niedziela, 27 maja 2018

~Rozdział II~

Rose Elliot leżała w łóżku, jeszcze w koszuli nocnej. Czarne niczym smoła łzy zostawiły ślady na jej niemal białych policzkach. Wpatrywała się tępo w sufit, oddychając ciężko. Mówiła prawdę – nienawidziła tego, kim była. Twierdziła, że wampirze pragnienie niszczyło jej życie. Gdy poznała Troye’a, myślała, że on naprawdę jej się podobał, jednak później z przykrością uświadomiła sobie, że chodziło o zapach jego krwi. Na tamtej imprezie nie mogła się powstrzymać, chciała za wszelką cenę jej spróbować. Myślała, że pójdzie jak po maśle, jednak gdy pojawiły się komplikacje, złość i silące się pragnienie zawładnęły nią. Teraz żałowała, że rzuciła się na Troye’a zupełnie jak dzikie, wygłodniałe zwierzę.

Przypomniała sobie, jak całowali się podczas imprezy, i kąciki jej ust drgnęły. Troye był taki śmiały, ale przy tym wrażliwy. To ją do niego ciągnęło, intrygowało ją. Takiego chłopaka jeszcze nie spotkała. Kolejne czarne łzy spłynęły po jej policzkach. „Chyba jednak tym razem podoba mi się tak naprawdę” – uświadomiła sobie. Jego krew jej smakowała, jeszcze nigdy czegoś takiego nie piła, jednak odrzucała od siebie te myśli. Nie chciała już go krzywdzić. Ogarniał ją wstyd na wspomnienie jego przerażonej twarzy, gdy odkrył, kim była. To bolało, jakby ktoś przebił jej serce. Zawsze było tak samo, taki jej los…

   Wiedziała, że musiała o nim zapomnieć. Związek z Troyem w ogóle nie trzymał się jej zasad – zero powiązań emocjonalnych z ludźmi. Dopiero wkraczała w dorosłość, była młodą wampirzycą, ale wiedziała, że jeszcze wiele, wiele lat przed nią. Troye zostanie w tyle. „Och, jak ja nienawidzę być wampirem…” – jęknęła w myślach. Postanowiła wrócić do poprzedniej taktyki, wyrzekając się własnych uczuć.

 

~*~

 

W poniedziałek Troye wyszedł z domu studenckiego później niż zwykle. To raczej Erik, jego współlokator, należał do spóźnialskich, a wyrobił się wcześniej od niego. Troye co prawda dotarł na zajęcia punktualnie, jednak musiał biec z całych sił, by zdążyć. Sprawa z piątkowej nocy ciągle nie dawała mu spokoju.

Na uczelni widział Rose w towarzystwie jakiegoś studenta, z którym ewidentnie flirtowała. Troye’a ogarnął gniew. „Co, on też smakowicie pachnie? Przy najbliższej okazji wyżłopie z niego krew co do ostatniej kropelki! Wtedy też będzie mu tak do śmiechu?!” – wzburzył się, ciskając uwagami w obserwowaną dwójkę.

Jego zdenerwowanie nie wynikało tylko z zachowania Rose, ale również z tego, że był po prostu rozczarowany. Jego wizja Rose Elliot nie zgadzała się z tym, co widział w rzeczywistości. Wymyślił ją sobie, za co się karcił. „Ależ ja jestem głupi” – myślał. Patrzył na nią teraz i widział inną osobę. Uważał, że była ładna, ale teraz jakoś zbrzydła w jego oczach. „Te jej odrosty zawsze wyglądały tak źle? Zawsze miała taki wredny uśmieszek? Dlaczego ja wcześniej tego nie zauważyłem?” – pytał sam siebie, analizując jej wygląd.

Troye nawet by nie pomyślał, że w rzeczywistości ją to bolało. Musiała pić krew, żeby żyć, ale postanowiła nie angażować w to Troye’a. Wyszła z założenia, że on i tak nie zrozumiałby, jak to jest, gdy ciągle trzeba kogoś napadać i ranić, by po prostu przetrwać. „Zupełnie jak dzikie zwierzę…” – skojarzyło jej się ponownie. W dodatku często działała impulsywnie, robiąc to, co nakazywało jej pragnienie, którego nie potrafiła przewalczyć. To wszystko jednak nie usprawiedliwiało jej charakteru – czasem potrafiła być okrutna.

Również teraz, gdy zobaczyła reakcję Troye’a, ogarnęła ją złość. Wpatrywał się z nią z takim jadem i nieufnością, że zrobiło jej się naprawdę przykro. „Czego ja się spodziewałam? Jego mały, ludzki móżdżek nie jest w stanie pojąć mojej ciężkiej sytuacji!” – zdenerwowała się w myślach. Musiała naprawdę się tym przejąć, bo towarzyszący jej Jarvis spytał, czy wszystko z nią w porządku. Rose spojrzała na niego i rozluźniła się.

– W jak najlepszym – zapewniła i zachichotała. – Wybacz, zamyśliłam się.

– Ależ ona jest żałosna… – wymamrotał pod nosem Troye.

– Kto jest żałosny? – rozległ się znajomy głos.

Troye zobaczył, że Erik stał tuż obok niego, a nawet nie zauważył, kiedy przyszedł. Erik wpatrywał się w niego pytającym wzrokiem, trzymając w dłoni paczkę paprykowych chipsów. Część z nich właśnie przeżuwał.

– A… nieważne. Naprawdę nieważne – stwierdził Troye i machnął niedbale ręką. Odruchowo spojrzał na chipsy. Erik przełknął.

– Masz, częstuj się – odrzekł, wyciągając ku niemu paczkę. Troye wziął sobie garść chipsów. – Co, podoba ci się Rose Elliot? To znaczy, zwykle się na nią gapisz, ale teraz coś chyba ci się odwidziało, skoro twierdzisz, że jest żałosna…

Troye spojrzał na Erika i westchnął.

– To dosyć skomplikowane – mruknął tylko i Erik nie pytał o nic więcej.

Erik był dobrze zbudowanym mężczyzną średniego wzrostu. Miał czarne, krótko przystrzyżone włosy. Jego skóra była ciemna i usiana piegami, a oczy miał błękitne. Studiował archeologię. W ich wspólnym mieszkaniu w domu studenckim było pełno antyków, które przynosił ze sobą. Lubił opowiadać o tym, jak udało mu się je zdobyć. Troye słyszał już te historie setki razy, ale kiedy Erik zaczynał od nowa, nie przerywał mu i tylko kiwał głową, udając, że słuchał. Można powiedzieć, że obaj dobrze się dogadywali, ale nie było między nimi jakiejś wielkiej przyjaźni.

Rose wciąż czuła na sobie przeszywające spojrzenie Troye’a, jednak za wszelką cenę starała się go ignorować. Tak się zawzięła, że specjalnie stała wciąż w tym samym miejscu i żywo rozmawiała z Jarvisem. Uważała, że Troye zachowywał się niewdzięcznie w stosunku do niej, skoro postanowiła, że nie będzie już go krzywdzić. Chciała zerwać z nim kontakt i trzymać się możliwie najdalej, by znów nie dać się uwieść zapachowi jego krwi. Teraz, gdy już raz jej skosztowała, mogło być to jeszcze trudniejsze.

Rozmawiając z Jarvisem, starała się ze wszelkich sił skoncentrować na temacie rozmowy, ale zapach Troye’a był intensywny i przebijał się przez wszystko inne. Czuła się, jakby ją do siebie przyciągał. Stojąc w pobliżu niego, ryzykowała, że nie przezwycięży pragnienia. Była uparta i chciała udowodnić sobie i jemu, że potrafiła się kontrolować.

Jarvis z kolei studiował weterynarię. Był wysoki i szczupły, miał brązowe oczy i włosy farbowane na ciemny blond. Rose dowiedziała się, że miał koreańskie korzenie, co było widoczne po jego rysach twarzy. Chociaż Rose nie znała się na weterynarii, mogła spokojnie słuchać, kiedy on o tym mówił. Za wszelką cenę nie chciała myśleć o nim jako substytucie Troye’a. Jarvis sprawiał sympatyczne wrażenie. Nie chciała też zbytnio skupiać się na jego zapachu, chociaż zdążyła już zauważyć, że Jarvis pachniał przyjemnie i świeżo. Nie czuła jednak wobec niego pragnienia i cieszyła się z tego. Może nie wszystkie jej znajomości musiały się tak kończyć.

Troye wreszcie dał za wygraną i przestał wpatrywać się nienawistnie w Rose. Pożegnał się z Erikiem i ruszył do innej części budynku. Rose zauważyła to kątem oka i z jednej strony czuła satysfakcję, z drugiej żal.

Kiedy Troye szedł przed siebie, myślał o tamtej imprezie. Był już zmęczony tym, że nie potrafił skupić myśli na niczym innym, lecz nie mógł nic na to poradzić. Trochę żałował, że udawał wtedy kogoś innego, chociaż w gruncie rzeczy impreza mu się podobała. Dzisiaj nawet również założył swoją skóropodobną kurtkę, która najwyraźniej przypadła mu do gustu. Poza tym zakrywała miejsce, w które ugryzła go Rose. Została po tym blizna, na całe szczęście nieprzypominająca malinki – Troye by tego nie przeżył – wolał ją jednak ukrywać. Myślał o słodkim, wyrazistym smaku jej krwi. Wtedy miał tylko trochę kropli na wargach, ale coś czuł, że nie wahałby się skosztować więcej. Ta myśl go przerażała – bądź co bądź, dotyczyła picia czyjejś krwi. „Nie, nie będę pił ludzkich płynów ustrojowych. To nawet brzmi obrzydliwie” – stwierdził Troye w myślach.

 

~*~

 

Ostatnimi dniami Troye często widywał Rose w towarzystwie Jarvisa. Na niego nawet nie raczyła spojrzeć, co potwornie go denerwowało. Przeświadczenie, że interesowała ją tylko jego krew, a nie on sam, bolało i było po prostu przykre. Czuł do niej odrazę, ale nie mógł powiedzieć też, że nie chciał, by znów nie  mieli kontaktu. Ciągle tylko obwiniał się o własną głupotę. „Dałem jej się ugryźć stosunkowo szybko od pierwszej rozmowy. Jarvisa tak podchodzi chyba już drugi tydzień” – myślał. Nie zauważył u niego blizny, więc przypuszczał, że jeszcze nie udało jej się z niego napić. Później zaczął się nawet zastanawiać, czy naprawdę znów chodziło o pragnienie – a może on jej się podobał? Ta myśl wywoływała u Troye’a nieprzyjemne uczucie ciężkości na żołądku.

Nabrał podejrzeń, gdy zauważył Rose obracającą się w liczniejszym męskim gronie. „Nazbierała sobie adoratorów? Jakie to żałosne. Myśli, że może kolekcjonować ludzi jak znaczki pocztowe. Prędzej czy później powysysa z nich wszystkich krew, z każdego po kolei, do cna” – twierdził Troye. Nie mógł się pogodzić z myślą, że został odrzucony.

Tymczasem Rose miała wrażenie, że odchodziła od zmysłów lub wręcz przeciwnie – zmysł węchu ją zabijał. Przebywała w otoczeniu tylu różnych ludzi, a to zapach Troye’a wciąż był najbardziej wyrazisty i kuszący. Bała się zakończenia tej historii. Robiła wszystko, by wybić sobie go z głowy, ale on wciąż wracał i wracał. Wiedziała, że musiała odpychać od siebie to uczucie, bo nawet, jeżeli trochę by odpuściła, mogło to się źle skończyć. W istocie, jej przypuszczenia były słuszne, lecz nawet najśmielsze sny nie mogły jej objawić tego, co miało się między nimi stać.

Pewnego razu Jarvis zaprosił Rose do kina, co nie uznała za szczególnie wybitny pomysł na pierwszą randkę, jednak zgodziła się. Była zmęczona tym, że ciągle musiała coś udawać, ale postanowiła to zaakceptować.

Film nie był nawet taki nudny, jak oczekiwała. Jarvis podejmował próby objęcia Rose, ale jakoś ostatecznie się nie zdecydował. Takie zachowanie nieco ją irytowało, dlatego przez większość czasu była skupiona bardziej na filmie niż na postaci Jarvisa. Między innymi dlatego uważała, że randka w kinie to zły pomysł. Po seansie Jarvis zaprosił ją do siebie. Propozycja ta zaskoczyła ją, ale nie odmówiła. Miała nadzieję, że tym razem będzie bardziej interesująco.

Niewielki bungalow zamieszkany przez Jarvisa był dosyć przytulny i skromnie urządzony. Rose najbardziej podobał się salon połączony z jadalnią, gdzie spędzili najwięcej czasu. Jarvis pochwalił się umiejętnościami kulinarnymi i przygotował naprawdę dobry obiad. Rose czuła się o wiele lepiej niż w kinie. Słuchała, jak Jarvis opowiadał różne historie na prawie każdy możliwy temat. Lubiła go słuchać, miał ciekawy styl opowiadania. Poczuła się trochę winna. Pewnie on chciał z nią chodzić, lecz nie chciała wplątywać nikogo w jej życie. Miała nadzieję, że się myliła. Może i tak, skoro Jarvis nawet nie mógł się odważyć na jakikolwiek kontakt fizyczny – chyba że się przemoże i da jej chociaż całusa na pożegnanie. Niestety, myśli Rose znów wróciły do pocałunków z Troyem.

Zdziwiła się uczuciem, które się w niej pojawiło – jakby czuła pragnienie nie względem jego krwi, a po prostu jego obecności. Wtedy był taki pewny siebie, stanowczy, ale przy tym wciąż delikatny. To w nim uwielbiała. Teraz tylko posyłał jej tęskne, a zarazem jadowite spojrzenia. Znów poczuła się winna.

W pewnym momencie Jarvis zdał sobie sprawę, że Rose odpłynęła myślami gdzieś daleko i nie słuchała go. Dopił swój drugi kieliszek wina. A może to był już trzeci albo czwarty? Nie pamiętał, nie potrafił się skupić.

– Jeździłaś kiedyś na motocyklu? – zapytał nagle, co faktycznie wyrwało ją z zamyślenia.

– Nie – odpowiedziała Rose, uświadomiwszy sobie, że przez chwilę była nieobecna.

Jarvis posłał jej intrygujący uśmieszek.

– A chciałabyś? – zaproponował zadziornie.

– W sumie… tak – odrzekła. – Ale raczej nie teraz? Piliśmy alkohol…

Jarvis tylko wzruszył ramionami.

– Jeździłem po większych ilościach – stwierdził i wstał od stołu. – No chodź. Nigdy tego nie zapomnisz, słowo.

 

~*~

 

            Rose żałowała, że się zgodziła. Jarvis jeździł slalomem, jak gdyby chciał się przed nią popisać – albo po prostu był zbyt pijany. Siedziała tuż za nim, obejmując go ciasno rękoma, w obawie przed wypadnięciem z pojazdu. Byłoby zdecydowanie przyjemniej, gdyby jechał choć trochę wolniej, a przede wszystkim prosto. Krzyczał coś do niej, mówił o jakichś widokach, ale ona niewiele widziała, bo rozwiane włosy przyklejały się do jej jasnej, lekko pokrytej potem twarzy. Chciała, żeby przejażdżka się już skończyła.

            Udało jej się wreszcie coś dostrzec, gdy jechali pod górę – tym razem na szczęście prosto, jednak o wiele szybciej. Rose czuła wiatr we włosach i zaczęła czerpać przyjemność z jazdy. Poczuła adrenalinę, kiedy pięli się wyżej i wyżej, z zawrotną prędkością. Ledwo co wjechali pod górę, Jarvis znów zaczął jechać slalomem. Część włosów przysłoniła Rose widok.

   – Prawda, że jest genialnie?! – krzyknął do niej Jarvis. – Jakbym urodził się na motocyklu! Mogę to robić nawet z zamkniętymi oczami!

            Rose nie widziała jego twarzy, więc myślała, że tylko tak powiedział, jednak gdy dostrzegła przed nimi ludzką sylwetkę, krzyknęła rozdzierająco. Jechali prosto na nią.

            Jarvis gwałtownie otworzył oczy i zahamował z całej siły. Idąca przed nimi postać obróciła się z przerażeniem i rzuciła się do ucieczki, ale nie zdążyła uniknąć zderzenia. Motocykl Jarvisa wjechał z rozpędu na chodnik i zahaczył o przechodnia.

            Rose miała wrażenie, jakby jej uszy wypełniała wata. Zsiadła z pojazdu przerażona, szła z trudem ku człowiekowi leżącemu na chodniku. Zakryła sobie usta dłońmi, gdy zobaczyła zakrwawionego Troye’a. Jarvis zszedł z motocyklu, łapiąc się za głowę.

            Troye czuł silny ból rozprzestrzeniający się po całym ciele niesamowicie szybko. Kiedy Jarvis go uderzył, odbił się i poleciał prosto na znajdujące się przy chodniku drzewo, od którego również się odbił i runął na chodnik jak długi. Chciał otworzyć oczy, ale mrużył je z bólu. Każdy mięsień jego ciała był napięty. Rose kucnęła tuż przy nim.

            Jej zmysły szalały. Otwarte rany Troye’a krwawiły i wydzielały takie ilości zapachu, że ciężko było się oprzeć. Skupiła całą swoją wolę na tym, by zachować zdrowy rozsądek. Obnażyła kły, ale tylko po to, by przeciąć sobie skórę na ręce. Zdezorientowany i zszokowany Jarvis nie wiedział, co się działo.

            Troye poczuł znajomy zapach przedzierający się do niego przez cały ten ból. Zmusił się do otwarcia oczu i zobaczył przed sobą krwawiącą rękę Rose. Dziewczyna patrzyła na niego intensywnie i poważnie.

            – Pij – poleciła stanowczo. – To cię uratuje.

            Troye sam nie wiedział, dlaczego jej posłuchał, lecz nie był w stanie na zadawanie pytań. Przytknął usta do jej ręki i poczuł krew, która smakowała jak zbawienie. Nagle wezbrały w nim siły. Otworzył szeroko oczy i podniósł się do siadu. Rose go podtrzymywała i coś do niego mówiła, jednak on nie słuchał. Czuł, że teraz był w stanie zrobić wszystko. Patrzył na swoje zakrwawione ręce, ale już nie odczuwał bólu.

            – Proszę cię, spokojnie! – głos Rose wreszcie do niego dotarł. – Jak się czujesz? Pewnie wciąż jesteś w szoku. Spokojnie, Troye…

            Została jednak przez niego odepchnięta.

            – Zostaw mnie, czuję się wspaniale – odrzekł spokojnie i wstał.

            Rose podniosła się do pionu i złapała go za ramiona. Jej zielone oczy błyszczały niebezpiecznie.

            – Słuchaj mnie, Jardin – syknęła. – Właśnie ponownie uratowałam ci dupę, więc trochę szacunku. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale właśnie zostałeś potrącony przez rozpędzonego motocyklistę. Gdyby nie ja, to byś już nie żył.

            Troye wpatrywał się w nią wybałuszonymi oczami. Poczuł wstyd za swoje zachowanie i odpuścił. Spojrzał na Jarvisa. Ten wciąż nie mógł pojąć tego, co się stało.

            – J-jak?... – wydusił z siebie, trzęsąc się jak przestraszone zwierzę.

            Rose westchnęła ciężko, wywracając oczami. Puściła Troye’a i odwróciła się na pięcie do Jarvisa.

            – Jestem wampirem – powiedziała dosadnie. – Albo to zaakceptujesz, albo uciekniesz w popłochu jak wszyscy. O, sorry, jest jeszcze opcja z zemdleniem – dodała, zerkając w kierunku Troye’a.

            Jarvis obejmował się rękoma.

            – To wampiry istnieją?... – zapytał, a Rose spojrzała na niego jak na głupca.

            – A co przed chwilą widziałeś? – prychnęła. – Zresztą, nieważne. Mam was dość, sami idioci.

            Ruszyła przed siebie, ale Troye chwycił ją za rękę.

            – Dziękuję – odezwał się. – Zawdzięczam tobie życie…

            Rose biła się z myślami. Wreszcie odwróciła się do niego i rzuciła mu się na szyję. Kiedy ich usta się zetknęły, Troye poczuł kolejny przypływ energii. Przyciągnął ją do siebie, ale wtedy ona odsunęła się.

            – Nie wyobrażaj sobie zbyt wiele – odrzekła cierpko. – Pocałunek wampira ma moc leczenia ran, jeśli tylko tego zechcę.

            Troye spojrzał na swoje ciało, które faktycznie się regenerowało. Spojrzał na Rose pytająco, lecz ona unikała jego wzroku.

sobota, 26 maja 2018

~Rozdział I~

Kiedy Troye Jardin poznał Rose Elliot, nie miał pojęcia, że wkrótce stanie się ona największą karuzelą emocjonalną jego życia.

Spotkali się przypadkiem – choć Troye uznał to za zrządzenie losu – gdy nieco zdezorientowana Rose zgubiła się na uczelni. Okazało się, że zupełnie pomyliła wydziały, ale Troye, zaintrygowany i urzeczony dziewczyną, postanowił osobiście odprowadzić ją na zajęcia, tym samym rezygnując z własnych.

Od tego czasu wypatrywał jej każdego dnia, żałując, że nieśmiałość z nim wygrała, gdy miał spytać o jej numer telefonu. Na szczęście zapamiętał jej imię i nazwisko – ba, nawet naskrobał je sobie na nadgarstku, gdy tylko odprowadził ją na zajęcia. Napis sprytnie zasłaniał zegarek na ręce, ale Troye przyglądał mu się dyskretnie na pozostałych zajęciach, jak i również później przed snem, gdy tusz długopisu był już ledwo widoczny. Wciąż jednak dało się odczytać imię i nazwisko nieznajomej: Rose Elliot.

Nie znalazł jej na żadnym portalu społecznościowym ani na żadnej innej stronie, gdy wpisał jej imię w wyszukiwarce internetowej. Kilka nocy z rzędu zasypiał z niepokojącą myślą, że gdy się obudzi, Rose Elliot okaże się tylko snem. Brakowało mu spełnienia niezrealizowanej potrzeby poznania jej, więc zaczął ją sobie wyobrażać taką, jaka wydała mu się tego dnia – delikatną i niewinną. Wtedy Troye nie miał pojęcia, że niepozorna Rose Elliot była w rzeczywistości uśpionym wulkanem.

Pewnego dnia spotkali się ponownie, a Troye poczuł w sobie nowy zapał do tej znajomości, który jednak zgasł szybko, gdy podszedł się przywitać. Na widok Rose ucieszył się tak bardzo, że nawet nie zauważył towarzyszących jej znajomych – dwóch chłopaków i jednej dziewczyny. Znajomi Rose patrzyli na niego tak, jakby mieli go za chwilę wyśmiać, czego ogromnie się obawiał. Zdążył jeszcze wydusić z siebie parę zdań, których potem nawet nie pamiętał, zanim odszedł ze wstydem. Zdecydował więc, że na razie wystarczy mu przypatrywanie się jej z oddali, wyobrażanie sobie ich relacji oraz krzyżowanie z nią spojrzeń. Wtedy jeszcze nie zauważał, że spojrzenia, które on jej posyłał, były pełne podziwu, troski i wrażliwości, podczas gdy jej oczy wypełniały fascynacja, chęć przygody i coś jeszcze, o czym nawet by nie pomyślał.

Troye marzył o tym, by Rose myślała o nim tak często, jak on rozmyślał o niej – i w pewnym sensie marzenia te były prawdą. Nigdy wcześniej tak się nikim nie zainteresowała, a do tego wciąż czuła jego specyficzny, przyjemny zapach, który zapamiętała już przy pierwszym spotkaniu. Póki co jednak starała się, by dowodzenie niezmiennie należało do jej rozsądku – inny wybór mógł być nieodwracalny, doskonale o tym wiedziała. Łatwo było dotrzymać tego postanowienia, gdy Troye nie kręcił się w pobliżu, ale wkrótce zaczęli wpadać na siebie częściej, a Rose nie miała już pojęcia, z czyjej winy to się działo. Jedno wiedziała na pewno – przypadki nie istniały.

Żadne z nich nie odważyło się poczynić kroku naprzód w tej relacji aż do przyszłego roku akademickiego, kiedy to Troye gruntownie postanowił, że musiał tę sytuację zmienić.

Wciąż szukał sposobności do zbliżenia się do Rose, a impreza organizowana przez znajomego z roku wydawała się odpowiednia. Troye jednak nie był przekonany. Jego introwertycznej duszy nie podobała się wizja spędzenia tam czasu, ale w wakacje poprzysiągł, że bardziej otworzy się na ludzi, a co ważniejsze – ona  miała tam być. W pewnym momencie doszedł do wniosku, że na próżno marzy i fantazjuje, a nawet wstydził się, że w ogóle to robił. Postanowił o niej zapomnieć, jednak uczucie było silniejsze, mimo że nie wiedział o niej prawie nic.

Kiedy jeszcze w zeszłym roku Rose próbowała z nim flirtować, on nie potrafił odpowiedzieć na to w żaden sposób, więc improwizował, ale czuł tylko, że robił z siebie idiotę. Wstyd postrzegał jako najgorsze uczucie, ale z drugiej strony Rose wciąż ogromnie mu się podobała. Liczył na to, że impreza u Dona Singha coś w nim zmieni, że wyjdzie z niej jako pewny siebie facet, u boku Rose Elliot wpatrzonej w niego jak bohatera. Troye zdawał sobie sprawę ze śmieszności tej wizji, ale nie sądził, by Rose rozumiała, jak bardzo introwertycy tacy jak on musieli się namęczyć, by wyjść ze swojej skorupy, i jak dumni i zwycięscy się czuli, kiedy to się udało. Przestał jednak uciekać od tej decyzji, stawiając na konfrontację – albo wreszcie spróbuje poznać Rose taką, jaka jest naprawdę, albo da sobie z nią spokój raz na zawsze.

Troye myślał nad tym cały czas i niemal trząsł się z nerwów. Czuł się tak niespokojny i miał ciężkie uczucie na żołądku, jak gdyby miał poddać się jakiejś skomplikowanej i ryzykownej operacji, a nie po prostu iść do kumpla na domówkę. To uczucie utwierdzało go tylko w przekonaniu, jak żałosny był.

Po skończonych piątkowych zajęciach wrócił do mieszkania i wziął prysznic. Nie był w stanie niczego zjeść, więc od razu zaczął szykować się do wyjścia. Na tę okazję kupił specjalnie podziurawione dżinsy i skóropodobną kurtkę. Kiedy stał przed lustrem, ubrany w wyżej wymienione części garderoby oraz biały T-shirt, czuł się po prostu nieswojo, jakby widział w tym lustrze kogoś obcego. Zawziął się jednak, by pod żadnym pozorem nie okazywać żadnych oznak prawdopodobnej fobii społecznej i po prostu wyluzować.

Jeszcze dziwniejsze uczucie ogarniało go, kiedy nażelował i ułożył sobie włosy. Stwierdził, że wyglądały jak tłuste, czarne glisty i poczuł jeszcze większe mdłości. Impulsywnie odkręcił kran i zmył przesadną ilość żelu z włosów. Ostatecznie wysuszył je i po prostu zaczesał do góry. Teraz pozostawały w kontrolowanym nieładzie, co zdaniem Troye’a wyglądało o wiele lepiej. Ubrania nie zmienił, chociaż zastanawiał się nad zmianą T-shirtu na białą koszulę, ale nie był pewny, czy to będzie do siebie pasować. Z żałością pomyślał, że przejmował się swoim wyglądem prawie jak nastoletnia dziewczyna, a nie jak dorosły mężczyzna. Przed wyjściem założył jeszcze zegarek, który dostał na osiemnaste urodziny i uważał, że pasował do stylu, jaki chciał osiągnąć. „Plus dziesięć do dorosłości” – pomyślał Troye i spoliczkował mentalnie samego siebie za użycie tego określenia.

Dezorientujące, nieprzyjemne uczucie wstydu nie opuszczało Troye’a na krok. Znajomi nie poznali go na pierwszy rzut oka, ale gdy to się już stało, powitali go entuzjastycznie, sypiąc pochlebne komentarze na temat jego wyglądu i tego, że przyszedł i będzie bawił się razem z nimi. Już na wejściu wetknięto mu plastikowy kubeczek zawierający jakiś alkohol, ale Troye nie był w stanie go zidentyfikować. W jego głowie pojawiła się niepokojąca myśl, że to mogła być jakaś mieszanka wybuchowa i postanowił przy najbliższej okazji wylać tę miksturę do stojącej w rogu pomieszczenia donicy z pewną rośliną.

 W głębi pokoju dostrzegł Rose uśmiechającą się do niego zagadkowo. Spanikował, gdy zaczęła iść w jego stronę i wypił tajemniczą zawartość kubeczka jednym haustem. W myślach skarcił swoją głupotę, gdy alkohol uderzył mu do głowy. Nie był abstynentem, ale zwykle nie pił dużo alkoholu, a na pewno nie tak szybko i nie tyle naraz. Zaczął panikować, że zaraz zwymiotuje i, co gorsza, Rose to zobaczy, ale resztki zdrowego rozsądku zmusiły go do rozluźnienia się. Wziął dwa głębokie wdechy i uśmiechnął się najluźniej, jak potrafił.

– Troye Jardin – odezwała się Rose i uśmiechnęła się słodko. – Nie sądziłam, że przyjdziesz.

Troye zaśmiał się i przeczesał włosy palcami u dłoni.

– Teraz, gdy przyszedłem, ta impreza dopiero się zacznie – stwierdził, starając się nie myśleć, że brzmiało to bardzo nie w jego stylu.

Rose uniosła brwi do góry i również się roześmiała.

– Mówisz? Nie miałam pojęcia, że taka z ciebie dusza towarzystwa – oznajmiła, a Troye ponownie poczuł się jak zdrajca samego siebie. – Chętnie to zobaczę.

Uśmiechała się tajemniczo, patrząc na niego z ciekawością. Troye postanowił ignorować wszelkie myśli, które go w tej chwili nachodziły, i działać impulsywnie, toteż odrzucił pusty kubeczek za siebie i porwał Rose do tańca. Zaskoczył ją i przez chwilę myślał, że go odepchnie albo zruga, jednak ona znów się zaśmiała i niedługo potem skakała razem z nim w rytm żywej muzyki. Troye wreszcie poczuł się z siebie dumny.

Pewności siebie dodawały Troye’owi również kolejne kubeczki z tajemniczym alkoholem. Czuł się coraz lepiej, odkąd pojawiło się w nim nieznane, ekscytujące uczucie, które wziął za adrenalinę. W pewnej chwili pomyślał, że może należałoby przystopować, bo jutro świat się nie kończy i pewnie wstanie z potwornym kacem, jednak zdrowy rozsądek zdawał się w tej chwili psuć mu zabawę albo wręcz go obrażać.

Troye zastanawiał się, czy jutro będzie pamiętał, jak tańczył z Rose, flirtował z nią śmiało, później namiętnie ją całował. Nie poznawał sam siebie i w pewnym stopniu czuł, że powinien przestać, ale czym więcej czasu z nią spędzał, tym bardziej myślał, że nie była wcale taka niewinna, a śmiała i oczekiwała równie śmiałego zachowania w swoją stronę. A może była taka na imprezach? Świadomość, że tyle jeszcze o niej nie wiedział i mógł to stopniowo odkrywać, napawała go jeszcze większą fascynacją jej osoby. Alkohol i gromkie okrzyki znajomych zachęcały go do kontynuowania ścieżki, którą obrał. Nie miał pojęcia, jak to wszystko się skończy, ale przestało go to niepokoić – wręcz przeciwnie, czuł ekscytację z tego powodu.

W pewnym momencie uświadomił sobie, że on i Rose nie byli jedyną obściskującą się parą – w kątach salonu było ich pełno, a co więcej, rozkręcały się coraz bardziej. Troye spojrzał w kocie oczy Rose, które swoim wyrazem zachęcały go, by szli dalej. „Nie tak, nie teraz, nie tutaj…” – przewijało się przez myśli Troye’a. Teraz czuł dosadnie, że za chwilę na dobre wyrzeknie się samego siebie i przekroczy tym razem nieodwracalną granicę. Przeprosił ją i postanowił wyjść na zewnątrz.

Chłodne, nocne powietrze spłynęło na niego jak zimny prysznic. Poczuł się, jakby alkohol i bezmyślność z niego wyparowały, a na ich miejsce wrócił rozsądek. Bawił się dobrze, ale teraz zdecydowanie trzeba przestać. Sprawdził telefon. Dostał SMSa od młodszej siostry z zapytaniem, jak minął mu dzień. Wysłała wiadomość trzy godziny temu. Troye poczuł się winny, że nie odpisał. Dochodziła już pierwsza w nocy, więc postanowił, że jutro napisze do siostry, że poprzedniego dnia wrócił zmęczony z uczelni i spał resztę dnia – o ile nie prześpi również dnia kolejnego, bo coś mu się wydawało, że po takiej ilości alkoholu głowa mogła mu pęknąć. „Cud, że się nie porzygałem” – pomyślał z ulgą.

Zamierzał od razu wrócić do siebie, nawet nie żegnając się z gospodarzem. On i tak nie zauważyłby nieobecności Troye’a, bo był zbyt pochłonięty imprezą tak, jak sam Troye przed chwilą. Teraz myślał o tym wszystkim z odrazą – ludzie potrafili zachowywać się jak zwierzęta, wszyscy jednakowo. Spojrzał jeszcze na dom Dona, po czym odwrócił się i ruszył w drogę powrotną. Nie zdążył jednak nawet dotrzeć do furtki, nim usłyszał swoje imię.

W progu domu stała Rose. Troye analizował teraz jej wygląd niczym skaner. Jej cieniowane włosy farbowane na czerwono sterczały teraz w lekkim nieładzie, a on przypomniał sobie, jak przeczesywał je własnymi dłońmi. Jej intensywnie, nienaturalnie zielone oczy wpatrywały się w niego pytająco.

– Idziesz już? – zdziwiła się i podeszła bliżej. Nie chciała mu na to pozwolić. W tym momencie Troye intrygował ją jeszcze bardziej niż kiedykolwiek.

Troye kiwnął głową.

– Było genialnie, naprawdę – zapewnił. – Jednak muszę… Muszę jutro rano wstać wcześnie, a już i tak trochę przegiąłem. Do zobaczenia w poniedziałek!

– Czekaj! – zatrzymała go ponownie i podeszła jeszcze bliżej.

Stanęła dokładnie naprzeciwko niego i poczuła mocne, męskie perfumy. Troye specjalnie wybrał taki zapach, żeby nie było czuć od niego potu. Rose spojrzała na niego tak samo jak jeszcze niedawno w rogu pokoju i Troye znów poczuł to intrygujące, pociągające uczucie z nieznanym zakończeniem.

– Pocałuj mnie, zanim pójdziesz – zażądała, a Troye bez wahania przyciągnął ją do siebie.

Czuła, jak znów przeczesywał jej włosy swoimi zdecydowanymi, lecz przy tym również i delikatnymi dłońmi. Pragnęła zachować jego dotyk i zapach tylko dla siebie – nie chciała, by teraz szedł do domu. Jego postać uderzyła jej do głowy mocniej niż alkohol. Sprawiła, by przywarł do ściany domu, gdzie nikt ich nie widział… Teraz wreszcie mogła zaspokoić pragnienie. Oderwała swoje usta od jego warg, by przenieść je na jego szyję…

– Co ci się stało? – zapytał nagle Troye, co kompletnie zbiło ją z tropu.

– C-co?... – zdezorientowana Rose odsunęła się od niego na tyle, by zobaczyć to, co pokazywał.

Troye delikatnie ujął jej jasną rękę, na której widniało cienkie, ale mocno krwawiące rozcięcie.

– To… Musiałam o coś się drasnąć, ale bez obaw. To mnie nie boli – zapewniła, jednak Troye uniósł jej rękę do ust i pocałował delikatnie ranę.

Nieco jej krwi pozostało na jego wargach – jednak na tyle dużo, by wprawić Rose w przerażenie. Troye znów posłał jej pytające spojrzenie, widząc jej reakcję, lecz potem dotarł do niego smak jej krwi. To było niewiele, ale poczuł się, jakby znów wypił kubeczek podejrzanego alkoholu.

– Nie! – krzyknęła z niepokojem w głosie.

– Wyjaśnij… – poprosił Troye, czując się nagle otępiały i podpierając się o mur domu. Nie umiał nawet porządnie się wysłowić.

Rose ogarnęła złość i wykrzywiła jej twarz w takim stopniu, że Troye bez wahania mógłby nazwać ją teraz kimś innym.

– Ty cholero… Ja się tak męczę, żeby się napić, a tymczasem to ty pijesz moją krew! – warknęła ze złością, a Troye zastanawiał się, czy dobrze usłyszał.

Chwilę później Rose nachyliła się z impetem w jego stronę i ugryzła go w szyję.

Troye poczuł, jakby ukłuły go dwie grube igły, i krzyknął z bólu. Na moment go zaćmiło, a kiedy odzyskał świadomość, Rose oderwała się od niego z zakrwawionymi ustami. Nie mógł uwierzyć w to, co właśnie się stało. Dotknął swojej szyi i poczuł własną, ciepłą krew. Spojrzał na Rose z przerażeniem. Oddychała ciężko i wpatrywała się w niego, jak gdyby sama nie rozumiała, dlaczego to zrobiła.

– Troye… Ja ci wszystko wyjaśnię… – odezwała się nieco ochrypłym głosem.

– Zostaw mnie! – zawołał Troye i gwałtownie odskoczył na bok, ale zachwiał się i upadł w krzaki. – Tu nie ma czego wyjaśniać! Idź stąd, istoto nieczysta! Wampir, wampir!

Krzyczał, jak gdyby nie zdawał sobie nawet sprawy z upadku. Był oszołomiony.

– Tak, jestem wampirem, ale nie wszyscy muszą od razu o tym wiedzieć! – obruszyła się donośnym szeptem Rose. – Przestań i wysłuchaj mnie!

– Wampir! Ta dziewczyna jest wampirem! – krzyk Troye’a słabł z każdą chwilą, bo chłopak w końcu zemdlał.

Rose westchnęła ciężko. Nie zostawi go tak przecież, mimo że miała już serdecznie dosyć Troye’a Jardina.

 

~*~

 

Troye obudził się z potwornym bólem głowy. Przez jakiś czas nie mógł otworzyć oczu ani nawet skoncentrować zmysłu słuchu na czymkolwiek. Później poczuł, że leżał na łóżku, przykryty kołdrą. Tkwił w otępieniu, które nie pozwalało mu zlokalizować siebie w przestrzeni czasowej. Jaki dziś dzień? Która tak właściwie była godzina? Jakie obowiązki czekały na niego dzisiaj? Czy przypadkiem nie spieszyło mu się na uczelnię?

Kiedy wreszcie otworzył oczy, z niepokojem stwierdził, że nie znajdował się we własnym mieszkaniu, a miejsce, gdzie przebywał, było mu zupełnie obce. Obcy pokój, obcy zapach. Chwila, było jednak w nim coś znajomego. Troye chciał podnieść się do siadu, ale gdy poruszył głową, zabolała go szyja. Nagle wszystko sobie przypomniał i zerwał się z łóżka.

– Gdzie ja jestem?! – przeraził się.

W drzwiach pokoju stanęła Rose.

– Pamiętasz cokolwiek z wczoraj?... – spytała cicho.

– Pamiętam wszystko! Odejdź ode mnie, potworze!

Rose wyraźnie się zdenerwowała.

– Pomagam ci, ty idioto! A teraz się połóż, bo znowu zemdlejesz! – wrzeszczała na niego, póki jej nie usłuchał i nie wrócił do łóżka.

Troye zauważył, że miał na sobie to samo ubranie, w którym był na imprezie – brakowało tylko skóropodobnej kurtki. Rozejrzał się i zobaczył ją zawieszoną na oparciu krzesła. Rose westchnęła i usiadła w fotelu naprzeciwko łóżka.

– Troye, to dla mnie trudne, zrozum – przemówiła półgłosem. – Nienawidzę być wampirem, ale nic na to nie poradzę. Kierują mną żądze i działam pod wpływem pragnienia. Kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy… Poczułam twój cudowny zapach. To mnie do ciebie ciągnęło…

Troye nie mógł uwierzyć własnym uszom. Normalnie pomyślałby, że ktoś go wkręcał, ale zdążył się już boleśnie przekonać, że to wszystko było pokręconą prawdą.

– Nie mów mi – zaczął głosem łamiącym się pod wpływem ogarniającej go złości – że przez ten cały czas widziałaś we mnie szwedzki stół… Tylko czekałaś, by mnie zaatakować. Tak czy nie?!

Rose przygryzła nerwowo wargę. Jej usta tak, jak zeszłego wieczoru, były pomalowane szkarłatną szminką.

– Troye… Tak – westchnęła i spuściła wzrok. – Tak, to prawda. Wiem, jak to brzmi, ale nie mogę się temu oprzeć…

– To… prawie jak kanibalizm – stwierdził Troye z odrazą, zastanawiając się, jak Rose Elliot mogła mu się kiedykolwiek podobać.

Rose siedziała cicho, skulona w fotelu. Głowę miała spuszczoną, ręce trzymała na kolanach i zaciskała usta. Troye zauważył czarną strugę na jej bladym policzku i zdał sobie sprawę, że ona płakała. Nie wiedział jednak, czy wciąż mógł jej ufać. Mówiła, że nie miała nad tym kontroli i żałowała tego, kim była, ale tak naprawdę wcale jej nie znał. Winił swoje miękkie serce za to, że teraz zrobiło mu się jej żal.

– Ty… nie próbowałaś mnie zabić, co? – spytał po jakimś czasie.

Rose uniosła twarz zalaną czarnymi łzami.

– W żadnym razie! – zaprotestowała z urazą w głosie. – Chciałam się tylko… napić.

Troye analizował tamtą sytuację raz jeszcze.

– Dlaczego tak się zdenerwowałaś, gdy przez przypadek zasmakowałem twojej krwi? I dlaczego tak się dziwnie po tym poczułem? Wampiry w ogóle… mają krew? – domagał się wyjaśnień.

– Tak, mamy w swoim ciele krew, ale musimy ją uzupełniać, żywiąc się innymi. Krew wampira działa na ludzi jak mocny alkohol albo narkotyk – odpowiedziała Rose. – Ty spróbowałeś niewielkiej ilości, ale pomyśl, co by się z tobą stało, gdybyś napił się więcej. Uzależniłbyś się, nie chciałabym tego. To by cię zniszczyło.

   Troye intensywnie nad tym wszystkim myślał. Z jednej strony czuł się co najmniej dziwnie, a z drugiej przypomniał sobie smak jej krwi. Była dla niego taka słodka i kusząca. Nigdy jeszcze nie zaznał takiego smaku. Nazwał Rose kanibalem, ale według tej logiki sam by nim był. Widocznie miała rację, można było się od tego uzależnić.

– Czyli to takie coś, co zamienia ludzi w wampiry – wydedukował.

– No… Można tak to ująć… – Rose wzruszyła ramionami, nie do końca zgadzając się z tą teorią – Jak się czujesz, Troye?

– Pomimo tego, że nadal boli mnie szyja i głowa, to całkiem normalnie – odparł Troye, wzruszając ramionami.

Rose otarła czarne łzy, wstała z fotela i wyszła z pokoju. Po chwili wróciła ze szklanką wody i jakąś tabletką. Troye spojrzał na nią podejrzanie.

– To na kaca – wyjaśniła i podała mu pigułkę. – Zaufaj, sprawdzone.

Kiedy Troye wziął od niej szklankę, Rose usiadła z powrotem w fotelu i westchnęła.

– Napij się i wracaj do siebie. W ogóle nie powinieneś tu być, ale nie mogłam cię zostawić samego, gdy zemdlałeś – rzekła.

Troye ostatecznie zdecydował się połknąć tabletkę i popił ją wodą. Wpatrywał się w Rose nieufnie, analizując każdy jej ruch. W jego oczach wyglądała teraz zupełnie inaczej.

Wahał się, czy podziękować jej za opiekę, bo czuł, że był jej to winien, ale wciąż miał do niej urazę. Koniec końców wymamrotał jakieś żałosne podziękowania i wrócił do siebie. Potrzebował czasu, by to wszystko przemyśleć.