sprawdził.

– Ja? Nie… – zdziwiła się, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami. – Słyszałeś coś?

– Słyszałem… twój głos.

– Jak to?

– W mojej głowie… – tłumaczył ze skrępowaniem. – Ja wiem, jak to brzmi…

– Czekaj…

~ ...o tak? – rozległo się ponownie.

~ Tak, właśnie tak – pomyślał Troye, a Rose to usłyszała.

– Och, już wiem… To jeden z efektów picia krwi – przypomniała sobie Rose. – Jeśli wampir wypije krew z człowieka, a człowiek z wampira, może się między nimi wytworzyć łącze telepatyczne. Zupełnie o tym zapomniałam… choć nigdy dotąd nie miałam tego jak sprawdzić.

– Łącze telepatyczne? – powtórzył ze zdumieniem. – Czuję się jak w jakimś science fiction…

W odpowiedzi roześmiała się cicho.

– Ale czekaj, przecież piliśmy krew z siebie nawzajem już na imprezie – zauważył Troye. – Dlaczego udało nam się nawiązać łącze dopiero teraz?

– Zbliżyliśmy się do siebie… – odpowiedziała z lekkim zakłopotaniem. – Otworzyłam mój umysł na ciebie. Przyjęłam twoją pomoc, twoje uczucia. Łącze wydaje się naprawdę silne.

~ Więc teraz… Teraz nie będziesz mogła mnie unikać – odezwał się Troye w umyśle Rose, na co ta szturchnęła go lekko i ponownie się zaśmiała.

~ Lepiej tego nie nadużywaj, Jardin… – odpowiedziała mu zadziornie.

– Czy taka telepatia jest jednoznaczna z czytaniem komuś w myślach? – zaciekawił się Troye.

– Tak i nie – odparła Rose. – Ty nie możesz tego zrobić, ja tak, jeśli zechcę i w ogóle potrafię. Nigdy nie chciałam rozwijać moich wampirzych mocy, bo wiem, że są niebezpieczne.

– No co ty… To jest super. Ja na pewno bym to wykorzystał.

Przyjrzała mu się badawczo z pociągającym uśmiechem, a potem oboje się roześmiali.

 

~*~

 

Hannah wpatrywała się w ekran laptopa z niedowierzaniem. Nina właśnie zdała jej relację ze swojego ostatniego spotkania z Troyem, co wywołało u niej niemałą frustrację i wstyd za brata.

Odpisała jej z przeprosinami i obietnicą, że postara się zaistniałą sytuację jakoś wyjaśnić. Nina twierdziła, że dalej interesowała się Troye’em, więc Hannah nie zamierzała odpuszczać. W końcu obiecała przyjaciółce, że ich zeswata.

wtorek, 11 września 2018

~Rozdział V~

Troye zupełnie nie miał pojęcia, jak to się stało, że wylądował w barze z Niną. Pamiętał, że temat zaczął się, gdy w rozmowie z nią poskarżył się na wieczorne zajęcia – „Przecież to są studia dzienne!” – i  tym oto sposobem Nina dowiedziała się, o której godzinie Troye wychodził z uczelni w czwartki. Odpowiedziała na to, że sama miała w te dni wieczorne wykłady. Właśnie w ten czwartek los (lub Nina) chciał, że oboje wpadli na siebie po zajęciach, więc w drodze powrotnej odwiedzili jeszcze bar.

Jeszcze niedawno Troye nie wiedział, co myśleć na temat zachowania Niny, jednak domyślał się, że się jej podobał. Odnosił wrażenie, że zainteresowanie Rose nadal mu nie przeszło. Ostatnio jednak wydawało mu się, że znów go unikała, co wywoływało u niego niemałą frustrację. W dodatku ona najwidoczniej wciąż interesowała się Jarvisem, a przecież Troye nie zamierzał wchodzić im w drogę. Teraz nawet nie potrafił stwierdzić, dlaczego wtedy się tak obwiniał, gdy rozmawiał z Niną. Lubił tę dziewczynę i nie zamierzał temu zaprzeczać.

Początkowo rozmawiali o studiach, lecz gdy nieco bardziej się rozluźnili, głównie z powodu wypitych drinków, kierowali się ku coraz bardziej osobistym pytaniom. Troye mógł nawet wspomnieć coś o swoim epizodzie z Rose, ale nie pamiętał dokładnie. Był oczarowany charyzmą Niny, bo rozmawiało mu się z nią naprawdę dobrze. A Nina chłonęła każdą usłyszaną informację jak gąbka, ponieważ mimo spożytego alkoholu, jej umysł pozostawał rześki i otwarty. Nina Green nie była osobą, która upijała się łatwo. Troye Jardin niestety tak.

– …i wtedy twoja postać wraca z przeszłości, a wszystko jest zupełnie inne, bo kosmici opanowali cały wymiar przez ten jeden błąd! – ciągnął Troye, żywo wykładając Ninie fabułę pewnej gry.

Choć Troye zarzekał się, że powstrzyma swoje zapaleńcze zainteresowania, szczególnie w obecności płci pięknej, alkohol ośmielił go do ujawnienia tychże, jego zdaniem, dziwacznych upodobań. Nina niezbyt miała ochotę wysłuchiwać szczegółowego opisu ociekającego śluzem kosmity-zombie, który „emanował jaskrawym światłem, a z jego prawego boku wylewały się promieniujące wnętrzności”, ale Troye zaangażował się w swoją opowieść tak mocno, że nawet Nina nie potrafiła się przez to przebić. A to był wyczyn godny podziwu.

– Wiesz, wolałabym porozmawiać o czymś… – podjęła Nina, lecz Troye wszedł jej w słowo:

– A teraz nadchodzi wybór krytyczny, bo radioaktywne, powietrzne czołgi UFO zbliżają się w stronę Ziemi z zawrotną prędkością! – oznajmił, podekscytowany.

Rozmowy tej nie dało się nie słyszeć, więc grupka geeków takich jak Troye zgromadziła się wokół nich, by dołączyć do żywej dyskusji. Troye’a jeszcze bardziej to wciągnęło i nawet nie zauważył, kiedy Nina po prostu wyszła z baru.

Następnego dnia Troye obudził się z potwornym bólem głowy i wtedy sobie wszystko przypomniał. Fala wspomnień wczorajszych wydarzeń uderzyła go jeszcze boleśniej niż kac, przez co wydał z siebie jęk rozpaczy i schował się cały pod kołdrą. Erik, który swoje łóżko miał w drugim końcu pokoju, przestraszył się i spytał, czy wszystko z Troye’em w porządku. Nie zwierzył się ze swojego ogromnego faux pas, a powiedział tylko, że wczoraj trochę przesadził z alkoholem, na co Erik zareagował z dezaprobatą.

Z powodu okropnego samopoczucia oraz chęci zapadnięcia się pod ziemię, Troye postanowił odpuścić sobie dzisiejsze zajęcia i zostać w mieszkaniu. Gdy Erik wyszedł na uczelnię, on dalej leżał w łóżku, przykryty kołdrą po czubek nosa. Myśli o tym, jak bardzo się wczoraj zbłaźnił, nie dawały mu spokoju. Starał się za wszelką cenę skierować je na inny tor i właśnie wtedy przypomniał sobie, że dziś nadszedł dzień, gdy Rose miała wypić z niego krew.

Troye nie był już tak przekonany o świetności takiego rozwiązania jak był w momencie jego zaproponowania. Jednak obiecał i był wtedy wielce zdeterminowany, zatem teraz nie mógł się wycofać. Problem tkwił w tym, że z Rose już jakiś czas nawet nie rozmawiał. Westchnął głęboko i zrzucił z siebie kołdrę, by uwolnić ręce, po czym sięgnął po telefon i zadzwonił do niej. Nie był pewny, czy odbierze, bo mogła mieć w tej chwili zajęcia lub po prostu nie życzyć sobie rozmowy z nim, jednak w końcu usłyszał jej głos w słuchawce.

– Cześć, tu Troye – odezwał się tonem, jakby chciał jej z wyrzutem przypomnieć o swoim istnieniu.

– Brzmisz fatalnie – odparła Rose bez ogródek. – Jesteś chory?

– Tak. Chory z powodu alkoholu i wypowiedzianych przez niego głupstw. Nieważne – dodał szybko. – Dzwonię właściwie, żeby przypomnieć ci, że dziś jest ten dzień, w którym wdrożymy naszą umowę… Pamiętasz?

– Poczekaj chwilę – odpowiedziała i w słuchawce rozległ się głuchy odgłos kroków, jak gdyby musiała odejść na bok. – Tak, oczywiście, że pamiętam. Nie nazwałabym tego taką małą sprawą… Na pewno chcesz to robić? Jeszcze możesz zrezygnować… W dodatku nie czujesz się dzisiaj najlepiej.

– Rose, przecież ci obiecałem… – oznajmił dobitnie, choć jeszcze chwilę temu się wahał. – Gdzie i o której godzinie się dzisiaj widzimy?

– Skoro jesteś taki zdeterminowany… – westchnęła, ale Troye usłyszał w jej głosie nutkę ulgi. – Mógłbyś przyjść do mnie około dwudziestej?

– Jasne, więc o dwudziestej u ciebie.

– Tak… Troye, jeszcze jedno.

– O co chodzi? – zapytał, bo milczała przez chwilę.

– Cieszę się, że zadzwoniłeś. Chyba chciałam cię usłyszeć…

– Och, naprawdę?... – zdziwił się Troye, czując rumieńce na policzkach, jednak szybko uciszył swoje amorki, gdy przypomniał mu się pewien istotny szczegół. – To dlaczego znów mnie unikasz?

– Troye, to nie tak… Ja po prostu… Muszę kończyć. Wytłumaczę ci wszystko wieczorem.

Rozłączyła się, a Troye jeszcze przez chwilę trzymał telefon przy uchu, rozmyślając o tym wszystkim.

Zastanawiał się, czy Rose naprawdę ucieszyła się, słysząc jego głos. Nie rozumiał jej zachowania, bo to wyglądało tak, jakby jednocześnie chciała i nie chciała być blisko niego. Oczywiście wiedział, że nie chciała też go skrzywdzić, skoro jego krew wywoływała u niej silne pragnienie. Jednak między innymi tę kwestię powinien rozwiązać ten ich układ, który dziś miał zostać wprowadzony w życie. Troye nie mógł sobie wybaczyć, że mimo wszystko wciąż interesował się Rose. Nie potrafił o niej zapomnieć.

Przez jakiś czas Troye rozważał, czy nie zadzwonić również do Niny i przeprosić za swoje wczorajsze zachowanie. Ostatecznie jednak się wycofał, obawiając się jej reakcji. Może lepiej wysłać jej wiadomość? Jakoś nie potrafił się do tego zebrać.

Wyszedł z łóżka dopiero, gdy poczuł głód. Jeszcze w piżamie, przeczołgał się do lodówki, która na szczęście nie zdążyła opustoszeć. Nie musiał więc wychodzić do sklepu, a to był duży plus. Po śniadaniu zaparzył sobie herbatę i wziął tabletkę na ból głowy, po czym zadzwonił do lekarza z prośbą o zwolnienie z zajęć. Postanowił sobie, że nie ruszy się z mieszkania aż do wizyty u Rose.

 

~*~

 

Obecność Jarvisa zaczynała irytować Rose. Mówiła mu, że chciała być sama, lecz on nalegał i wciąż jej towarzyszył. Nie chciała się na niego gniewać, bo chłopak miał dobre intencje. Widział, że Rose coś mocno trapiło i chciał jej pomóc – ona jednak uważała, że pomóc jej mogła tylko samotność. Wieczna samotność spędzona w ciemnej otchłani, z dala od wszystkich, których mogła skrzywdzić.

Mimo to faktycznie ucieszyła się, widząc imię Troye’a na wyświetlaczu swojego telefonu, gdy ten do niej zadzwonił. Miała nadzieję, że Jarvis nie domyślił się, z kim rozmawiała, bo bywał zazdrosny, gdy słyszał o Troye’u. Rose nie chciała angażować się w żadne związki, nawet z Jarvisem. Nie potrafiła stwierdzić, dlaczego tak się go trzymała. Wydawało jej się, że miał on być swego rodzaju jej tarczą przed Troyem. Nienawidziła siebie za to, że znów kogoś wykorzystywała. Po tym, gdy napadła Troye’a na imprezie, obiecała sobie, że już się do niego nie zbliży. Nie potrafiła kontrolować swojego pragnienia, czego już nieraz dobitnie doświadczyła.

Cały dzień Rose przemęczyła się w uczelni. Nawet pochmurne niebo i słabe, nieodczuwalne światło słoneczne nie poprawiły jej humoru. Starała się porozmawiać z Jarvisem, lecz nie potrafiła tego dnia zmusić się do jakiejkolwiek interakcji społecznej. Jedyne, co chciała zrobić, to wrócić do domu. Przynajmniej nie musiała dziś iść do pracy, bo zajęcia na uczelni wypełniały jej niemalże cały dzień.

Jarvis uparł się, że ją odprowadzi, a ona się zgodziła, lecz nie chciała przyjąć go do siebie. Nie powiedział tego wprost, ale widać było, że oczekiwał zaproszenia. Ostatecznie udało im się pożegnać i Rose wreszcie mogła odetchnąć. A przynajmniej tak jej się zdawało.

Samotność również nie pomagała. Rose nie mogła sobie znaleźć miejsca nawet we własnym mieszkaniu. Musiała się czymś zająć, więc najpierw wzięła prysznic, zmyła z siebie cały makijaż i przebrała się w wygodne ubrania. Związała włosy w luźnego koczka i ruszyła do kuchni, bo postanowiła sobie, że coś ugotuje. Nie była głodna, bo potrafiła odczuwać tylko pragnienie, jednak miała ochotę przygotować coś wyjątkowego. Może poczęstuje Troye’a, gdy przyjdzie? Ach, nie powinna myśleć w ten sposób… To nie randka, ona ma wypić jego krew.

Postanowiła przygotować zapiekankę z makaronem, żółtym serem i klopsikami. Nie gotowała zbyt często, ale gdy już wzięła się za jakiś przepis, zwykle danie wychodziło całkiem smaczne. A może zrobi jeszcze jakiś deser? Wszystko, byle nie leżeć na kanapie i rozmyślać… Zamykać się w czarnych myślach. Nie, musi się czymś zająć. Wciągnęła się w rolę szefowej kuchni. Nastawiła sobie muzykę, całkiem głośno, i podśpiewywała, przytupując do taktu. W pomieszczeniu unosił się przyjemny zapach przypraw, gdy przygotowywała klopsiki i sos. A może jeszcze jakaś sałatka do tego?

Poniosło ją. Zdecydowanie ją poniosło. Przygotowała tyle jedzenia, że sama na pewno tego nie zje. W międzyczasie musiała kilka razy wyjść do sklepu po składniki. Cudownie pachnąca zapiekanka, sałatka warzywna z kukurydzą oraz brownie z kokosem na deser. To wszystko stało teraz przed nią na blacie, a ona sama nie mogła się nadziwić, że to przygotowała. Zanim się obejrzała, nastał wieczór, co oznaczało, że niebawem odwiedzi ją Troye. Westchnęła. Nie chciała, by pomyślał sobie zbyt wiele, ale na pewno go czymś poczęstuje. Przecież sama tego nie zje. Poczuła się jeszcze żałośniej, stwierdzając, że tak łatwo było jej zająć się gotowaniem, by nie myśleć o tym, co uczyniła, i zaniosła się łzami.

Pobiegła do łazienki, by zmyć z twarzy czarne strugi, lecz nie mogła spojrzeć na własne odbicie w lustrze.

– A może ona jednak żyje… ona musi żyć… nawet nie mam odwagi tego sprawdzić! – zawołała głosem łamiącym się od łez.

   Nagle rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Rose pociągnęła nosem, przetarła twarz i wzięła głęboki oddech, by następnie wpuścić Troye’a do mieszkania.

On też nie wyglądał najlepiej. Miał podkrążone oczy i sprawiał wrażenie, jakby dopiero co wyszedł z łóżka.

Troye natomiast nieco zaskoczył się widokiem Rose bez makijażu. Zwykle malowała się mocno, więc kontrast był duży, jednak odebrał ją pozytywnie. Dziwne, jeszcze niedawno przekonywał sam siebie, że uroda Rose była zdecydowanie bardziej przeciętna niż myślał, a w tej chwili wydawała mu się ładniejsza nawet od Niny. Zdał sobie sprawę, jak bardzo mu jej brakowało. Nie umknęło mu również, że miała lekko zaczerwienione i popuchnięte oczy, jak gdyby przed chwilą rzewnie płakała. Poczuł ogromną ochotę ją przytulić i pogłaskać po głowie, nawet nie wiedząc, co się stało, ale się opanował.

– Nie mogę wypić z ciebie dzisiaj krwi – stwierdziła Rose, gdy tylko wszedł do środka.

– Co? – zdziwił się Troye, wyrwany z myśli. – Rose, znów zaczynasz? Przypomnę ci, ja się na to zgodziłem… Dobrowolnie.

– Ale nie wyglądasz dobrze… Dziś jest chyba zły dzień – Rose zmarszczyła czoło, stając naprzeciwko niego.

– Hmm, może to nie jest dobry moment, by teraz o tym przypominać, ale przecież potem to ja mam się napić twojej krwi… – wtrącił Troye, po czym otworzył szerzej oczy. – Ty… Nadal ją masz?

Wskazał na stojącą w salonie białą różę. Co prawda nie miał pewności, że to ta sama, którą jej podarował, jednak przeczucie mówiło mu, że to ona. Rose spojrzała na kwiat.

– Tak, ja… Chciałam ją zatrzymać – przyznała.

– Dwa tygodnie i jeszcze nie zwiędła, nieźle!

– Podlewam ją, dodając trochę mojej krwi… – odrzekła Rose cicho. – Spokojnie, jej wystarczy kilka kropel… Wystarczy, że lekko przyłożę palec do kolca, a ona wchłania krew. Nawet łodyga, liście i kolce zabarwiły się na szkarłatno… Widzisz?

Troye przyjrzał się róży ze zdziwieniem. Było tak, jak mówiła Rose – tylko płatki pozostały śnieżnobiałe.

– Skoro twoja krew działa tak na różę… – zaczął, ale nie musiał kończyć.

– Troye… – westchnęła Rose.

– Co tak pięknie pachnie? – zmienił temat, czując aromatyczne zapachy przygotowanego przez Rose posiłku.

– Umm… Przygotowałam dziś obiad… I sałatkę, i deser… – wyznała, nieco speszona. – Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Ja nie muszę jeść. I na pewno tego wszystkiego nie zjem, więc… Chciałabym cię poczęstować.

Troye uśmiechnął się ciepło, kiwając głową.

Pomógł jej nakryć do stołu i oboje zasiedli do posiłku. Rose pomyślała, że może i lepiej będzie najpierw zjeść, a później pić krew. Gdyby Troye napił się na pusty żołądek, mogłaby uderzyć mu do głowy jeszcze mocniej.

– Nie wiedziałem, że tak dobrze gotujesz… – stwierdził Troye, zachwycając się smakiem zapiekanki. – To jest przepyszne.

Rose uśmiechnęła się.

– Cieszę się, że tak uważasz – odrzekła, po czym nabiła na widelec kolejną porcję makaronu z klopsikami i serem. – Poczęstowałabym cię jeszcze winem, ale skoro jesteś dziś na kacu…

Troye westchnął.

– Nie jestem z tego dumny – mruknął. – Wyobrażasz sobie? Poszedłem do baru ze znajomą i tak się przy niej ośmieszyłem…

– Co się stało?

– Zrobiłem jej wykład na temat gry science fiction… – przyznał z krzywym uśmiechem. – Opowieści o kosmitach zombie i podróżach w czasie po alkoholu to nie jest dobry pomysł… Teraz to wiem. Poszła sobie do domu, zanim zdążyłem zauważyć…

Rose zrobiła wielkie oczy.

– No co ty? Uważam, że to było nieuprzejme z jej strony.

– Nie, to ja zachowałem się nieuprzejmie… Mogłem się zamknąć.

– Racja, może i byłeś nieuprzejmy, jednak mogła chociaż się upewnić, że wróciłeś bezpiecznie do domu… Odzywała się później?

– Nie… Może i masz rację…

Milczeli chwilę, aż Troye w końcu zdobył się na odwagę, by przemówić.

– Miło byłoby pójść gdzieś też z tobą, Rose… Nie chcę naciskać, tylko spytać, czy byłabyś zainteresowana. Jeśli nie, zrozumiem.

Rose westchnęła.

– Miałam ci powiedzieć… – przyznała. – Nie jestem jednak pewna, czy będę w stanie… Po prostu ostatnimi czasy potrzebowałam być sama. Albo chciałam… Ciągle przed czymś uciekam, Troye. Jak uciec przed samą sobą?

– O czym ty mówisz? – Troye zmarszczył brwi. – Rose, coś się stało?...

Rose milczała. Dokończyła swoją porcję zapiekanki i sałatki, po czym poszła do kuchni po brownie. Przez resztę posiłku panowała pomiędzy nimi cisza.

Potem Troye pomógł Rose posprzątać i pomyślał, że to już czas. Stanął naprzeciwko niej i ujął jej dłoń. Jak zwykle, była chłodna jak lód.

– Wiem, że się boisz – rzekł. – Nic mi nie będzie. Proszę, zrób to. Nie musisz już uciekać…

To powiedziawszy, odpiął górne guziki koszuli, by odsłonić szyję. Rose wbiła wzrok w miejsce na jego skórze, gdzie najwidoczniej rysowały się żyły. Jej zmysły się wyostrzyły, poczuła krew.

Och, jak tęskniła za tym zapachem. Automatycznie się przybliżyła, a potem spojrzała Troye’owi w oczy. Jego wzrok zachęcał ją do działania. Nadziwić się nie mogła, na co ten chłopak był gotowy. Chwilę później objęła go i zatopiła kły w jego szyi.

Bolało jak zastrzyk – na początku najbardziej, potem coraz mniej. Troye starał się rozluźnić, choć był spięty. Udało mu się nie krzyknąć, z czego był dumny, bo nie zamierzał dezorientować Rose. Jego krew szybko zaspokoiła jej pragnienie. Ucałowała miejsce, gdzie go ugryzła, co przyniosło ulgę.

Troye spojrzał na nią. Jej usta były tym razem czerwone nie od szminki, a od jego własnej krwi.

– Jak się czujesz?... – zapytała, podtrzymując go na wszelki wypadek.

– Wszystko w porządku – zapewnił ze słabym uśmiechem, bo jednak odczuwał lekkie zawroty głowy. – A ty?

– Cudownie… – odpowiedziała nieco rozmarzonym tonem. – Ale teraz ty.

To powiedziawszy, Rose chwyciła leżący na blacie nóż i przyłożyła go lekko do swojej ręki. To wystarczyło, by na porcelanowej skórze pojawiło się szkarłatne rozcięcie. Zapach, który wydobywał się z rany, przyciągał Troye’a jak magnes.

Rose przytknęła swoją rękę do jego ust, a on ujął ją delikatnie i posmakował jej krwi. Czuł, jak jego umysł i ciało się odświeżały, zupełnie, jak gdyby rodził się na nowo. Zniknęły kac i zmęczenie. Czuł się jak po energetycznej drzemce.

– Halo, już ci wystarczy… – skarciła go Rose i zabrała dłoń.

Rana zasklepiła się automatycznie. Troye przyłożył sobie palce do ust – jego wargi były zakrwawione.

– I jak?... – zapytała ze zmartwieniem.

– Jest dobrze. Bardzo dobrze – uśmiechnął się. – Nie mam już zawrotów głowy.

– Było ci słabo? Wiedziałam… Dlatego nie chciałam tego robić.

– Hej, spokojnie, już wszystko jest dobrze, nawet kac wyparował! Ale powiedz mi… Co się dzieje z tobą? Naprawdę się martwię.

Rose odwróciła wzrok.

– Niepotrzebnie… – mruknęła i wyszła do salonu.

Troye poszedł za nią. Usiadła na kanapie, a on spoczął obok niej z nawilżoną chusteczką w dłoni, którą wyciągnął w jej stronę. Jego wargi były już czyste od krwi.

Rose wzięła od niego chusteczkę i umyła sobie usta, a potem zwinęła ją i wyrzuciła do kosza na śmieci.

– Boję się, że mnie opuścisz, kiedy poznasz prawdę… – podjęła Rose cichym, ledwo słyszalnym głosem. – I wtedy zostanę sama, całkiem sama. Zupełnie sama w ciemnej otchłani mojego istnienia… Tam dopadną mnie te myśli, co zawsze. Moje myśli, dawni znajomi, którzy rzucą się na mnie wraz z twarzami wszystkich, których zraniłam… I rozszarpią mnie, a ja będę umierać, powoli, w wiecznej agonii. Choć… to i tak dobre.

– Rose?... – szepnął Troye, przestraszywszy się nie na żarty. Chwycił jej zimną dłoń, zmuszając ją, by na niego spojrzała. – Proszę, nie mów tak. Nie opuszczę cię. Sam wybrałem tę drogę i zamierzam nią podążać… Co się stało? Nie zostawaj z tym sama. Nigdy, błagam…

Jej intensywnie zielone tęczówki nagle zbladły. Bała się, Troye czuł jej strach.

– Zeszłego nowiu księżyca… – podjęła Rose, czując, jak serce obija jej się o żebra, a głos drży, wymykając się spod kontroli. – Zabiłam bezbronne dziecko.