W głowie Rose panowały zamęt i niepokój. Nie potrafiła uporządkować myśli ani od nich odpocząć, czując, że z powodu ich natłoku nie była w stanie ich okiełznać. Wciąż zastanawiała się nad słowami księdza Alexa sprzed paru dni.
Przemiana w człowieka brzmiała jak rozwiązanie przez nią wymarzone – nigdy więcej polowania na niewinne istoty, tracenia kontroli nad żądzami, krzywdzenia siebie i innych, życia w ciągłym strachu. Będąc człowiekiem, mogłaby wreszcie przestać uciekać przed samą sobą, mogłaby sama wybrać pomiędzy potępieniem a zbawieniem. Jednak nie była pewna... Skoro chciałaby takiego życia, skąd brał się u niej ten strach na myśl o nim?
Poczuła się, jakby ktoś nagle wyrwał ją z jej codziennej ciemnej otchłani i postawił na pełnym słońcu. Było to podobne uczucie, jakie wywoływała w niej miłość Troye’a – dające ciepło i poczucie bezpieczeństwa, a jednak niepokojące i stwarzające zagrożenie. Niezrozumiałe sprzeczności frustrowały ją do tego stopnia, że ciągle czuła podświadome napięcie niezależnie od okoliczności towarzyszących. Kolejne obawy wzbudzał w niej zbliżający się nów księżyca, lecz był to znajomy strach, jak towarzysz znany przez nią na wskroś. Od tamtego nowiu, kiedy ugryzła Troye’a, postanowiła znów spędzać go sama, co Troye’owi niezbyt się podobało, lecz ostatecznie przystał na jej nalegania. Ostatnio przynajmniej nie działo się nic niebezpiecznego, bo Rose resztkami zdrowego rozsądku udawało się zmusić się do wyruszania w bardziej niezamieszkałe tereny, co kończyło się najwyżej atakowaniem dzikich zwierząt. Nie była z tego powodu jakoś szczególnie dumna, ale przynajmniej nie wywoływała takich szkód jak kiedyś. Czasem pomagało również gryzienie samej siebie – nie piła z siebie krwi, a jedynie wyładowywała napięcie spowodowane szalejącym instynktem łowcy.
Pełna obaw kłębiących się w jej umyśle, przechodziła teraz między budynkami uczelni, zmierzając na kolejne zajęcia. Nagle naprzeciwko pojawił się ktoś, kto zupełnie przegnał jej zamyślenie, a był nim Jarvis Blake. Szczerze mówiąc, od ich ostatniej rozmowy go unikała, czując wobec niego już tylko niezręczność, lecz gdy teraz ich spojrzenia się skrzyżowały, nie było odwrotu. Rose zebrała się w sobie, by wydusić z siebie „cześć” w odpowiedzi, kiedy się mijali, ale zaraz potem przystanęła w miejscu.
– Jarvis, czekaj.
Zatrzymał się, posyłając jej pytające spojrzenie. Dała mu znak, żeby podszedł bliżej, nieco bardziej na bok chodnika.
– Tak? – spytał, znajdując się bliżej niej. Dla niego było to równie krępujące.
Rose przyglądała mu się przez krótką chwilę.
– Przepraszam cię za wszystko – westchnęła ciężko, po czym odwróciła wzrok. – Moje zachowanie wobec ciebie było bardzo niejasne... i nieuprzejme. Żałuję, że nie porozmawiałam o tym z tobą o wiele wcześniej.
Widząc ją tak skrępowaną, Jarvis nie mógł dłużej odczuwać żalu i uśmiechnął się nieśmiało.
– Już w porządku... – odparł. – Nie ukrywam, że byłem tym dosyć przytłoczony, ale jest naprawdę okay. Cieszę się, że w końcu o tym rozmawiamy.
Kąciki ust Rose uniosły się lekko w subtelnym uśmiechu ulgi. Spojrzała znów na Jarvisa.
– Więc między nami okay? – upewniła się.
– Jak najbardziej – przytaknął przyjaźnie. – Jak tak o tym myślę, to ja też mogłem nieświadomie cię zawieść. Starałem się być twoją ostoją, kiedy przychodziłaś do mnie smutna, ale chyba niezbyt pomagałem. Przyznam ci szczerze, że... bałem się ciebie. Odkąd się dowiedziałem... No wiesz.
Rose nieco zrzedła mina, na co Jarvis się zakłopotał. Doskonale wiedział, że był to jej czuły punkt i choć chciał być z nią szczery, teraz pożałował, że to powiedział. Chyba ją uraził.
– Wybacz! To był niemądry strach, ufam ci-
– Nie, Jarvis, rozumiem – przerwała mu z gorzkim uśmiechem na twarzy. – To zupełnie normalne i naturalne. Sama się siebie boję... Jestem potworem.
W Jarvisie coś zawrzało.
– Nie, Rose! – zaprotestował dosyć głośno, ale w porę zorientował się, że ściągnął tym na siebie uwagę paru przechodniów, więc poczekał, aż ich miną, ściszył głos i dopiero kontynuował. – Nie jesteś żadnym potworem. Powiedziałem ci to już i mogę powtórzyć, bo tak właśnie uważam. Nie jesteś potworem, Rose. Jesteś dobra. Masz dobre serce.
Załkała i schowała na chwilę twarz w dłoniach, a Jarvis lekko skrzywił się na myśl, że znów powiedział coś nie tak. Ona jednak wkrótce odkryła twarz i spojrzała na niego z wdzięcznością.
– Ty też masz dobre serce, Jarvis...
– No już, już... – zakłopotał się, po czym wydał z siebie cichy nerwowy śmiech. – N-nie rozklejaj się tak, zaraz chyba masz zajęcia...
– Wiem – oznajmiła Rose, przecierając oczy.
Zauważyła małe rozcięcie na swojej wrażliwej skórze, ale je zignorowała, bo za chwilę samo się zagoi jak zwykle.
– A tak zmieniając temat... – wtrącił nieśmiało Jarvis, lecz ciągnął dopiero, kiedy Rose spojrzała na niego zachęcająco. – Nie wiesz może, czy Hannah ma już najnowsze DLC do Galaktycznego Ataku, Radioaktywny wróg?
Pytanie ją zaskoczyło, ale szybko znalazła właściwy tok myślenia. Galaktyczny Atak, gra sci-fi, w którą grał też Troye – czy mówił coś o Hannie w tym kontekście?
– Hm, raczej jeszcze go nie ma – odpowiedziała Rose. – Pamiętam, jak Troye mówił, że Hannah chciałaby je dostać od niego na urodziny, bo co chwila wysyła mu jakieś sugestie.
– Och... Bo oni grają na oddzielnych kontach? – spytał, na co Rose kiwnęła głową. – A nie wiesz, czy on ma zamiar jej je kupić?
– Mówił, że ją zawiedzie, bo nie ma na nie kasy.
Jarvis odetchnął z ulgą, jakby ta wiadomość bardzo go pocieszyła. Rose przyjrzała mu się podejrzliwie.
– Rozumiem, że ty kupisz Hannie to DLC na urodziny? – spytała ze znaczącym uśmieszkiem na ustach.
– Wcześniej są Walentynki... – odparł Jarvis, ale natychmiast zarumienił się z zakłopotania.
No proszę... Rose domyślała się, że między Jarvisem a Hanną coś się działo, lecz nie wiedziała, na jakim było to etapie. Nie zamierzała jednak męczyć Jarvisa kolejnymi pytaniami, zatem tylko dodała:
– Jasne. Ja uciekam na zajęcia. Powodzenia! – po czym ruszyła dalej w swoją stronę.
~*~
Troye przewracał się z boku na bok, nie mogąc zmrużyć oka. Jeszcze za dnia, a właściwie od samego rana, odczuwał ogromny niepokój i przyspieszony puls. Momentami aż trząsł się z nerwów, ale nie potrafił znaleźć przyczyny. Pomyślał o nowiu księżyca – czyżby odczuwał emocje Rose? Brał to pod uwagę do momentu, aż sama powiedziała mu, że stresowała się wcześniej, jednak właśnie tego dnia była wyjątkowo spokojna.
Oddychał ciężko, czując kropelki potu spływające mu po twarzy. Sięgnął po butelkę wody, którą wcześniej naszykował sobie na noc, przeczuwając, że mu się przyda. Sytuacja przypominała mu inne bezsenne noce, kiedy targały nim dziwne nerwy, lecz teraz było to zdecydowanie silniejsze. Napił się nieco wody, co dało mu chwilową ulgę. Później opadł z powrotem na materac, odrzucił kołdrę i zdjął też koszulkę, bo uczucie gorąca powróciło. Usłyszał, jak Erik leżący w sąsiednim łóżku westchnął przeciągle, po czym przewrócił się na drugi bok, ale niedługo potem wstał i wyszedł z pokoju. Za chwilę wrócił i podszedł do Troye’a.
– Masz – rzekł, wyciągając coś w jego kierunku.
– Co to? – spytał Troye, nie mając siły podnieść głowę.
– Termometr. Zmierz sobie temperaturę, może jesteś chory.
Troye wziął termometr i wsunął go sobie pod pachę, a Erik usiadł na swoim łóżku.
– To nie jest normalne – odparł.
– Wiem, co masz na myśli, ale co ma to wspólnego z Rose? – obruszył się Troye, przypominając sobie, jak podczas rozmowy z księdzem Alexem Erik wytknął mu, że znał przyczynę jego problemów ze snem.
– Ona jest istotą ciemności. To tak, jakbyś spotykał się z demonem.
– Nie mów tak! – zaprotestował Troye, znajdując w sobie siłę, by poderwać się z miejsca i oprzeć się o ścianę w pozycji pół-leżącej. – Rose jest dobrą osobą, tylko nieco zagubioną. Zresztą to samo mówił twój wujek, nie wierzysz mu?
Erik prychnął cicho.
– Nie trzęś się tak, bo termometr źle zmierzy ci temperaturę – westchnął. – Mój wujek idealizuje ludzi... Cieszę się, że chce wszystkim pomóc, ale mam wrażenie, że jest zbyt naiwny i okłamuje sam siebie, jakby nie chciał widzieć pewnych rzeczy.
– Czego ma nie widzieć w Rose? Ona nie jest taka, jak ci się wydaje. Czy to jej wina, że urodziła się wampirem? Dlaczego miałaby być na wskroś zła tylko z tego powodu?
– Nie my o tym decydujemy, Troye. Widocznie Pan Bóg postanowił ją tak stworzyć i nic nam do tego.
– Brzmisz absurdalnie. Uważasz Boga za tyrana, który skazuje niewinne istoty na potępienie?
– Nie to mam na myśli...
– My chyba wierzymy w różnych Bogów. Mój Bóg jest miłosierny i kocha wszystkich, niezależnie od tego, kim się urodzili. Nikogo nie odrzuca, a jeśli ktoś odrzuci Jego, i tak daje mu kolejną szansę, by do Niego wrócił.
Erik milczał przez jakiś czas, a Troye ze smutkiem zdał sobie sprawę, że Rose miała podobny obraz Boga co Erik.
– Nie jestem przekonany, czy można to powiedzieć w kontekście wampirów – odparł ostrożnie Erik.
– Czy to przez tamtą wampirzycę, o której wspomniałeś?
Troye zauważył subtelną zmianę w wyrazie twarzy swojego współlokatora, ale nie potrafił stwierdzić, co miała ona oznaczać.
– Kiedyś ci opowiem – odrzekł w końcu, unikając kontaktu wzrokowego. – Co z twoją temperaturą?
Skoro Erik zmienił temat, Troye uznał, że nie będzie wyciągał z niego więcej informacji, mimo że był ciekawy tej opowieści. Miał nadzieję, że Erik dotrzyma słowa i wyjaśni mu wszystko pewnego dnia, a nie że powiedział tak tylko, by uciąć temat.
– 37,8 – oznajmił Troye, przyglądając się termometrowi.
Erik kiwnął głową i na prośbę Troye’a podał mu tabletkę na zbicie gorączki. Może faktycznie był tylko chory...
Tabletka jednak nie pomogła, a Troye nie zasnął ani na minutę tej nocy. Rano zamierzał pójść do lekarza, lecz gorączka zniknęła sama i – jakby ręką odjął – poczuł się zupełnie zdrowy, tylko potwornie niewyspany. Najchętniej zostałby w akademiku i odespał, do czego namawiał go też Erik, ale nie chciał tracić obecności na zajęciach z obawy, że takich nocy będzie więcej i lepiej zostawić nieobecności na gorsze czasy. Na szczęście zaczynał dziś zajęcia w południe, zatem mógł jeszcze trochę się przespać. Wziął tylko prysznic, przebrał się w czystą bieliznę, nastawił budzik i rzucił się na łóżko, po czym zasnął od razu.
Rose natomiast obudziła się w wielkim zdezorientowaniu, co podczas nowiu zdarzało się często, jako że nieraz budziła się w lesie, kilometry od miasta. Tego ranka jednak zdziwiła się najbardziej – obudziła się we własnym łóżku.
Rozejrzała się na boki, podniosła się ostrożnie i wstała na równe nogi. Okno wciąż było zamknięte. Nie zobaczyła w lustrze śladów krwi w okolicy ust ani nigdzie indziej. Dostrzegła jednak małe rozcięcie w ręce i chociaż miała do takich tendencję, wydało jej się, że była to ta sama ranka, którą zauważyła podczas wczorajszej rozmowy z Jarvisem. Nie miała jednak pewności, więc ją zignorowała i wyszła z sypialni, by rozejrzeć się po mieszkaniu. Żadnych śladów, by wychodziła... Czyżby po raz pierwszy w życiu przespała nów spokojnie? Nie mogła w to uwierzyć.
Kiedy później rozmawiała o tym z Troye’em, jej radość zmieniła się w zaniepokojenie z powodu jego stanu podczas tej nocy. On jednak uspokajał ją, że najwidoczniej przyczyną była gorączka, która wcale nie musiała być powiązana z nowiem. Rose również miała taką nadzieję, choć w duchu obawiała się, że jakimś cudem jej reakcje na nów przeszły na Troye’a. Może za sprawą ich rosnącego w siłę łącza telepatycznego? Może z powodu picia krwi z siebie nawzajem? Pożałowała, że nie dowiedziała się dokładnie, jak to działało, zanim zgodziła się na taki układ. Martwiła się, że weszli w coś niebezpiecznego, ale nie miała wystarczającej wiedzy na ten temat. Potrzebowała pomocy innego, bardziej doświadczonego wampira.
~*~
Na całe szczęście Rose zapamiętała drogę do chatki Monda, a jego specyficzny zapach upewniał ją, że zmierzała w dobrym kierunku. Wciąż była pełna wątpliwości, czy powinna go o to pytać, wahając się, na ile mogła mu zaufać, ale zamierzała zrobić to dla Troye’a. Jeśli przeoczyła jakiś istotny szczegół, musiała natychmiast to naprawić, bo nie zamierzała ryzykować jego zdrowiem i życiem.
Wkrótce dotarła na bagniska, a jej oczom ukazała się drewniana chatka zwana przez jej kuzyna Pleśnianką. Chociaż w środku paliło się światło, doskonale wiedziała o obecności Monda wewnątrz dzięki swoim wampirzym zmysłom.
Otworzył jej drzwi jeszcze zanim dotarła na werandę, najwidoczniej sam ją zauważywszy. Nie spodziewał się wizyty Rose, lecz zaprosił ją do siebie.
Usiedli przy drewnianym stole, na którym walały się różne rzeczy. Uwagę Rose przykuła niewielka karteczka z różowymi sercami. Przyjrzała się jej ze zdumieniem – był to bon na darmową kawę i ciasto dla dwóch osób do wykorzystania czternastego lutego.
– A, to, dostałem w pracy – wyjaśnił Mond, widząc, czemu Rose się przyglądała.
– Zapraszasz kogoś? – zdziwiła się.
– Nie no, co ty. Chętnie ci oddam, ale domyślam się, że nie po to przyszłaś.
Rose kiwnęła głową, ale zamilkła na chwilę, nie wiedząc, jak zadać nurtujące ją pytania. Spróbowała poukładać sobie myśli w głowie i dopiero się odezwała:
– Jak właściwie działa łącze telepatyczne pomiędzy wampirem a człowiekiem?
Mond prawie niezauważalnie zmrużył oczy w zamyśleniu.
– Niewiele wiem na ten temat – odparł, a Rose nieco opadł entuzjazm. – Słyszałem, że daje możliwość porozumiewania się w myślach pomiędzy tymi osobami. To chyba tyle.
Westchnęła. Wahała się nad zadaniem kolejnego pytania, ale Mond ją uprzedził:
– Musiałabyś spytać kogoś z wyższą rangą. Ja nigdy nie osiągnąłem tytułu mistrza i nie zamierzam – wzruszył ramionami. – Drew jest wampirzym mistrzem, on może ci więcej powiedzieć.
Na wspomnienie starszego kuzyna Rose się skrzywiła. Już miała wątpliwości, czy pytać Monda, a Drew nie spyta na pewno. Nie ufała mu za grosz.
– No nic... Dzięki – westchnęła.
– Nie ma za co. Dosłownie – odrzekł Mond.
Żałowała, że nie znała więcej wampirzych mistrzów – teraz bardzo by jej się przydał choć jeden zaufany. Był jeszcze Ethan Fitzroy, wampir z WAMPu, który kiedyś jej pomógł... ale nie była przekonana. Gdyby powiedziała o sobie i Troye’u, mogłoby wyjść na jaw, że pili z siebie nawzajem krew, a nie wiedziała, czy nie było to czasem nielegalne. Nawet jeśliby o tym nie wspomniała, wiedziała o zdolności Ethana do czytania umysłów i modyfikowania wspomnień, więc spodziewała się, że mógłby dowiedzieć się tego sam. Mogłaby jeszcze spytać księdza Alexa, skoro ten badał zachowania wampirów. Musiała to przemyśleć, bo póki co dalej nie była pewna, czy mogła mu ufać.
– Okay – oznajmiła, wstając z miejsca – będę się już w takim razie zbierać.
Miała skierować się w stronę wyjścia, kiedy poczuła obcy zapach. Stanęła nieruchomo, próbując zlokalizować jego źródło.
Przerzuciła wzrok z powrotem na stół, gdzie znalazła źródło – czarną gumkę do włosów.
– To chyba nie twoje? – spytała, wskazując przedmiot.
To pytanie zbiło Monda z tropu. Rose wróciła na swoje miejsce i przeanalizowała zapach.
– Czy ja wyczuwam jakąś wampirzycę? – zdziwiła się.
– ...tak – odpowiedział. – Ta gumka do włosów należy do Belli z rodu Dane’ów.
– Jakiego rodu?
– Dosyć znanego w wampirzym społeczeństwie... Bogata rodzina artystów, po wernisażu nawiązaliśmy współpracę.
– Wow, gratulacje! Nie jestem na bieżąco z wampirzymi realiami, ostatnio więcej przebywałam z ludźmi... – speszyła się nieco, ale wróciła do sprawy. – No dobrze, ale co jej gumka do włosów robi u ciebie?
– Wypadła jej, kiedy ostatnio tu była.
Była tu... Rose prawie opadła szczęka z wrażenia. U Monda była jakaś wampirzyca. Ciekawe.
– Tu?... U ciebie? – wykrztusiła.
– Rosie, nie zadawaj głupich pytań.
– Wybacz... – zakłopotała się. – Po prostu jestem w szoku.
Mond jednak zupełnie nie rozumiał jej zdziwienia, więc posłał jej pytające spojrzenie. Rose nie wiedziała już, jak inaczej to ująć.
– Mond, ty miałeś gościa. Dziewczynę.
– Do czego zmierzasz?
– Może opowiedziałbyś mi coś więcej?...
Westchnął w duchu, mając wrażenie, że Rose spodziewała się czegoś innego, niż faktycznie miało miejsce. Musiał sprostować:
– Chyba się nie rozumiemy, więc lepiej wyjaśnię od początku. Bellę poznałem na wernisażu, później poszliśmy na wspólny spacer, a niedawno mnie odwiedziła i trochę malowaliśmy. Tyle.
Rose przyjrzała mu się uważnie.
– Mam nadzieję, że się nie obrazisz – zaczęła ostrożnie – po prostu dziwi mnie fakt, że spędzasz z kimś czas... Pamiętam, że zawsze wolałeś być zupełnie sam.
– Jej obecność mi nie przeszkadza.
Przez moment się zawahała, ale odważyła się wysnuć wnioski:
– A może nawet... Lubisz ją, co? Może to ją zaprosisz na kawę w Walentynki?
– Co, skąd ten pomysł? – spytał, zdezorientowany.
– Dostałeś bon na dwie osoby...
– Co z tego, skoro żadne z nas nie musi jeść ani pić?
– Ale miło byłoby posiedzieć i porozmawiać we dwoje, co?
Tu się trochę zawiesił, jakby jego umysł przetwarzał jej słowa.
– Nie, ja... ona... – dukał. – Ona mogłaby to źle zrozumieć.
– Co? – Rose uniosła brwi w lekkim zdumieniu.
– Wyjście w Walentynki, w to tandetne pseudoświęto.
Tok myślenia Monda zadziwiał Rose.
– Mond, nie musisz przecież się z nią od razu żenić! – zawołała w rozbawieniu. – Wyjście na kawę z lubianą osobą to nie zaręczyny. A poza tym trafił ci się ten bon... Może to znak?
W odpowiedzi spojrzał na nią z politowaniem.
– Żaden znak, wszyscy w pracy dostaliśmy… – westchnął. – Rose, ciesz się, że nie umiem okazywać emocji, bo teraz z pewnością bym cię wyśmiał.
– No co?!
– Znamy się od niedawna, takie wyjście byłoby krępujące.
– Co z tego, skoro i tak widujecie się tylko we dwoje?
– To co innego...
– Lubisz ją?
Mond odczuł dyskomfort, nie wiedząc, co odpowiedzieć, bo sam nie rozumiał, co działo się w jego wnętrzu – a właściwie nie był pewny, czy działo się w nim cokolwiek.
– Rose, to pytanie nie jest takie proste i dobrze o tym wiesz – odrzekł w końcu. – Ja i tak nie mam pojęcia, co czuję.
– A ona lubi ciebie? – drążyła.
– Tego tym bardziej nie wiem.
Nie, to nie mogło się tak skończyć.
– A jak była tu ostatnio, zrobiła coś, co mogłoby oznaczać, że cię lubi? – spytała nieśmiało, bojąc się, że zaczęła już się naprzykrzać Mondowi tymi pytaniami.
– ...przytuliła mnie.
A jednak. Wygrała.
– No to skąd jeszcze jakieś wątpliwości? – obruszyła się. – I co?
Spojrzał na nią z niezrozumieniem, a Rose westchnęła w duchu. Okay, jeszcze raz, na spokojnie.
– Przytuliła cię, a ty co?
– ...nic.
– Nic?... Nie przytuliłeś się do niej?
– Nie.
Próbowała wyobrazić sobie tę sytuację i aż sama poczuła się niezręcznie.
– Nie patrz tak na mnie... – westchnął Mond, odwracając wzrok. – Nie potrafiłem. Nawet gdybym chciał, czego nie wiem... nie potrafiłem. Stałem tylko bezmyślnie jak sparaliżowany jej dotykiem. Nie spodziewałem się tego.
Podjęła ostrożnie jeszcze raz:
– A... było to dla ciebie miłe?
Mond zamyślił się przez chwilę, wyglądając przy tym, jak gdyby starał się odgadnąć tajemnicę wszechświata. Przypomniał sobie tamten moment, kiedy go objęła, a on zupełnie się tego nie spodziewał. Zrobiła to bardzo delikatnie, jakby bojąc się, że mogłaby go spłoszyć, jakby miał jej uciec. Kiedy wracał myślami do tej sytuacji, wciąż czuł jej dotyk na swoim ciele.
– Przede wszystkim dziwne – odrzekł w końcu. – Czy miłe? Nie wiem... Ale często o tym myślę.
– Biedna Bella... – westchnęła Rose. – Chyba pomyślała, że jej nie lubisz.
– Dlaczego miałaby tak pomyśleć?
– Nie odwzajemniłeś przytulenia... Musiała poczuć się odtrącona, pewnie myśli, że cię wystraszyła. Nie odzywała się od tego czasu?
– ...nie.
Rose poczuła zażenowanie i wstyd za kuzyna.
– Mond, no to nie zastanawiaj się dłużej i zapraszaj ją na tę kawę! – zawołała, uderzając pięścią w stół. – Teraz twoja kolej, twój ruch...
– O czym ty mówisz? – spytał Mond, lekko unosząc brwi na gest Rose.
– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – była zdumiona, jak mógł jej jeszcze nie rozumieć. – Mówię ci, ona nie wie, co myśleć, bo nie dajesz jej żadnych znaków... A wręcz możesz dawać jej znaki negatywne.
– Ona wie, jak to jest u mnie z okazywaniem emocji.
– Pewnie niezupełnie, nie zna cię tak dobrze.
Oboje się zamyślili. Rose sama nie wiedziała, dlaczego tak upierała się przy tym, żeby Bella i Mond się spotkali. Doszła do wniosku, że chyba chciała sprawdzić, czy znajomość z Bellą będzie w stanie pomóc Mondowi wreszcie rozbudzić jego uczucia.
– Okay, rób, co chcesz, ale przemyśl to – odezwała się po chwili ciszy. – Kolejna taka szansa może nie trafić się szybko, a bon jest idealnym pretekstem do spotkania.
– Dobrze, przemyślę to – obiecał. – Myślisz, że ona naprawdę uważa, że... jej nie lubię?
– Myślę, że na ciebie czeka.
~*~
W istocie, po ostatnim spotkaniu z Mondem Bella Dane czuła takie zażenowanie swoją osobą, że wstydziła się poczynić jakikolwiek gest w jego stronę, nawet jeśli ciągle jej na nim zależało. Siedziała w swoim ulubionym miejscu w rodzinnej rezydencji, obserwując wodospad i modląc się w myślach, jak to miała w zwyczaju.
„Panie Boże, zabierz ode mnie to zawstydzenie, bo ja już z nim nie wytrzymuję...” – pomyślała gorzko. – „Po co ja go przytulałam? Za wcześnie, niedawno się poznaliśmy! Ale ja jednak jestem głupia...”. Poczuła ukłucie w środku. Widok na wodospad czasem sprawiał, że miała ochotę próbować modlitwy, choć nie miała pewności, czy ktokolwiek po drugiej stronie ją słyszał.
Wtedy zadzwonił jej telefon i aż zamurowało ją na widok wyświetlacza. Dzwonił właśnie Mond. Spanikowała i zastygła w bezruchu, wgapiając się w ekran. Połączenie się skończyło, nie odebrała. Bała się, że chciał zakończyć ich znajomość, nawet jeśli ten strach wydawał jej się bezpodstawny. Przypomniała sobie jego ciche „dziękuję”, kiedy tamtego wieczoru odchodziła. Minęły prawie dwa tygodnie...
Mond zadzwonił jeszcze raz. Wzięła głęboki oddech i odebrała... A potem zaniemówiła.
W życiu nie spodziewałaby się, że Raymond Elliot zaprosi ją do kawiarni w Walentynki. Na szczęście odzyskała język w porę, by mu odpowiedzieć.
Tak oto parę dni później gnała do kawiarni spóźniona na spotkanie i zażenowana sobą jeszcze bardziej. Kiedy wreszcie dotarła, jego tam nie było. Poczuła nieprzyjemny ciężar na żołądku. Czyżby właśnie wszystko zepsuła? A może jednak wcale nie chciał się z nią spotkać i nie przyszedł?
Rozejrzała się raz jeszcze, ale Mond nie pojawił się magicznie przy jednym ze stolików, więc zwiesiła głowę i z impetem odwróciła się, by udać się w drogę powrotną, gdy nagle na kogoś wpadła. Oczywiście, że był to Mond.
– Ehym, wybacz za spóźnienie – odchrząknął.
– Nic się nie stało, też właśnie przyszłam – przyznała nieśmiało, czując ogromną ulgę.
Była to kawiarnia, gdzie Mond pracował jako kelner, ale dzisiejszego wieczora miał wolne. Zaprowadził Bellę do zarezerwowanego dla nich stolika. Nie spoufalał się z nikim z pracy, jednak jego współpracownicy zaciekawili się na wieść, że zamierzał kogoś zaprosić. Nigdy nic im o sobie nie mówił, zatem poczuli się zaintrygowani.
Kiedy jedna z kelnerek zobaczyła ich razem przy stoliku, natychmiast pognała ich obsłużyć. Mond zauważył ją, zanim podeszła – była to Onyks Thompson, wysoka i smukła dziewczyna o czarnych włosach przyciętych na długość żuchwy oraz błękitnych oczach. Przywitała się z Mondem, który następnie przedstawił jej Bellę, a później oświadczył, że chcieli wykorzystać bon walentynkowy. Oboje zamówili po filiżance cappuccino i bezie z kremem i owocami, a zamówienie dostali niemal od razu.
Bella dłubała nerwowo widelcem w cieście, nie wiedząc, co mówić. Zapanowała pomiędzy nimi niezręczna cisza, podczas której okazjonalnie zerkała na Monda. Założył dzisiaj błękitnoszarą koszulę i dżinsy, w dolnej wardze jak zwykle nosił kolczyk, a jasne włosy same układały się w niemal artystycznym nieładzie. Bella natomiast ubrała się w koszulową sukienkę w zielono-granatową kratę oraz trampki, a część włosów spięła do tyłu.
– Jadasz w ogóle czasem jakieś desery? – Mond zaczął temat, a Bella ucieszyła się w duchu, że nawiązali rozmowę.
– Od czasu do czasu, ale bezy jeszcze nigdy nie jadłam – odparła. – Ufam, że jest dobra, skoro ją polecałeś – uśmiechnęła się.
– Och, właściwie... – zakłopotał się nieco. – Było to pierwsze w kolejności alfabetycznej ciasto na liście... Sam też nigdy jej nie jadłem.
– Ach... No więc możemy spróbować razem i ocenimy! – oznajmiła Bella, nabierając nieco ciasta na widelczyk. – Gotowy? Trzy, cztery!
Oboje spróbowali ciasta w tym samym momencie, zastanawiając się nad jego smakiem.
– Słodkie – ogłosił Mond i spojrzał na Bellę.
Miała trochę kremu na nosie. „To też jest słodkie… Chyba” – pomyślał, po czym pokazał jej, by wytarła nos. Ona w zakłopotaniu chwyciła gwałtownie serwetkę, przewracając przy tym mały plastikowy wazon ze sztucznymi kwiatami stojący dotąd na stole.
– Matko kochana... – jęknęła.
Sięgnęła dłonią, by postawić wazon z powrotem, a wtedy Mond dotknął jej przypadkowo swoją dłonią. Natychmiast ją zabrał, jakby doszło między nimi do jakiegoś zwarcia.
– Nic nie szkodzi... – odparł cicho, kładąc sobie obie ręce na kolanach.
Bella poprawiła wazon z kwiatami i nerwowo wytarła nos. Kilka kolejnych chwil znów przesiedzieli w ciszy.
– Moja starsza siostra Pauline zawsze mi powtarza, że mam dar do rozbijania się... – westchnęła, zażenowana. – Ma rację, jestem strasznie niezdarna.
– Wszyscy w twojej rodzinie to artyści? – Mond zmienił temat, nie mogąc patrzeć, jak Bella sama się zadręczała.
– Tak, ale każdy właściwie zajmuje się czymś innym – odrzekła, wyraźnie ucieszona nowym wątkiem rozmowy. – Mój tato jest muzykiem, a mama malarką. Muzyką zajmują się jeszcze mój najstarszy brat Calum oraz najmłodsza siostra Juliet. Nie jest nawet pełnoprawną wampirzycą, ale ma dziewiętnaście lat, więc niedługo się nią stanie – dodała z ciepłym uśmiechem. – Moją najstarszą siostrą jest właśnie Pauline, tancerka. Jest młodsza od Caluma, ale starsza od mojego starszego brata Liama, który też maluje. Mam jeszcze jedną młodszą siostrę, Lily, ona zajmuje się pisaniem.
– Czekaj, muszę to sobie poukładać – oznajmił Mond, marszcząc lekko czoło w zamyśleniu. – Popraw mnie, jeśli powiem coś nie tak. Tata muzyk, mama malarka. Pierwszym z rodzeństwa jest Calum, muzyk. Potem Pauline, tancerka... Liam, malarz. Potem jesteś ty, fotograf... Lily, pisarka i Juliet, muzyk.
– Brawo! – zaśmiała się Bella. – Może kiedyś będziesz miał okazję ich poznać, w końcu mamy współpracę. A ty masz starszego brata, tak?
Kiwnął głową, nabierając kolejny kawałek bezy na widelczyk.
– Ma na imię Drew – dodał. – Mam jeszcze młodszą kuzynkę, Rose. O, właśnie... – przypomniał sobie, by zaraz potem sięgnąć do kieszeni, wyjąć z niej coś i wyciągnąć w stronę Belli. – Upadło ci ostatnio.
Wzięła od niego swoją gumkę do włosów i założyła sobie na nadgarstku. Resztę wieczoru przesiedzieli w kawiarni, gawędząc głównie o swoich rodzinach. Właściwie zdecydowanie częściej odzywała się Bella, ale Mondowi to nie przeszkadzało. Z uwagą słuchał wszystkich opowieści o jej rodzeństwie, obserwując, jak ciepło wspominała każde z nich. Przypomniał sobie, jak mówiła o swoim wrażeniu, że nie pasowała do swojej rodziny, a jednak musiała mieć z nimi silną więź, skoro tak ochoczo i przyjaźnie o nich opowiadała.
Kiedy opuścili kawiarnię, Mond zdał sobie sprawę, że wcale nie chciał jeszcze żegnać się z Bellą, bo spędził z nią zaskakująco miło czas, dlatego zaproponował, że odprowadzi ją do głównej drogi, od której oboje mieli już ruszyć wampirzym sprintem w swoje strony. Pomyślał też, że musiał podziękować Rose, bo gdyby nie rozmowa z nią, to pewnie sam nie zaprosiłby Belli.
– Dziękuję za ten wieczór, było bardzo przyjemnie – oznajmiła Bella, kiedy znaleźli się u celu.
– Ja również dziękuję – odparł Mond, kiwając głową, jednak wyraz jego twarzy jak zwykle pozostawał poważny.
Bella uśmiechnęła się ciepło. Nadszedł czas pożegnania, a ona znów miała ochotę przytulić go na odchodne, ale nie wiedziała, jak zareaguje. Rozłożyła tylko nieśmiało ręce, posyłając mu pytające spojrzenie, w którym od razu odczytał wiadomość.
– Bella... – szepnął w zakłopotaniu. – Jeszcze nie...
– Hm? – nie dosłyszała.
– Jeszcze nie. Pewnego dnia cię przytulę... ale jeszcze nie dzisiaj.
Zamrugała dwukrotnie ze zdziwienia, przyglądając mu się badawczo. Co miały znaczyć te słowa?
– N-nie musisz mnie wcale przytulać, ja tylko... – speszyła się, opuszczając ręce. – Pomyślałam, że tak będzie miło, ale jeśli nie chcesz, to ja zrozumiem.
– Nie o to chodzi...
Zmarszczyła czoło w niezrozumieniu, a Mond dostrzegł też lekkie zmarszczki na jej nosie, kiedy tak analizowała jego wypowiedź.
– Sam nie potrafię tego do końca wytłumaczyć – odrzekł. – Mam problem z emocjami, to pewnie dlatego. Ale ja... chcę się z tym uporać... I pewnego dnia cię przytulę, Bella. Obiecuję.
Te słowa, choć w pierwszej chwili brzmiały dziwnie, rozbudziły w Belli ciepło i nadzieję. Zapamiętała je bardzo dobrze.
~*~
Rose umierała z ciekawości, jak Mondowi i Belli mijał wieczór, ale obiecała nie odwiedzać kawiarni ani nie plątać się w pobliżu, o co prosił ją Mond. Rozumiała, że nie chciał czuć jeszcze większego stresu, o ile oczywiście go odczuwał, bo wyglądał na raczej niewzruszonego, lecz to akurat był u niego standard. Postanowiła zatem skupić się na Troye’u, z którym wyszła na wieczorny spacer, zanim pójdą do niej.
Byli zgodni co do tego, że czuliby się niekomfortowo w przesłodzonym, typowo walentynkowym nastroju, a więc postanowili spędzić ten dzień ze sobą jak każdy inny. No, poza upominkami. Rose niosła właśnie bukiet czerwonych róż, które Troye wręczył jej na początku spaceru, myśląc o czekającym w jej mieszkaniu prezencie dla niego. Może i przesadziła, bo najnowsze DLC do Galaktycznego Ataku było zbyt drogie jak na upominek, ale już wyobrażała sobie, jak się na nie ucieszy. Dowiedziała się, że ponieważ on i Hannah grali na osobnych kontach, to i tak musieliby kupić je dwa razy, skoro można było przypisać je tylko do jednego.
– Mam nadzieję, że ostatnio już dobrze się czułeś? – spytała ze zmartwieniem w głosie. – Żadnych nerwów, podwyższonej temperatury?
– Ostatnio jest lepiej – zapewnił Troye z ciepłym uśmiechem na twarzy. – Kilka dni temu czułem tylko lekkie mdłości przez prawie cały dzień, ale od tego czasu nic szczególnego się nie wydarzyło. Nie mam pojęcia, co to jest, może pójdę do tego lekarza...
– Może jesteś w ciąży? – zażartowała niewinnie Rose.
Troye się roześmiał.
– To pewnie przez ten komputer! – dodał. – Tak by powiedziała moja babcia.
– Za dużo Galaktycznego Ataku? Kosmici cię porwali i zapłodnili?
– Takie rzeczy raczej w Simsach.
Szli dalej, żartując i śmiejąc się, aż Troye nagle się zatrzymał. Rose przestraszyła się, że znowu coś się z nim działo, ale odparł tylko:
– Ann. Chyba widziałem Ann!
Rose poruszyła nozdrzami, analizując teren. Faktycznie, w pobliżu unosił się zapach Hanny i jeszcze jeden znajomy...
Cofnęli się o kilka kroków i zobaczyli, że w ogródku przy jednej z pobliskich kawiarni siedzieli Hannah i Jarvis, trzymając się za ręce. Troye’a zamurowało, a Rose w duchu wydała z siebie triumfalny okrzyk, bo chociaż nie przepadała za Hanną, cieszyła się na widok szczęśliwego Jarvisa. Jeszcze nie widziała u niego takiego spojrzenia – były to prawdziwe maślane oczy.
Troye pomyślał, że Hannah musiała być naprawdę skupiona na Jarvisie, skoro nie zauważyła go do tej pory. Zwykle nie dało się przejść obok niej bezszelestnie, bo interesowała się absolutnie wszystkim dookoła niej. Najwidoczniej teraz była dla odmiany zainteresowana tylko Jarvisem, a Troye nie pamiętał, by jego siostra kiedykolwiek skupiła się na czymś bądź na kimś całkowicie. Już miał ruszyć w ich stronę, ale Rose pociągnęła go za ramię.
– Zostaw ich – szepnęła.
– Ale... No patrz, słowem się nie odezwała, że przyjeżdża tu na weekend!
– Bo nie przyjechała do ciebie, tylko do Jarvisa.
– Moment... To znaczy, że nocuje też u niego?
– Troye, błagam cię, dajmy im spokój! – westchnęła Rose, odciągając go dalej.
Ze zdezorientowania Troye zapomniał, jaką miała siłę jako wampirzyca i prawie się przewrócił. Poszedł za nią posłusznie.
– Spokojnie – odparła, gdy byli już nieco dalej. – Jarvis to dobry i delikatny chłopak, nie skrzywdzi Hanny.
– Wiem – mruknął Troye, po czym westchnął. – Znam swoją siostrę... Ja się tu bardziej o Jarvisa boję.