poniedziałek, 26 lipca 2021

~Rozdział XVI~

W głowie Rose panowały zamęt i niepokój. Nie potrafiła uporządkować myśli ani od nich odpocząć, czując, że z powodu ich natłoku nie była w stanie ich okiełznać. Wciąż zastanawiała się nad słowami księdza Alexa sprzed paru dni.

Przemiana w człowieka brzmiała jak rozwiązanie przez nią wymarzone – nigdy więcej polowania na niewinne istoty, tracenia kontroli nad żądzami, krzywdzenia siebie i innych, życia w ciągłym strachu. Będąc człowiekiem, mogłaby wreszcie przestać uciekać przed samą sobą, mogłaby sama wybrać pomiędzy potępieniem a zbawieniem. Jednak nie była pewna... Skoro chciałaby takiego życia, skąd brał się u niej ten strach na myśl o nim?

Poczuła się, jakby ktoś nagle wyrwał ją z jej codziennej ciemnej otchłani i postawił na pełnym słońcu. Było to podobne uczucie, jakie wywoływała w niej miłość Troye’a – dające ciepło i poczucie bezpieczeństwa, a jednak niepokojące i stwarzające zagrożenie. Niezrozumiałe sprzeczności frustrowały ją do tego stopnia, że ciągle czuła podświadome napięcie niezależnie od okoliczności towarzyszących. Kolejne obawy wzbudzał w niej zbliżający się nów księżyca, lecz był to znajomy strach, jak towarzysz znany przez nią na wskroś. Od tamtego nowiu, kiedy ugryzła Troye’a, postanowiła znów spędzać go sama, co Troye’owi niezbyt się podobało, lecz ostatecznie przystał na jej nalegania. Ostatnio przynajmniej nie działo się nic niebezpiecznego, bo Rose resztkami zdrowego rozsądku udawało się zmusić się do wyruszania w bardziej niezamieszkałe tereny, co kończyło się najwyżej atakowaniem dzikich zwierząt. Nie była z tego powodu jakoś szczególnie dumna, ale przynajmniej nie wywoływała takich szkód jak kiedyś. Czasem pomagało również gryzienie samej siebie – nie piła z siebie krwi, a jedynie wyładowywała napięcie spowodowane szalejącym instynktem łowcy. 

Pełna obaw kłębiących się w jej umyśle, przechodziła teraz między budynkami uczelni, zmierzając na kolejne zajęcia. Nagle naprzeciwko pojawił się ktoś, kto zupełnie przegnał jej zamyślenie, a był nim Jarvis Blake. Szczerze mówiąc, od ich ostatniej rozmowy go unikała, czując wobec niego już tylko niezręczność, lecz gdy teraz ich spojrzenia się skrzyżowały, nie było odwrotu. Rose zebrała się w sobie, by wydusić z siebie „cześć” w odpowiedzi, kiedy się mijali, ale zaraz potem przystanęła w miejscu.

– Jarvis, czekaj.

Zatrzymał się, posyłając jej pytające spojrzenie. Dała mu znak, żeby podszedł bliżej, nieco bardziej na bok chodnika. 

– Tak? – spytał, znajdując się bliżej niej. Dla niego było to równie krępujące.

Rose przyglądała mu się przez krótką chwilę.

– Przepraszam cię za wszystko – westchnęła ciężko, po czym odwróciła wzrok. – Moje zachowanie wobec ciebie było bardzo niejasne... i nieuprzejme. Żałuję, że nie porozmawiałam o tym z tobą o wiele wcześniej.

Widząc ją tak skrępowaną, Jarvis nie mógł dłużej odczuwać żalu i uśmiechnął się nieśmiało.

– Już w porządku... – odparł. – Nie ukrywam, że byłem tym dosyć przytłoczony, ale jest naprawdę okay. Cieszę się, że w końcu o tym rozmawiamy.

Kąciki ust Rose uniosły się lekko w subtelnym uśmiechu ulgi. Spojrzała znów na Jarvisa.

– Więc między nami okay? – upewniła się.

– Jak najbardziej – przytaknął przyjaźnie. – Jak tak o tym myślę, to ja też mogłem nieświadomie cię zawieść. Starałem się być twoją ostoją, kiedy przychodziłaś do mnie smutna, ale chyba niezbyt pomagałem. Przyznam ci szczerze, że... bałem się ciebie. Odkąd się dowiedziałem... No wiesz.

Rose nieco zrzedła mina, na co Jarvis się zakłopotał. Doskonale wiedział, że był to jej czuły punkt i choć chciał być z nią szczery, teraz pożałował, że to powiedział. Chyba ją uraził.

– Wybacz! To był niemądry strach, ufam ci-

– Nie, Jarvis, rozumiem – przerwała mu z gorzkim uśmiechem na twarzy. – To zupełnie normalne i naturalne. Sama się siebie boję... Jestem potworem.

W Jarvisie coś zawrzało.

– Nie, Rose! – zaprotestował dosyć głośno, ale w porę zorientował się, że ściągnął tym na siebie uwagę paru przechodniów, więc poczekał, aż ich miną, ściszył głos i dopiero kontynuował. – Nie jesteś żadnym potworem. Powiedziałem ci to już i mogę powtórzyć, bo tak właśnie uważam. Nie jesteś potworem, Rose. Jesteś dobra. Masz dobre serce.

Załkała i schowała na chwilę twarz w dłoniach, a Jarvis lekko skrzywił się na myśl, że znów powiedział coś nie tak. Ona jednak wkrótce odkryła twarz i spojrzała na niego z wdzięcznością. 

– Ty też masz dobre serce, Jarvis... 

– No już, już... – zakłopotał się, po czym wydał z siebie cichy nerwowy śmiech. – N-nie rozklejaj się tak, zaraz chyba masz zajęcia...

– Wiem – oznajmiła Rose, przecierając oczy. 

Zauważyła małe rozcięcie na swojej wrażliwej skórze, ale je zignorowała, bo za chwilę samo się zagoi jak zwykle. 

– A tak zmieniając temat... – wtrącił nieśmiało Jarvis, lecz ciągnął dopiero, kiedy Rose spojrzała na niego zachęcająco. – Nie wiesz może, czy Hannah ma już najnowsze DLC do Galaktycznego Ataku, Radioaktywny wróg?

Pytanie ją zaskoczyło, ale szybko znalazła właściwy tok myślenia. Galaktyczny Atak, gra sci-fi, w którą grał też Troye – czy mówił coś o Hannie w tym kontekście?

– Hm, raczej jeszcze go nie ma – odpowiedziała Rose. – Pamiętam, jak Troye mówił, że Hannah chciałaby je dostać od niego na urodziny, bo co chwila wysyła mu jakieś sugestie.

– Och... Bo oni grają na oddzielnych kontach? – spytał, na co Rose kiwnęła głową. – A nie wiesz, czy on ma zamiar jej je kupić?

– Mówił, że ją zawiedzie, bo nie ma na nie kasy.

Jarvis odetchnął z ulgą, jakby ta wiadomość bardzo go pocieszyła. Rose przyjrzała mu się podejrzliwie.

– Rozumiem, że ty kupisz Hannie to DLC na urodziny? – spytała ze znaczącym uśmieszkiem na ustach.

– Wcześniej są Walentynki... – odparł Jarvis, ale natychmiast zarumienił się z zakłopotania.

No proszę... Rose domyślała się, że między Jarvisem a Hanną coś się działo, lecz nie wiedziała, na jakim było to etapie. Nie zamierzała jednak męczyć Jarvisa kolejnymi pytaniami, zatem tylko dodała:

– Jasne. Ja uciekam na zajęcia. Powodzenia! – po czym ruszyła dalej w swoją stronę.

 

~*~

 

Troye przewracał się z boku na bok, nie mogąc zmrużyć oka. Jeszcze za dnia, a właściwie od samego rana, odczuwał ogromny niepokój i przyspieszony puls. Momentami aż trząsł się z nerwów, ale nie potrafił znaleźć przyczyny. Pomyślał o nowiu księżyca – czyżby odczuwał emocje Rose? Brał to pod uwagę do momentu, aż sama powiedziała mu, że stresowała się wcześniej, jednak właśnie tego dnia była wyjątkowo spokojna.

Oddychał ciężko, czując kropelki potu spływające mu po twarzy. Sięgnął po butelkę wody, którą wcześniej naszykował sobie na noc, przeczuwając, że mu się przyda. Sytuacja przypominała mu inne bezsenne noce, kiedy targały nim dziwne nerwy, lecz teraz było to zdecydowanie silniejsze. Napił się nieco wody, co dało mu chwilową ulgę. Później opadł z powrotem na materac, odrzucił kołdrę i zdjął też koszulkę, bo uczucie gorąca powróciło. Usłyszał, jak Erik leżący w sąsiednim łóżku westchnął przeciągle, po czym przewrócił się na drugi bok, ale niedługo potem wstał i wyszedł z pokoju. Za chwilę wrócił i podszedł do Troye’a.

– Masz – rzekł, wyciągając coś w jego kierunku.

– Co to? – spytał Troye, nie mając siły podnieść głowę.

– Termometr. Zmierz sobie temperaturę, może jesteś chory.

Troye wziął termometr i wsunął go sobie pod pachę, a Erik usiadł na swoim łóżku.

– To nie jest normalne – odparł.

– Wiem, co masz na myśli, ale co ma to wspólnego z Rose? – obruszył się Troye, przypominając sobie, jak podczas rozmowy z księdzem Alexem Erik wytknął mu, że znał przyczynę jego problemów ze snem.

 – Ona jest istotą ciemności. To tak, jakbyś spotykał się z demonem.

– Nie mów tak! – zaprotestował Troye, znajdując w sobie siłę, by poderwać się z miejsca i oprzeć się o ścianę w pozycji pół-leżącej. – Rose jest dobrą osobą, tylko nieco zagubioną. Zresztą to samo mówił twój wujek, nie wierzysz mu?

Erik prychnął cicho.

– Nie trzęś się tak, bo termometr źle zmierzy ci temperaturę – westchnął. – Mój wujek idealizuje ludzi... Cieszę się, że chce wszystkim pomóc, ale mam wrażenie, że jest zbyt naiwny i okłamuje sam siebie, jakby nie chciał widzieć pewnych rzeczy.

– Czego ma nie widzieć w Rose? Ona nie jest taka, jak ci się wydaje. Czy to jej wina, że urodziła się wampirem? Dlaczego miałaby być na wskroś zła tylko z tego powodu?

– Nie my o tym decydujemy, Troye. Widocznie Pan Bóg postanowił ją tak stworzyć i nic nam do tego. 

– Brzmisz absurdalnie. Uważasz Boga za tyrana, który skazuje niewinne istoty na potępienie?

– Nie to mam na myśli...

– My chyba wierzymy w różnych Bogów. Mój Bóg jest miłosierny i kocha wszystkich, niezależnie od tego, kim się urodzili. Nikogo nie odrzuca, a jeśli ktoś odrzuci Jego, i tak daje mu kolejną szansę, by do Niego wrócił.

Erik milczał przez jakiś czas, a Troye ze smutkiem zdał sobie sprawę, że Rose miała podobny obraz Boga co Erik. 

– Nie jestem przekonany, czy można to powiedzieć w kontekście wampirów – odparł ostrożnie Erik.

– Czy to przez tamtą wampirzycę, o której wspomniałeś?

Troye zauważył subtelną zmianę w wyrazie twarzy swojego współlokatora, ale nie potrafił stwierdzić, co miała ona oznaczać. 

– Kiedyś ci opowiem – odrzekł w końcu, unikając kontaktu wzrokowego. – Co z twoją temperaturą?

Skoro Erik zmienił temat, Troye uznał, że nie będzie wyciągał z niego więcej informacji, mimo że był ciekawy tej opowieści. Miał nadzieję, że Erik dotrzyma słowa i wyjaśni mu wszystko pewnego dnia, a nie że powiedział tak tylko, by uciąć temat.

– 37,8 – oznajmił Troye, przyglądając się termometrowi.

Erik kiwnął głową i na prośbę Troye’a podał mu tabletkę na zbicie gorączki. Może faktycznie był tylko chory... 

Tabletka jednak nie pomogła, a Troye nie zasnął ani na minutę tej nocy. Rano zamierzał pójść do lekarza, lecz gorączka zniknęła sama i – jakby ręką odjął – poczuł się zupełnie zdrowy, tylko potwornie niewyspany. Najchętniej zostałby w akademiku i odespał, do czego namawiał go też Erik, ale nie chciał tracić obecności na zajęciach z obawy, że takich nocy będzie więcej i lepiej zostawić nieobecności na gorsze czasy. Na szczęście zaczynał dziś zajęcia w południe, zatem mógł jeszcze trochę się przespać. Wziął tylko prysznic, przebrał się w czystą bieliznę, nastawił budzik i rzucił się na łóżko, po czym zasnął od razu.

Rose natomiast obudziła się w wielkim zdezorientowaniu, co podczas nowiu zdarzało się często, jako że nieraz budziła się w lesie, kilometry od miasta. Tego ranka jednak zdziwiła się najbardziej – obudziła się we własnym łóżku.

Rozejrzała się na boki, podniosła się ostrożnie i wstała na równe nogi. Okno wciąż było zamknięte. Nie zobaczyła w lustrze śladów krwi w okolicy ust ani nigdzie indziej. Dostrzegła jednak małe rozcięcie w ręce i chociaż miała do takich tendencję, wydało jej się, że była to ta sama ranka, którą zauważyła podczas wczorajszej rozmowy z Jarvisem. Nie miała jednak pewności, więc ją zignorowała i wyszła z sypialni, by rozejrzeć się po mieszkaniu. Żadnych śladów, by wychodziła... Czyżby po raz pierwszy w życiu przespała nów spokojnie? Nie mogła w to uwierzyć.

Kiedy później rozmawiała o tym z Troye’em, jej radość zmieniła się w zaniepokojenie z powodu jego stanu podczas tej nocy. On jednak uspokajał ją, że najwidoczniej przyczyną była gorączka, która wcale nie musiała być powiązana z nowiem. Rose również miała taką nadzieję, choć w duchu obawiała się, że jakimś cudem jej reakcje na nów przeszły na Troye’a. Może za sprawą ich rosnącego w siłę łącza telepatycznego? Może z powodu picia krwi z siebie nawzajem? Pożałowała, że nie dowiedziała się dokładnie, jak to działało, zanim zgodziła się na taki układ. Martwiła się, że weszli w coś niebezpiecznego, ale nie miała wystarczającej wiedzy na ten temat. Potrzebowała pomocy innego, bardziej doświadczonego wampira.

 

~*~

 

Na całe szczęście Rose zapamiętała drogę do chatki Monda, a jego specyficzny zapach upewniał ją, że zmierzała w dobrym kierunku. Wciąż była pełna wątpliwości, czy powinna go o to pytać, wahając się, na ile mogła mu zaufać, ale zamierzała zrobić to dla Troye’a. Jeśli przeoczyła jakiś istotny szczegół, musiała natychmiast to naprawić, bo nie zamierzała ryzykować jego zdrowiem i życiem.

Wkrótce dotarła na bagniska, a jej oczom ukazała się drewniana chatka zwana przez jej kuzyna Pleśnianką. Chociaż w środku paliło się światło, doskonale wiedziała o obecności Monda wewnątrz dzięki swoim wampirzym zmysłom.

Otworzył jej drzwi jeszcze zanim dotarła na werandę, najwidoczniej sam ją zauważywszy. Nie spodziewał się wizyty Rose, lecz zaprosił ją do siebie.

Usiedli przy drewnianym stole, na którym walały się różne rzeczy. Uwagę Rose przykuła niewielka karteczka z różowymi sercami. Przyjrzała się jej ze zdumieniem – był to bon na darmową kawę i ciasto dla dwóch osób do wykorzystania czternastego lutego.

– A, to, dostałem w pracy – wyjaśnił Mond, widząc, czemu Rose się przyglądała.

– Zapraszasz kogoś? – zdziwiła się.

– Nie no, co ty. Chętnie ci oddam, ale domyślam się, że nie po to przyszłaś.

Rose kiwnęła głową, ale zamilkła na chwilę, nie wiedząc, jak zadać nurtujące ją pytania. Spróbowała poukładać sobie myśli w głowie i dopiero się odezwała:

– Jak właściwie działa łącze telepatyczne pomiędzy wampirem a człowiekiem?

Mond prawie niezauważalnie zmrużył oczy w zamyśleniu.

– Niewiele wiem na ten temat – odparł, a Rose nieco opadł entuzjazm. – Słyszałem, że daje możliwość porozumiewania się w myślach pomiędzy tymi osobami. To chyba tyle.

Westchnęła. Wahała się nad zadaniem kolejnego pytania, ale Mond ją uprzedził:

– Musiałabyś spytać kogoś z wyższą rangą. Ja nigdy nie osiągnąłem tytułu mistrza i nie zamierzam – wzruszył ramionami. – Drew jest wampirzym mistrzem, on może ci więcej powiedzieć.

Na wspomnienie starszego kuzyna Rose się skrzywiła. Już miała wątpliwości, czy pytać Monda, a Drew nie spyta na pewno. Nie ufała mu za grosz.

– No nic... Dzięki – westchnęła.

– Nie ma za co. Dosłownie – odrzekł Mond.

Żałowała, że nie znała więcej wampirzych mistrzów – teraz bardzo by jej się przydał choć jeden zaufany. Był jeszcze Ethan Fitzroy, wampir z WAMPu, który kiedyś jej pomógł... ale nie była przekonana. Gdyby powiedziała o sobie i Troye’u, mogłoby wyjść na jaw, że pili z siebie nawzajem krew, a nie wiedziała, czy nie było to czasem nielegalne. Nawet jeśliby o tym nie wspomniała, wiedziała o zdolności Ethana do czytania umysłów i modyfikowania wspomnień, więc spodziewała się, że mógłby dowiedzieć się tego sam. Mogłaby jeszcze spytać księdza Alexa, skoro ten badał zachowania wampirów. Musiała to przemyśleć, bo póki co dalej nie była pewna, czy mogła mu ufać.

– Okay – oznajmiła, wstając z miejsca – będę się już w takim razie zbierać.

Miała skierować się w stronę wyjścia, kiedy poczuła obcy zapach. Stanęła nieruchomo, próbując zlokalizować jego źródło.

Przerzuciła wzrok z powrotem na stół, gdzie znalazła źródło – czarną gumkę do włosów.

 – To chyba nie twoje? – spytała, wskazując przedmiot.

To pytanie zbiło Monda z tropu. Rose wróciła na swoje miejsce i przeanalizowała zapach.

– Czy ja wyczuwam jakąś wampirzycę? – zdziwiła się.

– ...tak – odpowiedział. – Ta gumka do włosów należy do Belli z rodu Dane’ów.

– Jakiego rodu?

 – Dosyć znanego w wampirzym społeczeństwie... Bogata rodzina artystów, po wernisażu nawiązaliśmy współpracę.

– Wow, gratulacje! Nie jestem na bieżąco z wampirzymi realiami, ostatnio więcej przebywałam z ludźmi... – speszyła się nieco, ale wróciła do sprawy. – No dobrze, ale co jej gumka do włosów robi u ciebie?

– Wypadła jej, kiedy ostatnio tu była.

Była tu... Rose prawie opadła szczęka z wrażenia. U Monda była jakaś wampirzyca. Ciekawe.

– Tu?... U ciebie? – wykrztusiła.

– Rosie, nie zadawaj głupich pytań.

– Wybacz... – zakłopotała się. – Po prostu jestem w szoku.

Mond jednak zupełnie nie rozumiał jej zdziwienia, więc posłał jej pytające spojrzenie. Rose nie wiedziała już, jak inaczej to ująć.

– Mond, ty miałeś gościa. Dziewczynę.

– Do czego zmierzasz?

– Może opowiedziałbyś mi coś więcej?...

Westchnął w duchu, mając wrażenie, że Rose spodziewała się czegoś innego, niż faktycznie miało miejsce. Musiał sprostować:

– Chyba się nie rozumiemy, więc lepiej wyjaśnię od początku. Bellę poznałem na wernisażu, później poszliśmy na wspólny spacer, a niedawno mnie odwiedziła i trochę malowaliśmy. Tyle.

Rose przyjrzała mu się uważnie. 

– Mam nadzieję, że się nie obrazisz – zaczęła ostrożnie – po prostu dziwi mnie fakt, że spędzasz z kimś czas... Pamiętam, że zawsze wolałeś być zupełnie sam.

– Jej obecność mi nie przeszkadza.

Przez moment się zawahała, ale odważyła się wysnuć wnioski:

– A może nawet... Lubisz ją, co? Może to ją zaprosisz na kawę w Walentynki?

– Co, skąd ten pomysł? – spytał, zdezorientowany.

– Dostałeś bon na dwie osoby... 

– Co z tego, skoro żadne z nas nie musi jeść ani pić?

– Ale miło byłoby posiedzieć i porozmawiać we dwoje, co?

Tu się trochę zawiesił, jakby jego umysł przetwarzał jej słowa.  

– Nie, ja... ona... – dukał. – Ona mogłaby to źle zrozumieć.

– Co? – Rose uniosła brwi w lekkim zdumieniu.

– Wyjście w Walentynki, w to tandetne pseudoświęto.

Tok myślenia Monda zadziwiał Rose.

– Mond, nie musisz przecież się z nią od razu żenić! – zawołała w rozbawieniu. – Wyjście na kawę z lubianą osobą to nie zaręczyny. A poza tym trafił ci się ten bon... Może to znak?

W odpowiedzi spojrzał na nią z politowaniem.

– Żaden znak, wszyscy w pracy dostaliśmy… – westchnął. – Rose, ciesz się, że nie umiem okazywać emocji, bo teraz z pewnością bym cię wyśmiał.

– No co?!

– Znamy się od niedawna, takie wyjście byłoby krępujące.

– Co z tego, skoro i tak widujecie się tylko we dwoje? 

– To co innego...

– Lubisz ją?

Mond odczuł dyskomfort, nie wiedząc, co odpowiedzieć, bo sam nie rozumiał, co działo się w jego wnętrzu – a właściwie nie był pewny, czy działo się w nim cokolwiek.

– Rose, to pytanie nie jest takie proste i dobrze o tym wiesz – odrzekł w końcu. – Ja i tak nie mam pojęcia, co czuję.

– A ona lubi ciebie? – drążyła.

– Tego tym bardziej nie wiem.

Nie, to nie mogło się tak skończyć.

– A jak była tu ostatnio, zrobiła coś, co mogłoby oznaczać, że cię lubi? – spytała nieśmiało, bojąc się, że zaczęła już się naprzykrzać Mondowi tymi pytaniami.

– ...przytuliła mnie.

A jednak. Wygrała.

– No to skąd jeszcze jakieś wątpliwości? – obruszyła się. – I co?

Spojrzał na nią z niezrozumieniem, a Rose westchnęła w duchu. Okay, jeszcze raz, na spokojnie.

– Przytuliła cię, a ty co?

– ...nic.

– Nic?... Nie przytuliłeś się do niej?

– Nie.

Próbowała wyobrazić sobie tę sytuację i aż sama poczuła się niezręcznie.

– Nie patrz tak na mnie... – westchnął Mond, odwracając wzrok. – Nie potrafiłem. Nawet gdybym chciał, czego nie wiem... nie potrafiłem. Stałem tylko bezmyślnie jak sparaliżowany jej dotykiem. Nie spodziewałem się tego.

Podjęła ostrożnie jeszcze raz:

– A... było to dla ciebie miłe?

Mond zamyślił się przez chwilę, wyglądając przy tym, jak gdyby starał się odgadnąć tajemnicę wszechświata. Przypomniał sobie tamten moment, kiedy go objęła, a on zupełnie się tego nie spodziewał. Zrobiła to bardzo delikatnie, jakby bojąc się, że mogłaby go spłoszyć, jakby miał jej uciec. Kiedy wracał myślami do tej sytuacji, wciąż czuł jej dotyk na swoim ciele.

– Przede wszystkim dziwne – odrzekł w końcu. – Czy miłe? Nie wiem... Ale często o tym myślę.

– Biedna Bella... – westchnęła Rose. – Chyba pomyślała, że jej nie lubisz.

– Dlaczego miałaby tak pomyśleć?

– Nie odwzajemniłeś przytulenia... Musiała poczuć się odtrącona, pewnie myśli, że cię wystraszyła. Nie odzywała się od tego czasu?

– ...nie.

Rose poczuła zażenowanie i wstyd za kuzyna.

– Mond, no to nie zastanawiaj się dłużej i zapraszaj ją na tę kawę! – zawołała, uderzając pięścią w stół. – Teraz twoja kolej, twój ruch...

– O czym ty mówisz? – spytał Mond, lekko unosząc brwi na gest Rose.

– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – była zdumiona, jak mógł jej jeszcze nie rozumieć. – Mówię ci, ona nie wie, co myśleć, bo nie dajesz jej żadnych znaków... A wręcz możesz dawać jej znaki negatywne.

– Ona wie, jak to jest u mnie z okazywaniem emocji.

– Pewnie niezupełnie, nie zna cię tak dobrze. 

Oboje się zamyślili. Rose sama nie wiedziała, dlaczego tak upierała się przy tym, żeby Bella i Mond się spotkali. Doszła do wniosku, że chyba chciała sprawdzić, czy znajomość z Bellą będzie w stanie pomóc Mondowi wreszcie rozbudzić jego uczucia.

– Okay, rób, co chcesz, ale przemyśl to – odezwała się po chwili ciszy. – Kolejna taka szansa może nie trafić się szybko, a bon jest idealnym pretekstem do spotkania. 

– Dobrze, przemyślę to – obiecał. – Myślisz, że ona naprawdę uważa, że... jej nie lubię?

– Myślę, że na ciebie czeka.

 

~*~

 

W istocie, po ostatnim spotkaniu z Mondem Bella Dane czuła takie zażenowanie swoją osobą, że wstydziła się poczynić jakikolwiek gest w jego stronę, nawet jeśli ciągle jej na nim zależało. Siedziała w swoim ulubionym miejscu w rodzinnej rezydencji, obserwując wodospad i modląc się w myślach, jak to miała w zwyczaju.

„Panie Boże, zabierz ode mnie to zawstydzenie, bo ja już z nim nie wytrzymuję...” – pomyślała gorzko. – „Po co ja go przytulałam? Za wcześnie, niedawno się poznaliśmy! Ale ja jednak jestem głupia...”. Poczuła ukłucie w środku. Widok na wodospad czasem sprawiał, że miała ochotę próbować modlitwy, choć nie miała pewności, czy ktokolwiek po drugiej stronie ją słyszał.

Wtedy zadzwonił jej telefon i aż zamurowało ją na widok wyświetlacza. Dzwonił właśnie Mond. Spanikowała i zastygła w bezruchu, wgapiając się w ekran. Połączenie się skończyło, nie odebrała. Bała się, że chciał zakończyć ich znajomość, nawet jeśli ten strach wydawał jej się bezpodstawny. Przypomniała sobie jego ciche „dziękuję”, kiedy tamtego wieczoru odchodziła. Minęły prawie dwa tygodnie... 

Mond zadzwonił jeszcze raz. Wzięła głęboki oddech i odebrała... A potem zaniemówiła. 

W życiu nie spodziewałaby się, że Raymond Elliot zaprosi ją do kawiarni w Walentynki. Na szczęście odzyskała język w porę, by mu odpowiedzieć. 

Tak oto parę dni później gnała do kawiarni spóźniona na spotkanie i zażenowana sobą jeszcze bardziej. Kiedy wreszcie dotarła, jego tam nie było. Poczuła nieprzyjemny ciężar na żołądku. Czyżby właśnie wszystko zepsuła? A może jednak wcale nie chciał się z nią spotkać i nie przyszedł?

Rozejrzała się raz jeszcze, ale Mond nie pojawił się magicznie przy jednym ze stolików, więc zwiesiła głowę i z impetem odwróciła się, by udać się w drogę powrotną, gdy nagle na kogoś wpadła. Oczywiście, że był to Mond.

– Ehym, wybacz za spóźnienie – odchrząknął.

– Nic się nie stało, też właśnie przyszłam – przyznała nieśmiało, czując ogromną ulgę. 

Była to kawiarnia, gdzie Mond pracował jako kelner, ale dzisiejszego wieczora miał wolne. Zaprowadził Bellę do zarezerwowanego dla nich stolika. Nie spoufalał się z nikim z pracy, jednak jego współpracownicy zaciekawili się na wieść, że zamierzał kogoś zaprosić. Nigdy nic im o sobie nie mówił, zatem poczuli się zaintrygowani.

Kiedy jedna z kelnerek zobaczyła ich razem przy stoliku, natychmiast pognała ich obsłużyć. Mond zauważył ją, zanim podeszła – była to Onyks Thompson, wysoka i smukła dziewczyna o czarnych włosach przyciętych na długość żuchwy oraz błękitnych oczach. Przywitała się z Mondem, który następnie przedstawił jej Bellę, a później oświadczył, że chcieli wykorzystać bon walentynkowy. Oboje zamówili po filiżance cappuccino i bezie z kremem i owocami, a zamówienie dostali niemal od razu. 

Bella dłubała nerwowo widelcem w cieście, nie wiedząc, co mówić. Zapanowała pomiędzy nimi niezręczna cisza, podczas której okazjonalnie zerkała na Monda. Założył dzisiaj błękitnoszarą koszulę i dżinsy, w dolnej wardze jak zwykle nosił kolczyk, a jasne włosy same układały się w niemal artystycznym nieładzie. Bella natomiast ubrała się w koszulową sukienkę w zielono-granatową kratę oraz trampki, a część włosów spięła do tyłu.

– Jadasz w ogóle czasem jakieś desery? – Mond zaczął temat, a Bella ucieszyła się w duchu, że nawiązali rozmowę.

– Od czasu do czasu, ale bezy jeszcze nigdy nie jadłam – odparła. – Ufam, że jest dobra, skoro ją polecałeś – uśmiechnęła się.

– Och, właściwie... – zakłopotał się nieco. – Było to pierwsze w kolejności alfabetycznej ciasto na liście... Sam też nigdy jej nie jadłem.

– Ach... No więc możemy spróbować razem i ocenimy! – oznajmiła Bella, nabierając nieco ciasta na widelczyk.  – Gotowy? Trzy, cztery!

Oboje spróbowali ciasta w tym samym momencie, zastanawiając się nad jego smakiem.

– Słodkie – ogłosił Mond i spojrzał na Bellę. 

Miała trochę kremu na nosie. „To też jest słodkie… Chyba” – pomyślał, po czym pokazał jej, by wytarła nos. Ona w zakłopotaniu chwyciła gwałtownie serwetkę, przewracając przy tym mały plastikowy wazon ze sztucznymi kwiatami stojący dotąd na stole. 

– Matko kochana... – jęknęła.

Sięgnęła dłonią, by postawić wazon z powrotem, a wtedy Mond dotknął jej przypadkowo swoją dłonią. Natychmiast ją zabrał, jakby doszło między nimi do jakiegoś zwarcia.

– Nic nie szkodzi... – odparł cicho, kładąc sobie obie ręce na kolanach.

Bella poprawiła wazon z kwiatami i nerwowo wytarła nos. Kilka kolejnych chwil znów przesiedzieli w ciszy.

– Moja starsza siostra Pauline zawsze mi powtarza, że mam dar do rozbijania się... – westchnęła, zażenowana. – Ma rację, jestem strasznie niezdarna.

– Wszyscy w twojej rodzinie to artyści? – Mond zmienił temat, nie mogąc patrzeć, jak Bella sama się zadręczała.

– Tak, ale każdy właściwie zajmuje się czymś innym – odrzekła, wyraźnie ucieszona nowym wątkiem rozmowy. – Mój tato jest muzykiem, a mama malarką. Muzyką zajmują się jeszcze mój najstarszy brat Calum oraz najmłodsza siostra Juliet. Nie jest nawet pełnoprawną wampirzycą, ale ma dziewiętnaście lat, więc niedługo się nią stanie – dodała z ciepłym uśmiechem. – Moją najstarszą siostrą jest właśnie Pauline, tancerka. Jest młodsza od Caluma, ale starsza od mojego starszego brata Liama, który też maluje. Mam jeszcze jedną młodszą siostrę, Lily, ona zajmuje się pisaniem.

– Czekaj, muszę to sobie poukładać – oznajmił Mond, marszcząc lekko czoło w zamyśleniu. – Popraw mnie, jeśli powiem coś nie tak. Tata muzyk, mama malarka. Pierwszym z rodzeństwa jest Calum, muzyk. Potem Pauline, tancerka... Liam, malarz. Potem jesteś ty, fotograf... Lily, pisarka i Juliet, muzyk.

– Brawo! – zaśmiała się Bella. – Może kiedyś będziesz miał okazję ich poznać, w końcu mamy współpracę. A ty masz starszego brata, tak?

Kiwnął głową, nabierając kolejny kawałek bezy na widelczyk.

– Ma na imię Drew – dodał. – Mam jeszcze młodszą kuzynkę, Rose. O, właśnie... – przypomniał sobie, by zaraz potem sięgnąć do kieszeni, wyjąć z niej coś i wyciągnąć w stronę Belli. – Upadło ci ostatnio.

Wzięła od niego swoją gumkę do włosów i założyła sobie na nadgarstku. Resztę wieczoru przesiedzieli w kawiarni, gawędząc głównie o swoich rodzinach. Właściwie zdecydowanie częściej odzywała się Bella, ale Mondowi to nie przeszkadzało. Z uwagą słuchał wszystkich opowieści o jej rodzeństwie, obserwując, jak ciepło wspominała każde z nich. Przypomniał sobie, jak mówiła o swoim wrażeniu, że nie pasowała do swojej rodziny, a jednak musiała mieć z nimi silną więź, skoro tak ochoczo i przyjaźnie o nich opowiadała.

Kiedy opuścili kawiarnię, Mond zdał sobie sprawę, że wcale nie chciał jeszcze żegnać się z Bellą, bo spędził z nią zaskakująco miło czas, dlatego zaproponował, że odprowadzi ją do głównej drogi, od której oboje mieli już ruszyć wampirzym sprintem w swoje strony. Pomyślał też, że musiał podziękować Rose, bo gdyby nie rozmowa z nią, to pewnie sam nie zaprosiłby Belli.

– Dziękuję za ten wieczór, było bardzo przyjemnie – oznajmiła Bella, kiedy znaleźli się u celu.

– Ja również dziękuję – odparł Mond, kiwając głową, jednak wyraz jego twarzy jak zwykle pozostawał poważny.

Bella uśmiechnęła się ciepło. Nadszedł czas pożegnania, a ona znów miała ochotę przytulić go na odchodne, ale nie wiedziała, jak zareaguje. Rozłożyła tylko nieśmiało ręce, posyłając mu pytające spojrzenie, w którym od razu odczytał wiadomość.

– Bella... – szepnął w zakłopotaniu. – Jeszcze nie...

– Hm? – nie dosłyszała.

– Jeszcze nie. Pewnego dnia cię przytulę... ale jeszcze nie dzisiaj.

Zamrugała dwukrotnie ze zdziwienia, przyglądając mu się badawczo. Co miały znaczyć te słowa?

– N-nie musisz mnie wcale przytulać, ja tylko... – speszyła się, opuszczając ręce. – Pomyślałam, że tak będzie miło, ale jeśli nie chcesz, to ja zrozumiem.

– Nie o to chodzi... 

Zmarszczyła czoło w niezrozumieniu, a Mond dostrzegł też lekkie zmarszczki na jej nosie, kiedy tak analizowała jego wypowiedź.

– Sam nie potrafię tego do końca wytłumaczyć – odrzekł. – Mam problem z emocjami, to pewnie dlatego. Ale ja... chcę się z tym uporać... I pewnego dnia cię przytulę, Bella. Obiecuję.

Te słowa, choć w pierwszej chwili brzmiały dziwnie, rozbudziły w Belli ciepło i nadzieję. Zapamiętała je bardzo dobrze.

 

~*~

 

Rose umierała z ciekawości, jak Mondowi i Belli mijał wieczór, ale obiecała nie odwiedzać kawiarni ani nie plątać się w pobliżu, o co prosił ją Mond. Rozumiała, że nie chciał czuć jeszcze większego stresu, o ile oczywiście go odczuwał, bo wyglądał na raczej niewzruszonego, lecz to akurat był u niego standard. Postanowiła zatem skupić się na Troye’u, z którym wyszła na wieczorny spacer, zanim pójdą do niej.

Byli zgodni co do tego, że czuliby się niekomfortowo w przesłodzonym, typowo walentynkowym nastroju, a więc postanowili spędzić ten dzień ze sobą jak każdy inny. No, poza upominkami. Rose niosła właśnie bukiet czerwonych róż, które Troye wręczył jej na początku spaceru, myśląc o czekającym w jej mieszkaniu prezencie dla niego. Może i przesadziła, bo najnowsze DLC do Galaktycznego Ataku było zbyt drogie jak na upominek, ale już wyobrażała sobie, jak się na nie ucieszy. Dowiedziała się, że ponieważ on i Hannah grali na osobnych kontach, to i tak musieliby kupić je dwa razy, skoro można było przypisać je tylko do jednego. 

– Mam nadzieję, że ostatnio już dobrze się czułeś? – spytała ze zmartwieniem w głosie. – Żadnych nerwów, podwyższonej temperatury?

– Ostatnio jest lepiej – zapewnił Troye z ciepłym uśmiechem na twarzy. – Kilka dni temu czułem tylko lekkie mdłości przez prawie cały dzień, ale od tego czasu nic szczególnego się nie wydarzyło. Nie mam pojęcia, co to jest, może pójdę do tego lekarza... 

– Może jesteś w ciąży? – zażartowała niewinnie Rose.

Troye się roześmiał.

– To pewnie przez ten komputer! – dodał. – Tak by powiedziała moja babcia.

– Za dużo Galaktycznego Ataku? Kosmici cię porwali i zapłodnili?

– Takie rzeczy raczej w Simsach. 

Szli dalej, żartując i śmiejąc się, aż Troye nagle się zatrzymał. Rose przestraszyła się, że znowu coś się z nim działo, ale odparł tylko:

– Ann. Chyba widziałem Ann!

Rose poruszyła nozdrzami, analizując teren. Faktycznie, w pobliżu unosił się zapach Hanny i jeszcze jeden znajomy...

Cofnęli się o kilka kroków i zobaczyli, że w ogródku przy jednej z pobliskich kawiarni siedzieli Hannah i Jarvis, trzymając się za ręce. Troye’a zamurowało, a Rose w duchu wydała z siebie triumfalny okrzyk, bo chociaż nie przepadała za Hanną, cieszyła się na widok szczęśliwego Jarvisa. Jeszcze nie widziała u niego takiego spojrzenia – były to prawdziwe maślane oczy.

Troye pomyślał, że Hannah musiała być naprawdę skupiona na Jarvisie, skoro nie zauważyła go do tej pory. Zwykle nie dało się przejść obok niej bezszelestnie, bo interesowała się absolutnie wszystkim dookoła niej. Najwidoczniej teraz była dla odmiany zainteresowana tylko Jarvisem, a Troye nie pamiętał, by jego siostra kiedykolwiek skupiła się na czymś bądź na kimś całkowicie. Już miał ruszyć w ich stronę, ale Rose pociągnęła go za ramię.

– Zostaw ich – szepnęła.

– Ale... No patrz, słowem się nie odezwała, że przyjeżdża tu na weekend!

– Bo nie przyjechała do ciebie, tylko do Jarvisa.

– Moment... To znaczy, że nocuje też u niego?

– Troye, błagam cię, dajmy im spokój! – westchnęła Rose, odciągając go dalej.

Ze zdezorientowania Troye zapomniał, jaką miała siłę jako wampirzyca i prawie się przewrócił. Poszedł za nią posłusznie.

– Spokojnie – odparła, gdy byli już nieco dalej. – Jarvis to dobry i delikatny chłopak, nie skrzywdzi Hanny.

 – Wiem – mruknął Troye, po czym westchnął. – Znam swoją siostrę... Ja się tu bardziej o Jarvisa boję.

poniedziałek, 19 lipca 2021

~Rozdział XV~

Ksiądz Alex Davies zaprowadził Troye’a i Rose do małego pokoju na plebanii, gdzie zaprosił ich, by usiedli na złożonym tapczanie przy niewielkim stoliku. Troye trzymał Rose za rękę, czując, jak ogarniały ją coraz większe nerwy i sam zaczynając się denerwować. 

– Jak się nazywacie? – zapytał ksiądz Alex z przyjaznym uśmiechem na twarzy.

Troye zerknął tylko nerwowo na Rose, po czym przedstawił się pierwszy:

– …Troye Jardin.

– Rose Elliot – dodała za nim Rose na jednym tonie.

– Troye i Rose, miło poznać – odrzekł Alex, wciąż łagodnie się uśmiechając, a następnie podszedł do parapetu, by wziąć z niego metalowy pojemnik z herbatami. – Jaką herbatkę pijecie?

W pojemniku był różnorodny wybór herbat wszelkich rodzajów, jednak Rose wybrała pierwszą lepszą, która rzuciła jej się w oczy, a Troye zdecydował się na zwykłego Earl Greya. Ksiądz Alex wziął dla siebie czarną herbatę z aromatem z mango, po czym odszedł od nich, by następnie wyjąć z szafki czajnik elektryczny.

 – Zostawię was tu na chwilę, pójdę tylko po wodę i zaraz wracam – oznajmił, wychodząc z pokoju.

Troye natychmiast spojrzał na Rose z niepokojem w oczach.

~ Boisz się? – spytał, choć znał odpowiedź.

~ Sama nie wiem, co o tym myśleć… Ale tak, boję się.

Poczuła, jak Troye czule ścisnął jej dłoń.

   ~ Przepraszam, to był mój pomysł… Może jednak nie powinniśmy byli odwiedzać kościoła.

Rose już nic nie odpowiedziała, a zamiast tego wpatrywała się gdzieś w przestrzeń tępym wzrokiem. Troye sam nie mógł nadziwić się, jak dokładnie czuł teraz jej niepokój i niemal widział jej skłębione myśli, jak gdyby cichy głos mówił jej: „To koniec…”. Serce biło mu coraz mocniej, oddychał nierówno… Zaraz padnie wyrok.

Złapał gwałtownie oddech, kiedy ksiądz Alex wrócił do pokoju. Widział, że jego twarz ciągle miała pogodny wyraz, jednak w tym momencie odczuwał wobec niego strach, jakby sam bał się o własne życie. To uczucie wydawało mu się irracjonalne, lecz należało do Rose, a on je tylko współodczuwał. Pomyślał, że ich łącze telepatyczne stawało się coraz dziwniejsze i coraz bardziej ingerowało w ich umysły.

– Och, przepraszam cię, Troye – zakłopotał się Alex. – Wiele osób mi mówi, że tak bezszelestnie chodzę i ciągle kogoś przyprawiam tym o zawał, wchodząc do pokoju – zaśmiał się, stawiając czajnik na parapecie.

Podłączył go do prądu, a w oczekiwaniu na wrzątek wyjął z szafki paczkę kruchych ciasteczek z kawałkami czekolady, wyłożył je na talerzyk i postawił na stoliku przed Troye’em i Rose. 

– Zostanę ukarana, prawda? – odezwała się nagle Rose dosyć głośnym i rozdygotanym głosem.

Ksiądz niezmiennie patrzył na nią bardzo spokojnie i przyjaźnie.

– Co ty masz z tym karaniem? – westchnął. – Nie bój się, Rose. Jestem tu, żeby ci pomóc – dodał, wrzucając torebki herbaty do kubków.

– Skąd mamy wiedzieć, że możemy księdzu zaufać? – wtrącił Troye, po czym nieco się speszył, uznając, że brzmiał trochę nieuprzejmie.

– Może przede wszystkim zaufajmy Panu Bogu, że nas ze sobą spotkał – oznajmił Alex łagodnym tonem. – Dobrze, przejdę do rzeczy, bo mam wrażenie, że z każdą sekundą biedna Rose boi się mnie coraz bardziej – zaśmiał się, starając się rozluźnić nieco atmosferę, jednak ta wciąż była gęsta.

Zanim jednak Alex zdążył powiedzieć coś więcej, czajnik pstryknął i się wyłączył, więc postanowił jeszcze zalać herbaty wrzątkiem. Troye wziął od niego kubki dla siebie i Rose, a on zabrał swój kubek oraz cukiernicę, by postawić ją na stole. Dopiero wtedy usiadł wreszcie w fotelu naprzeciwko nich.

– Dobrze… – odparł, słodząc sobie herbatę. – Na podstawie tego, co widziałem w kościele, zakładam, że przynajmniej jedno z was jest wampirem. Nie mylę się? – uniósł lekko brwi, patrząc na Rose.

– C-co? – wypalił Troye. – Co też ksiądz-

– Tak, ja – przerwała mu Rose, brzmiąc dosyć bojowo. – Ja jestem wampirem.

~ Co ty robisz?

~ Jestem gotowa, Troye. Jak będzie trzeba, to się obronię. A ty masz uciekać, jak dam ci znak!

Widząc pytający wzrok księdza, Troye odpowiedział:

– J-ja nie.

 Alex oparł się w fotelu.

– Tak myślałem – kiwnął głową. – Spokojnie, Rose… – rozłożył ręce, dostrzegając jej spojrzenie pełne wrogości. – Naprawdę chcę ci pomóc. Nie jesteś pierwszym wampirem, z którym mam do czynienia.

Dla niej wciąż brzmiało to jak zamiar pozbycia się jej. W pierwszym odruchu uznała, że zasługiwała na karę, ale teraz zapierała się niczym zagrożone zwierzę kierujące się instynktem przetrwania. Alex chciał jeszcze coś dodać, lecz w tym momencie otworzyły się drzwi do pokoju, a w nich pojawiła się męska sylwetka niosąca stertę pudeł.

– Cześć, wujku! Tu mam twoje rzeczy, które miałem ci jeszcze przynieść… 

Troye wybałuszył oczy, widząc Erika, który sam stanął jak wryty, gdy tylko wyjrzał zza pudeł i dostrzegł całe to towarzystwo siedzące razem przy herbacie.

– Erik! Odłóż je w kąt pokoju… – zakłopotał się Alex. – Wybacz, mam teraz gości.

Erik ostrożnie odłożył pudła, a następnie zwrócił się w stronę towarzystwa.

– Co wy tutaj robicie?... – spytał, zdziwiony.

– Och, znacie się? – zaintrygował się Alex.

– Mieszkamy razem w akademiku – wyjaśnił Troye. – Erik, chyba nie miałeś jeszcze okazji poznać Rose osobiście…

– Nie – odrzekł, wyciągając rękę w jej stronę. – Erik Woods.

Rose podniosła się z tapczanu, by spojrzeć mu prosto w oczy, z których wyczuwała płynącą w jej kierunku nieufność.

– Rose Elliot – odrzekła, po czym podała mu rękę, ale natychmiast ją zabrała, czując przeszywający ból.

Spojrzała z przerażeniem na nadgarstek Erika – nie zauważyła, że noszone przez niego drewniane kulki były różańcem. Na jej dłoni przez chwilę odcisnął się ślad krzyżyka, parząc ją w takim samym stopniu co woda święcona. Na ten widok Erik uniósł jedną brew.

– Och? Rose. Imię od róży, symbolu Maryi... a różaniec to parzy, tak? – spytał kpiącym tonem.

Zmysły Rose nasiliły się, a poczucie zagrożenia narosło do takiego stopnia, że w geście obronnym obnażyła wampirze kły i zasyczała na Erika, przy czym tęczówki jej oczu stały się jaskrawozielone.

– Odejdź, istoto nieczysta! – zagrzmiał Erik, wyciągając przed siebie różaniec.

 W tym momencie zarówno Troye jak i ksiądz Alex gwałtownie podnieśli się ze swoich miejsc, obawiając się dalszego przebiegu sytuacji. Troye przytrzymał trzęsącą się Rose, a Alex położył obie dłonie na ramionach siostrzeńca.

– Dość, Eriku! Spokojnie – odparł.

Przez chwilę oboje tylko oddychali nierówno, patrząc na siebie wrogo i próbując się uspokoić.

– Czy to jakaś pułapka? – spytała wreszcie Rose.

– W żadnym wypadku – zaprotestował Alex przepraszającym głosem, zwracając się w jej stronę. –  Mój siostrzeniec jest nieco… – zerknął w stronę Erika – ...wrażliwy na wampiry.

 – Uprzedzony. Mogłeś to powiedzieć – mruknął Erik. – Teraz już wiem, dlaczego siedziałeś u niej po nocach, Troye – odrzekł jadowicie z kpiącym uśmiechem na twarzy – i skąd ci się wzięły te problemy ze snem!

 – Eriku, proszę cię… Niestety, albo się uspokoisz, albo będę musiał cię wyprosić – oznajmił stanowczo ksiądz Alex, patrząc na siostrzeńca poważnie.

Erik omiótł wzrokiem całe towarzystwo. Poczuł odrazę do Troye’a i Rose. Jak on mógł się tak nią fascynować? Jak ona mogła go tak omamić? Uważał się za wierzącego katolika, a zadawał się z wampirem? Myśli pełne oburzenia kłębiły się teraz w jego głowie... Mimo to w końcu złagodniał.

– Dobrze, wujku... Już będę spokojny – odparł i usiadł.

Pozostali również zajęli swoje miejsca. Atmosfera trochę się rozluźniła, jednak Rose była teraz zdenerwowana z innego powodu. Odchrząknęła nerwowo.

– Proszę księdza, ja i Troye utrzymujemy czystość... I ja jeszcze nie-

– W porządku, nie bój się! – wszedł jej w słowo Alex. – Naprawdę, nie jestem tu po to, by was oceniać. Po prostu posłuchajcie pewnej opowieści...

Erik domyślał się, do czego zmierzał wujek, ale nie był przekonany co do tego pomysłu. Pozwolił mu jednak zabrać głos i wbrew oczekiwaniom Troye’a, który bacznie go obserwował, milczał.

Rose wzięła swoją filiżankę, a następnie upiła z niej łyk herbaty. „To chyba zielona” – pomyślała, przypomniawszy sobie, że przecież nie zwróciła uwagi na wybór. Idąc w jej ślady, Troye uniósł swoją filiżankę. Oboje byli ciekawi, czego się dowiedzą.

– Pierwszego wampira spotkałem jeszcze za czasów seminarium. Mój duchowy przewodnik, nieżyjący już ksiądz, potajemnie badał zachowania wampirów i pomagał im. Pewnego dnia podzielił się ze mną tą tajemnicą. Nie wiedziałem przedtem, że istniejecie... – oznajmił ksiądz Alex, na co Rose uniosła lekko brwi, ale nic nie powiedziała. Człowiek badający zachowania wampirów? Poczuła się jak obiekt testowy. – W każdym razie ten ksiądz opowiadał mi o swoich odkryciach. Starał się ustalić, czy naprawdę we wszystkich aspektach jesteście istotami ciemności i nie ma dla was ratunku. Był po prostu dobrym człowiekiem, widział dobro we wszystkich... 

Tu zrobił przerwę, jakby zastanawiał się, czy mówić dalej. Rose zauważyła, że unikał przy tym spojrzenia Erika, który szukał z nim kontaktu wzrokowego. Jednak po chwili kontynuował.

– Nawet jeśli pewien wampir niegdyś zabił jego matkę, nie potępiał was jako ogółu, a uznał, że jesteście jedynie nieco zagubieni niczym te zbłąkane owce. Mówił mi z pełnym przekonaniem, że zwodzi was błędne założenie, że Bóg wyklucza was ze Swojej Miłości.

Troye poczuł narastającą nieufność wobec jego słów, lecz nie potrafił wytłumaczyć, skąd się u niego wzięła. Zerknął na Rose i w jej spojrzeniu odczytał, że znów odczuwał jej emocje. „Błędne przekonanie” – te słowa księdza Alexa rozbrzmiały echem w głowie Troye’a. Pomyślał, że to właśnie wzbudziło w Rose taki sprzeciw. Ksiądz musiał to zauważyć, bo uniósł brwi, posyłając jej pytające spojrzenie.

– Rose, coś nie tak? – spytał.

– Nie rozumiem, dokąd ksiądz zmierza – oznajmiła nieco oschle. 

Miała dokładnie takie spojrzenie, jakiego Troye czasem się w niej bał – spojrzenie zdające się przewiercać dusze i czytać intencje.

– Właśnie miałem to powiedzieć – odrzekł Alex, uśmiechając się ciepło. 

Troye nie był do końca pewny, czy jego uśmiechy były szczere, natomiast Rose targały mieszane uczucia, bo z jednej strony było w nim coś wzbudzającego nieufność, a z drugiej miała przeczucie, że jego intencje pomocy były szczere. Ta sprzeczność w ocenie denerwowała ją jeszcze bardziej.

– Mój duchowy przewodnik... odkrył sposób na przemienienie wampira w człowieka – oświadczył wreszcie, co zbiło z tropu zarówno Troye’a jak i Rose. Tego żadne z nich się nie spodziewało.

– J-jak?... – wydusiła z siebie Rose.

– Zacznijmy od pewnej zależności wynikającej z jego badań – kontynuował. – Zauważył, że wampiryzm w niektórych przypadkach jest swego rodzaju klątwą. Dotyczyło to jednak ludzi przemienionych w wampiry poprzez ugryzienie, a objawiało się tym, że zdawali się oni w pewien sposób zainfekowani przez wampiryzm, lecz na poziomie duchowym. Jak gdyby zamieszkał w nich zły duch.

 Rose odczuła obcy strach, zapewne należący tym razem do Troye’a, choć sama miała teraz gąszcz przeróżnych myśli w głowie. Już sam pomysł przemiany wampira w człowieka wzbudzał w niej eksplozję uczuć – tego chciała? To było odpowiedzią na jej lamenty? Tutaj pojawiała się jednak przeszkoda, jeśli chodziło o ludzi przemienionych w wampiry – ona nie należała do tej grupy.

– Takiego wampira można przemienić z powrotem w człowieka, lecząc jego duszę z wampiryzmu – tłumaczył dalej ksiądz Alex. – Sam byłem świadkiem takiego nawrócenia i mogę potwierdzić, że ten człowiek żyje teraz w pełni wiary, ciesząc się nowym narodzeniem dla Chrystusa. Uratowała go gorliwa chęć zmiany i wiary. 

– Dobrze rozumiem? – wtrącił Troye. – Można przestać być wampirem, jeśli się uwierzy w Boga?...

– Samo uwierzenie to za mało – odparł. – To dosyć złożony proces zakładający intensywną pracę nad samym sobą i swoją relacją z Panem Bogiem. Mogę go wam dokładnie wyjaśnić później... 

– Ale to nie zawsze działa – odezwał się w końcu Erik. 

Wyglądał, jakby chciał sprostować sytuację, wiedząc o czymś, czego ksiądz Alex im nie powiedział. Ten zaś wahał się chwilę, wpatrując się w Erika. 

– Chodzi ci... o nią, prawda? – spytał gorzko. – To nie do końca tak-

– Tak, no dobra, udało ci się ją wyleczyć – przerwał Erik, po czym lekko się skrzywił, jakby w odrazie. – Sama wybrała powrót do grzechu.

Ksiądz Alex poczuł się nieco zdezorientowany. Nie sądził, że Erik poruszy jej temat, skoro zwykle nie chciał o niej nawet wspominać. Spojrzał na Troye’a i Rose, którzy wydawali się jeszcze bardziej zdumieni od niego.

– Mowa tu o wampirzycy, którą chciałem nawrócić samodzielnie, już bez mojego duchowego przewodnika... – oznajmił. – Jej wiara była taka płomienna, Bóg udzielił jej tej łaski i pozbawił ją wampiryzmu, lecz ona za jakiś czas do niego wróciła...

– ...i stała się jeszcze gorsza niż przedtem – dokończył Erik z urazą w głosie.

Troye zastanawiał się, kim była ta wampirzyca i co znaczyła dla Erika. Próbował sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek opowiadał mu o czymś, co by go naprowadziło, jednak nic nie przychodziło mu do głowy. 

– Przepraszam, nie o niej jest ta rozmowa, lecz oba przypadki dowodzą, że jest to bardzo indywidualna decyzja – westchnął ksiądz Alex. – Rose, widzę, że twój wampiryzm bardzo ci dokucza, odcina cię mocno od Boga... 

– ...tak. Nienawidzę tego, kim jestem... – przyznała po chwili. Jej twarz zelżała, ukazując rozpacz. – Nienawidzę krzywdzenia wszystkich wokół mnie. Nienawidzę... siebie. Naprawdę, bardzo... Bardzo siebie nienawidzę. Nienawidzę.

Troye poczuł, jak serce mu pęka – tym bardziej, że dobrze odczuwał teraz jej emocje, nawet lepiej niż wcześniej. Teraz, kiedy Rose porzuciła barierę nieufności, jej emocje jakby wylały się bezpośrednio w jego umysł niczym rwąca rzeka rozbijająca tamę.

– Proszę, nie mów tak... – wypalił od razu, nie mogąc znieść tej nienawiści, którą poczuł również do samego siebie. Naprawdę tak o sobie myślała? Był przerażony.

– Ale to prawda, Troye – odrzekła cicho, a on odczuł głęboką i bolesną gorycz. 

Był pewny, że Rose tak właśnie czuła się przez większość czasu. Pierwszy raz przekonał się, jak wielką nienawiścią do samej siebie się karmiła i aż nie mógł uwierzyć, że wytrzymywała z nią tak długo. Poczuł żal, że nie potrafił temu zaradzić, bo najwidoczniej nie pomagało jej bycie z nim. Nie zarzucał jej tu winy, lecz sobie samemu. Może wcale nie potrafił jej pomóc tak, jak myślał? 

Ksiądz Alex, oczywiście nieświadomy, co działo się w głowie Troye’a i że było to dzielone także z Rose, kiwnął głową, podejmując temat:

– Przykro mi to słyszeć... Zły wkracza w twoje myśli, są bardzo negatywne. Ale jeśli zechcesz... możesz się nawrócić. Możesz pokochać siebie i innych, pokochać Boga.

Może nie było tego po niej widać, lecz Rose posmutniała jeszcze bardziej, a Troye poczuł przeszywający ból, jednak również nie dał tego po sobie poznać.

– Przepraszam, księże Alexie... – wymamrotała słabo. – To niemożliwe w moim przypadku. Urodziłam się wampirem, nikt mnie w niego nie przemienił... Chyba nie pasuję do twojej propozycji.

–  Nie porzucaj nadziei... Oczywiście, że może to zrobić, dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych – odrzekł. – Obawiam się jednak, że skoro nie byłaś nigdy człowiekiem, może to okazać się bardziej skomplikowane... Oby tylko nie niebezpieczne. Z drugiej strony wampiryzm działa na ciebie jak klątwa, zdajesz się być tym struta. Ciekaw jestem, dlaczego tak jest... Jesteś pewna, że nie masz mieszanego pochodzenia?

– N-nie wiem... Ale to oznacza, że nawet jeśli nigdy nie byłam człowiekiem ani nie mam ludzkiego przodka, mogłabym się poddać takiej przemianie?

– Być może... Musiałbym się nad tym zastanowić.

 – Chwila, stop! – przerwał Troye. – Ta część o niebezpieczeństwie mi się nie spodobała. Rose nie będzie żadnym obiektem testów.

– Oczywiście, że nie – zapewnił ksiądz Alex, posyłając mu łagodzący uśmiech. – Nie zrobię nic bez jej zgody. Nie chcę jej na nic narażać, myślę tylko, jak jej pomóc. Gdybym tylko wiedział, dlaczego twój wampiryzm, Rose, tak na ciebie działa... To bardzo zastanawiające. 

Zapadła chwila ciszy. Erik ciągle siedział ze skrzyżowanymi na piersi rękoma, pogrążony głęboko w myślach. Alex się zadumał, jakby szukał przyczyny, o której właśnie wspomniał. Myśli Rose nieprzyjemnie się plątały, a Troye wyobraził sobie Rose jako człowieka.

Czy przemiana naprawdę wyleczy ją z tej nienawiści do samej siebie? Czy jej przyczyną w ogóle był wampiryzm? Poczuł, jak bardzo ją kochał, ale również, jak bardzo nie potrafił jej kochać. Czego ona tak naprawdę potrzebowała?

– Msza! – krzyknął nagle ksiądz Alex, wyrywając wszystkich z zamyślenia. – Wybaczcie, kochani, jeśli teraz nie wyjdę, to się spóźnię... W każdym razie, Rose, jeśli chcesz, pomyślę, jak ci pomóc i nawet jeżeli nie uda mi się wymyślić bezpiecznego sposobu na przemienienie ciebie w człowieka, pamiętaj, że zawsze możesz przyjść ze mną porozmawiać i spróbować zbliżyć się do Boga mimo wszystko. On cię kocha, bardzo. Kocha cię o wiele mocniej, niż ty nienawidzisz siebie.

 

~*~

 

Cisza i samotność były nieodłącznymi muzami Raymonda Elliota. Dawno już nie wychodził z malowaniem na dwór – zwykle nie miał ochoty przenosić wszystkich potrzebnych przedmiotów z miejsca na miejsce, lecz dziś było inaczej. Może to zmiana pogody i rześkie, wieczorne powietrze? A może to widok lasu przywodzącego na myśl tamten spacer...

Wciąż myślał o kontraście pomiędzy dwiema Bellami  – tej eleganckiej z wernisażu i tej zmęczonej ze spaceru. A może jednak wcale tak się nie różniły? Może na wernisażu nie dostrzegł, że już wtedy była do tego stopnia przytłoczona? Rozmowa z nią wzbudziła w nim wątpliwości. Myślał, że wszystko było mu jedno, a tymczasem troszczył się o życie innych osób. Dlaczego wzbudził się w nim taki sprzeciw na myśl, że to ona mogłaby odebrać sobie życie? Przecież nie była mu w żaden sposób bliska, ledwo się znali... A jednak miał bardzo dziwne przeczucie, że coś ich łączyło. Może to przez jej opowieści o tym, jak źle czuła się ze samą sobą. Chciałby zrozumieć to lepiej, może faktycznie była w podobnym miejscu co on... a może miała zupełnie inne udręki. 

Nagle zaostrzyły mu się zmysły. Zdało mu się, że poczuł jej zapach, lecz nigdzie jej nie widział ani nie słyszał. To przez myśli o niej? Nie, nie mogły być aż tak realistyczne. Spojrzał na czerwoną farbę na czubku pędzla, którą jeszcze przed chwilą rozbryzgiwał na płótnie z dziwną melancholią. Przeczucie o czyjejś obecności go nie opuszczało, więc zaufał instynktowi i zrzucił nieco farby z pędzla przed siebie. W powietrzu zawisła czerwona, wypukła plama, a chwilę potem pojawiła się przed nim Bella... z czerwonym nosem. Przez moment stała w bezruchu, ze zmarszczoną miną i zaciśniętymi powiekami.

– ...ale trafiłeś – skwitowała w końcu.

 Ten widok był dla Monda absolutnie komiczny, jednak nie zdołał wzbudzić w sobie krztyny rozbawienia. Zamiast tego prychnął prawie niezauważalnie, jak gdyby chciał się roześmiać, ale nie potrafił.

– Cześć. Co to za skradanie się? – spytał na jednym tonie.

Bella speszyła się jeszcze bardziej. Na ogół całkiem dobrze radziła sobie ze swoim darem niewidzialności i potrafiła się bezszelestnie przemieszczać, jednak tym razem zawiodła ją jej niezdarność, kiedy potknęła się o wystający z ziemi korzeń. To wtedy Mond musiał ją usłyszeć... Zaczęła bezmyślnie ścierać sobie farbę z nosa, rozmazując ją tylko jeszcze bardziej i brudząc sobie rękaw bluzy. 

– Nie chciałam ci przerywać... Popatrzę sobie w ciszy – oznajmiła nieśmiało i przycupnęła na werandzie jego chatynki.

– Jeśli chcesz zmyć tę farbę, to możesz wejść do Pleśnianki – mruknął w odpowiedzi.

– Do czego?...

– To mój dom, za tobą.

– Och... Ty tu mieszkasz – zdała sobie sprawę, oglądając leśną chatkę.

 „To by wyjaśniało, dlaczego od niego też trochę czuć pleśń...” – pomyślała, wstając, by wejść do środka i umyć twarz. Spojrzała na rękaw bluzy umazany farbą, lecz postanowiła nic z tym nie robić i wróciła do Monda. Ku jej zdziwieniu, siedział na ziemi u stóp sztalugi, gapiąc się w rozłożone pod nią gazety. 

– Nie malujesz już? – zapytała.

– Chyba straciłem poczucie sensu na tym płótnie. Dokończę innym razem – odparł.

Bella zakłopotała się, mając coraz silniejsze przeczucie, że może nie powinna była tu przychodzić.

– To przeze mnie? Może lepiej pójdę, żebyś mógł skończyć...

– Nie, nie będę teraz kończył – odrzekł, podnosząc się z ziemi, po czym wziął pędzel do ręki i spojrzał na nią. – Myślałem właściwie... Chcesz sama spróbować? Na nowym płótnie – wyciągnął pędzel w jej stronę.

Bella zdziwiła się jeszcze bardziej.

– O-och... Nie, ja nie umiem malować – wydukała.

– Ja też nie – mruknął Mond, wzruszając ramionami. – Ale pędzlem machać umiesz?

Nie wiedziała, co powiedzieć. Myślała, że poogląda, jak on malował, a nie będzie malować sama. Nie potrafiła stwierdzić, skąd wziął się u niego taki pomysł, lecz najwidoczniej mu na tym zależało.

Chwyciła zatem pędzel w dłoń, a Mond wymienił płótno na nowe, po czym pokazał jej, żeby zanurzyła pędzel w wybranej farbie.

– Stań tu... – polecił, gdy była gotowa. Jednym ruchem wsunęła się pomiędzy płótno a niego. – A teraz pomyśl o tamtym czasie, gdy chciałaś pozbawić się życia.

Posłała mu zdezorientowane spojrzenie, ale szybko dodał:

– Co wtedy czułaś? Przywołaj te emocje... Rzuć nimi w płótno.

Zrozumiała – chciał pokazać jej, w jaki sposób tworzył swoje malowidła, w końcu po to tu przyszła. Intrygował ją jego proces tworzenia, który określał jako ciskanie farbą w płótno tak, jakby kazał mu to robić ktoś inny. Mond z kolei stwierdził, że była to idealna okazja do lepszego zrozumienia Belli – przeanalizowania tego, co czuła i co o sobie myślała. Miał nadzieję, że uda jej się wyciągnąć z siebie coś interesującego, co przybliży mu jej osobę. 

Bella ścisnęła pędzel w dłoni i wlepiła wzrok w płótno. Ujrzała na nim przestraszoną i nieszczęśliwą siebie modlącą się w ciszy bez nadziei. Ujrzała wodospad, któremu przypatrywała się ze swojej rodzinnej rezydencji, w który wgapiała się godzinami, szukając odpowiedzi. Ujrzała ślady stóp odbite w mokrej ściółce leśnej, kiedy uciekała przed własnymi myślami. Poczuła, jak bardzo zagubiona wciąż była. Zamachnęła się pędzlem, po czym jednym gwałtownym ruchem rozpryskała farbę na płótnie, tworząc na nim podłużną, nierówną kreskę wiodącą przez jego środek. Wzięła głęboki oddech. Rozdarcie... To czuła. 

Zmieniła farbę i cisnęła nią w poprzek płótna. Krzyż. Zaczęła machać pędzlem na różne strony, a ślady farby utworzyły kształty przypominające jej gęsty las... Gąszcz podłużnych plam zbliżonych kształtem do krzyża. Rzucała farbą dalej, by pokryć całe płótno, zmieniając kolor co jakiś czas.

Mond przyglądał się temu z zaciekawieniem – już dawno nic nie interesowało go tak bardzo jak kreski tworzone przez Bellę. Ciężko było już dostrzec te dwie, od których rozpoczęła. Krzyż... Pomyślał, jak na początku wszystko było dla niej takie proste, bo wiara wyjaśniała wszystko... Prosta, jedna jedyna droga. A teraz? Zmieniała barwy na coraz ciemniejsze. Początkowej drogi nie było już widać.

Ostatnia kreska oddana przez nią była intensywnie czerwona i biegła przez środek płótna tak, jak pierwsza, ale nie było już drugiej, która utworzyłaby z nią krzyż. Bella przyjrzała się jeszcze swojemu dziełu przez chwilę, lecz w końcu opuściła rękę z pędzlem.

– No właśnie... – odezwał się Mond. – Tak to wygląda też u mnie, a jednak twoje plamy mają jakiś inny charakter.

– Serio? Może... W każdym razie, trzymaj! – odrzekła, oddając pędzel Mondowi, a on spojrzał na nią z niezrozumieniem. – Teraz twoja kolej, śmiało... W końcu ty miałeś więcej takich sytuacji.

Mond obrócił pędzel w dłoni.

– Ale... to ty miałaś malować.

– Mond, proszę. Ty też musisz się z tego oczyścić, nie ma tak łatwo.

Ustąpiła mu miejsca przy płótnie, obserwując, jak podchodzi na jej miejsce.

– Tylko nie mam już kolejnego czystego płótna – westchnął Mond, patrząc na swoje zasoby malarskie.

Bella pokręciła głową.

 – Chcę, byś dołożył swoje emocje do mojego obrazu. To będzie nasze wspólne malowidło.

Nie miał chęci już się dłużej z nią sprzeczać, więc zwrócił się w stronę płótna i zaczął dokładać swoje plamy tak, aby nie przysłonić znaczących elementów nałożonych przez Bellę.

Dlaczego chciał pozbawić się życia? Bo nie miało dla niego najmniejszego znaczenia. Jak długo można żyć w ciele, które przestało się zmieniać? Jak długo można żyć bez celu? Jak długo można żyć bez emocji? Nawet, jeśli coś go poruszało, w końcu stawało mu się obojętne. Co czekało go na końcu takiej drogi? I kiedy ten koniec wreszcie nastąpi? Plama za plamą rzucane przez niego na płótno nie potrafiły mu odpowiedzieć. 

Pomyślał o matce, która zawsze narzucała mu swoje pomysły, a on wypełniał jej plany, by tylko uniknąć kary. Że też jej darem była manipulacja... Potrafiła zadać ostry ból, sądząc, że w ten sposób nauczy kogoś szacunku i posłuszeństwa. Może byłby inny gdyby nie jej wpływy, chociaż... chyba zawsze taki był. Obojętny, oschły, samotny, potwornie samotny... A jednak bez chęci i potrzeby bliskości. Wcale nie żył, tylko wegetował. Za każdym razem, kiedy próbował nadać swojej egzystencji jakiś sens, nie powodziło mu się. Nic już nie miało sensu.

Poczuł nagłe pobudzenie... To był gniew, prawdziwy gniew, wreszcie jakaś emocja. Poczuł, jak gniewna siła wypełniała go i rozkazywała mu rzucać gwałtowne plamy farby w płótno... Wspaniałe uczucie. Rozkręcał się, ale kiedy prawie zasłonił kreskę Belli idącą przez środek płótna, zatrzymał się.

Bella... Coś się w nim przestawiło, poruszyło. Zaczął nakładać farbę delikatnie, z nieznaną sobie dotąd czułością. Odrzucił pędzel, chciał dotknąć płótno własnymi rękami. Zanurzył dłoń w czarnej farbie, pomyślał o jej długich, prostych włosach... Przejechał po płótnie samymi opuszkami, bardzo wrażliwie, jakby bał się, że mogło ją to zaboleć. Bella... ona była jakimś mistycznym stworzeniem poruszającym obszary jego duszy, o których nie wiedział. Jeszcze nie sprawiła, by poczuł coś konkretnego, lecz zdawała się dopiero otwierać drzwi do dalszych, nieznanych mu zakamarków dających nadzieję. Coś tu jednak nie pasowało... On... On i szczęście. Przecież ona też mogła mu się stać po jakimś czasie obojętna, a wtedy... Wtedy on zada jej cios swoim sercem z kamienia, a ona rozleci się w pył, utraci ją na zawsze. 

Napłynęła gorycz, a plamy oddawane na płótnie stały się gwałtowniejsze i agresywniejsze. Znów ta złość... Na samego siebie. Znów wpadał w labirynt, z którego nie było wyjścia. Co było przyczyną?... Kto był przyczyną? On. Jego zepsuty umysł i zepsute serce.

Płótno zapełniało się coraz agresywniejszymi plamami. Wrócił do pędzla, oddychając ciężko i dodając coraz nowe barwy, marszcząc twarz w gniewie. Czegoś wciąż tu brakowało, co złościło go jeszcze bardziej. Zaplątał się, mając wrażenie, że już nic na tym obrazie do siebie nie pasowało. W końcu zamachnął się ręką i jednym, zdecydowanym ruchem pełnym nienawiści wbił pędzel w płótno z całej siły, jak gdyby zadawał nim śmiertelny cios. 

Stał chwilę w bezruchu, łapiąc powietrze i dziwiąc się, jak bardzo dał się ponieść. 

–  Cholera... Zepsułem ci obraz.

Bella otrząsnęła się z szoku spowodowanego tym procesem twórczym i podeszła nieco bliżej.

– Absolutnie nie, Mond! – zaprotestowała, wyciągając przed siebie ręce w uspokajającym geście. – Teraz... Chyba lepiej rozumiem, jak się czułeś. Twoje emocje też są ważne, pamiętaj o tym...

Nie był tego taki pewny. Jeszcze chwilę temu martwił się, że skrzywdzi Bellę, a teraz zniszczył jej malowidło. Nie chciał nawet patrzeć na płótno. Spuścił wzrok, ale jego twarz znów nie okazywała żadnych emocji.

Bella wahała się jakiś czas, lecz w końcu podeszła jeszcze bliżej i przytuliła go do siebie. Chciała mu pokazać, że nie miała mu tego za złe, a właściwie była zadowolona, mogąc zobaczyć go w tej nowej odsłonie. Mond natomiast zastygł w bezruchu, napinając każdy mięsień swojego ciała. W jego mózgu nastąpiła jakaś eksplozja – nie wiedział, co w ogóle myślał, co czuł i co powinien zrobić. Czy ktoś kiedyś kiedykolwiek przytulił go w ten sposób?

Czując, że jej dotyk go sparaliżował, Belli zrobiło się głupio i puściła go. Może jednak nie powinna, w końcu niedawno się poznali... Poczuła się zażenowana samą sobą. Siląc się na uśmiech, oznajmiła, że powinna już się zbierać, lecz Mond tylko kiwnął głową i odpowiedział, że sam już posprząta po malowaniu. Zrobiło się bardzo niezręcznie, ale żadne z nich nie wiedziało, jak miało się zachować. Bella ruszyła więc w drogę powrotną, zadręczając się w myślach poczuciem beznadziejności, lecz wtedy usłyszała jeszcze cichy głos Monda, w którym odczytała zalążek uśmiechu:

– Dziękuję.

 

~*~

 

Szum nocnego wiatru przywiódł chłodne powietrze przez otwarte okno do pokoju Niny leżącej bez większego ładu w jasnej pościeli. Czuła się jak figurka z porcelany czekająca, aż ktoś wyjmie ją z szuflady i postawi na półce, w najbardziej widocznym miejscu w domu. Wyobraziła sobie, że tym kimś był Drew, za którym tęskniła, mimo że wyszedł od niej jakieś dwie godziny temu. Chciała, by ją podziwiał, by jej pragnął... Zdominował jej umysł całkowicie, lecz nie wydawało jej się, by przyczyną były jego wampirze zdolności, a raczej uczucia, jakie w sobie do niego wzbudziła.

Dawno już nikt nie zawrócił jej aż tak w głowie albo przynajmniej tak jej się wydawało. Lubiła, kiedy mogła coś dla niego zrobić, a on potem zadowolony głaskał ją po głowie i chwalił, jak tylko mógł. W jego ramionach czuła się tak maleńka i krucha jak porcelanowa lalka, a jego zadaniem było ochranianie jej jak najcenniejszego skarbu. 

Usłyszała dźwięk klamki do drzwi i serce jej podskoczyło. Zamarła bez ruchu, zbyt przerażona, by odwrócić się ku wejściu do pokoju i sprawdzić, kto właściwie przekroczył jego próg. Gdyby był to ojciec, raczej od razu by się odezwał, ale wolała zaczekać i sprawdzić, co się stanie. Nie wiedziała, jakby zareagował, gdyby się teraz obudził. 

Tym, który wszedł do pokoju, był jednak oczekiwany przez nią Drew Elliot. Przypatrywał jej się chwilę, zaskoczony, że leżała dokładnie tak, jak ją zostawił. Po jej oddechu wiedział, że nie spała, zatem musiała tak na niego czekać. „Grzeczna dziewczynka, nawet bardziej, niż myślałem. To dobrze.” – pomyślał, po czym zrzucił z siebie kurtkę i spodnie, by następnie położyć się obok niej najdelikatniej, jak tylko potrafił. Jej napięte z niepokoju mięśnie rozluźniły się, gdy tylko poczuła jego ciało obok siebie. 

–  Wreszcie jesteś... – wyszeptała.

– O, nie spałaś, Nini? – spytał Drew z udawanym zdziwieniem, które wykryła, jednak zignorowała.

Obróciła się w jego stronę.

– Bez ciebie nie mogę... – odrzekła, przysuwając się bliżej, by się w niego wtulić. – Ojciec jest dalej zahipnotyzowany?

– Tak, spokojnie – odszepnął łagodnym tonem. – Nie pozwolę mu cię skrzywdzić, Nini... Pamiętaj.

Odgarnął jej włosy z szyi, przejeżdżając po niej wzdłuż palcem. Przeszył ją przyjemny dreszcz. Poczuła, że potrzebowała więcej jego dotyku, jednak najpierw chciała się czegoś dowiedzieć.

– ...gdzie byłeś?

– Na mieście, miałem parę spraw do załatwienia.

– Zawsze tak mówisz... Co to za sprawy?

– Niedługo się dowiesz, obiecuję. Jeszcze nie mogę powiedzieć... Zepsułbym całą niespodziankę.

Nina westchnęła cicho. W głębi duszy miała nikłą nadzieję, że tym razem jej powie.

– Nini... – szepnął, głaszcząc delikatnie kciukiem jej piegowaty policzek. – Zaufaj mi... Ja też na coś czekam, pamiętasz?

Nie odpowiedziała. Tak, doskonale pamiętała. Była już bliska powiedzenia mu, lecz jeszcze niezupełnie gotowa. 

– Niedługo... – odparła.

Drew uśmiechnął się niewinnie.

– Jestem cierpliwy... Ty też bądź – dodał, po czym cmoknął ją w czoło.

Na jej usta wkradł się miękki uśmiech. Jasne, będzie cierpliwa, dla niego warto... Spojrzała na niego zachłannie. Doskonale wiedział, czego chciała, już świetnie znał to spojrzenie.

– O tym też już rozmawialiśmy... – wtrącił spokojnie.

– Wiem, wiem... Ale to trudne... – jęknęła.

Przytulił ją do siebie, nic już nie mówiąc. Wszedł w jej umysł... marzyła, by wszedł też w jej ciało. Chciała być tylko jego oraz by on był tylko jej. On się nie godził... Tak, rozmawiali już o tym, jednak wciąż nie do końca rozumiała, dlaczego. Przyzwyczaiła się już do zimna bijącego od jego ciała, a nawet je polubiła. Podobała mu się czy nie? Uznała, że ich związek był dosyć dziwny.

Całował ją tak gorliwie, może nawet nieco brutalnie, zachłannie. Jak wtedy, gdy pił z niej krew... Sama nie widziała, dlaczego to jej się tak bardzo podobało. Być może były to jakieś przejawy masochizmu? Nie była pewna, lecz postanowiła to zignorować. Czuła się zbyt zmęczona wszystkim innym dookoła, żeby jeszcze rozpatrywać takie kwestie. Wychodziła z założenia, że skoro czuła się przy nim dobrze, to wszystko było w porządku. Gdzieś z tyłu czaiła się myśl, że może jednak była zbyt naiwna, ale chciała wreszcie pozwolić sobie na coś miłego w życiu bez żadnych wyrzutów sumienia, a przebywanie z Drew było dla niej zaskakująco miłe.

Jego również nieco dziwiło to zainteresowanie jego osobą, choć na wszelki wypadek postanowił je wzmocnić swoim wampirzym urokiem. Był dobrym manipulatorem, a wampirze zdolności tylko mu to ułatwiały. Nie przejął jej umysłu zupełnie – od czasu do czasu dodawał tam tylko swoje dwa grosze. Chciał, żeby Nina sama w końcu uwierzyła w jego jak najlepsze intencje. Tylko jej w tym odrobinę pomagał.