Czym Święta Bożego Narodzenia były bliżej, tym większą ekscytację odczuwał Troye. Zawsze uwielbiał atmosferę tych świąt, a czuł ją już właściwie od listopada. Wszystko nagle stawało się takie miłe, przytulne i wesołe, że zima przestawała dokuczać.
Myśl o ponownym spotkaniu z rodziną powodowała u niego mieszane uczucia. Z jednej strony stęsknił się za nią i chętnie znów spędziłby czas z domownikami, a z drugiej stresował się ich reakcją na Rose. Sam fakt, że Hannah jej nie polubiła, mógłby być problematyczny, a domyślał się, że rodzice wcale nie będą mieli innych odczuć względem Rose niż Hannah. Właśnie dlatego zdecydował się nic nie mówić o dodatkowym gościu na święta.
Może nie było to do końca w porządku, lecz gdyby Hannah przedstawiła Rose w złym świetle, rodzice w życiu nie zgodziliby się na ich wspólny przyjazd. Niestety państwo Jardin traktowali swojego syna, jakby wciąż był małym dzieckiem i często podejmowali za niego decyzje, co było jedną z przyczyn, dla których Troye chciał wyjechać – początkowo na studia, a później w świat. Najpierw było mu trudno zadbać o najbardziej podstawowe rzeczy, ale w końcu zaczął uczyć się żyć samodzielnie. Troye przewidywał, że atmosfera w domu może być ciężka, jednak postanowił spędzić te święta z Rose, bo nie wyobrażał sobie, by w tę cudowną noc była sama. W tym celu zamierzał postawić rodzinę przed faktem dokonanym – i niech się dzieje, co chce!
Oczywiście uprzedził również Rose, a ta trochę się zmieszała, bo nie chciała sprawiać im kłopotu. Wystarczyło jej, że już w swoim rodzinnym domu czuła się jak gość – i to niechciany – jednak Troye nalegał i zapewniał, że nie będzie naprzykrzać się rodzinie, bo to jego sprawa, kogo zapraszał do domu. Nie była do końca przekonana, lecz chciała spędzić swoje pierwsze Święta Bożego Narodzenia z Troye’em.
Ta perspektywa z kolei jednocześnie ją cieszyła i niepokoiła. Co jeśli spotka ją za to kara? Przecież ten cudowny, odległy Absolut mógł się na nią za to zdenerwować – w końcu to ludzi stworzył i umiłował, a w żadnym razie nie był przeznaczony dla wampirów. Troye jednak zapewniał ją, że skoro Bóg był wszechwiedzący i nie zapobiegł temu w jakiś sposób, to widocznie miało się tak wydarzyć. Do Rose niezbyt trafiało takie tłumaczenie, a i przewidywaną niechęć rodziny do niej traktowała jako znak, że jednak się ku temu nie składało. Ostatecznie, dwudziestego czwartego grudnia, wsiadła z Troyem do pociągu, by ruszyć do jego rodzinnego miasteczka.
Podróż minęła im w dosyć nerwowej atmosferze – oboje stresowali się tą wizytą coraz bardziej. Troye starał się znaleźć jakiś odpowiedni temat do rozmowy, ale nic nie przychodziło mu do głowy. „O czym mamy porozmawiać, o pogodzie?” – pomyślał ironicznie. „W sumie…”
– Mogę o coś zapytać? – zaczął, a Rose spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem.
– Tak?
– Tak teraz myślę… Dlaczego zdecydowałaś się zamieszkać akurat tutaj, a nie w jakimś chłodniejszym klimacie? Mimo deszczowych czy mroźnych dni, klimat jest tu raczej dosyć ciepły.
– Jestem masochistką – zaśmiała się przekornie Rose. – Może nie aż tak, ale właściwie lubię słońce i ciepło… jednak nie mogę otrzymać tego zbyt wiele.
– Nie rozumiem: szkodzą ci, a jednak je lubisz?
– Widzisz, to tak, jakbyś był uczulony na pyłek kwiatów, a wciąż podobałby ci się ich zapach.
W drodze Troye zdecydował się jeszcze poopowiadać Rose o swojej rodzinie. Dowiedziała się, że jego ojciec – Mark Jardin – pracował jako programista, głównie zdalnie. Jardinowie mieli w domu pomieszczenie wydzielone na gabinet, jednak było dosyć ciasne, zatem Mark zwykle pracował w pokoju Troye’a, jako że był praktycznie nieużywany, odkąd jego właściciel wyprowadził się na studia.
Matka Troye’a, Carly Jardin, była nauczycielką matematyki w liceum znajdującym się w sąsiednim mieście. Troye cieszył się, że nie pracowała w jego byłej szkole, bo nie wyobrażał sobie być nauczanym przez własną matkę, która już i tak w dużym stopniu miała zapędy do kontrolowania jego życia. W tym była podobna do ojca, choć zdecydowanie bardziej uparta. Z opowieści Troye’a Rose wywnioskowała, że ojciec przynajmniej potrafił zmienić zdanie i odpuścić, gdy wyjaśniło mu się swój punkt widzenia – a matka uparcie broniła swoich racji, nawet jeśli okazałyby się fałszywe. „Teraz stresuję się chyba jeszcze bardziej…” – westchnęła w duchu Rose. „Ale przynajmniej wiem, czego się spodziewać.”
~*~
Jakiś czas później stanęli pod domem rodzinnym Troye’a. Był to średniej wielkości, piętrowy, ceglany dom jednorodzinny z ogródkiem. Troye pierwszy wszedł na mały taras przed oszklonymi drzwiami wejściowymi, a Rose, nieco poddenerwowana, stanęła tuż za nim, jakby bała się wejść.
– Co się dzieje? – zmartwił się Troye, oglądając się za siebie.
– Troye, jestem głupia… – jęknęła Rose w odpowiedzi. – Zapomniałam o jednej rzeczy…
– Nie wzięłaś czegoś z mieszkania?
– Nie, nie o to chodzi… Wiesz, że jeśli teraz mnie zaprosisz, to już zawsze będę mogła tu wejść?
– Przecież już cię zaprosiłem… I co w tym złego?
– Jeśli stracę nad sobą panowanie… – zaczęła ciężkim głosem. – To już się mnie nie pozbędziesz. Wampiry nie mogą wejść do domu niezaproszone, ale gdy raz się je zaprosi… to koniec.
– Przestań, Rose – westchnął Troye, po czym uśmiechnął się zachęcająco. – Zapraszam cię i już.
W tej chwili otworzyły się drzwi od domu, a stanęła w nich matka Troye’a – na oko kobieta zbliżająca się wiekiem do pięćdziesiątki. Miała smukłą figurę, kremową cerę oraz długie, lekko pofalowane ciemnobrązowe włosy z grzywką. Nie zauważyła Rose, która schowała się za Troye’em jeszcze bardziej.
– Och, mój synek wrócił! – zawołała radośnie, wyciągając ręce w jego stronę.
– O, mamo! Już tak nas od progu witasz… – zawstydził się Troye, rumieniąc się lekko.
– …nas? – zdziwiła się Carly.
Rose wychyliła się nieśmiało zza Troye’a, po czym stanęła tuż obok niego. Carly wyglądała, jakby właśnie spadł na nią grom z jasnego nieba.
– Tak… Mamo, poznaj, proszę, Rose – odrzekł Troye, starając się znaleźć w sobie odwagę. – Zaprosiłem ją do nas na święta.
Carly zmierzyła ją nieprzyjemnym, badawczym wzrokiem.
– Rose, tak?... – powtórzyła. Ton jej głosu nie brzmiał zbyt przyjaźnie.
– Tak. Rose Elliot, dzień dobry – odparła Rose ze sztucznym uśmiechem na twarzy.
Pani Jardin rzuciła okiem na syna, potem na Rose, i znów na syna.
– Twoja dziewczyna, skarbie? – dopytała, unosząc lekko głowę.
Zanim Troye zdążył cokolwiek powiedzieć, odezwała się Rose:
– Tak, jestem dziewczyną Troye’a – oznajmiła dobitnie, łapiąc go za rękę, po czym posłała Carly jeszcze jeden wymuszony uśmiech.
~ Co ty robisz? – spytał, skonfundowany.
~ Przytaknij mi, Jardin! Później o tym pogadamy!
– Tak, mamo, jesteśmy razem – dodał stanowczo.
– No ładnie! Ja się dopiero teraz dowiaduję? – spytała Carly, nieporadnie udając, że przyjaźnie żartowała. – Zapraszam… – oznajmiła takim tonem, jakby właśnie usłyszała bardzo niemiłe wieści.
Ciągnąc swoje bagaże, oboje weszli do przedsionka, gdzie zastali również Hannę. Dziewczyna spojrzała na Rose z przerażeniem i irytacją jednocześnie. Troye odchrząknął.
– Wolałem przedstawić wam Rose na żywo… – wtrącił.
– My już się znamy – rzuciła ostro Hannah.
– Cześć, Hannah – odrzekła Rose, nie mogąc powstrzymać się od wrednego uśmiechu.
– Cześć, Rose – prychnęła w odpowiedzi, posyłając jej dokładnie taki sam uśmiech.
W tym momencie atmosfera osiągnęła niewyobrażalny poziom ciężkości. Trzy kobiety patrzyły tylko po sobie nieprzyjaźnie, jak drapieżne zwierzęta czujące zagrożenie. Troye’a zżerały narastająca presja i gorączkowe myślenie, jakby tę sytuację przerwać – aż wreszcie oznajmił, siląc się na wesoły ton:
– …to ja może wniosę na górę nasze bagaże!
– Pomogę ci – dodała szybko Rose, najwyraźniej tylko czekając, aż Troye ją jakoś z tego wyrwie.
Normalnie protestowałby, że zrobi to sam, lecz doskonale wiedział, że nie należało teraz zostawiać Rose samej z matką i siostrą. Mogłoby dojść do katastrofy stulecia.
Taszcząc bagaże po schodach na górę, Troye dyskretnie spytał:
– Co to była za obrona własnego terytorium? Nie wiedziałem, że już oficjalnie jesteśmy parą…
– Oj, przestań! – zawołała Rose półszeptem, po czym jeszcze bardziej ściszyła głos. – Widać gołym okiem, że twoja mama mnie nie lubi…
– Od razu nie lubi… Pewnie poczuła się nieco zdezorientowana i tyle. Mówiłem, że lubi o wszystkim wiedzieć i decydować za wszystkich. Zaskoczyłem ją, musi przyswoić informacje… Nie będzie tak źle!
– Obyś miał rację…
~*~
– Skoro wiedziałaś, że Troye ma dziewczynę, to dlaczego mi nie powiedziałaś? – obruszyła się pani Jardin, stojąc z córką w kuchni.
– A co mnie do tego? – mruknęła Hannah, grzebiąc w telefonie. – Nie sądziłam, że tak bez zapowiedzi przywlecze tę lambardziarę ze sobą…
– Lambadziara… Och, ta dziewczyna wygląda na taką.
– No i co teraz?
– A nic – Carly wzruszyła ramionami. – Dzisiejszy wieczór po prostu będzie ciekawy…
Przez chwilę Hannah wpatrywała się w matkę ze zmarszczonym czołem, lecz szybko rozluźniła się i posłała jej wręcz złowieszczy uśmiech, jak gdyby obie coś knuły.
Na pierwszym piętrze Rose poszła skorzystać z toalety, a Troye udał się do swojego pokoju, by zostawić tam bagaże. Ledwo otworzył drzwi na oścież, ktoś rzucił mu się na szyję. Poczuł słodkie perfumy i usłyszał znajomy głos:
– Troye! Jak miło zobaczyć cię po latach.
Odsunął się lekko, by ujrzeć średniego wzrostu dziewczynę z bladą, lekko zaróżowioną cerą. Miała jasnorude włosy sięgające łopatek oraz brązowozielone oczy kryjące się za okularami z czarną oprawką.
– Lavender?!... Lavender Reeves? – wydusił z siebie Troye, który wraz z dziewczyną wiszącą mu u szyi oraz bagażami, czuł się dosyć niekomfortowo. – C-co ty tu… To znaczy…
– Twoi rodzice mnie zaprosili – wyjaśniła ochoczo dziewczyna, lecz mina szybko jej zrzedła. Wpatrywała się teraz głupio przed siebie.
Troye zdołał obrócić głowę na tyle, by dostrzec skonsternowaną Rose stojącą pośrodku korytarza. Gwałtownie wyplątał się z objęć Lavender, potykając się przy tym o bagaże. Gdyby w porę nie odzyskał równowagi, z pewnością runąłby jak długi na podłogę pokoju. Stanął obok Lavender, przesuwając walizki z wejścia.
– Ehym, Lavender… – zabrał głos. – Poznaj, proszę, Rose, moją dziewczynę.
Lavender znieruchomiała niczym posąg, a Troye – być może nie miejscu – zaraz skojarzył tę reakcję z przesławnym, klasycznym dźwiękiem błędu Windowsa XP.
Z kolei Rose ogarniała wzrokiem całą sytuację, oddychając ciężko i nie wiedząc, na kogo była bardziej wściekła.
~ Kto to jest?
~ Stara znajoma… Później ci opowiem.
– Tak więc… – przemówił Troye, już kolejny raz tego dnia przerywając niezmiernie niezręczną ciszę. – To jest Rose Elliot, a to Lavender Reeves, poznajcie się.
Rose miała nadzieję, że to ostatnia niespodzianka tego wyjazdu, jednak w duchu czuła, że będzie ich więcej.
– Cześć – odparła krótko, siląc się na kolejny sztuczny uśmiech.
– Cześć – odpowiedziała Lavender, poprawiając okulary środkowym palcem, co dziwnie przypominało nieuprzejmy gest.
Krótko po tym krępującym przedstawieniu się, Lavender opuściła pokój, wymawiając się tylko przelotnie czymś w rodzaju „pójdę sprawdzić, czy nie ma mnie gdzieś indziej”. Troye westchnął ciężko, a następnie opadł na łóżko i poklepał miejsce obok, zachęcając Rose, by usiadła.
Opowiedział jej, że Lavender była dziewczyną z sąsiedztwa, pochodzącą z dosyć bogatej rodziny. Znali się przelotnie prawie całe życie, a bliżej poznali się w liceum. Choć byli w różnych klasach, mieli razem parę zajęć. Troye opisywał tę znajomość jako niezręczne zauroczenie. Oznajmił, że odczuwał, jakby oboje byli w sobie zakochani, lecz żadne z nich nie odważyło się rozwinąć tej znajomości pod takim kątem. Spotkali się kilka razy w towarzystwie innych znajomych, a raz poszli na spacer tylko we dwoje, gdy Troye zaproponował odprowadzenie Lavender po szkole do domu. Wspominał z zawstydzonym uśmiechem, jak stanął z nią pod jej domem, chwilę porozmawiali, a potem szybko rozeszli się w swoje strony, jakby bojąc się tego niezręcznego uczucia.
Przy okazji Rose dowiedziała się, że nie było to pierwsze zakochanie Troye’a – wspomniał bowiem krótko o swojej pierwszej dziewczynie Leilani, z którą chodził w pierwszej klasie liceum. Byli razem jednak niecały rok, bo uznali, że niezbyt do siebie pasowali. Z Lavender poznał się bliżej w ostatniej klasie, a znajomość w zasadzie urwała się jeszcze przed zakończeniem szkoły.
– Jakoś tak… po prostu przestaliśmy ze sobą rozmawiać – ciągnął. – Nie wiem nawet dlaczego. Może chodziło o to, że wiedzieliśmy już, że wybieramy się na studia do innych miast? Nie potrafię stwierdzić.
– Czyli od ostatniej klasy liceum aż do teraz nie mieliście ze sobą kontaktu? – podsumowała Rose.
– Tak – odparł Troye. – To znaczy, wiesz, czasami widzieliśmy się gdzieś przelotnie, bo w końcu mieszkamy na tym samym osiedlu, ale nie rozmawialiśmy od tamtego czasu. Nie mam pojęcia, co też przyszło na myśl moim rodzicom, że zaprosili ją na wigilię.
~*~
Lavender zeszła na dół, ciężko stąpając po każdym stopniu. Czy Jardinowie stroili sobie z niej żarty? W końcu tak ochoczo zapraszali ją do siebie – „Troye na pewno się ucieszy!”. Akurat! Na wejściu do domu spotkała pana Jardina, który właśnie wrócił z pracy i odwieszał płaszcz. Był to chudy mężczyzna o poważnym, wręcz oschłym wyrazie twarzy, jasnej karnacji i czarnych włosach. Spojrzał na Lavender zza okularów, a widząc jej strapioną minę, spytał, czy coś się stało. Ona opowiedziała mu o właśnie zapoznanej Rose, dziewczynie Troye’a.
– Więc po co mnie państwo zaprosili? – jęknęła Lavender. – Chcieli mnie państwo upokorzyć, tak?
– Przysięgam, nie miałem pojęcia o tej dziewczynie – oznajmił zdziwiony Mark.
– Dla jasności, ja też nie – wtrąciła pani Jardin, pojawiając się w przedsionku. – Ale według mnie nie ma się czym martwić, ona zupełnie nie jest w typie naszego Troye’a.
– Mam nadzieję – mruknął jej mąż. – Nie wyobrażam sobie lepszej żony dla naszego syna niż ty, Lavender – odrzekł, a widząc jej zakłopotanie, dodał. – No a, przynajmniej na razie, dziewczyny.
Zarumieniła się. Gdy Jardinowie zaprosili ją wtedy na święta, przedstawili to tak, jakby Troye wciąż był nią zainteresowany. Odezwało się w niej jej dawne uczucie żywione względem niego. Żałowała, że wtedy urwał im się kontakt. Zobaczywszy Troye’a dzisiaj, poczuła, że nadal jej się podobał. Narobiła sobie mnóstwo nadziei, które prysły niczym bańka mydlana.
Jakiś czas później nastał czas na wigilijną kolację. Troye wyjaśnił Rose pokrótce, że dziś wieczorem będzie to przypominało zwykły rodzinny obiad, a dopiero jutro zasiądą do świątecznego posiłku. Z tego, co pamiętała Rose, dziś wieczorem domownicy układali prezenty pod choinką, a nazajutrz mieli je z samego rana otworzyć. Przygotowała prezent tylko dla Troye’a, a widząc to, Carly rzuciła niby od niechcenia jakiś żartobliwy komentarz o skąpstwie. Rose musiała wziąć głęboki wdech i mocno się powstrzymać, żeby nie zripostować tej wypowiedzi. Z wymuszonym uśmiechem na twarzy, odeszła od choinki stojącej w rogu pokoju.
Salon Jardinów zdawał się największą częścią domu. Znajdował się tuż obok kuchni, której część była widoczna przez prostokątny otwór w ścianie pokrytej ozdobną białą cegłą. Przy tym właśnie otworze stał długi stół wykonany z jasnego drewna, zatem łatwo można było podać na niego potrawy wprost z kuchni. W głębi pomieszczenia znajdowała się część wypoczynkowa z dużą kanapą i fotelem, naprzeciwko których stał telewizor. W rogu pokoju umiejscowiona była rozłożysta, pachnąca choinka przyozdobiona różnymi dekoracjami. Gdzieniegdzie dało się też zauważyć takie ozdoby jak figurki świętego Mikołaja, świąteczne lampki czy też aniołki z pozłacanymi skrzydłami. Oglądając to wszystko, Rose poczuła zachwyt i ciepło domowego ogniska, mimo że większość domowników traktowała ją tak oschle. Była w tym wszystkim jednak nutka jakiegoś żalu, spowodowana nie nastawieniem rodziny Troye’a, lecz wspomnieniem domu stryja, gdzie świąt nie obchodziło się wcale.
Podczas kolacji Carly opowiadała, jak to wraz z mężem zdecydowała się zaprosić Lavender, bo jej rodzice Boże Narodzenie spędzali w służbowej podróży. Na jutro miała już ponoć plany dzięki koleżance, która zaprosiła ją na świąteczny obiad. Państwo Jardinowie zaczęli opowiadać Rose, jak wspaniałą i mądrą osobą była Lavender. Dowiedziała się, że miała lekkość do nauki języków obcych – studiowała judaistykę, a poza jidysz i hebrajskim uczyła się także niemieckiego, i łaciny. Ponoć miała również plany nauczenia się arabskiego, greki oraz koreańskiego. Głównie mówili państwo Jardinowie, a sama Lavender przytakiwała im z dumą. Gdy odzywała się ona, wyrażała się nieco górnolotnie, zadzierając lekko głowę i używając formalnych, naukowych słów. Właśnie pochłonęło ją tłumaczenie fonetyki języka hebrajskiego, co interesowało chyba tylko rodziców Troye’a. Oni jednak zdawali się zafascynowani nie tyle tym małym wykładem, a samą jej osobą.
Rose zerknęła ukradkiem na Hannę spędzającą tę sytuację na przeglądaniu czegoś w telefonie i tylko od czasu do czasu posyłaniu Lavender znudzonych spojrzeń pełnych irytacji. Troye starał się słuchać, jednak bardzo szybko się zgubił, zatem większość swojej uwagi poświęcił jedzonemu łososiowi. Rose od razu wyczuła w nim czosnek, dlatego nałożyła sobie porcję samej sałatki. Spytana o powód, dla którego nie tknęła ryby, wymówiła się rzekomym uczuleniem na czosnek, co w gruncie rzeczy wcale tak daleko od prawdy nie odbiegało. Hannah jednak przyjrzała jej się podejrzliwie, jak gdyby miała wbudowany wykrywacz kłamstw. Sama się sobie zdziwiła, jak szybko skojarzyła z tym sytuację, gdy Rose żartowała o byciu wampirem. Może wciąż się z niej nabijała? Albo faktycznie nim była? „Za dużo siedzę w grach fantasy” – pomyślała, wracając do telefonu.
Po kolacji Lavender posiedziała chwilę z Jardinami, ale niezbyt udawało jej się porozmawiać z Troyem, więc zdecydowała się wrócić już do domu. Zbliżała się północ, a Jardinowie wybierali się na pasterkę. Rose oficjalnie oznajmiła, że źle się czuła i wolała nie iść, na co Troye zaproponował, że zostanie z nią.
~ Zwariowałeś, Jardin. Nie mam zamiaru odciągać cię od kościoła – prychnęła do niego w myślach ~ Nie czuję się źle, po prostu… No wiesz, nie mogę iść.
– Nie trzeba, dam sobie radę… – dopowiedziała na głos w obecności rodziców Troye’a.
– N-no dobrze. Rozgość się – zgodził się Troye, czując się nieco niezręcznie, zostawiając Rose samą w jego domu.
Mark i Carly spojrzeli na nią trochę krzywo, gdy oświadczyła, że nie pójdzie do kościoła, ale już nic nie powiedzieli. Wkrótce wszyscy poza Rose opuścili dom. Nie wiedząc, co z sobą zrobić, udała się z powrotem do salonu, gdzie usiadła na kanapie i zaczęła wpatrywać się tępo w błyszczącą choinkę.
Dzisiejszego wieczoru nie czuła się aż tak źle, jak myślała. Wszystko było takie miłe i rodzinne… ale tym bardziej poczuła, że nie należała do takiego świata. Spojrzała za okno w ciemną noc. A co jeśli i dziś wydarzy się cud? Co jeśli tej jednej nocy wolno było jej pójść do kościoła?
Wzięła klucze Troye’a i zamknęła dom. Wciąż się wahając, ruszyła przed siebie. W miasteczku był tylko jeden kościół i to całkiem niedaleko. Po drodze mijała udekorowane domy, wesołych kolędników i ludzi spieszących na mszę świętą. Wreszcie ujrzała przed sobą mury kościoła, lecz zatrzymała się przed ulicą dzielącą ją od świątyni. Stanęła jak wryta i tylko przyjrzała się budowli z niepokojem.
Czuła się, jakby powstała przed nią jakaś niewidzialna bariera, przez którą nie mogła uczynić już żadnego kroku naprzód. Do tej pory chyba nigdy nawet nie patrzyła tak długo na kościół jak teraz. Miała wrażenie, że jeśli tam wejdzie, Bóg odezwie się do niej z góry, przeklnie ją i spali żywcem – wedle wizji wpajanej jej przez Scarlett. Chwilę później Rose aż się wzdrygnęła, słysząc nieziemski huk, jak gdyby właśnie wypełniała się jej czarna wizja, lecz szybko zorientowała się, że to tylko dźwięk organ słyszalny aż tam, gdzie stała. Rozbrzmiała uroczysta kolęda obwieszczająca narodziny Zbawcy całego świata, a Rose przeszyły dreszcze. Zamknęła oczy. Jak piękna była ta muzyka…
Gdy kolęda umilkła, otworzyła gwałtownie oczy. Czuła, że już więcej nie była w stanie wytrzymać. Choć we wrotach świątyni było coś niezmiernie zachęcającego, przejście przez nie mogło okazać się zbyt ryzykowne. Rose uznała, że i tak zrobiła już największy postęp w całej swej historii oswajania się z kościołami, i pospiesznym krokiem wróciła do domu Jardinów.
Wzięła ciepły prysznic, przebrała się w piżamę, a następnie udała się do pokoju Hanny, gdzie ku jej wielkiej niechęci, miała spać. Skuliła się jak najbliżej skraju łóżka, by jej nie przeszkadzać, gdy już wróci.
Hannah zastała jednak Rose rozłożoną swobodnie na większości łóżka, co skomentowała tylko głębokim westchnięciem. Postarała się delikatnie przewrócić ją na bok i wtedy poczuła, jak zimna była jej skóra. Zmarszczyła podejrzliwie czoło. „Matko kochana, a jeśli ona naprawdę jest wampirem?...” – pomyślała ze zgrozą. Złapała lusterko z rączką leżące uprzednio na biurku. Rose odbijała się w jego tafli, jednak obraz był dziwnie niewyraźny… „Co jest… Tak chyba nie powinno być… A może jest już za ciemno? Ale ja wyglądam całkiem normalnie” – myślała gorączkowo Hannah. „Przysięgam, jeśli rodzony brat wpakował mnie do jednego łóżka z wampirem…!”
W tej chwili Rose poruszyła się w pościeli i przebudziła się. Hannah zdołała szybko schować lusterko za siebie, ale nie zdążyła odejść od łóżka.
– C-coś się dzieje? – wymamrotała zaspana Rose.
– Nie, nic! Śpij sobie – odrzekła Hannah, odsuwając się na bezpieczną odległość. – Wiesz co, nawet odstąpię ci tego łóżka, prześpię się na kanapie.
– Ach, wybacz, już się odsuwam…
– Naprawdę nie trzeba, już mnie tu nie ma! – zaprotestowała, po czym ukradkiem odłożyła lusterko na biurko, a następnie wyjęła z szafy puchaty koc i zapasową poduszkę, by błyskawicznie opuścić pokój, pozostawiając Rose w zdezorientowaniu.
W salonie Hannah spotkała jeszcze ojca gaszącego światła choinki na noc.
– A ty co? – spytał ze zdziwieniem.
– Będę spała jednak tutaj – odrzekła nieco spanikowana, podchodząc bliżej ojca. – Tatku, słuchaj… Mam pewne podejrzenia co do Rose… – zaczęła, ściszając głos. – Ona chyba jest wampirem.
Mark spojrzał na córkę z politowaniem. Przestraszył się, że naprawdę stało się coś poważnego, a tymczasem uznał tę wypowiedź za stek bzdur.
– Kochanie, lepiej idź już spać – mruknął.
– Nie wierzysz mi? Jeszcze zobaczymy! – prychnęła Hannah – Albo lepiej nie…
~*~
W bożonarodzeniowy poranek Troye obudził się dosyć wcześnie. Przypomniało mu sięo reprymendzie od rodziców przy powrocie z pasterki. „W jakiej sytuacji ty nas stawiasz? Jak to można tak bez uprzedzenia przyprowadzić gościa na święta? Co to z ogóle jest za dziewczyna? Wygląda jak śmierć! Widziałeś, jak ona na nas patrzyła?” – uwagi tego typu sypały się co chwilę, a Hannah ochoczo wtórowała rodzicom. Troye miał głęboką nadzieję, że dzisiejszy rodzinny obiad przebiegnie w milszej atmosferze. Z tego, co mówiła wczoraj mama, na wspólny posiłek mieli przyjechać również dziadek Willard i babcia Ashley. Może chociaż oni zaakceptują Rose… Troye bardzo na to liczył.
Gdy zszedł do salonu, zdziwił się widokiem Hanny śpiącej w najlepsze na kanapie. Spojrzał na zegarek – była dopiero siódma rano. Postanowił dać jej jeszcze trochę czasu i wrócił na górę. Zamierzał co prawda zaparzyć sobie poranną herbatę, lecz nie chcąc budzić siostry, od razu wziął prysznic, a następnie się ubrał. Wychodząc ponownie z pokoju, zauważył Rose w drzwiach pokoju Hanny.
– Spałam jak zabita – oznajmiła zaspanym głosem, przecierając sobie oczy dłonią.
– Ooo, dzień dobry – odparł Troye z uśmiechem na twarzy, po czym podszedł do niej i ją przytulił. – A właśnie, nie wiesz, dlaczego Ann poszła spać na dół?
– Co? Ach, obudziła mnie w nocy i tylko coś tam mruknęła, że zostawi mnie samą w pokoju – przypomniała sobie Rose. – Spała w salonie?
– Tak… No nic, miejmy nadzieję, że już nie śpi, w końcu czas na prezenty!
– No to dajmy jej jeszcze chwilę snu, muszę się ogarnąć…
Około pół godziny później oboje zeszli na dół, lecz Hannah jeszcze spała. Troye westchnął i jak przystało na troskliwego starszego brata, postanowił obudzić siostrę. Zdarł z niej koc, zawołał jej do ucha: „Wstawaj!”, po czym zaczął ją brutalnie łaskotać. W odpowiedzi Hannah kopnęła go w twarz i tak przez chwilę się ze sobą szamotali, zanim wreszcie wstała z kanapy. Rose przyglądała się tej scenie z rozbawieniem. Jej bójki z Drew wyglądały o wiele ostrzej.
– A co ty tak na kanapie? – zapytał Troye.
Hannah spojrzała na Rose z niepokojem, ale powstrzymała się od kąśliwego komentarza. Jeśli faktycznie okazałaby się wampirem, nie chciałaby jej rozwścieczać.
– Rosie tak słodko spała, że nie śmiałam jej przeszkadzać – odparła jakby od niechcenia, co zdziwiło ich oboje. – Dobra, ogarniam się i otwieramy prezenty!
To powiedziawszy, szybko opuściła salon. Troye posłał Rose zdezorientowane spojrzenie.
– Rosie?...
– Nie mam pojęcia, skąd nagle zrobiła się taka milutka… – odrzekła Rose – ale wyglądała na dosyć nerwową.
Rodzice Troye’a najwyraźniej także jeszcze spali, zatem Troye i Rose zdecydowali się przygotować śniadanie dla wszystkich. Chciała mu opowiedzieć o jej próbie pójścia do kościoła, lecz uznała, że lepiej będzie to zrobić po powrocie, bo wolała, żeby teraz oboje skupili się na świątecznej atmosferze. Wrócili jednak do tematu Lavender.
– Naprawdę nie rozumiem, po co ją zaprosili – stwierdził Troye, smażąc kolejnego naleśnika.
– Jeśli mam być szczera – podjęła Rose szeptem – sądzę, że twoi rodzice chcieli was zeswatać. Widziałeś, jak zareagowali na mnie… i jak wychwalali ją przed tobą przy kolacji.
– Zeswatać nas? To absurdalny pomysł… Brzmi jak moi rodzice – westchnął.
– Najpierw Hannah, teraz oni.
– Cóż, to chyba u nas rodzinne…
Przyjrzał się jej, gdy mieszała ciasto na następne naleśniki. Nie chciał, by zbytnio przejmowała się zachowaniem rodziny, jednak najwyraźniej ją to przygnębiało. Przytulił ją od tyłu, na co ona aż podskoczyła z zaskoczenia.
– Cieszę się, że tu ze mną jesteś – wymamrotał, wtulając się w jej włosy.
Uśmiechnęła się pogodnie, czując, jak się rozluźniała, a następnie objęła jego ręce.
– Troye…
– Tak?
– Coś się przypala…
Natychmiast odskoczył z powrotem do patelni, by zdjąć z niej naleśnika, a gdy kryzys został zażegnany, oboje wpadli w gromki śmiech.
Państwo Jardinowie byli nawet miło zaskoczeni przygotowanym śniadaniem, lecz ze względu na Rose nie dali tego po sobie poznać. Po posiłku można było odpakować prezenty. Okazało się, że Lavender przyniosła upominki dla całej rodziny, co znów wywołało u rodziców zachwyt.
– Prezenty dla wszystkich. Proszę, co za kulturalny gość… – skomentował Mark, niby przypadkiem rzucając Rose bardzo krótkie spojrzenie.
Troye za to stwierdził, że w pierwszej kolejności otworzy podarunek od Rose. Zdjął papier z podłużnego pakunku i jego oczom ukazała się powieść podróżnicza opisująca wyprawę po Afryce. Ucieszył się na ten widok.
– Dziękuję, kochanie, przeczytam z chęcią – oznajmił wesoło, po czym cmoknął Rose czule w usta, na co rodzice i Hannah lekko się skrzywili. – Teraz otwórz swój prezent… – poprosił, ignorując zachowanie rodziny.
Rose uśmiechnęła się, patrząc tylko na Troye’a. Naprawdę się starał, by czuła się tu dobrze, za co była mu ogromnie wdzięczna. Podniosła torebkę wskazaną przez niego, by znaleźć w niej czarno-czerwony świąteczny sweter z piernikowym ludzikiem.
– A teraz chodź za mną, to coś ci pokażę… – odrzekł podekscytowany Troye, ciągnąc ją za rękę.
Zaprowadził ją do przedsionka, a następnie poprosił, by tam zaczekała. Zniknął na chwilę za drzwiami od gabinetu, a potem wyszedł z pomieszczenia, ubrany w bardzo podobny sweter, tylko zielony.
– Ta da! – zawołał wesoło. – Nie masz pojęcia, jak się ucieszyłem, kiedy je znalazłem. Jak ci się podoba twój pierwszy brzydki świąteczny sweter?
– Brzydki? Jest uroczy! – zaprotestowała Rose, wciągając swój sweter przez głowę.
Przytuliła się do niego z wdzięcznością.
– Wesołych świąt, Rose – szepnął.
Spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem, ale i z radością, że wreszcie mogła to powiedzieć:
– Wesołych świąt, Troye.
Zmiękło mu serce na widok jej zadowolenia z przeżywania pierwszych Świąt Bożego Narodzenia w swoim życiu. Uznał, że jako pierwszy prezent bożonarodzeniowy powinna dostać coś świątecznego, a w tym nieco za dużym jak na nią swetrze wyglądała według niego uroczo. Oboje postanowili zostać tak ubrani przez cały świąteczny dzień.
Po południu przyjechali dziadkowie Troye’a, a gdy Rose już spodziewała się kolejnego starcia, babcia Ashley zaskoczyła ją swoim przywitaniem. Kiedy Troye przedstawił ją jako swoją dziewczynę, babcia obejrzała ją przez chwilę ze zdziwieniem, a później zawołała wesoło:
– Nareszcie!
Dziadkowie Troye’a od strony jego matki – Willard i Ashley Barnetowie – okazali się przemiłymi ludźmi. Wydawali się niezmiernie szczęśliwi, że ich wnuk w końcu przyprowadził do domu dziewczynę. Stanowiło to swego rodzaju tarczę przed uwagami rodziców, jako że dziadkowie zupełnie zmieniali ton rozmów, chcąc poznać Rose. Czuła się nieco zakłopotana, bo podczas tej opowieści musiała zmieniać wiele faktów z życia, jednak zrobiło jej się miło, że chociaż oni ją polubili.
Hannah przypatrywała się im, co chwila ziewając. Zanim poszła spać, spędziła jakiś czas na przeszukiwaniu Internetu, szukając wskazówek, jak rozpoznać wampira. Nie znalazła niczego sensownego, chociaż przewidywała takie rezultaty. Chciała raczej upewnić się, że nie było się czym martwić niż szukać dowodów na może absurdalne oskarżenie.
Ożywiła się, gdy zadzwonił jej telefon. Przeprosiła, wstała od stołu i wyszła z pokoju, by porozmawiać. Rose czuła, że nie powinna tego robić, jednak wyostrzyła nieco słuch, chcąc sprawdzić, z kim rozmawiała.
– No hej, Jarvis – usłyszała głos Hanny. – Wesołych świąt! Miło, że dzwonisz!
Podsłuchała jeszcze przez chwilę, ale nie rozmawiali o niczym ciekawym, więc przestała. Właściwie zdziwiła się, że utrzymywali ze sobą kontakt. Wciąż czuła też lekki wstyd na myśl o Jarvisie i o tym, jak niezręcznie zakończyła się ich znajomość.
Reszta wieczoru minęła całkiem miło, zapewne dzięki państwu Barnetów wprowadzającym przyjazną atmosferę. Rodzice Troye’a zachowywali się właściwie, jak gdyby Rose wcale nie istniała, co chyba w gruncie rzeczy było lepsze od tych wcześniejszych złośliwych uwag. Troye czuł, że po prostu nie chcieli robić oficjalnej awantury, ale pewnie jeszcze porozmawiają z nim o tym na osobności.
Rose przyglądała się rodzinie z nutką pewnej żałości – pozwoliła sobie na ten wieczór żyć tak, jakby była zwykłym człowiekiem, zapominając o swoim wampirzym losie pasożyta żerującego na niewinnych ofiarach. Dlaczego czas mijał tak nieubłaganie szybko? Chciała, by ten wieczór trwał jak najdłużej.