poniedziałek, 10 czerwca 2024

~Rozdział XX~

Nie było już nadziei. Nieważne, jak daleko się znalazła. Nieważne, jak mocno chciała zapomnieć. Nieważne, jak wiele rzeczy robiła, by to przerwać. Rose wciąż nie mogła wymazać Troye’a ze swojej podświadomości.

Był z nią, gdy wybiegła w pole, gdy próbowała zasnąć, gdy żywiła się krwią przypadkowych przechodniów. Czuła jego tęsknotę, gniew, strach, smutek – czuła to wszystko. Czuła jego miłość. Przed oczami wyraźnie widziała jego promienną twarz.

Kocham cię – słyszała jego stanowczy, lecz czuły głos, gdy powiedział jej to po raz pierwszy.

Poczuła jego troskę, współczucie, chęć zaopiekowania się nią. Jego emocje były tak silne, że przeżywając je za niego, łzy zaczęły płynąć jej z oczu. Całą sobą czuła, że mówił to zupełnie szczerze.

Gdy się śmiejesz, chcę się śmiać wraz z tobą. Gdy płaczesz, chcę cię objąć i ukoić. Gdy cierpisz, chcę dzielić z tobą cierpienie – słowa odbijały się echem w jej umyśle. Gdyby tylko wiedziała, że naprawdę tak się stanie. – To miłość… bo cóż innego?

Usłyszała donośne bicie serca, co sprawiło, że złapała się za klatkę piersiową. Miała wrażenie, jakby doświadczała bijącego serca Troye’a.

Będę przy tobie, ilekroć mnie wezwiesz.

Załkała, błagając własny umysł o litość. Troye przepełnił ją miłością, której nie potrafiła objąć. Miała wrażenie, że jeszcze jedna kropla, a się rozpadnie. Był w stanie wlać w nią cały ocean swej miłości, podczas gdy ona nie mogła zaoferować mu nawet kropli. Bolało jeszcze mocniej, niż się spodziewała.

Zakręciło jej się w głowie i musiała podeprzeć się o najbliższe drzewo. Była wycieńczona. Nie wiedziała już, ile minęło czasu, ale szła przed siebie na oślep, już na boso, w podartym ubraniu, z zadrapaniami na ciele oraz plamami cudzej krwi na twarzy. Dawno już niefarbowane włosy były w większym stopniu jej naturalnego koloru – brudnego blondu. Spojrzenie miała dzikie i nieprzytomne, twarz przeszytą długotrwałym zmęczeniem. Przejechała kciukiem po ustach, dolna warga była lekko pęknięta. 

Jak to możliwe? Dlaczego była tak słaba, skoro piła krew jeszcze częściej niż przedtem? Miała wrażenie, że nic nie było w stanie ją nasycić. Co miała zrobić i gdzie się podziać? Udać się do Ethana? Nie... Nie mogą jej odebrać Troye’a, będzie go bronić całą swoją siłą. Wrócić do niego? I co dalej, mają żyć tak, jak gdyby nic się nie wydarzyło? Co prawda dała mu słowo, jednak… może lepiej byłoby, gdyby nie wracała nigdy.

 

~*~

 

Posiadłość rodziny Dane’ów piętrzyła się malowniczo na wzgórzu obrośniętym strzelistymi iglastymi drzewami. Był to nowoczesny budynek, którego kondygnacje rozpościerały się na różnej wysokości, jak gdyby same wyrastały ze wzgórzy. Wrażenie to było wzmożone przez wygląd elewacji przeplatającej ze sobą podobny do wzgórz kamień oraz ciemne drewno. Całość dopełniał znajdujący się naprzeciwko wodospad prezentujący czysty majestat oraz potęgę wody spływającej w dół z władczym szumem.

Stojąc w dole u fundamentów budynku przed stromymi kamiennymi schodami, Raymond dziwił się ilością i wielkością okien. Doskonale rozumiał chęć podziwiania dzikich krajobrazów natury na co dzień, lecz zastanawiał się, jak wampirzy domownicy mogli czuć się dobrze przy takim natężeniu światła słonecznego, jakie potężne okna zapewne wpuszczały do środka. Czy miały szyby z jakiegoś specjalnego rodzaju szkła? Sam niebawem się przekona, gdy tylko przekroczy próg posiadłości.

Towarzyszyli mu rodzice, ponieważ Scarlett chciała osobiście przedyskutować warunki dalszej współpracy i promocji dzieł jej syna. Wszyscy troje byli elegancko ubrani, ale Mond nie zgodził się już na eksperymenty z jego fryzurą. Miał na sobie klasyczny czarny garnitur oraz białą koszulę bez żadnych dodatków. Jeśli miał się ubrać oficjalnie, wolał więcej nie wkładać na siebie niewygodnych ekstrawaganckich kreacji. Podobny garnitur nosił jego ojciec z tą różnicą, że włożył również srebrny krawat, natomiast Scarlett nadrabiała pysznością za męża i syna – zdecydowała się bowiem na jedwabną suknię z dekoltem ozdobionym błyszczącymi cekinami oraz rozłożystymi falbanami zdobiącymi dół stroju. Suknia była w kolorze odpowiadającym jej imieniu – szkarłatnym. Kreację uzupełniały złota kolia oraz długie kolczyki zwieńczone rubinami. Ani Marvin, ani Raymond nie chcieli nawet myśleć, coby się stało, gdyby strój uległ poplamieniu w trakcie kolacji.

Oszklone wrota do rezydencji otworzyła im roześmiana kobieta, w której od razu rozpoznali panią domu, Kiarę. Miała lśniące ciemnobrązowe włosy ułożone w eleganckie fale, a ubrana była w długą sukienkę o prostym kroju, wykonaną ze zwiewnego materiału w wielokolorowe plamy przypominające kwiaty. Na prawej ręce nosiła bransoletkę z koralikami w barwach odpowiadających sukni. Scarlett nieco zdziwiła się na jej widok – myślała, że pani domu włoży na siebie coś prawie dorównującego jej kreacji, a tymczasem jej strój sprawiał, że nie wiedziała, czy Kiara Dane nie traktuje ich zbyt lekceważąco.

– Witajcie, moi drodzy – powitała ich Kiara, gestem dłoni zapraszając całą trójkę do środka.

Gdy tylko przekroczyli próg, Scarlett obejrzała się nerwowo. Nad drzwiami wisiał krzyż, jednak powstrzymała się, by oznajmić, że od samego widoku krzyża boli ją głowa.

– Miło nam was dzisiaj ugościć – odezwał się Harrison Dane, pan domu stojący w holu. – Mamy nadzieję, że dobrze się u nas poczujecie.

Miał niski głos o ciepłej barwie i uśmiechał się równie przyjaźnie co jego żona. Nosił granatowy garnitur oraz białą koszulę, w której trzy górne guziki były luźno rozpięte. Miał krótko przystrzyżone, czarne kędzierzawe włosy i zarost.

Hol był ozdobiony czarnym marmurem i nowoczesnymi rzeźbami. Kiara i Harrison zaprowadzili swoich gości do podłużnego pomieszczenia z długim stołem wykonanym z ciemnego drewna, skąd dochodził przyjemny zapach. Przy krzesłach stała cała gromada wampirów, z których Mond rozpoznawał jedynie Bellę.

Miała na sobie kremową koszulę z szerokimi rękawami wpuszczoną w szmaragdowoniebieskie spodnie z wysokim stanem. Pomiędzy płatami szerokiego kołnierza koszuli wisiał srebrny naszyjnik z krzyżem. Jej włosy były rozpuszczone i lekko połyskujące, a w lewym uchu miała cztery czarne kolczyki. Na jej widok Mond wydał z siebie niezrozumiałe ciche westchnięcie, które zaraz począł analizować. Bella w odpowiedzi uśmiechnęła się ciepło, ciesząc się z jego obecności.

Po powitaniu wszyscy zasiedli do stołu – Marvin i Scarlett obok Harrisona i Kiary, a Mond obok Belli. Nie czuł się zbyt komfortowo, gdy jej rodzeństwo przyglądało im się badawczo, a najbardziej czyniły to dwie wampirzyce siedzące tuż naprzeciwko.

Bezpośrednio naprzeciw niego siedziała drobna dziewczyna o młodej twarzy i długich kędzierzawych ciemnobrązowych włosach splecionych w dwa warkocze. Była ubrana w sukienkę z krótkim rękawkiem sięgającą przed kolano, z czerwonego materiału w białe kropki, oraz czarne baleriny. Jej pełne usta były pociągnięte czerwoną szminką, a w uszach miała perłowe kolczyki. Mond zastanawiał się, czy to była Juliet, którą Bella określiła jako swoją najmłodszą siostrę, jeszcze niepełnoprawną wampirzycę. Obok niej siedziała smukła dziewczyna o czarnych włosach zaplecionych w drobne warkoczyki, upiętych w wysoki kucyk, i grzywkę na bok. Nosiła bladoróżową sukienkę zdobioną koronką u dekoltu i buty na obcasie w połyskującym odcieniu zbliżonym do sukienki. Również miała perłowe kolczyki, a także jasną szminkę i cień do powiek w perłowych barwach. Mond nie rozumiał, dlaczego obydwie zerkały na nich tajemniczo i posyłały sobie znaczące uśmiechy.

Kiara poprosiła gości o odkrycie swoich dań – każdy zdjął pokrywę ze swojego talerza, odsłaniając ciepłą, wykwintną potrawę składającą się z pulpetów z czarnej soczewicy i kaszy gryczanej w sosie curry. Dane’owie zatem zaliczali się do wampirów lubiących kosztować ludzkie potrawy dla samego smaku, nie wartości odżywczej. Wspominali, że nie jadali codziennie – tylko w uroczystości i co niedzielę w ramach rodzinnej tradycji.

Zanim przystąpili do posiłku, wszyscy Dane’owie automatycznie uczynili znak krzyża, a Kiara odmówiła krótką modlitwę, dziękując za posiłek i prosząc o błogosławieństwo. Scarlett spojrzała na nią jak na osobę niespełna rozumu, jednak jej ciche prychnięcie pogardy zostało zatuszowane przez głosy pozostałych domowników dołączających do modlitwy. Mond spojrzał na matkę, a później na drzwi do jadalni, nad którymi również wisiał krzyż. Dlaczego ten widok przywodził niemiłe wrażenie bycia obserwowanym?

– Harrison, rusz no się do barku! – zaśmiała się Kiara, czule klepiąc męża po ramieniu.

– Oczywiście! – zawtórował jej pan domu, wstając od stołu i proponując gościom różne alkohole.

Niedługo potem wrócił z kilkoma butelkami i nalał wszystkim do kieliszków wybrane przez nich trunki. Przy okazji pytania o to, kto na co reflektował, Mond poznał imiona zgromadzonych – wampirzycą w czerwonej sukience w istocie była Juliet, natomiast siedzącą obok niej siostrą okazała się Lily.

Jedynymi niepijącymi osobami byli Mond i Pauline, którą skojarzył z opowieści Belli jako najstarszą siostrę będącą zawodową tancerką. Była smukła i dostojna, miała surowy wyraz twarzy oraz bystre ciemne oczy. Jej ciemnobrązowe włosy połyskiwały elegancko i były splecione w warkocz opadający na lewe ramię. Nosiła fiołkową aksamitną sukienkę z odsłoniętymi ramionami, zwiewnymi rękawami sięgającymi przed łokieć oraz gumką w pasie. Rąbek sukienki był wykończony białą koronką, a na stopach miała srebrne buty na płaskim obcasie. Co chwila komentowała wypowiedzi uczestników rozmowy, sprawiając wrażenie, jak gdyby chciała podkreślić swoje liczne zainteresowania i obeznanie w niemalże każdym temacie.

Drugi najstarszy brat Belli, Liam, zajmował miejsce pomiędzy Juliet a Pauline siedzącej naprzeciwko Scarlett i lustrującej jej nad wyraz zdobiony strój. Liam był ubrany w czarny, obcisły golf, czarne spodnie od garnituru oraz rozpiętą szarą marynarkę. Jego czarne lśniące włosy były proste i zaczesane do góry. Sprawiał wrażenie pogodnego – dużo żartował i co jakiś czas wskazywał na zawieszone na ścianach jadalni obrazy, tłumacząc, czy zostały wykonane przez niego czy Kiarę, opowiadając przy tym różne anegdoty z procesu ich tworzenia. Zagadywał Monda, sprawdzając jego reakcję czy interpretację danych dzieł, na co on jednak głównie tylko kiwał głową bądź krótko komentował z uprzejmą pochwałą. Scarlett natychmiast ruszała z względnym ratunkiem, opiewając prace Dane’ów aż do przesady, w czym czuć było egzaltację i chęć przypodobania się.

Zachwyt Scarlett z przekąsem obserwowali szczególnie Pauline i najstarszy potomek Dane’ów – Calum siedzący obok niej. Miał ciemnobrązowe kędzierzawe włosy sięgające ramion i małą kozią bródkę. Był ubrany w czarne garniturowe spodnie, szarą koszulę z czarną muchą oraz purpurową marynarkę z czarnym kołnierzem.

Lily i Juliet nie przestawały obserwować Bellę i Monda, co chwila zerkając na siebie porozumiewawczo. Mond czuł na sobie ich spojrzenie, gdy sięgał po widelec czy serwetkę, gdy się odzywał, gdy pił wodę, a już szczególnie gdy patrzył w stronę Belli lub coś do niej mówił. Bella zdawała się specjalnie ignorować siostry, świadoma ich obserwacji.

Wkrótce obie zgłosiły się do przyniesienia deseru i opuściły jadalnię, jak gdyby tylko czekały na ten moment. Udały się do eleganckiej kuchni, skąd było słychać gwar przy stole, jednak mówiły cicho mimo podekscytowania.

– No i co widziałaś? – spytała Lily, ledwo utrzymując ściszony ton.

– Oczy Belli iskrzą różem i srebrem, gdy na niego patrzy! – Juliet pisnęła najciszej, jak potrafiła, wyjmując ciasto z lodówki. – Jest po uszy zakochana, to takie urocze!

– A on?

Juliet nadęła policzki.

– Z nim mam pewien problem… – westchnęła w zamyśleniu. – Ledwo cokolwiek dostrzegam, jakby odczuwał tylko króciutkie strzępki emocji.

– Może po prostu za mało go znasz?

Juliet pokręciła głową.

– To bardziej jak migawki… ciężko mi to wyjaśnić.

Siostry pokręciły się jeszcze trochę po kuchni, analizując gesty i mimikę Monda i Belli, aż Harrison nie zawołał ich z rozbawieniem.

Na stół podano wyśmienite ciasto czekoladowe, a rozmowa przybrała bardziej biznesowy charakter. Scarlett i Kiara żywo konwersowały na temat klientów zainteresowanych obrazami Monda, konkretnych zleceń oraz możliwości kolejnych wernisaży. Już od samego słuchania o wielkich planach Mond poczuł ogromne zmęczenie. Miał przechodzić przez cały ten proceder od początku i to wielokrotnie? Wolał zaszyć się w swojej zapleśniałej chatce na bagnach. Niech ktoś po prostu odbiera od niego obrazy i zrobi resztę.

Później Kiara zaproponowała odpoczynek w salonie i muzykę na żywo. Gospodarze i goście udali się więc do przestronnego pomieszczenia z pięknym widokiem na las i kawałek wodospadu nieraz wspominanego Mondowi przez Bellę.

Harrison chwycił skrzypce, Calum ujął wiolonczelę, a Juliet zasiadła do fortepianu. We trójkę zagrali kilka utworów, co w połączeniu z pięknem natury za szybą było ucztą dla duszy. Mond mógł doskonale zrozumieć, dlaczego Dane’owie zdecydowali się na tak szerokie okna w swoim domu.

W jednym z granych utworów Scarlett rozpoznała instrumentalną wersję jakiejś pieśni kościelnej, choć nie mogła skojarzyć tytułu. Westchnęła ze znużeniem, wpatrując się w kolejny krzyż zawieszony nad wejściem do pokoju, po czym nonszalancko odrzuciła jedną z falban swej sukni.

– Doprawdy, nie pomyślałabym, że na świecie istnieje jakaś chrześcijańska rodzina wampirów… – zaczęła, a Marvin wyraźnie się zestresował.

– Czy to aż takie dziwne? – zaśmiała się Kiara.

– Och, powiedziałabym nawet, że jest to oksymoron! – zawołała Scarlett z dwuznacznym uśmiechem.

– Czyżby? – wtrąciła Pauline, wyraźnie zaciekawiona tym tokiem rozumowania.

– Przyznam, może to brzmieć szokująco – podjął łagodnie Harrison – lecz w gruncie rzeczy każdy ma prawo wierzyć, w co chce.

 Tak jak niepolujące wampiry? – zauważył Liam z szerokim uśmiechem. – Coś w tym może być, jednak to też kwestia wyboru, prawda?

Było w nich pewne zdenerwowanie, ale i strategia – jak gdyby doświadczyli różnych komentarzy i już doskonale wiedzieli, jak sobie z nimi poradzić.

– Och, to jest… – odparła Scarlett, lecz przerwała jej Pauline:

– Godne podziwu? Często to słyszymy!

– Piękny jest ten wodospad – oznajmił nagle Marvin, podchodząc do okna.

– Och tak, jest wspaniały! – zaszczebiotała Juliet. – Prawdziwy cud Stwórcy, tak go nazywamy.

– Bella opowiadała, że jest piękny, lecz zobaczyć go na żywo to zupełnie co innego – wtrącił Mond, stając obok ojca.

Jego komentarz rozluźnił napięcie, bo nikt też nie spodziewał się, że to on zabierze głos. Juliet i Lily znów wymieniły porozumiewawcze spojrzenia.

– Jeszcze lepiej wygląda z pokoju na górze – odparła Bella, uśmiechając się nieśmiało. – Chciałbyś… zobaczyć?

Odwrócił się w jej stronę, czując na sobie wyczekujące spojrzenia wszystkich zgromadzonych. Wyrwać się z towarzystwa tylko z nią? Do tej pory nawet nie odczuwał, jak bardzo tego potrzebował.

– Z chęcią – odrzekł jak zwykle bezbarwnie.

Bella skinęła głową i wyszła z Mondem z salonu, zostawiając wszystkich pełnych podejrzeń.

Udali się piętro wyżej do niewielkiego, jasnego pomieszczenia. Był to gabinet z drewnianą podłogą, meblami z drewna i szarej płyty oraz wielkim oknem z widokiem wprost na wodospad. Ściany były kremowe, a jedna z nich wykonana z szarego kamienia. Tuż pod oknem znajdowało się siedzisko, do którego Bella zaprowadziła Monda.

– To moje ukochane miejsce w całej rezydencji – oznajmiła.

Przedstawiając mu ten mały pokój, promieniowała radością i osobliwym zawstydzeniem, jakby pokazywała mu fragment siebie. Mond zdjął marynarkę, a następnie podszedł do okna, wkładając dłonie w kieszenie spodni. Wpatrywał się w majestat żywiołu jak zahipnotyzowany.

– Gdy tu siadam… – ciągnęła Bella, wskazując na miejsce pod oknem – czasem staram się modlić. To może zabrzmieć głupio, ale… próbuję sobie wyobrazić Boga w potędze wody. Nie wiem, czy to zgodne z wiarą, jednak gdy tu przychodzę i widzę wodospad, wątpliwości nagle znikają i myślę, że tylko Bóg mógł stworzyć coś tak pięknego.

Mond przyjrzał jej się badawczo. Gdy to mówiła, wpatrywała się w wodospad z oczarowaniem. Była szczera w swoich emocjach – to dopiero było dla niego prawdziwym pięknem. Zwykłe przygasłe, zmęczone oczy obserwowały strugi wody z błyskiem i fascynacją. Widział w niej pasję – po raz pierwszy, odkąd ją poznał.

Stali tak w ciszy, aż Bella wreszcie odważyła się na niego spojrzeć i niezmiernie zakłopotała się tym, że jej się przyglądał. Błysk pasji zniknął z jej oczu, ustępując miejsca zażenowaniu.

Zaśmiała się nerwowo.

– Głupie, prawda?

– Nie – zaprotestował natychmiast Mond stanowczo, co ją zdziwiło. – To bardzo inspirujące. Chciałbym patrzeć na coś tak, jak ty patrzysz na ten wodospad.

Przełknęła ślinę w zdumieniu, po czym szczerze się uśmiechnęła, powodując w nim dziwne przeczucie, że patrzył na nią w ten sam sposób. „Tylko Bóg mógł stworzyć coś tak pięknego” – jej słowa rozbrzmiały w jego umyśle, gdy ją obserwował.

Czy to było prawdziwe? Przecież nie uśmiechał się tak jak ona, jego oczy dawno straciły blask, a ton jego głosu pozostawał obojętny. Jednak coś – jak niewidzialna siła – pchnęło go, by wyciągnąć dłoń w jej stronę i chwycić jej rękę.

Zaskoczona, spojrzała to na niego, to na ich dłonie. Sam nie rozumiał, dlaczego to zrobił, ale wcale nie chciał jej puszczać. Stał naprzeciwko i niezmiennie wpatrywał się w nią z zadumą. Choć jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, poczuła wrażenie ciepła przepływającego przez jej ciało.

Z początku onieśmielało ją, jak stanowczo się jej przyglądał, jednak dobrze znała to uczucie, gdy nie można było oderwać od czegoś wzroku. Spojrzała równie pewnie w jego granatowe oczy przypominające jej nocne niebo i splotła ich palce w czułym uścisku. Mond mimochodem pogłaskał wierzch jej dłoni kciukiem, co było niezmiernie przyjemne.

Nie wiedzieli, jak długo tak stali, po prostu trzymając się za ręce i patrząc sobie w oczy, ani kiedy dokładnie usiedli przy oknie i zaczęli wspólnie obserwować wodospad. Nie puścili swoich dłoni, ani im się śniło. Woda spadała majestatycznymi kaskadami, co przywiodło Mondowi na myśl długie włosy Belli. Gdy siedzieli tak blisko siebie, jeden z ich kosmyków delikatnie łaskotał go w przedramię. Lubił, gdy przypadkowo wplątywał się w jej włosy, gdy poprawiała inne kosmyki nachodzące jej na czoło. Pachniała miodem i lawendą.

Bella wsłuchiwała się w szum wody stłumiony przez szybę. Uczucia, które zrodziły się w niej wobec Monda, mimo jej woli, początkowo były tylko kropelką wody, aż nagle stały się ogromnym wodospadem. Bała się pozwolić tej wodzie płynąć, lecz teraz gdy widziała, ile jej się w niej nagromadziło, dała uczuciom zburzyć wszelkie tamy. Nie była pewna, czy on w ogóle potrafił odwzajemnić jej uczucia, ale wiedziała, że prędzej czy później ta woda i tak by się wylała w całym swoim niepowstrzymaniu. Nie chciała go poganiać, akceptowała to, co jej dawał. Trzymanie go za rękę tak długo było czymś niewyobrażalnie wspaniałym. Patrzenie mu w oczy tak intensywnie, bez nieśmiałości powodującej odwracanie wzroku, było całkowitym zanurzeniem się w głębinach.

– Chciałbym cię namalować, Bella – oznajmił nagle Mond, po czym cicho westchnął. – Oczywiście, jeśli się zgodzisz.

Znów ją zaskoczył, a ciepły uśmiech automatycznie wszedł na jej usta.

– Byłoby cudownie – odrzekła miękkim półgłosem.

Pierwszy raz usłyszał jej zrelaksowany głos niosący błogość i ulgę. Była odprężona, co w dziwny sposób odprężało również jego. Jak to działało? Jak się to obsługiwało?

– W jaki sposób się tu modlisz? – zadał kolejne pytanie.

Spojrzała na niego, a on odwrócił się w jej stronę. Jej dłoń lekko drgnęła, lecz nie rozluźniła uścisku.

– Chciałbyś zobaczyć jak? – zaproponowała.

Znów odsłaniała przed nim coś osobistego, wyjątkowego. Kiwnął głową.

Odchrząknęła, ściskając jego dłoń, jak gdyby chciała sobie dodać otuchy.

– Panie Boże… dziękuję ci – westchnęła z uśmiechem. – Dziękuję za ten dzień, za to, że stworzyłeś ten piękny świat i za to, że dziś umiem się nim cieszyć. Proszę, bym była zdolna cieszyć się nim codziennie. Proszę… chciałabym codziennie potrafić podziwiać, jak cudowne rzeczy stworzyłeś i umieściłeś w nich Swoją cząstkę. Chciałabym dostrzec to również w sobie… Proszę Cię o tę łaskę, mój Panie.

Odmawiając tę modlitwę, nie przestała wpatrywać się w wodospad. Mond był pod wrażeniem jej naturalności i szczerości. Modlitwy kojarzyły mu się raczej z odmawianymi formułami – jej ton głosu był jednak zupełnie inny, jak gdyby ktoś stał tuż przed nią. Była wdzięczna i łaknąca, mówiła z wnętrza.

Na koniec wykonała znak krzyża jedną ręką. Zerknęła na Monda, znów wyczekując jego reakcji.

– Właściwie nie znam Boga – rzekł – ale widzę Jego cząstkę w tobie, Bella.

Zakłopotała się.

– Co? Mond, ja nie… nie wydaje mi się – zaśmiała się nerwowo.

Znów przejechał kciukiem po jej dłoni.

– Moja matka jest sceptyczna co do Boga – wyznał. – Uważa, że wampiry zostały przez Niego potępione i żałosne dla nich jest nazywać się chrześcijaninem. Ja tak nie sądzę. Skąd możemy wiedzieć, czy istnieje cokolwiek? Dla mnie prawie nic nie jest prawdziwe… może sam nie jestem.

Bella przywiodła jego spojrzenie, przybliżając się nieco.

– Jeśli ja istnieję i ty istniejesz, to istniejemy razem – oznajmiła, unosząc ich dłonie na wysokość ich linii wzroku. – Trzymasz mnie za rękę, ja trzymam ciebie… i to jest prawdziwe.

Na jego twarzy pojawił się niecodzienny widok – cień uśmiechu. Jeszcze niepełny uśmiech, ale najbliżej do niego kiedykolwiek. Kiwnął głową.

– Twoja modlitwa również była inspirująca – przyznał. – Po raz pierwszy w życiu chcę coś namalować, a nie rzucać bezsensownie w płótno przypadkowymi barwami.

– To nic takiego… Gdy wrócisz do siebie, zaraz zapomnisz, co powiedziałam.

– Nigdy tego nie zapomnę.

Bella nie mogła się nadziwić jego stanowczością. Wiele mówił, ciągle jej się przypatrywał, a na dodatek chciał ją malować. Co się nagle w nim zmieniło? Czyżby… czyżby także pozwolił swojemu wodospadowi płynąć strugami?

Nie chciała sobie robić nadziei, być może tylko dopowiadała sobie zbyt wiele, skoro sama była w nim zakochana. A może tylko zauroczona, bo był w stanie ją zrozumieć? Chciała poczekać, zobaczyć, czy wody będzie tyle samo, czy po pierwszej fali zmieni się w wąską strużkę.

Dla Monda też było to coś nowego. Nie rozumiał ani jednej swojej reakcji i tego, dlaczego chwycił ją za rękę i nie chciał jej puszczać. Czy ktoś inny przejął kontrolę nad jego ciałem? Dziwne, ale przyjemne. Chwilowe czy trwałe? Pozostawało do obserwacji. Co będzie czuł, gdy stanie przed płótnem, by namalować Bellę? Będzie w ogóle potrafił? Jak miał oddać tę nieznaną, boską cząstkę, którą w niej dziś dostrzegł?

Jak tylko przy pomocy farby miał oddać to, że Bella stała się jego wodospadem?

sobota, 25 maja 2024

~Rozdział XIX~

Dni mijały, a Troye wciąż nie uzyskał od Rose znaku życia. Wedle jej prośby nie kontaktował się z nią poprzez łącze telepatyczne, co naturalnie nie powstrzymywało go od codziennego wysyłania jej wiadomości oraz bezskutecznych prób dodzwonienia się – a przede wszystkim od zamartwiania się i rozmyślania o niej całymi dniami. Miał wrażenie, że ich rozłąka wywołała efekt przeciwny do zamierzonego, bo zaprzątała mu głowę nawet bardziej niż przedtem. Jakby tego było mało, ostatnio czuł się dosyć słabo i w ciągu dnia kilkakrotnie miewał zawroty głowy. Sam już nie wiedział, czy to z nerwów, czy też atakowała go jakaś infekcja. Rozdrażniała go najmniejsza niedogodność, przez co czuł się właściwie bezsilny i przytłoczony.

Nocą niemalże wcale nie mógł zmrużyć oka – a jeśli już zasnął, śnił tylko o niej, lecz były to krótkie sny, między którymi się przebudzał. W każdym śnie widywał pewien urywek z życia Rose i choć właściwie nie mógł zweryfikować, czy te fragmenty faktycznie pochodziły z jej przeszłości, zakładał, że działo się tak, jak wcześniej, gdy śniły mu się jej wspomnienia.

W snach często widywał ją przerażoną i samotną, odczuwał jej frustrację i rozpacz względem samej siebie, a nawet zdarzało mu się usłyszeć jej myśli, gdy w duchu przeklinała swoje istnienie jak i znajome jej wampiry. Widział, jak podczas nowiu księżyca wpadała w szał i jej jedynym celem było zaspokojenie wyjątkowego wówczas pragnienia krwią o kuszącej woni uderzającej jej do głowy. Widział, jak napadła małą dziewczynkę, Arianę, a później rozpaczliwie płakała na podłodze, szarpiąc się za włosy i drapiąc się po ciele. Widział, jak odwiedziła szpital, w którym leżała uratowana Ariana, czuł jej ulgę i wzruszenie, gdy dziewczynka nazwała ją swoim aniołem stróżem. Widział również samego siebie oferującego jej swoją krew, by nie musiała polować w nów księżyca. Widział, jak się bała, żeby nie zrobić mu krzywdy i jak walczyła z samą sobą, by nie stracić kontroli. To wszystko powodowało, że jeszcze bardziej za nią tęsknił. Chciał ją objąć, utulić do snu i powiedzieć, że ją kocha i że wszystko będzie dobrze. Rozmyślał, gdzie była i co się z nią teraz działo. Czy znów była samotna, przestraszona i zrozpaczona? Czy znów musiała polować, by zaspokoić pragnienie, a potem zmagała się z palącym poczuciem winy i nienawiścią do samej siebie?

Na wykładzie zamiast sporządzać notatki, skrobał w kółko jej imię na kartce w notesie. Spojrzał na swoją rękę, przypominając sobie, jak zapisał jej imię i nazwisko na swoim nadgarstku po tym, jak poznali się po raz pierwszy. Wspominał, jak onieśmieliła go, pojawiając się w budynku i podchodząc do niego. Myślał wtedy, że serce mu za chwilę stanie. Uśmiechnął się lekko na to wspomnienie, po czym znów zapisał sobie jej imię na nadgarstku. Może powinien je tam wytatuować?

W drodze powrotnej z uczelni mijał butik, w którym pracowała. Wielokrotnie tam o nią pytał, lecz wciąż uzyskiwał informację, że Rose przebywała na zwolnieniu lekarskim. Nie spieszyło mu się do akademika – postanowił wybrać dłuższą drogę, by kupić sobie coś do jedzenia i kolejny raz udać się pod jej blok, by sprawdzić, czy wróciła. Dotarł pod budynek z hot dogiem w ręce i choć właściwie kończył go jeść, wcale nie czuł się najedzony. Ostatnio dosyć zmizerniał – od niewyspania miał ciągle podkrążone oczy i wydawało mu się też, że schudł.

Stanął przed klatką, wziął ostatni kęs hot doga, po czym wyrzucił opakowanie po nim do kosza, by następnie podejść do domofonu. Wtedy zza zakrętu wyłoniła się znajoma sylwetka – wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna o mocno zarysowanych kościach policzkowych i tatuażu na lewej ręce. Od razu zauważył Troye’a, który na jego widok zamarł w bezruchu.

– No proszę, czyżbyśmy składali wizytę tej samej osobie? – zagadnął Drew, uśmiechając się szelmowsko, gdy Troye wciąż stał sparaliżowany. Ta jego wystraszona mina prezentowała się nawet całkiem uroczo.

Drew bawiło nawet, jak ostatnio wszystko jakoś sprowadzało się do Troye’a i Rose, którzy zaintrygowali go już pierwszego spotkania, jednak przez obowiązki wobec swojego klanu przedtem nie miał zbytnio głowy, by zająć się ich tematem. Widocznie przyszedł na to czas właśnie teraz, a jego dzisiejsze spotkanie z Troye’em również nie mogło być przypadkowe.

Tak jak i ostatnio, napotkał opór przy próbie wtargnięcia mu do umysłu – jednak zapach i aura wyczuwalne od niego były dzisiaj w jakiś sposób inne. Drew nie umiał dokładnie tego określić, jednak wyczuł, że Troye tym razem był osłabiony. Może i mógłby przeczytać jego myśli, lecz uznał, że w jego obecnym stanie istniało ryzyko, że łatwo straci przytomność, a nie chciał robić sceny na środku osiedla. Poza tym nie zawsze trzeba było od razu posuwać się do czytania umysłu – Troye zdawał się dziś na tyle słaby, że mogła wystarczyć zwykła rozmowa.

– J-ja tylko przechodziłem – wymamrotał w końcu, czując, jak z nerwów wilgotnieją mu dłonie.

Próbował się uspokoić – wątpił, by Drew atakował go w biały dzień, jednak wspomnienie ich pierwszego spotkania oraz opowieści Rose wcale nie dodawały mu odwagi.

Drew przechylił lekko głowę na bok, jakby się zastanawiając.

– To może odwiedzimy ją razem? Skoro akurat stoisz przy domofonie… – zasugerował.

Troye nie wiedział, co odpowiedzieć. Spodziewał się raczej, że Rose nadal nie wróciła, więc może gdy nikt nie odpowie, Drew da sobie już spokój. Podrapał się nerwowo po karku i z zawahaniem zwrócił się w stronę domofonu.

– Elliot – podpowiedział Drew z lekkim rozbawieniem, widząc, jak Troye wstrzymywał się przed wciśnieciem przycisku.

Westchnął w zakłopotaniu i zadzwonił. Tak, jak się spodziewał, nie odezwał się nikt.

– Musiała wyjść – stwierdził Troye, wzruszając ramionami.

– Szkoda – westchnął Drew. – Chciałem ją odwiedzić. Może mógłbyś do niej zadzwonić i dowiedzieć się, gdzie jest? Nie mam jej numeru.

Nie wiedział dlaczego, ale przeczuwał, że Troye coś przed nim ukrywał – zachowywał się bardzo nerwowo i widocznie był spięty. Troye za to znów podrapał się po karku i wyciągnął telefon z kieszeni. Uznał, że skoro rezultat najprawdopodobniej będzie podobny jak w przypadku domofonu, Drew może wreszcie odpuści i go zostawi.

– Brak sygnału – skwitował, patrząc na Drew zmęczonym wzrokiem.

– Proszę bardzo, zupełnie poza zasięgiem – prychnął w odpowiedzi. – Gdzież ona może być? Przedziera się przez jakąś puszczę?

– Albo telefon jej się rozładował… – zasugerował nieśmiało Troye.

Drew patrzył na niego przez chwilę tak poważnym wzrokiem, że zaczął się bać, że go czymś uraził, lecz ten po chwili zaśmiał się pod nosem.

– Hm, więc jakby się tu z nią skontaktować? – zamyślił się, po czym spojrzał na Troye’a spod ukosa. – Och, no tak, od tego trzeba było zacząć! Co powiesz na łącze telepatyczne?

Troye’a na moment zmroziło. Nie wiedział przecież, że po relacji Niny z wieczoru w barze Drew miał swoje przypuszczenia co do niego i Rose. Myślał gorączkowo, jak wyjść z tej sytuacji. Skoro według Rose charakter ich łącza ostatnio wychodził poza normę, lepiej, by Drew o tym nie wiedział.

– Łącze telepatyczne? – powtórzył Troye. – Życie byłoby o wiele łatwiejsze, gdyby istniała taka możliwość komunikacji!

Zaśmiał się nerwowo, a Drew znów lekko przechylił głowę na bok, po czym uśmiechnął się szelmowsko, ukazując wampirze kły. Podszedł do Troye’a, który za to cofnął się o kilka kroków, lecz napotkał plecami ścianę bloku.

– Ale piła z ciebie krew, czyż nie? – zapytał ściszonym, lecz stanowczym głosem. – A ty już nią wyraźnie pachniesz… Czyli już należysz do niej, a ona do ciebie.

– C-co?... – zmieszał się Troye.

Drew przechylił głowę na drugi bok i spojrzał na niego poważnie, jednocześnie lekko unosząc kąciki ust.

– Jesteś świadomy, że ona cię powoli zabija? A ty równie powoli zabijasz ją. Nic wam już nie pomoże.

To powiedziawszy, uśmiechnął się niemal łagodnie, obrócił się na pięcie i odszedł w swoją stronę, pozostawiając Troye’a samego ze swoim zmieszaniem.

 

~*~

 

Gdy Troye wrócił do akademika, oprócz towarzyszącego mu osłabienia dodatkowo był zmęczony rozmyślaniem nad tym, co powiedział Drew. Nie był pewny, czy mówił prawdę, czy chciał tylko namieszać w jego relacji z Rose, ale sam nie czuł się normalnie i nie wiedział, co się właściwie z nim działo.

Odłożył swoje rzeczy i opadł na łóżko, zatapiając się w czerwonym kocu i wyobrażając sobie, że wpadał właśnie w nieskończoną ilość płatków róż, które objęły go całego i przytuliły czule. Spomiędzy róż wyrastały kolce przebijające gdzieniegdzie jego skórę, ale nie dbał o to. Ból był niczym w porównaniu do miękkiego dotyku aksamitnych kwiatów. Poczuł zapach i wyobraził sobie, że dotykał jej miękkie włosy. Nie potrafił myśleć o niczym innym niż o porcelanowej skórze, zielonych oczach i czerwonych ustach. Jeśli tak miała wyglądać jego śmierć, to mógł umierać nawet w tej chwili.

 

~*~

 

     Nina rozejrzała się po zimnej piwnicy będącej tymczasową siedzibą ich klanu. Odkąd Drew mianował ją swoją, poniekąd, zastępczynią, nabrała pewności siebie. Teraz za każdym razem, gdy wychodził, wszyscy podopieczni zostawali pod jej kontrolą. To było całkiem przyjemne, ale czy satysfakcjonujące? W jej głowie zaczęły pojawiać się myśli, jak rozkosznie byłoby móc to robić zawsze, a nie tylko gdy nie ma Drew. Czyż nie wspanialej byłoby rozkazywać wszystkim tuż przy jego boku?

Podopieczni stali posłusznie w rzędzie przed nią. Z trudem powstrzymywała uśmiech cisnący jej się na usta na widok Shahnaz, która potulnie ustawiła się pomiędzy Ji-su a Takashim. Nina od początku wyczuwała, że Shahnaz żywiła do Drew uczucia, które były zarezerwowane tylko dla niej. Co z tego, że Shahnaz była tu długo przed nią? To na nią czekało miejsce tuż przy nim, to był jej teren. Nikomu, nikomu nie wolno było go naruszać.

Och, jakie to było wyzwalające! Uwolniła się od ojca, poczuła wolność – nawet teoretycznie ograniczona w tej zatęchłej piwnicy. Cóż za paradoks, myślała, że akurat od strachu przed piwnicą uwolniła ją kolejna piwnica. Co prawda dalej czuła pewien lęk, ale kryła się w tym również jakaś nieznana fascynacja, może podniecenie. Straszne i pociągające… och, zupełnie jak jej ukochany Drew.

– Zarezerwujcie sobie następne dwie godziny – oznajmiła władczym tonem, omiatając chłodnym spojrzeniem członków klanu. – Czeka was kolejny trening sił, za mną.

Obróciła się na pięcie i udała się przed ociężałe metalowe drzwi, by następnie je otworzyć. Wszyscy posłusznie weszli do środka, przyglądając się jej jednak z mieszanką uczuć – niepokojem, gniewem, odrazą, czy strachem. To ostatnie lubiła w nich wzbudzać najbardziej.

Kazała im kolejno się ze sobą pojedynkować, sama obserwując i oceniając ich techniki. Lara była zbyt porywcza, Ji-su zbyt niepewna, Takashi zbyt statyczny, Tisha zbyt chaotyczna, René zbyt rozkojarzony, a Shahnaz… szło jej najlepiej z całej grupy, ale to z powodu błędów innych. Nina miała wrażenie, że wykorzystywała słabości przeciwników, lecz niewiele mogła dać od siebie samej, bo nie miała zbyt wiele siły. Reagowała również za wolno, przez co jej ruchom zaczynało brakować zgrabności.

– Wystarczy – rzekła Nina, przerywając pojedynek Shahnaz i René. – Rozumiem już, dlaczego Drew trzymał was tu tak długo. Nie jesteście jeszcze gotowi… Dogłębnie rozważcie wszystkie moje dzisiejsze uwagi, teraz kolejna runda na poprawkę.

Odwróciła się, by wrócić na swoje miejsce obserwatora, szurając przy tym o twardy beton. W pomieszczeniu nie było nic, tylko surowy beton na ścianach i podłodze oraz żarówka dająca światło z sufitu.

– Nie – odezwał się głos, który sprawił, że Nina natychmiast się zatrzymała. – Nie będziemy już nic robić.

Poczuła narastającą falę gniewu, ale nie uległa jej. Obróciła się z powrotem, by spojrzeć Shahnaz prosto w oczy.

– Myślisz, że masz wybór? To urocze – prychnęła.

– A ty co sobie myślisz? – obruszyła się w odpowiedzi. Była coraz bardziej rozemocjonowana, a włosy opadały jej w nieładzie na twarz, uwolnione z rozpadającego się luźnego spięcia z tyłu. – Dopiero co tu przybyłaś, a teraz rozkazujesz nam i komentujesz nasze walki, podczas gdy sama nie stoczyłaś ani jednej? Kim ty jesteś, by nas pouczać!

Po pomieszczeniu rozległy się pomruki wyrażające zdumienie, ale i u niektórych aprobatę. Nina spojrzała ze złością po Tishy, Takashim i Larze, którzy śmieli wyrazić poparcie dla Shahnaz. Natychmiast opanowała irytację, wracając chłodnym spojrzeniem do swojej przeciwniczki.

– Och, czy to kłopoty z pamięcią? – zakpiła. – Czy naprawdę muszę ci co chwila przypominać, że to Drew zostawił was mnie? Chyba dość wyraźnie powiedział, że jestem specjalnym członkiem klanu.

Shahnaz wybuchła śmiechem, który na moment wzdrygnął Niną nieprzyjemnie. Był to śmiech zdecydowanie tłumiony zbyt długo, kryjący w sobie nienawiść, rozpacz, a w dodatku coś niepokojącego. Tak śmiał się jej ojciec. Tak śmiali się tylko szaleńcy.

– Jesteś nikim, Nina! – wykrzyknęła, powodując coraz większe poruszenie wśród podopiecznych. – Nikim, któremu wydaje się, że jest kimś! Kim byłaś przed przemianą? Czy Drew cię wybawił? Oczywiście, jest naszym zbawicielem! Nas wszystkich. Nie jesteś specjalna, mała dziewczynko.

Tego było za wiele. Złość i przerażenie zmieszały się ze sobą w Ninie, gdy zobaczyła w Shahnaz ojca, który również podważał jej wartość i nazywał tylko małą, bezradną dziewczynką. Gdyby teraz to on przed nią stał… och, zabiłaby go bez wahania. Tyle cierpienia, szaleństwa, strachu… Te wszystkie lata lęku o własne bezpieczeństwo i życie, ha! Miała być nikim? Po tym wszystkim, co przeszła?

Opanowała roztrzęsienie i uśmiechnęła się delikatnie.

– Dobrze więc… suko – wygłosiła bardzo spokojnie. – Szczekasz na swoją panią, bo sama nic nie znaczysz. Ja doskonale znam swoją wartość, a ty gówno o mnie wiesz. Szkoda, że nie mówisz takich rzeczy przy Drew. Może mu to powtórzysz, gdy wróci? Och, śmiało, chętnie to zobaczę! Mogę nawet powiedzieć mu za ciebie. Okaże się, kto tu tak naprawdę jest nikim. Dobrze wiesz, że weźmie moją stronę.

– Ty podła… – wycedziła przez zęby, lecz Nina od razu jej przerwała:

– Wracamy do treningu! Shahnaz bardzo chce udowodnić swoją wartość, zatem… pięcioro przeciwko jednej. Dajcie z siebie wszystko.

Wszyscy rozejrzeli się po sobie z niepokojem, wahając się, co zrobić. Nie musieli jednak długo rozważać swojego dylematu, bo nagle bezwiednie zaczęli poruszać się w stronę Shahnaz. Nina przyjrzała się temu z zaintrygowaniem. Nie wiedziała, co dokładnie robiła, ale skupiła całą swoją wolę, by rozkazać klanowi zaatakować Shahnaz.

– C-co się dzieje? – załkała Ji-su.

– Nie panuję nad sobą! – wrzasnęła Tisha.

– Wybacz, Shahnaz… – odparł Takashi, po czym z całej siły uderzył ją w policzek. Reszta od razu do niego dołączyła.

Oczy Niny błyszczały niebezpiecznie. Poczuła dziką ekscytację i radość z powodu tego, co widziała. Shahnaz była szarpana, kłuta, bita i kopana przez członków klanu nierozumiejących, dlaczego to czynili.

– Och – rzekła Nina. – Czyżbym właśnie odkryła swój wampirzy dar?

Uśmiechnęła się szaleńczo, z rozkoszą obserwując przedstawienie.

Gdy Shahnaz wreszcie opadła na beton, nie mając już siły płakać z bólu, Nina ponownie uniosła rękę.

– Wystarczy. Możecie się rozejść, Shahnaz zostaje.

Podopieczni z przerażeniem opuścili pomieszczenie natychmiast po otrzymanym rozkazie. Nina natomiast wolnym krokiem podeszła do leżącej wampirzycy.

– Pięć minut – prychnęła z pogardą. – Tyle mi zajęło, by udowodnić ci twoją wartość.

Miała rozczochrane włosy, zupełnie rozpuszczone i klejące się do twarzy brudnej od potu, łez i krwi. Leżała w poszarpanych ubraniach – szarej podkoszulce, błękitnej bluzie i dżinsach. Nie miała już butów ani jednej skarpetki. Mimo to skupiła się, by choć na tę jedną chwilę nie odczuwać bólu, i spojrzała Ninie w oczy. Uśmiechnęła się, obnażając zakrwawione dziąsła.

– Nic o tobie nie wiem? Twoje zachowanie zdradza, kim byłaś – wychrypiała. – Wiem to, bo kiedyś byłam taka sama. Poniżana, zdesperowana, na skraju wytrzymałości. Brzmi znajomo?

Nina przyjrzała się jej badawczo, co uznała za zachętę, by mówić dalej.

– Nasz stworzyciel… Andrew… to mnie odnalazł pierwszą. Odnalazł i przyjął. Obiecał, że będzie mnie chronił… Nina, ja miałam być tobą. Myślisz, że jesteś inna niż my wszyscy? Tylko do czasu, gdy znajdzie sobie lepsze niewiniątko, które przygarnie. A wówczas… może ty też będziesz leżeć tu, gdzie ja, sponiewierana i zakrwawiona.

– Kłamiesz… – zaprotestowała Nina, może trochę zbyt nerwowo. – Po co miałabym ci wierzyć? Dlaczego więc wciąż jesteś w niego wpatrzona jak w obrazek?

Shahnaz znów obdarzyła Ninę krwawym uśmiechem.

– Bo mnie ocalił, naprawdę. I to nie on mnie skrzywdził, tylko ty. Uważasz się za kogoś wyjątkowego… a ja szczerze ci współczuję.

Nina nie chciała jej wierzyć, choć miała wrażenie, że mówiła prawdę. Niepewność wobec Drew, którą sama w sobie nosiła, zaczęła rosnąć w siłę, lecz nie chciała dać tego po sobie poznać. Przyjrzała jej się pogardliwie, analizując jej rany.

– Obrzydzasz mnie – wygłosiła tylko, nim pozostawiła ją samą w ciemności i chłodzie betonu.

 

~*~

 

            Niepokój nie ustawał, gdy Drew do późna nie wracał, a ona leżała skulona na swoim materacu, próbując zaznać odpoczynku. Jako wampir miała problemy z zasypianiem i choć spodziewała się, że tak będzie, patrząc po Drew, który w całym swoim życiu nie spał ani sekundy, błagała o sen, który odciąłby ją od niechcianych myśli.

Wciąż nawiedzała ją wizja bezradnej Shahnaz. Przecież pragnęła jej krzywdy i czuła autentyczną ekstazę, widząc ją atakowaną bezlitośnie przez pozostałych podopiecznych, wbrew własnej woli ugiętych pod darem rozkazu, który również odkryła z ogromną satysfakcją. Jednak gdy zostały same, Shahnaz nie brzmiała na złamaną. Przemawiała z prawdziwym współczuciem i politowaniem wobec Niny, co niesamowicie ją złościło, a może i smuciło? Nie mogła sobie wyobrazić, by jej ukochany wybawca miał ją zostawić w imię innej wampirzycy. Nie mogła sobie wyobrazić nikogo innego na swoim szlachetnym miejscu.

Nagle rozległo się pukanie w metalowe drzwi, co sprawiło, że podskoczyła do siadu. Zaraz potem do pomieszczenia wszedł Drew.

– Och, Nini… – westchnął, rozczulony. – Obiecuję, że to ostatnia noc, jaką spędzasz na tym materacu.

Zamknął drzwi i podszedł bliżej. Jego widok poruszył ją dwojako – wzruszył i zaniepokoił. Chciała rzucić mu się na szyję, a zamiast tego delikatnie się cofnęła, co też nie umknęło jego uwadze.

– Coś się stało?

– J-ja… słyszałeś o dzisiejszym treningu?

Ku jej zdziwieniu uśmiechnął się promiennie, po czym usiadł na skraju materaca. Spojrzenie jednak jak zwykle miał konsternujące, bo nie potrafiła rozczytać, czy kryła się tam radość, podziw, czy zdenerwowanie… i czy, być może, również pewna doza niepokoju? Coś, czego jeszcze nigdy u niego nie widziała.

– Dar rozkazywania – rzekł. – To cecha silnych wampirów, Nini. Wiedziałem, że dobrze wybrałem.

Znów się uśmiechnął, by następnie pogłaskać ją po głowie. Rozluźniła się nieco, lecz pozostawała czujna.

– A cóż to? Nie jesteś dumna? – spytał, przyglądając jej się podejrzliwie.

– Drew, powiedz… co czyni mnie tak wyjątkową, jak ciągle mówisz? – odważyła się zapytać.

Jego brew drgnęła prawie niezauważalnie, w geście zdziwienia, którego nie potrafił opanować. Domyślił się już, że podczas jego nieobecności ktoś musiał zasiać w Ninie ziarno niepewności. Wiedział, że musi je natychmiast z niej wyrwać.

Uśmiechnął się łagodnie, lecz spojrzenie pozostawało niezmiennie chłodne.

– Nie widzisz tego, Nini? – spytał miękko. – Opanowujesz wampirze zdolności niezwykle szybko i naturalnie. Nie osłabiają cię. Twój dar, jak już powiedziałem, dostają tylko wampiry o silnej, nieugiętej woli. To właśnie ty, Nini. Jesteś niesamowicie silna, a fakt, że wytrzymałaś tyle z twoim ojcem tylko to potwierdza… Nie złamałaś się, zachowałaś godność. To twoja siła i piękno. Ach, widziałem też, co się stało z Shahnaz…

Jego słowa działały na nią hipnotyzująco, kojąc zszargane nerwy – dopóki nie wspomniał tego imienia. Natychmiast napięła mięśnie, niepewna, jak zareaguje. Jeszcze wczoraj byłaby pewna, że ją za to pochwali, jednak w tej chwili dopadł ją strach. Drew za to znów się uśmiechnął.

– Niesamowite, że udało ci się zmusić ich wszystkich do doprowadzenia jej do takiego stanu… Przyznaję, jestem pod wrażeniem. Ale, Nini… – wtrącił, oburącz ujmując jej dłoń. – Proszę, nie zużywaj tyle siły… To na pewno wymagało od ciebie wiele woli, lecz nie chciałbym, by ten dar zaczął cię męczyć. Nauczę cię, jak się nim posługiwać… w sposób efektywny. Więc obiecaj mi, że będziesz go używać tylko tak, jak ci doradzę, dobrze? Dla twojego dobra.

Włożył w tę treść całą swoją charyzmę i urok osobisty, by zabrzmieć troskliwie i przekonująco. Nina nagle złagodniała i obdarzyła go błogim uśmiechem.

– Dobrze – odrzekła posłusznie, a następnie go pocałowała.

Oddał pocałunek z satysfakcją, że tak dobrze mu poszło. Jednocześnie w duchu odetchnął z ulgą – Nina nie była silniejsza, niż ją oceniał. Musiał przyznać, oczywiście sam przed sobą, że dzisiejsze wydarzenie zaczęło go niepokoić. Chciał silnej partnerki, ale nie silniejszej od siebie.

– Cieszę się, że ułatwiłaś mi to, co chcę ci powiedzieć… – oznajmił po pocałunku, odgarniając jej włosy za ucho. Poczuła przyjemne dreszcze i zaintrygowanie. – Nini, jak już mówiłem i powiem ci wiele razy, jesteś wyjątkowa. Jesteś moim skarbem… Dlatego… co powiesz na to, byśmy się pobrali?

Wydała z siebie niemy okrzyk, przypatrując mu się z rozszerzonymi oczami i mimowolnie się uśmiechając. Nie mogła wydobyć z siebie słowa, lecz on jeszcze nie skończył mówić:

– Chciałbym oficjalnie uczynić cię moją żona… jeśli się zgodzisz, oczywiście – dodał, ponownie chwytając jej rękę. Przejechał czule kciukiem po jej piegowatej dłoni. – Chciałbym oddać ci należyty szacunek jako matrony naszego klanu… Co ty na to?

– Czy… czy to chciałeś powiedzieć od początku, zaczynając z tym materacem? – zapytała, na co on parsknął śmiechem.

– Tak… dlatego też powiedziałem, że to ułatwiłaś. Twoja wyjątkowość i siła były zdecydowanie lepszym wstępem.

Nina nie była w stanie określić, co dokładnie czuła w tamtej chwili, lecz wiedziała na pewno, że były to silne emocje. Niekoniecznie radość, bardziej… duma? Pożądanie? Pragnęła Drew tylko dla siebie, pragnęła być jego na wyłączność. Pragnęła zbudować z nim coś, o czym inni mogli tylko marzyć. Ich własny klan… ich imperium.

– Pobierzmy się jak najszybciej! – zdecydowała, zarzucając mu ręce na szyję.

Pocałowała go kilka razy, z każdym pocałunkiem namiętniej. W istocie, była kimś wyjątkowym i wybranym. Czy Shahnaz też mógłby się oświadczyć? Gdyby tak było, to ona teraz byłaby matroną rodu, nie Nina. Rozpierała ją duma, że to ona została wybrana i poczuła się jeszcze pewniej niż przedtem. Już nie da się zwieść komuś, kto próbuje zniszczyć jej mały wszechświat… jednak musiała zadać to pytanie.

– Drew, ale… powiedz mi szczerze, czy… będziesz jeszcze kogoś przyjmował do klanu?

Znów analizował ją wzrokiem przez chwilę, nim odpowiedział:

– Nie, Nini. Nikogo z zewnątrz… klan jest już kompletny.

– Co masz na myśli, mówiąc „nikogo z zewnątrz”?

– No cóż… jeśli zostaniemy małżeństwem, chciałabyś założyć rodzinę?

Poczuła łzy wzruszenia cieknące po policzku. Małżeństwo i dzieci z Drew? To przecież było przypieczętowaniem ich wyjątkowej więzi, ciosem w twarz dla wszystkich niedowiarków! Jej własna rodzina, jej bezpieczna przestrzeń. W tamtej chwili w ogóle nie czuła, by to działo się za szybko, nieodpowiedzialnie, nie miała zupełnie żadnych wątpliwości. Nawet prawie zapomniała o ojcu… gdyby Drew jej nie przypomniał.

– Widzę, że się cieszysz – uśmiechnął się – ale nie naciskam. Wszystko w swoim czasie. Najpierw… musimy się jeszcze zająć kwestią twojego ojca.

Natychmiast zrzedła jej mina. Przez chwilę była w innym świecie, jak gdyby zapomniała, skąd pochodzi.

– Byłem w twojej okolicy – ciągnął. – Colin panikuje, że wciąż nie wracasz, ale przecież nie zgłosi twojego zaginięcia na policji. Pomyślałem, że warto byłoby go odwiedzić i się pożegnać.

– Pożegnać?... – powtórzyła w osłupieniu. Nie chciała słyszeć już o ojcu ani słowa, ale wiedziała, że trzebaby zamknąć kwestię starej rodziny, zanim założy nową.

– Powiedz mu, że się wyprowadzasz, na dobre. Pokaż mu, że nie może już z tobą zadzierać, bo jesteś od niego znacznie silniejsza. Pójdę z tobą. Nic ci się przy mnie nie stanie, nigdy.

Sama myśl o ponownym spotkaniu z ojcem powodowała, że miała ochotę krzyczeć w panice i wpaść w histeryczny płacz, jednak wystarczyło jedno stanowcze spojrzenie Drew, by znów odczuła ukojenie.

– Dobrze.