sobota, 12 grudnia 2020

~Rozdział XIII~

Czym Święta Bożego Narodzenia były bliżej, tym większą ekscytację odczuwał Troye. Zawsze uwielbiał atmosferę tych świąt, a czuł ją już właściwie od listopada. Wszystko nagle stawało się takie miłe, przytulne i wesołe, że zima przestawała dokuczać.

Myśl o ponownym spotkaniu z rodziną powodowała u niego mieszane uczucia. Z jednej strony stęsknił się za nią i chętnie znów spędziłby czas z domownikami, a z drugiej stresował się ich reakcją na Rose. Sam fakt, że Hannah jej nie polubiła, mógłby być problematyczny, a domyślał się, że rodzice wcale nie będą mieli innych odczuć względem Rose niż Hannah. Właśnie dlatego zdecydował się nic nie mówić o dodatkowym gościu na święta.

Może nie było to do końca w porządku, lecz gdyby Hannah przedstawiła Rose w złym świetle, rodzice w życiu nie zgodziliby się na ich wspólny przyjazd. Niestety państwo Jardin traktowali swojego syna, jakby wciąż był małym dzieckiem i często podejmowali za niego decyzje, co było jedną z przyczyn, dla których Troye chciał wyjechać – początkowo na studia, a później w świat. Najpierw było mu trudno zadbać o najbardziej podstawowe rzeczy, ale w końcu zaczął uczyć się żyć samodzielnie. Troye przewidywał, że atmosfera w domu może być ciężka, jednak postanowił spędzić te święta z Rose, bo nie wyobrażał sobie, by w tę cudowną noc była sama. W tym celu zamierzał postawić rodzinę przed faktem dokonanym – i niech się dzieje, co chce!

Oczywiście uprzedził również Rose, a ta trochę się zmieszała, bo nie chciała sprawiać im kłopotu. Wystarczyło jej, że już w swoim rodzinnym domu czuła się jak gość – i to niechciany – jednak Troye nalegał i zapewniał, że nie będzie naprzykrzać się rodzinie, bo to jego sprawa, kogo zapraszał do domu. Nie była do końca przekonana, lecz chciała spędzić swoje pierwsze Święta Bożego Narodzenia z Troye’em.

Ta perspektywa z kolei jednocześnie ją cieszyła i niepokoiła. Co jeśli spotka ją za to kara? Przecież ten cudowny, odległy Absolut mógł się na nią za to zdenerwować – w końcu to ludzi stworzył i umiłował, a w żadnym razie nie był przeznaczony dla wampirów. Troye jednak zapewniał ją, że skoro Bóg był wszechwiedzący i nie zapobiegł temu w jakiś sposób, to widocznie miało się tak wydarzyć. Do Rose niezbyt trafiało takie tłumaczenie, a i przewidywaną niechęć rodziny do niej traktowała jako znak, że jednak się ku temu nie składało. Ostatecznie, dwudziestego czwartego grudnia, wsiadła z Troyem do pociągu, by ruszyć do jego rodzinnego miasteczka.

Podróż minęła im w dosyć nerwowej atmosferze – oboje stresowali się tą wizytą coraz bardziej. Troye starał się znaleźć jakiś odpowiedni temat do rozmowy, ale nic nie przychodziło mu do głowy. „O czym mamy porozmawiać, o pogodzie?” – pomyślał ironicznie. „W sumie…”

– Mogę o coś zapytać? – zaczął, a Rose spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem.

– Tak?

– Tak teraz myślę… Dlaczego zdecydowałaś się zamieszkać akurat tutaj, a nie w jakimś chłodniejszym klimacie? Mimo deszczowych czy mroźnych dni, klimat jest tu raczej dosyć ciepły.

– Jestem masochistką – zaśmiała się przekornie Rose. – Może nie aż tak, ale właściwie lubię słońce i ciepło… jednak nie mogę otrzymać tego zbyt wiele.

– Nie rozumiem: szkodzą ci, a jednak je lubisz?

– Widzisz, to tak, jakbyś był uczulony na pyłek kwiatów, a wciąż podobałby ci się ich zapach.

W drodze Troye zdecydował się jeszcze poopowiadać Rose o swojej rodzinie. Dowiedziała się, że jego ojciec – Mark Jardin – pracował jako programista, głównie zdalnie. Jardinowie mieli w domu pomieszczenie wydzielone na gabinet, jednak było dosyć ciasne, zatem Mark zwykle pracował w pokoju Troye’a, jako że był praktycznie nieużywany, odkąd jego właściciel wyprowadził się na studia.

Matka Troye’a, Carly Jardin, była nauczycielką matematyki w liceum znajdującym się w sąsiednim mieście. Troye cieszył się, że nie pracowała w jego byłej szkole, bo nie wyobrażał sobie być nauczanym przez własną matkę, która już i tak w dużym stopniu miała zapędy do kontrolowania jego życia. W tym była podobna do ojca, choć zdecydowanie bardziej uparta. Z opowieści Troye’a Rose wywnioskowała, że ojciec przynajmniej potrafił zmienić zdanie i odpuścić, gdy wyjaśniło mu się swój punkt widzenia – a matka uparcie broniła swoich racji, nawet jeśli okazałyby się fałszywe. „Teraz stresuję się chyba jeszcze bardziej…” – westchnęła w duchu Rose. „Ale przynajmniej wiem, czego się spodziewać.”

 

 

~*~

 

 

Jakiś czas później stanęli pod domem rodzinnym Troye’a. Był to średniej wielkości, piętrowy, ceglany dom jednorodzinny z ogródkiem. Troye pierwszy wszedł na mały taras przed oszklonymi drzwiami wejściowymi, a Rose, nieco poddenerwowana, stanęła tuż za nim, jakby bała się wejść.

– Co się dzieje? – zmartwił się Troye, oglądając się za siebie.

– Troye, jestem głupia… – jęknęła Rose w odpowiedzi. – Zapomniałam o jednej rzeczy…

– Nie wzięłaś czegoś z mieszkania?

– Nie, nie o to chodzi… Wiesz, że jeśli teraz mnie zaprosisz, to już zawsze będę mogła tu wejść?

– Przecież już cię zaprosiłem… I co w tym złego?

– Jeśli stracę nad sobą panowanie… – zaczęła ciężkim głosem. – To już się mnie nie pozbędziesz. Wampiry nie mogą wejść do domu niezaproszone, ale gdy raz się je zaprosi… to koniec.

– Przestań, Rose – westchnął Troye, po czym uśmiechnął się zachęcająco. – Zapraszam cię i już.

W tej chwili otworzyły się drzwi od domu, a stanęła w nich matka Troye’a – na oko kobieta zbliżająca się wiekiem do pięćdziesiątki. Miała smukłą figurę, kremową cerę oraz długie, lekko pofalowane ciemnobrązowe włosy z grzywką. Nie zauważyła Rose, która schowała się za Troye’em jeszcze bardziej.

– Och, mój synek wrócił! – zawołała radośnie, wyciągając ręce w jego stronę.

– O, mamo! Już tak nas od progu witasz… – zawstydził się Troye, rumieniąc się lekko.

– …nas? – zdziwiła się Carly.

Rose wychyliła się nieśmiało zza Troye’a, po czym stanęła tuż obok niego. Carly wyglądała, jakby właśnie spadł na nią grom z jasnego nieba.

– Tak… Mamo, poznaj, proszę, Rose – odrzekł Troye, starając się znaleźć w sobie odwagę. – Zaprosiłem ją do nas na święta.

Carly zmierzyła ją nieprzyjemnym, badawczym wzrokiem.

– Rose, tak?... – powtórzyła. Ton jej głosu nie brzmiał zbyt przyjaźnie.

– Tak. Rose Elliot, dzień dobry – odparła Rose ze sztucznym uśmiechem na twarzy.

Pani Jardin rzuciła okiem na syna, potem na Rose, i znów na syna.

– Twoja dziewczyna, skarbie? – dopytała, unosząc lekko głowę.

Zanim Troye zdążył cokolwiek powiedzieć, odezwała się Rose:

– Tak, jestem dziewczyną Troye’a – oznajmiła dobitnie, łapiąc go za rękę, po czym posłała Carly jeszcze jeden wymuszony uśmiech.

~ Co ty robisz? – spytał, skonfundowany.

~ Przytaknij mi, Jardin! Później o tym pogadamy!

– Tak, mamo, jesteśmy razem – dodał stanowczo.

– No ładnie! Ja się dopiero teraz dowiaduję? – spytała Carly, nieporadnie udając, że przyjaźnie żartowała. – Zapraszam… – oznajmiła takim tonem, jakby właśnie usłyszała bardzo niemiłe wieści.

Ciągnąc swoje bagaże, oboje weszli do przedsionka, gdzie zastali również Hannę. Dziewczyna spojrzała na Rose z przerażeniem i irytacją jednocześnie. Troye odchrząknął.

– Wolałem przedstawić wam Rose na żywo… – wtrącił.

– My już się znamy – rzuciła ostro Hannah.

– Cześć, Hannah – odrzekła Rose, nie mogąc powstrzymać się od wrednego uśmiechu.

– Cześć, Rose – prychnęła w odpowiedzi, posyłając jej dokładnie taki sam uśmiech.

W tym momencie atmosfera osiągnęła niewyobrażalny poziom ciężkości. Trzy kobiety patrzyły tylko po sobie nieprzyjaźnie, jak drapieżne zwierzęta czujące zagrożenie. Troye’a zżerały narastająca presja i gorączkowe myślenie, jakby tę sytuację przerwać – aż wreszcie oznajmił, siląc się na wesoły ton:

– …to ja może wniosę na górę nasze bagaże!

– Pomogę ci – dodała szybko Rose, najwyraźniej tylko czekając, aż Troye ją jakoś z tego wyrwie.

Normalnie protestowałby, że zrobi to sam, lecz doskonale wiedział, że nie należało teraz zostawiać Rose samej z matką i siostrą. Mogłoby dojść do katastrofy stulecia.

Taszcząc bagaże po schodach na górę, Troye dyskretnie spytał:

– Co to była za obrona własnego terytorium? Nie wiedziałem, że już oficjalnie jesteśmy parą…

– Oj, przestań! – zawołała Rose półszeptem, po czym jeszcze bardziej ściszyła głos. – Widać gołym okiem, że twoja mama mnie nie lubi…

– Od razu nie lubi… Pewnie poczuła się nieco zdezorientowana i tyle. Mówiłem, że lubi o wszystkim wiedzieć i decydować za wszystkich. Zaskoczyłem ją, musi przyswoić informacje… Nie będzie tak źle!

– Obyś miał rację…

 


~*~

 

– Skoro wiedziałaś, że Troye ma dziewczynę, to dlaczego mi nie powiedziałaś? – obruszyła się pani Jardin, stojąc z córką w kuchni.

– A co mnie do tego? – mruknęła Hannah, grzebiąc w telefonie. – Nie sądziłam, że tak bez zapowiedzi przywlecze tę lambardziarę ze sobą…

– Lambadziara… Och, ta dziewczyna wygląda na taką.

– No i co teraz?

– A nic – Carly wzruszyła ramionami. – Dzisiejszy wieczór po prostu będzie ciekawy…

Przez chwilę Hannah wpatrywała się w matkę ze zmarszczonym czołem, lecz szybko rozluźniła się i posłała jej wręcz złowieszczy uśmiech, jak gdyby obie coś knuły.

 Na pierwszym piętrze Rose poszła skorzystać z toalety, a Troye udał się do swojego pokoju, by zostawić tam bagaże. Ledwo otworzył drzwi na oścież, ktoś rzucił mu się na szyję. Poczuł słodkie perfumy i usłyszał znajomy głos:

– Troye! Jak miło zobaczyć cię po latach.

Odsunął się lekko, by ujrzeć średniego wzrostu dziewczynę z bladą, lekko zaróżowioną cerą. Miała jasnorude włosy sięgające łopatek oraz brązowozielone oczy kryjące się za okularami z czarną oprawką.

– Lavender?!... Lavender Reeves? – wydusił z siebie Troye, który wraz z dziewczyną wiszącą mu u szyi oraz bagażami, czuł się dosyć niekomfortowo. – C-co ty tu… To znaczy…

– Twoi rodzice mnie zaprosili – wyjaśniła ochoczo dziewczyna, lecz mina szybko jej zrzedła. Wpatrywała się teraz głupio przed siebie.

Troye zdołał obrócić głowę na tyle, by dostrzec skonsternowaną Rose stojącą pośrodku korytarza. Gwałtownie wyplątał się z objęć Lavender, potykając się przy tym o bagaże. Gdyby w porę nie odzyskał równowagi, z pewnością runąłby jak długi na podłogę pokoju. Stanął obok Lavender, przesuwając walizki z wejścia.

– Ehym, Lavender… – zabrał głos. – Poznaj, proszę, Rose, moją dziewczynę.

Lavender znieruchomiała niczym posąg, a Troye – być może nie miejscu – zaraz skojarzył tę reakcję z przesławnym, klasycznym dźwiękiem błędu Windowsa XP.

Z kolei Rose ogarniała wzrokiem całą sytuację, oddychając ciężko i nie wiedząc, na kogo była bardziej wściekła.

~ Kto to jest?

~ Stara znajoma… Później ci opowiem.

– Tak więc… – przemówił Troye, już kolejny raz tego dnia przerywając niezmiernie niezręczną ciszę. – To jest Rose Elliot, a to Lavender Reeves, poznajcie się.

Rose miała nadzieję, że to ostatnia niespodzianka tego wyjazdu, jednak w duchu czuła, że będzie ich więcej.

– Cześć – odparła krótko, siląc się na kolejny sztuczny uśmiech.

 – Cześć – odpowiedziała Lavender, poprawiając okulary środkowym palcem, co dziwnie przypominało nieuprzejmy gest.

Krótko po tym krępującym przedstawieniu się, Lavender opuściła pokój, wymawiając się tylko przelotnie czymś w rodzaju „pójdę sprawdzić, czy nie ma mnie gdzieś indziej”. Troye westchnął ciężko, a następnie opadł na łóżko i poklepał miejsce obok, zachęcając Rose, by usiadła.

Opowiedział jej, że Lavender była dziewczyną z sąsiedztwa, pochodzącą z dosyć bogatej rodziny. Znali się przelotnie prawie całe życie, a bliżej poznali się w liceum. Choć byli w różnych klasach, mieli razem parę zajęć. Troye opisywał tę znajomość jako niezręczne zauroczenie. Oznajmił, że odczuwał, jakby oboje byli w sobie zakochani, lecz żadne z nich nie odważyło się rozwinąć tej znajomości pod takim kątem. Spotkali się kilka razy w towarzystwie innych znajomych, a raz poszli na spacer tylko we dwoje, gdy Troye zaproponował odprowadzenie Lavender po szkole do domu. Wspominał z zawstydzonym uśmiechem, jak stanął z nią pod jej domem, chwilę porozmawiali, a potem szybko rozeszli się w swoje strony, jakby bojąc się tego niezręcznego uczucia.

Przy okazji Rose dowiedziała się, że nie było to pierwsze zakochanie Troye’a – wspomniał bowiem krótko o swojej pierwszej dziewczynie Leilani, z którą chodził w pierwszej klasie liceum. Byli razem jednak niecały rok, bo uznali, że niezbyt do siebie pasowali. Z Lavender poznał się bliżej w ostatniej klasie, a znajomość w zasadzie urwała się jeszcze przed zakończeniem szkoły.

– Jakoś tak… po prostu przestaliśmy ze sobą rozmawiać – ciągnął. – Nie wiem nawet dlaczego. Może chodziło o to, że wiedzieliśmy już, że wybieramy się na studia do innych miast? Nie potrafię stwierdzić.

– Czyli od ostatniej klasy liceum aż do teraz nie mieliście ze sobą kontaktu? – podsumowała Rose.

– Tak – odparł Troye. – To znaczy, wiesz, czasami widzieliśmy się gdzieś przelotnie, bo w końcu mieszkamy na tym samym osiedlu, ale nie rozmawialiśmy od tamtego czasu. Nie mam pojęcia, co też przyszło na myśl moim rodzicom, że zaprosili ją na wigilię.

 

 

~*~

 

 

Lavender zeszła na dół, ciężko stąpając po każdym stopniu. Czy Jardinowie stroili sobie z niej żarty? W końcu tak ochoczo zapraszali ją do siebie – „Troye na pewno się ucieszy!”. Akurat! Na wejściu do domu spotkała pana Jardina, który właśnie wrócił z pracy i odwieszał płaszcz. Był to chudy mężczyzna o poważnym, wręcz oschłym wyrazie twarzy, jasnej karnacji i czarnych włosach. Spojrzał na Lavender zza okularów, a widząc jej strapioną minę, spytał, czy coś się stało. Ona opowiedziała mu o właśnie zapoznanej Rose, dziewczynie Troye’a.

– Więc po co mnie państwo zaprosili? – jęknęła Lavender. – Chcieli mnie państwo upokorzyć, tak?

– Przysięgam, nie miałem pojęcia o tej dziewczynie – oznajmił zdziwiony Mark.

– Dla jasności, ja też nie – wtrąciła pani Jardin, pojawiając się w przedsionku. – Ale według mnie nie ma się czym martwić, ona zupełnie nie jest w typie naszego Troye’a.

– Mam nadzieję – mruknął jej mąż. – Nie wyobrażam sobie lepszej żony dla naszego syna niż ty, Lavender – odrzekł, a widząc jej zakłopotanie, dodał. – No a, przynajmniej na razie, dziewczyny.

Zarumieniła się. Gdy Jardinowie zaprosili ją wtedy na święta, przedstawili to tak, jakby Troye wciąż był nią zainteresowany. Odezwało się w niej jej dawne uczucie żywione względem niego. Żałowała, że wtedy urwał im się kontakt. Zobaczywszy Troye’a dzisiaj, poczuła, że nadal jej się podobał. Narobiła sobie mnóstwo nadziei, które prysły niczym bańka mydlana.

Jakiś czas później nastał czas na wigilijną kolację. Troye wyjaśnił Rose pokrótce, że dziś wieczorem będzie to przypominało zwykły rodzinny obiad, a dopiero jutro zasiądą do świątecznego posiłku. Z tego, co pamiętała Rose, dziś wieczorem domownicy układali prezenty pod choinką, a nazajutrz mieli je z samego rana otworzyć. Przygotowała prezent tylko dla Troye’a, a widząc to, Carly rzuciła niby od niechcenia jakiś żartobliwy komentarz o skąpstwie. Rose musiała wziąć głęboki wdech i mocno się powstrzymać, żeby nie zripostować tej wypowiedzi. Z wymuszonym uśmiechem na twarzy, odeszła od choinki stojącej w rogu pokoju.

  Salon Jardinów zdawał się największą częścią domu. Znajdował się tuż obok kuchni, której część była widoczna przez prostokątny otwór w ścianie pokrytej ozdobną białą cegłą. Przy tym właśnie otworze stał długi stół wykonany z jasnego drewna, zatem łatwo można było podać na niego potrawy wprost z kuchni. W głębi pomieszczenia znajdowała się część wypoczynkowa z dużą kanapą i fotelem, naprzeciwko których stał telewizor. W rogu pokoju umiejscowiona była rozłożysta, pachnąca choinka przyozdobiona różnymi dekoracjami. Gdzieniegdzie dało się też zauważyć takie ozdoby jak figurki świętego Mikołaja, świąteczne lampki czy też aniołki z pozłacanymi skrzydłami. Oglądając to wszystko, Rose poczuła zachwyt i ciepło domowego ogniska, mimo że większość domowników traktowała ją tak oschle. Była w tym wszystkim jednak nutka jakiegoś żalu, spowodowana nie nastawieniem rodziny Troye’a, lecz wspomnieniem domu stryja, gdzie świąt nie obchodziło się wcale.

Podczas kolacji Carly opowiadała, jak to wraz z mężem zdecydowała się zaprosić Lavender, bo jej rodzice Boże Narodzenie spędzali w służbowej podróży. Na jutro miała już ponoć plany dzięki koleżance, która zaprosiła ją na świąteczny obiad. Państwo Jardinowie zaczęli opowiadać Rose, jak wspaniałą i mądrą osobą była Lavender. Dowiedziała się, że miała lekkość do nauki języków obcych – studiowała judaistykę, a poza jidysz i hebrajskim uczyła się także niemieckiego, i łaciny. Ponoć miała również plany nauczenia się arabskiego, greki oraz koreańskiego. Głównie mówili państwo Jardinowie, a sama Lavender przytakiwała im z dumą. Gdy odzywała się ona, wyrażała się nieco górnolotnie, zadzierając lekko głowę i używając formalnych, naukowych słów. Właśnie pochłonęło ją tłumaczenie fonetyki języka hebrajskiego, co interesowało chyba tylko rodziców Troye’a. Oni jednak zdawali się zafascynowani nie tyle tym małym wykładem, a samą jej osobą.

Rose zerknęła ukradkiem na Hannę spędzającą tę sytuację na przeglądaniu czegoś w telefonie i tylko od czasu do czasu posyłaniu Lavender znudzonych spojrzeń pełnych irytacji. Troye starał się słuchać, jednak bardzo szybko się zgubił, zatem większość swojej uwagi poświęcił jedzonemu łososiowi. Rose od razu wyczuła w nim czosnek, dlatego nałożyła sobie porcję samej sałatki. Spytana o powód, dla którego nie tknęła ryby, wymówiła się rzekomym uczuleniem na czosnek, co w gruncie rzeczy wcale tak daleko od prawdy nie odbiegało. Hannah jednak przyjrzała jej się podejrzliwie, jak gdyby miała wbudowany wykrywacz kłamstw. Sama się sobie zdziwiła, jak szybko skojarzyła z tym sytuację, gdy Rose żartowała o byciu wampirem. Może wciąż się z niej nabijała? Albo faktycznie nim była? „Za dużo siedzę w grach fantasy” – pomyślała, wracając do telefonu.

Po kolacji Lavender posiedziała chwilę z Jardinami, ale niezbyt udawało jej się porozmawiać z Troyem, więc zdecydowała się wrócić już do domu. Zbliżała się północ, a Jardinowie wybierali się na pasterkę. Rose oficjalnie oznajmiła, że źle się czuła i wolała nie iść, na co Troye zaproponował, że zostanie z nią.

~ Zwariowałeś, Jardin. Nie mam zamiaru odciągać cię od kościoła – prychnęła do niego w myślach ~ Nie czuję się źle, po prostu… No wiesz, nie mogę iść.

– Nie trzeba, dam sobie radę… – dopowiedziała na głos w obecności rodziców Troye’a.

– N-no dobrze. Rozgość się – zgodził się Troye, czując się nieco niezręcznie, zostawiając Rose samą w jego domu.

Mark i Carly spojrzeli na nią trochę krzywo, gdy oświadczyła, że nie pójdzie do kościoła, ale już nic nie powiedzieli. Wkrótce wszyscy poza Rose opuścili dom. Nie wiedząc, co z sobą zrobić, udała się z powrotem do salonu, gdzie usiadła na kanapie i zaczęła wpatrywać się tępo w błyszczącą choinkę.

Dzisiejszego wieczoru nie czuła się aż tak źle, jak myślała. Wszystko było takie miłe i rodzinne… ale tym bardziej poczuła, że nie należała do takiego świata. Spojrzała za okno w ciemną noc. A co jeśli i dziś wydarzy się cud? Co jeśli tej jednej nocy wolno było jej pójść do kościoła?

 Wzięła klucze Troye’a i zamknęła dom. Wciąż się wahając, ruszyła przed siebie. W miasteczku był tylko jeden kościół i to całkiem niedaleko. Po drodze mijała udekorowane domy, wesołych kolędników i ludzi spieszących na mszę świętą. Wreszcie ujrzała przed sobą mury kościoła, lecz zatrzymała się przed ulicą dzielącą ją od świątyni. Stanęła jak wryta i tylko przyjrzała się budowli z niepokojem.

Czuła się, jakby powstała przed nią jakaś niewidzialna bariera, przez którą nie mogła uczynić już żadnego kroku naprzód. Do tej pory chyba nigdy nawet nie patrzyła tak długo na kościół jak teraz. Miała wrażenie, że jeśli tam wejdzie, Bóg odezwie się do niej z góry, przeklnie ją i spali żywcem – wedle wizji wpajanej jej przez Scarlett. Chwilę później Rose aż się wzdrygnęła, słysząc nieziemski huk, jak gdyby właśnie wypełniała się jej czarna wizja, lecz szybko zorientowała się, że to tylko dźwięk organ słyszalny aż tam, gdzie stała. Rozbrzmiała uroczysta kolęda obwieszczająca narodziny Zbawcy całego świata, a Rose przeszyły dreszcze. Zamknęła oczy. Jak piękna była ta muzyka…

Gdy kolęda umilkła, otworzyła gwałtownie oczy. Czuła, że już więcej nie była w stanie wytrzymać. Choć we wrotach świątyni było coś niezmiernie zachęcającego, przejście przez nie mogło okazać się zbyt ryzykowne. Rose uznała, że i tak zrobiła już największy postęp w całej swej historii oswajania się z kościołami, i pospiesznym krokiem wróciła do domu Jardinów.

Wzięła ciepły prysznic, przebrała się w piżamę, a następnie udała się do pokoju Hanny, gdzie ku jej wielkiej niechęci, miała spać. Skuliła się jak najbliżej skraju łóżka, by jej nie przeszkadzać, gdy już wróci.

Hannah zastała jednak Rose rozłożoną swobodnie na większości łóżka, co skomentowała tylko głębokim westchnięciem. Postarała się delikatnie przewrócić ją na bok i wtedy poczuła, jak zimna była jej skóra. Zmarszczyła podejrzliwie czoło. „Matko kochana, a jeśli ona naprawdę jest wampirem?...” – pomyślała ze zgrozą. Złapała lusterko z rączką leżące uprzednio na biurku. Rose odbijała się w jego tafli, jednak obraz był dziwnie niewyraźny… „Co jest… Tak chyba nie powinno być… A może jest już za ciemno? Ale ja wyglądam całkiem normalnie” – myślała gorączkowo Hannah. „Przysięgam, jeśli rodzony brat wpakował mnie do jednego łóżka z wampirem…!”

W tej chwili Rose poruszyła się w pościeli i przebudziła się. Hannah zdołała szybko schować lusterko za siebie, ale nie zdążyła odejść od łóżka.

– C-coś się dzieje? – wymamrotała zaspana Rose.

– Nie, nic! Śpij sobie – odrzekła Hannah, odsuwając się na bezpieczną odległość. – Wiesz co, nawet odstąpię ci tego łóżka, prześpię się na kanapie.

– Ach, wybacz, już się odsuwam…

– Naprawdę nie trzeba, już mnie tu nie ma! – zaprotestowała, po czym ukradkiem odłożyła lusterko na biurko, a następnie wyjęła z szafy puchaty koc i zapasową poduszkę, by błyskawicznie opuścić pokój, pozostawiając Rose w zdezorientowaniu.

 W salonie Hannah spotkała jeszcze ojca gaszącego światła choinki na noc.

– A ty co? – spytał ze zdziwieniem.

– Będę spała jednak tutaj – odrzekła nieco spanikowana, podchodząc bliżej ojca. – Tatku, słuchaj… Mam pewne podejrzenia co do Rose… – zaczęła, ściszając głos. – Ona chyba jest wampirem.

  Mark spojrzał na córkę z politowaniem. Przestraszył się, że naprawdę stało się coś poważnego, a tymczasem uznał tę wypowiedź za stek bzdur.

– Kochanie, lepiej idź już spać – mruknął.

– Nie wierzysz mi? Jeszcze zobaczymy! – prychnęła Hannah – Albo lepiej nie…

 

~*~

 

W bożonarodzeniowy poranek Troye obudził się dosyć wcześnie. Przypomniało mu sięo reprymendzie od rodziców przy powrocie z pasterki. „W jakiej sytuacji ty nas stawiasz? Jak to można tak bez uprzedzenia przyprowadzić gościa na święta? Co to z ogóle jest za dziewczyna? Wygląda jak śmierć! Widziałeś, jak ona na nas patrzyła?” – uwagi tego typu sypały się co chwilę, a Hannah ochoczo wtórowała rodzicom. Troye miał głęboką nadzieję, że dzisiejszy rodzinny obiad przebiegnie w milszej atmosferze. Z tego, co mówiła wczoraj mama, na wspólny posiłek mieli przyjechać również dziadek Willard i babcia Ashley. Może chociaż oni zaakceptują Rose… Troye bardzo na to liczył.

Gdy zszedł do salonu, zdziwił się widokiem Hanny śpiącej w najlepsze na kanapie. Spojrzał na zegarek – była dopiero siódma rano. Postanowił dać jej jeszcze trochę czasu i wrócił na górę. Zamierzał co prawda zaparzyć sobie poranną herbatę, lecz nie chcąc budzić siostry, od razu wziął prysznic, a następnie się ubrał. Wychodząc ponownie z pokoju, zauważył Rose w drzwiach pokoju Hanny.

– Spałam jak zabita – oznajmiła zaspanym głosem, przecierając sobie oczy dłonią.

– Ooo, dzień dobry – odparł Troye z uśmiechem na twarzy, po czym podszedł do niej i ją przytulił. – A właśnie, nie wiesz, dlaczego Ann poszła spać na dół?

– Co? Ach, obudziła mnie w nocy i tylko coś tam mruknęła, że zostawi mnie samą w pokoju – przypomniała sobie Rose. – Spała w salonie?

– Tak… No nic, miejmy nadzieję, że już nie śpi, w końcu czas na prezenty!

– No to dajmy jej jeszcze chwilę snu, muszę się ogarnąć…

Około pół godziny później oboje zeszli na dół, lecz Hannah jeszcze spała. Troye westchnął i jak przystało na troskliwego starszego brata, postanowił obudzić siostrę. Zdarł z niej koc, zawołał jej do ucha: „Wstawaj!”, po czym zaczął ją brutalnie łaskotać. W odpowiedzi Hannah kopnęła go w twarz i tak przez chwilę się ze sobą szamotali, zanim wreszcie wstała z kanapy. Rose przyglądała się tej scenie z rozbawieniem. Jej bójki z Drew wyglądały o wiele ostrzej.

– A co ty tak na kanapie? – zapytał Troye.

 Hannah spojrzała na Rose z niepokojem, ale powstrzymała się od kąśliwego komentarza. Jeśli faktycznie okazałaby się wampirem, nie chciałaby jej rozwścieczać.

– Rosie tak słodko spała, że nie śmiałam jej przeszkadzać – odparła jakby od niechcenia, co zdziwiło ich oboje. – Dobra, ogarniam się i otwieramy prezenty!

To powiedziawszy, szybko opuściła salon. Troye posłał Rose zdezorientowane spojrzenie.

– Rosie?...

– Nie mam pojęcia, skąd nagle zrobiła się taka milutka… – odrzekła Rose – ale wyglądała na dosyć nerwową.

Rodzice Troye’a najwyraźniej także jeszcze spali, zatem Troye i Rose zdecydowali się przygotować śniadanie dla wszystkich. Chciała mu opowiedzieć o jej próbie pójścia do kościoła, lecz uznała, że lepiej będzie to zrobić po powrocie, bo wolała, żeby teraz oboje skupili się na świątecznej atmosferze. Wrócili jednak do tematu Lavender.

– Naprawdę nie rozumiem, po co ją zaprosili – stwierdził Troye, smażąc kolejnego naleśnika.

– Jeśli mam być szczera – podjęła Rose szeptem – sądzę, że twoi rodzice chcieli was zeswatać. Widziałeś, jak zareagowali na mnie… i jak wychwalali ją przed tobą przy kolacji.

– Zeswatać nas? To absurdalny pomysł… Brzmi jak moi rodzice – westchnął.

– Najpierw Hannah, teraz oni.

– Cóż, to chyba u nas rodzinne…

Przyjrzał się jej, gdy mieszała ciasto na następne naleśniki. Nie chciał, by zbytnio przejmowała się zachowaniem rodziny, jednak najwyraźniej ją to przygnębiało. Przytulił ją od tyłu, na co ona aż podskoczyła z zaskoczenia.

– Cieszę się, że tu ze mną jesteś – wymamrotał, wtulając się w jej włosy.

Uśmiechnęła się pogodnie, czując, jak się rozluźniała, a następnie objęła jego ręce.

– Troye…

– Tak?

– Coś się przypala…

Natychmiast odskoczył z powrotem do patelni, by zdjąć z niej naleśnika, a gdy kryzys został zażegnany, oboje wpadli w gromki śmiech.

Państwo Jardinowie byli nawet miło zaskoczeni przygotowanym śniadaniem, lecz ze względu na Rose nie dali tego po sobie poznać. Po posiłku można było odpakować prezenty. Okazało się, że Lavender przyniosła upominki dla całej rodziny, co znów wywołało u rodziców zachwyt.

– Prezenty dla wszystkich. Proszę, co za kulturalny gość… – skomentował Mark, niby przypadkiem rzucając Rose bardzo krótkie spojrzenie.

Troye za to stwierdził, że w pierwszej kolejności otworzy podarunek od Rose. Zdjął papier z podłużnego pakunku i jego oczom ukazała się powieść podróżnicza opisująca wyprawę po Afryce. Ucieszył się na ten widok.

– Dziękuję, kochanie, przeczytam z chęcią – oznajmił wesoło, po czym cmoknął Rose czule w usta, na co rodzice i Hannah lekko się skrzywili. – Teraz otwórz swój prezent… – poprosił, ignorując zachowanie rodziny.

Rose uśmiechnęła się, patrząc tylko na Troye’a. Naprawdę się starał, by czuła się tu dobrze, za co była mu ogromnie wdzięczna. Podniosła torebkę wskazaną przez niego, by znaleźć w niej czarno-czerwony świąteczny sweter z piernikowym ludzikiem.

– A teraz chodź za mną, to coś ci pokażę… – odrzekł podekscytowany Troye, ciągnąc ją za rękę.

Zaprowadził ją do przedsionka, a następnie poprosił, by tam zaczekała. Zniknął na chwilę za drzwiami od gabinetu, a potem wyszedł z pomieszczenia, ubrany w bardzo podobny sweter, tylko zielony.

– Ta da! – zawołał wesoło. – Nie masz pojęcia, jak się ucieszyłem, kiedy je znalazłem. Jak ci się podoba twój pierwszy brzydki świąteczny sweter?

– Brzydki? Jest uroczy! – zaprotestowała Rose, wciągając swój sweter przez głowę.

Przytuliła się do niego z wdzięcznością.

– Wesołych świąt, Rose – szepnął.

Spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem, ale i z radością, że wreszcie mogła to powiedzieć:

– Wesołych świąt, Troye.

Zmiękło mu serce na widok jej zadowolenia z przeżywania pierwszych Świąt Bożego Narodzenia w swoim życiu. Uznał, że jako pierwszy prezent bożonarodzeniowy powinna dostać coś świątecznego, a w tym nieco za dużym jak na nią swetrze wyglądała według niego uroczo. Oboje postanowili zostać tak ubrani przez cały świąteczny dzień.

Po południu przyjechali dziadkowie Troye’a, a gdy Rose już spodziewała się kolejnego starcia, babcia Ashley zaskoczyła ją swoim przywitaniem. Kiedy Troye przedstawił ją jako swoją dziewczynę, babcia obejrzała ją przez chwilę ze zdziwieniem, a później zawołała wesoło:

– Nareszcie!

Dziadkowie Troye’a od strony jego matki – Willard i Ashley Barnetowie – okazali się przemiłymi ludźmi. Wydawali się niezmiernie szczęśliwi, że ich wnuk w końcu przyprowadził do domu dziewczynę. Stanowiło to swego rodzaju tarczę przed uwagami rodziców, jako że dziadkowie zupełnie zmieniali ton rozmów, chcąc poznać Rose. Czuła się nieco zakłopotana, bo podczas tej opowieści musiała zmieniać wiele faktów z życia, jednak zrobiło jej się miło, że chociaż oni ją polubili.

Hannah przypatrywała się im, co chwila ziewając. Zanim poszła spać, spędziła jakiś czas na przeszukiwaniu Internetu, szukając wskazówek, jak rozpoznać wampira. Nie znalazła niczego sensownego, chociaż przewidywała takie rezultaty. Chciała raczej upewnić się, że nie było się czym martwić niż szukać dowodów na może absurdalne oskarżenie.

Ożywiła się, gdy zadzwonił jej telefon. Przeprosiła, wstała od stołu i wyszła z pokoju, by porozmawiać. Rose czuła, że nie powinna tego robić, jednak wyostrzyła nieco słuch, chcąc sprawdzić, z kim rozmawiała.

– No hej, Jarvis – usłyszała głos Hanny. – Wesołych świąt! Miło, że dzwonisz!

Podsłuchała jeszcze przez chwilę, ale nie rozmawiali o niczym ciekawym, więc przestała. Właściwie zdziwiła się, że utrzymywali ze sobą kontakt. Wciąż czuła też lekki wstyd na myśl o Jarvisie i o tym, jak niezręcznie zakończyła się ich znajomość.

Reszta wieczoru minęła całkiem miło, zapewne dzięki państwu Barnetów wprowadzającym przyjazną atmosferę. Rodzice Troye’a zachowywali się właściwie, jak gdyby Rose wcale nie istniała, co chyba w gruncie rzeczy było lepsze od tych wcześniejszych złośliwych uwag. Troye czuł, że po prostu nie chcieli robić oficjalnej awantury, ale pewnie jeszcze porozmawiają z nim o tym na osobności.

Rose przyglądała się rodzinie z nutką pewnej żałości – pozwoliła sobie na ten wieczór żyć tak, jakby była zwykłym człowiekiem, zapominając o swoim wampirzym losie pasożyta żerującego na niewinnych ofiarach. Dlaczego czas mijał tak nieubłaganie szybko? Chciała, by ten wieczór trwał jak najdłużej.

piątek, 4 grudnia 2020

~Rozdział XII~

Jeśli Rose miała być ze sobą szczera, musiała przyznać, że ostatnimi czasy czuła się o wiele lepiej. Sama zaczęła się zastanawiać, dlaczego rzeczywistość przytłaczała ją mniej niż zwykle. Odpowiedzią zapewne był Troye – jego miłość i pomoc. Kiedy zwierzała mu się ze swoich lęków, czuła się lżej – zupełnie, jakby ją opuszczały. On natomiast chłonął każde jej słowo, za wszelką cenę pragnąc przynieść jej ulgę. Miał nawet wrażenie, że zaczął przejmować jej emocje – po tym, jak niedawno opowiedziała mu o jednej z jej ostrzejszych bójek z Drew z czasów dzieciństwa, tak się wzburzył, że dwa dni później ciągle czuł podświadome zdenerwowanie. Było to bardzo dziwne uczucie, lecz przyjemne – chciał dać jej wszystko, co miał. Chciał czuć, myśleć i cierpieć razem z nią, żeby już nigdy nie czuła się samotna. Rose polubiła zwierzanie się Troye’owi, co również dało im okazję do częstszego spotykania się w jej mieszkaniu i przesiadywania do późna na długich rozmowach. Troye nie zostawał jednak na noc – Erik zaczął się już mocno niepokoić o swojego przyjaciela.

Również ten wieczór spędzali wspólnie. Siedzieli obok siebie na kanapie, ramię w ramię. Wcześniej trochę się przytulali, jednak z tym Troye musiał trochę uważać, bo Rose po pewnym czasie zaczynała się czuć przytłoczona. Wprawdzie dotyk Troye’a był dla niej przyjemny, lecz jako bardzo wycofana osoba czasami czuła, że otrzymała go już za dużo. Bywało, że Troye myślał o niej jak o delikatnej, porcelanowej lalce. Dotykając zimnej porcelany, którą była jej jasna, wrażliwa skóra, musiał uważać, by przypadkiem jej nie uszkodzić. Ta myśl jednak nie stanowiła jego głównego zdania o Rose – wciąż miał ją za uśpiony wulkan, bo zwykle starała się trzymać swoje emocje na wodzy, ale też łatwo się denerwowała i wybuchała gniewem. Kiedyś stwierdził, że pasowało do niej jej imię – róża – delikatna i piękna, ale kłująca.

Natomiast Rose miała Troye’a za uroczego, niewinnego, lekko nieporadnego mężczyznę, który przede wszystkim chciał dobra innych. Był dla niej jak ciepły koc otulający ją w trudnych momentach. Był dla niej jak skała – jak fundament dający jej poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Był dla niej jak ognisko płonące w ciemności, dające jej ciepło do ogrzania się i światło wskazujące drogę. Czasem jednak bała się, że otrzymała już zbyt dużo światła i ciepła, a strach przed spaleniem się kazał jej się odsunąć, wpełznąć znów w swój kąt. Może i był ciemny i zimny… ale bezpieczny.

Teraz skończył się czas na trwanie w czułym objęciu – spotkali się również po to, by wypić z siebie nawzajem krew. Ostatnio doszli do wniosku, że skoro nic bardziej niepokojącego się z nimi nie działo, mogli pozwolić sobie na to częściej. Trudno było im obiektywnie stwierdzić, co finalnie o tym zadecydowało – prawdziwy brak obaw czy czysta przyjemność czerpana z picia krwi. Oboje nie chcieli jednak zastanawiać się nad tym zbyt długo, jakby obawiając się, że zwyciężyłby ten drugi powód.

Czym dłużej Rose myślała o nadchodzącym momencie wtopienia kłów w szyję Troye’a, tym mocniejsze odczuwała pragnienie. Podobnie było u Troye’a – już sama myśl o krwi Rose napawała go ekscytacją. Przez jakiś czas tylko posyłali sobie spragnione spojrzenia, lecz wkrótce przestało im to wystarczać. Zaczęli wpatrywać się w siebie nawzajem jak wygłodniałe zwierzęta, oczekując w napięciu jakiejś inicjatywy z drugiej strony.

W końcu Rose wciągnęła nogi na kanapę, obróciła się w stronę Troye’a i pochyliła się nad nim lekko, a on przywarł do oparcia kanapy, wyczekując jej z utęsknieniem. Wsparła się na rękach, pochylona tuż nad nim, coraz bliżej. Chwyciła delikatnie kołnierz jego koszuli, po czym powoli i ostrożnie odpięła dwa górne guziki. Potem z najwyższą czułością rozchyliła nieco kołnierz, przełknęła ślinę, spojrzała na jego szyję… Poczuła jego puls. Poczuła pod skórą tętniące życie. Jej zmysły się nasiliły. Wyraźnie słyszała bicie jego serca, a każde uderzenie brzmiało jak cichy szept: „chodź… chodź… chodź…”. Szept przyspieszał… Nie zamierzała mu się opierać.

Nachyliła się tuż nad szyją Troye’a, czując jego oddech na swojej skórze. Obnażyła kły, po czym delikatnie przejechała nimi po jego szyi, szukając odpowiedniego miejsca i wreszcie… zatopiła je w tym wołającym ją tętniącym życiu, rozkoszując się jego smakiem. Oboje zamknęli oczy. Troye sam się zdziwił, że nie odczuwał już bólu przy ukąszeniu. Właściwie… było to całkiem przyjemne. Gdy Rose się nasyciła, ostrożnie zabrała kły od jego szyi i tradycyjnie pocałowała delikatnie ranę, by się zasklepiła. Pozytywnie zaskoczyło ją jej opanowanie – nie bała się już utraty kontroli. Odsunęła się nieco od Troye’a, po czym usiadła na jego udach, co właściwie pobudziło go tak, że nie czuł wcale potrzeby wzmocnienia się przez picie jej krwi – aczkolwiek nie miał zamiaru z tego rezygnować.

Rose spojrzała na niego z czułością, gdy wciąż w milczeniu podciągnęła lekko rękaw swetra, a następnie przecięła sobie kłami skórę na ręce i podsunęła ją Troye’owi. Chwycił ją ostrożnie jak porcelanę, pogłaskał ją kciukiem i wreszcie przysunął ją sobie do ust, lecz zanim napił się krwi, ucałował czule jej każdy palec. Później przylgnął do czerwonego płynu.

Przypomniał sobie, jak po raz pierwszy przyszedł do jej mieszkania wypełnić ich umowę. Oboje byli wtedy dosyć przestraszeni, a Rose w dodatku myślała, że zabiła małą Arianę. Gdy pili swoją krew ostatnio, zatem zeszłego nowiu, znów było dosyć nerwowo – Rose nie mogła powstrzymać pragnienia, Troye zaś martwił się, że coś się jej stanie, gdy w panice wybiegła z mieszkania. Dziś oboje byli spokojni, milczący, przyzwyczajeni. Taka atmosfera sprawiała, że picie krwi dla ich obojga było przyjemniejsze.

Kiedy Troye skończył pić, zastygł na chwilę w bezruchu, z wargami oddzielonymi milimetrami od ręki Rose. Przyjrzał się ranie uważnie, lecz ta szybko się zagoiła. Zdawał się jakby nieobecny. Rose zmartwił ten widok, więc spytała półszeptem:

– Troye? Wszystko w porządku? – po czym dotknęła jego policzka drugą ręką.

Podniósł wzrok znad jej ręki, patrząc jej teraz prosto w oczy. Coś w niej drgnęło, bo spojrzenie wydało jej się dziwnie obce. Wciąż widziała w nim Troye’a, jednak zdawało jej się, że przez jego oczy patrzył na nią ktoś jeszcze… Przeszył ją lekki dreszcz niepokoju.

– Rose… Kocham cię – oznajmił półgłosem. – Tak cię kocham… moja Rose.

Przytulił ją do siebie mocno, czując tylko zimno – jakby chciał za wszelką cenę ją ogrzać mimo uniemożliwiających to okoliczności. Oddychał ciężko i nierówno.

– Troye… – wyszeptała tylko w lekkim szoku.

Odsunął się nieco, by ponownie spojrzeć jej w oczy.

– Chcę… chcę więcej, Rose.

– Więcej? Nie możesz wypić więcej, to mogłoby być niebezpieczne… – odparła, coraz bardziej zaskoczona.

– Nie krwi, chcę ciebie… Chcę więcej ciebie – oznajmił stanowczo, po czym znów ją przytulił, lecz tym razem przylgnął z nią do kanapy tak, że teraz to on pochylał się nad nią.

Zdziwiło ją takie zachowanie, ale poddała się jego pocałunkom z przyjemnością. Objęła go mocno, jakby nigdy nie chciała go puszczać. Ostatnio tak namiętnie całowali się na imprezie u Dona, gdzie po raz pierwszy go ugryzła. Gdy przejechał dłonią po jej boku, poczuła lekką panikę. Oderwała się od jego ust, a on zatrzymał się nad nią z pytającym wzrokiem.

– Troye… Nie możemy – oświadczyła zdecydowanie.

   Przyglądał jej się chwilę, ale usłuchał prośby i odsunął się. Skinął głową i usiadł z powrotem obok niej na kanapie w wielkim zakłopotaniu.

– Przepraszam... – mruknął cicho, uśmiechając się w zażenowaniu.

– Spokojnie, przecież ci na to odpowiedziałam i… – urwała, przygryzając lekko dolną wargę. – I podobało mi się… ale trzeba było przerwać.

Chwilę posiedzieli w ciszy, ramię w ramię. Troye zerknął na Rose kątem oka, zauważając, że posępniała. 

– Rose?... 

Spojrzała na niego smutno.

– Troye – westchnęła  ponuro – moje pragnienie rośnie i nigdy nie zostanie nasycone, nawet gdy oddasz mi siebie całego. Pewnego dnia w końcu dopadnę cię i pożrę. Bo, jakby na to nie patrzeć, jestem drapieżnikiem, a ty moją zwierzyną. Jakże inaczej miałaby skończyć się nasza historia?

Troye odczuł, że mówiąc to, wyglądała smutniej niż kiedykolwiek, a w dodatku odniósł wrażenie, jakby myślała o tym od dawna. Posłał jej stanowcze spojrzenie, ujmując jej zimną dłoń.

– To nie do końca tak – odrzekł. – W końcu jaka zwierzyna pije krew swojego drapieżnika albo jaki drapieżnik oddaje swoją krew zwierzynie? Trochę te role oszukaliśmy, Rose. Już zmieniliśmy zakończenie – uśmiechnął się pokrzepiająco, co ją rozczuliło.

– Zatem albo oboje się razem wykrwawimy, albo pożremy siebie nawzajem.

– ...albo będziemy się razem cieszyć? Takiej opcji nie przewidujesz? 

Uśmiechnęła się smętnie. 

 

– Może gdyby tylko czas był dla nas łaskawy... Ale ja jestem więźniem czasu, Troye. Nigdy już się z tobą nie zestarzeję. Jeśli pisane jest nam bycie razem, to na krótko.

– Hej, nie zamierzam umierać tak szybko – roześmiał się, próbując ją rozweselić, po czym delikatnie uszczypnął jej policzek. – A i nie zestarzeję się z dnia na dzień... No chyba że wolisz starszych, dla ciebie wyrwę sobie wszystkie włosy z głowy lub przefarbuję się na siwo.

Przypatrywała mu się przez moment z politowaniem, po czym parsknęła śmiechem.

– Jesteś głupi, Jardin – skwitowała.

– Możliwe – odpowiedział, również się śmiejąc. – Słuchaj, Rose… Tak myślałem, skoro... Skoro nie zważamy już na naszą marność, jaką stanowimy wobec wszechświata, powiedz mi... Nie chciałabyś jechać ze mną do domu na święta?

– Do twojego domu rodzinnego?

– Tak… Mówiłaś, że nigdy tak właściwie nie obchodziłaś Bożego Narodzenia…

– Och, ja… A myślisz, że wolno mi je obchodzić? Jako wampirowi…

– Pewnie, że tak! – oznajmił ochoczo Troye, ujmując ją za rękę. – Naprawdę nie widzę powodu, dla którego miałabyś unikać Boga…

– Dziękuję ci za zaproszenie – odpowiedziała w końcu, a na jej ustach zawitał ciepły, wdzięczny uśmiech. – Właściwie to z chęcią spędzę te święta z tobą. Po raz pierwszy w całym moim życiu.

 

~*~

 

Krótko po tej rozmowie Troye opuścił mieszkanie Rose, by wrócić do akademika. Oboje czuli, że potrzebowali ochłonąć. Rose przypomniała sobie o pieszczotliwym dotyku Troye’a. Doskonale wiedziała, że pragnęła go więcej, jednak czuła, że nie powinna tak o nim myśleć, tylko pozostać czysta przynajmniej w tym aspekcie. Poza tym bała się, że nie wytrzymałaby tyle uczucia naraz... Spłonęłaby w obliczu tak mocnego światła, które by jej podarował.

Postanowiła przejść się na spacer, bo nie miała najmniejszej ochoty spać. Niektóre wampiry nie potrzebowały snu w ogóle, lecz ona nigdy nie opanowała pozyskiwania energii z nocy. Co więcej, sen uważała też za odpoczynek od problemów czy po prostu przyjemność. Nienawidziła nie mogła zasnąć tak, jak teraz.

Wyszła z bloku, by udać się na nocną przechadzkę. Szła nieco zbyt szybkim krokiem jak na spacer, czując lekkie poddenerwowanie. Przeszła parę uliczek, gdy poczuła pewien zapach – znajomy i niepokojący. W pierwszej chwili pomyślała, że należał on do Drew, ale gdy się skupiła, wyczuła tylko Raymonda. Przebywał gdzieś w pobliżu.

Podążyła za zapachem. Chciała nawet ukryć się mocą niewidzialności, ale tym razem nie udawało jej się tego wywołać, więc odpuściła. Kryjąc się za ścianami budynków, czuła, że była coraz bliżej. Nagle jej cel zdawał się poruszać z zawrotną prędkością i szybko zrozumiała, że Raymond pobiegł gdzieś wampirzym sprintem. „O, nie... Tak łatwo to mi nie uciekniesz!” – stwierdziła w myślach Rose, po czym sama pobiegła za kuzynem.

Śledzenie go w biegu było nieco trudniejsze, jako że miała mniej czasu, by się skupić. Musiała bardziej wyostrzyć zmysły i dać się im poprowadzić, a wtedy czuła, że była na dobrej drodze. Nie wiedziała, ile czasu minęło i jak bardzo oddalili się od miasta, gdy Raymond zdawał się zwolnić. Dokąd on mógł się wybierać, przedzierając się przez ten las, którym oboje biegli? Czy wyczuł zapach Rose? Usłyszał ją? Może chciał ją zgubić? W pewnym momencie Rose poczuła miękki grunt pod nogami. Spojrzała w dół i już wiedziała, dlaczego Raymond zwolnił – w tym miejscu zaczynały się bagniska, przez co ciężej było się poruszać.

Wreszcie Rose miała wrażenie, jakby jej kuzyn się zatrzymał, ale gdzie? Było tu tak ciemno, że nawet z wampirzym wzrokiem ciężko było cokolwiek dostrzec, jednak finalnie się udało – między drzewami i paprociami ukazał jej się mały, zapuszczony domek, do którego prowadziła dosyć długa drewniana kładka. Faktycznie – przed domem stał Raymond Elliot. Niezbyt wyraźnie go widziała, lecz była pewna, że to on. Przybliżyła się nieco, gdy nagle kuzyn wyciągnął w jej stronę rękę i już nie mogła się poruszyć.

– A co to za skradanie się, Rosie? – odezwał się Raymond z przekąsem, po czym spokojnie włączył lampkę wiszącą przed domem i spojrzał na kuzynkę z politowaniem. – Chyba nie chciałaś mnie napaść, co?

Machnął z powrotem ręką, a mięśnie Rose się rozluźniły.

– Ja... Ech, nie będę kłamać – westchnęła. – Śledziłam cię.

– Co, chciałaś sprawdzić, dokąd idę?

Rose w odpowiedzi tylko kiwnęła głową. Stali naprzeciwko siebie w milczeniu przez parę chwil, aż Raymond oznajmił:

– ...to chodź. Pokażę ci.

To powiedziawszy, przekręcił klucz w drzwiach, otworzył je i wszedł do chatki. Po chwili wahania Rose podążyła za nim.

Gdy Raymond zapalił światło w środku, chatka zrobiła się jeszcze smutniejsza. Stali pośrodku izby, którą w największym stopniu zajmował drewniany stół znajdujący się pod oknem oraz dwa krzesła. Przy innej ścianie stało natomiast wadliwej wytrzymałości łóżko pościelane jedynie małą poduszką oraz cienkim kocem, a w rogu pokoju znajdowała się rozpadająca się szafa. Drewniane ściany i podłoga były zapleśniałe, meble zaś stare i zniszczone. Rose doznała czegoś, co mogłaby śmiało określić jako koszmar studenta architektury wnętrz.

– Witaj w mojej Pleśniance! Chata z bagien niczym ze Shreka... Okay, muszę przyznać, że on miał lepszą – dodał po chwili Raymond.

– I tak tu żyjesz? W tym grzybie? – odparła Rose z odrazą.

– A co mi to przeszkadza, i tak od tego nie choruję... Zresztą koszty mam niewielkie, wystarcza pensja kelnera.

– No, no... Zdarzają się tu jakieś dzikie zwierzęta?

– No właśnie nie, cholera. Żadnego wilka, niedźwiedzia... Nic nie chce mnie zabić, żenada.

Rose nie wiedziała, czy słowa kuzyna miała traktować jako żart czy na poważnie, zatem tylko uśmiechnęła się niezręcznie. Jeszcze raz rozejrzała się po zapleśniałej chatynce i przeszedł ją dreszcz.

– Nie spodziewałabym się, że wybierzesz sobie takie miejsce do zamieszkania.

– Rose, przecież powiedziałem: mnie na niczym nie zależy – westchnął Raymond, z rezygnacją wbijając wzrok w podłogę. – Jak mam już wiecznie babrać się w tym gównie zwanym życiem, to wolę chociaż ryzykować, że coś mnie tu napadnie albo dostanę jakiejś niebywałej choroby, którą mój cholerny, wiecznie młody organizm i tak szybko przewalczy.

– Szukasz wrażeń?

Przyjrzała się kuzynowi. Wyglądał, jakby czuł się niezmiernie niekomfortowo z samym sobą.

– Chcę... Chcę poczuć cokolwiek. Poczuć, że żyję. Aktualnie nie czuję nic. Nic, za cholerę.

Z tego, co pamiętała, Raymond zawsze taki był. Porównywała go trochę ze stryjem Marvinem, jednak ten nie był aż tak obojętny jak kuzyn. Może na pierwszy rzut oka Mond taki się nie wydawał – Rose z początku myślała, że miał dosyć pozytywne podejście do świata i samego siebie, jako że często wyrażał się żartobliwie. Później zauważyła, jak wiele sarkazmu i autoironii było w jego wypowiedziach.

Przypomniała sobie, jak kiedyś wytropiła go w jakimś zagajniku za domem, gdzie malował. Nie zdążyła nawet spojrzeć na płótno, gdy kuzyn ją dostrzegł i posłał jej tak przeszywające spojrzenie, że zamarła w bezruchu. Nie skrzywił twarzy w gniewie ani nie podniósł na nią głosu, jednak wyraźnie czuła, że była bardzo niechcianym gościem. Coś jej wtedy powiedział, już nawet nie pamiętała, co dokładnie, i choć ton jego głosu był niezmiennie spokojny i obojętny, od razu zaczęła uciekać.

Nie miała pojęcia, jakim cudem Raymond zgodził się sprzedawać swoje obrazy – wcześniej ukrywał swoje malowanie przed resztą rodziny. Rose nie pisnęła ani słowa w obawie, co by się stało, gdyby się wygadała. Zawsze zastanawiała się, co takiego malował, skoro tak to ukrywał. Za kilka dni miał odbyć się wernisaż jego prac. Od środka paliła ją ciekawość i chęć, by wreszcie ujrzeć te malowidła, lecz z drugiej strony wiązałoby się to z ponownym spotkaniem rodziny, a w szczególności nie chciała znów zetknąć się z ciotką Scarlett.

– Mogę zobaczyć jakiś twój obraz?... – przerwała ciszę.

Postanowiła spróbować – nie bała się Monda tak jak w dzieciństwie, a wręcz teraz, gdy tak na niego patrzyła, było jej go żal. Chyba lekko się zaskoczył, lecz jak zwykle nie mogła dokładnie rozczytać jego emocji z kamiennego wyrazu twarzy.

– Zachciało się prywatnych wernisaży? – prychnął, unosząc lekko brwi. – Dobra, jak ci zależy.

Ta spokojna reakcja i prawie natychmiastowa zgoda były tak różne od tamtej groźnej sytuacji, gdy Rose pierwszy raz zobaczyła malującego kuzyna, że sama się zdziwiła. Myślała, że okaże choć krztynę niechęci.

– Mond… Przepraszam, że nie mogę przyjść na twój wernisaż w mieście. Może gdyby nie Scarlett-

– Wiem, nie kończ – wszedł jej w słowo. – Sam nie chcę tam być.

– Nie rozumiem, dlaczego zgodziłeś się na to wszystko?

– Mówiłem: matka znalazła moje bohomazy i wystawiła je na aukcję, a potem oznajmiła, że zostanie moim agentem. Jak miałem się nie zgodzić? Kto jak kto, ale ty chyba dobrze wiesz, że jej się nie odmawia…

Rose kiwnęła głową ze zrozumieniem.

W podłodze chatki znajdowała się klapa, przez którą Raymond zaprowadził Rose do swojej pracowni. Pomieszczenie to – o ile można było tak nazwać wykopane w ziemi miejsce, w którym się znajdowali – było ciemne, zimne i wilgotne. Gdy Raymond zapalił światło, Rose zobaczyła sztalugi i płótna z obrazami.

Zaczęła uważnie oglądać jeden z nich, później drugi i kolejny… Nigdy w życiu nie sądziłaby, że aż tak zaintrygują ją obrazy abstrakcyjne, jednak gdy przyjrzała się kolorystyce i dynamice pracy, poczuła się zahipnotyzowana. Było w nich coś niepokojącego, od czego nie potrafiła oderwać wzroku.

– ...wow – skomentowała krótko.

– No wiem, beznadzieja – mruknął Raymond.

Rose obruszyła się, lecz nie zabrała wzroku z płótna.

– Nie, Mond, w tym jest coś wyjątkowego – zaprotestowała. – Niby kolorowe plamy, a jednak... Jakby mnie pochłaniały.

W odpowiedzi wywrócił oczami, wzdychając ciężko.

– No nie, zawiodłem się, Rosie.

Zmarszczyła czoło, po czym posłała mu zmieszane i lekko zirytowane spojrzenie.

– Jak ty tego nie oplułaś, to już chyba nikt odważnie nie przyzna, że moja sztuka to żadna sztuka – dodał z rezygnacją.

– Co ty mówisz?

– Bo to nie ja maluję.

– …słucham?

– Znaczy się ja, ale... Jakby pod wpływem.

– Ty... coś bierzesz? – spytała nieśmiało.

– Nie, kochana, takich rzeczy to ja nawet nie tykam – odrzekł z nutą pogardy w głosie. – Te używki są zbyt prymitywne, żebym mógł się od nich uzależnić. Jestem natomiast zniewolony przez palące pragnienie uczucia. Kiedy produkuję te smarki, pojawia się we mnie jakaś namiastka emocji.

– Nie rozumiem...

– A ja mam rozumieć?

Rose westchnęła cicho, przyglądając się kuzynowi badawczo.

– Czyli jednak… coś czujesz? – podsunęła.

– Gdy… „maluję” to tak – oznajmił. – Dziwne uczucie.

Nic już nie odpowiedziała, tylko zaśmiała się w duchu, że abstrakcyjne prace Raymonda widziane po raz pierwszy potrafiły przemówić do niej bardziej niż abstrakcyjne myślenie kuzyna, którego znała tyle lat. Może jednak był jej zupełnie obcy?

 

~*~

 

Nadszedł dzień wernisażu – dzień, który Raymond Elliot chciałby zakończyć jak najszybciej. Już z samego rana na rozkaz matki zjawił się w hotelu, w którym nocowała wraz z ojcem. Co prawda wampirzy bieg wystarczyłby, żeby szybko i sprawnie przemieścić się tu z ich domu rodzinnego, jednak Scarlett uznała wynajęcie apartamentu w hotelu za bardziej prestiżowe. Od dawna marzyła, by stać się częścią wampirzych elit, a dzięki pieniądzom zarobionym ze sprzedaży nieswoich obrazów wreszcie jej się to udało. Ogromnie się oburzyła, ale i ucieszyła się, gdy odnalazła tę całą masę malowideł stworzonych przez jej syna.

Nie rozumiała, jak śmiał ukrywać przed nią tyle bogactwa przez długie lata, skoro wiedział o jej pragnieniu szybkiego i łatwego wzbogacenia się. Wreszcie było ją stać na drogą biżuterię i śliczne suknie od sławnych projektantów. Właśnie przymierzała jedną z nich, starając się podjąć decyzję, w czym pojawi się na wernisażu syna. Szkarłatna suknia była długa i dosyć prosta w kroju, lecz niewątpliwie elegancka. Do tego narzuciła na ramiona futrzany szal, po czym uznała, że strój ten chyba najbardziej odpowiadał jej ze wszystkich dotychczas przymierzonych.

Usłyszawszy pukanie do drzwi, wyostrzyła słuch i wzrok, by sprawdzić, kto chciał ją odwiedzić. Był to Raymond. Spojrzała na zegarek – był punktualnie tak, jak mu kazała. Uśmiechnęła się słodko i zawołała:

– Wejdź, otwarte!

W apartamencie pojawił się Raymond, jak zwykle z obojętnym wyrazem twarzy, lecz w środku czuł potworną niechęć do dzisiejszego dnia.

– Wieczorem koniecznie załóż ten aksamitny garnitur, który ci kupiłam! – zaszczebiotała Scarlett, mierząc syna krytycznym wzrokiem. – I zrób coś z tymi włosami… Albo ja zrobię! Ucharakteryzuję cię odpowiednio, nie martw się. Wiesz, kto jeszcze będzie? – dodała, tryskając ekscytacją.

– Nie wiem – mruknął w odpowiedzi.

– Ethan Fitzroy – oznajmiła, przeszczęśliwa.

– Nie znam gościa. Czyżby to ktoś z rodziny królewskiej? – wydedukował na podstawie usłyszanego nazwiska.

– Tak! – pisnęła matka. – Jest dalekim kuzynem samej królowej! Wspaniale! Członek rodziny królewskiej, rodzina Dane’ów… Widzisz, jakich prestiżowych gości ci załatwiłam, synku? Powinieneś być ze mnie dumny!

– Jestem, matko – oświadczył Raymond grobowym tonem.

Wciąż podekscytowana, Scarlett zaczęła instruować syna któryś raz z rzędu, jak miał się zachowywać podczas wernisażu. Nie chciała, by ośmieszył ją w obliczu będących tam elit, w których łaski chciała się wkupić. Cieszyła się, że udało jej się dotrzeć do rodziny Dane’ów stanowiącej w wampirzej społeczności duży autorytet.

Była to wielodzietna rodzina artystów – muzyków, malarzy, pisarzy i tancerzy. Z takimi znajomościami Raymond miał szansę zajść daleko w swojej karierze malarskiej, na co Scarlett mocno liczyła. W Dane’ach przeszkadzało jej tylko jedno – mianowicie, przedstawiali siebie jako wierzących i praktykujących chrześcijan. Chrześcijańska rodzina wampirów? Dla niej brzmiało to jak oksymoron. Dzisiejszego wieczoru nie zamierzała oczywiście okazywać tej kpiny – dzisiaj wszystko musiało pójść idealnie tak, jak sobie to zaplanowała. Inaczej… będzie źle.

 

 

~*~

 

Wernisaż odbywał się w miejscowej galerii sztuki, jednak był zarezerwowany tylko dla wampirów. Takiego wytłumaczenia naturalnie nie mógłby usłyszeć żaden śmiertelnik, zatem ochrona przebywająca na wydarzeniu nie wpuszczała niezaproszonych ze względu na „zamknięty charakter wernisażu”. Okazało się, że do tej ochrony należał również Ethan Fitzroy. „Jego obecność nie jest więc niczym niezwykłym, skoro robi za ochroniarza…” – pomyślał Raymond. Dowiedział się mimochodem, że Ethan porzucił królewskie życie, by podjąć pracę jako funkcjonariusz WAMPu, czyli Wampirzej Agencji Międzynarodowego Porządku. Wydarzenie zaszczyciła również swoją obecnością sławna rodzina Dane’ów – Harrison i Kiara Dane’owie wraz z szóstką dzieci, z czego wszystkie były już dojrzałymi, pełnoprawnymi wampirami.

Na początku było dosyć luźno – goście po prostu konwersowali w sali, oglądając przy tym dzieła Raymonda. Później miał zabrać głos sam autor, opowiadając nieco o swojej sztuce. Osobiście chciał to tylko odbębnić i mieć już za sobą cały ten wieczór.

Stał w kącie sali, przysłuchując się ukradkiem rozmowom gości. Spodziewał się jakiegoś ostrego krytyka sztuki, który zmiesza z błotem całą tę abstrakcyjną twórczość, jednak mocno się zawiódł – wszyscy, których słyszał, tylko wzdychali do płócien z zachwytem, interpretując każde pociągnięcie pędzlem. Chyba będzie musiał jeszcze poczekać na dalsze recenzje.

Z niechęcią przeszedł się dalej, aż w końcu trafił na wampirzycę stojącą samotnie przed jednym z tryptyków. Była smukła i wysoka, miała gładką skórę o ciepłym, ciemnobrązowym odcieniu. Była ubrana w prostą, elegancką sukienkę, a długie, proste, lśniące włosy o czarnej barwie opadały jej na ramiona. Prawie nie nosiła makijażu, poza przypudrowanymi policzkami i czarnymi kreskami na powiekach. Przyglądała się obrazom dość długo, aż Raymond zdecydował się podejść i zapytać:

– A co pani tu widzi?

Wyrwana z zamyślenia, wampirzyca potrzebowała chwili, by zorientować się, że została o coś zapytana. Zdołała zatem wydukać z siebie tylko ciche:

– Hę?

– Spytałem, co pani widzi w tym tryptyku – powtórzył cierpliwie Raymond, po czym westchnął w duchu, że nie mógł się podrapać, gdy w garniturze od matki tak swędziała go skóra.

Kobieta przełknęła nerwowo ślinę, czując takie poddenerwowanie, jakby właśnie odpowiadała przed tablicą z przedmiotu, z którego wcale nie była przygotowana.

– Właściwie to… nic – oznajmiła wreszcie. – Nic tu nie widzę. Patrzę i patrzę, ale nie potrafię tego zinterpretować… Abstrakcja nie jest dla mnie!

Ta odpowiedź głęboko zaintrygowała Raymonda. „WRESZCIE” – pomyślał z ulgą. „No dalej, zjedź to, zmieszaj z błotem, proszę!”. Bardzo chciał wypowiedzieć te słowa na głos, lecz musiał się dzisiaj zachowywać przyzwoicie, więc odrzekł:

– Ciekawe. W sumie jest to chyba najbliższa mi interpretacja, jaką tego wieczoru słyszałem.

Skonfundowana wampirzyca posłała mu w odpowiedzi pytające spojrzenie.

– Gdy malowałem, to też długo gapiłem się na płótno – wyjaśnił. – Nie rozumiałem, ale rzucałem w nie farbą – ot tak, żeby się wyżyć.

Kobieta wybałuszyła oczy ze zdziwienia.

– Zaraz, to pan jest Raymondem Elliotem?! Och! – pisnęła, zawstydzona.

Raymond przyjrzał jej się badawczo. Sądził, że wszyscy tu obecni doskonale wiedzieli, kim był – przecież witał ich na wejściu. „Szanuję tę dziewczynę za oryginalne podejście do mojej, za przeproszeniem, sztuki, ale skąd ona się urwała?” – zdumiał się w myślach.

– Nie skojarzyłam, niech pan wybaczy… Bella Dane – oznajmiła, niezgrabnie skłaniając się przed nim.

Przypomniał sobie, że faktycznie widział ją przy wejściu, jednak potraktował Dane’ów jako jedną masę bogaczy.

– Przepraszam, do mnie nie trzeba jak do króla – odrzekł spokojnie. – Raymond jestem, można do mnie mówić Mond.

Bella obruszyła się nieco, ukazując niepewność.

– Wypada tak? – szepnęła, zerkając w stronę rodziców zgłębiających obraz w innej części sali. – Myśli pan, że tak będzie dobrze?

– No myślę… Nawet zrezygnowałbym z tego pana/pani, ale niech już tak będzie z uwagi na charakter tego wieczoru – podsumował.

– Oj, tak, zgadzam się zupełnie… – Bella odetchnęła z ulgą. – Moja rodzina bardzo pilnuje tych wszystkich formalności.

– Zdążyłem zauważyć. Dziękuję za przybycie i interpretację.

– A-ale kiedy ja… – jęknęła. – Ja zupełnie nic z tego nie rozumiem.

– Ja nie rozumiem sensu czegokolwiek – odparł Mond, uśmiechając się krzywo. – Nie sądzi pani, że wszystko jest po prostu bez sensu?

Spojrzała na niego ze wzruszeniem malującym się w jej ciemnobrązowych oczach. W dolnych powiekach zebrały się czarne łzy, którym nie pozwoliła wypłynąć. Kiwnęła głową, uśmiechając się gorzko.

– Powiem panu szczerze, że… całkowicie tak sądzę – oświadczyła, po czym szybko przetarła oczy wierzchem dłoni. – Przepraszam. Wstyd się przyznawać, gdy pochodzi się z chrześcijańskiej rodziny. Ja mam chyba jakiś kryzys… ze wszystkim.

– Proszę nie przepraszać, to żaden wstyd – wtrącił Raymond. – Powiem pani więcej… Jedyne, czego przeważnie pragnę, to zatonięcie w tej czerni – wyjaśnił, wskazując na podłużną plamę stanowiącą większą część obrazu. – Tak, jakbym nigdy już miał nie wrócić.

Bella przyjrzała się tryptykowi jeszcze raz, wzdychając ciężko.

– Jak już się pan zdecyduje tam zatonąć… niech pan mnie weźmie ze sobą.

Sam nie wiedział, czy jej współczuł – czy w ogóle potrafił – lecz wyczuł jakąś nić porozumienia między nimi.

Gdy nadszedł czas na oficjalną przemowę, Raymond wyszedł na podest przy jednej ze ścian sali, a goście zgromadzili się przed nim w oczekiwaniu. Widział w ich oczach głównie fascynację i podziw. Gdzieś w tłumie dostrzegł też Bellę, lecz ona unikała jego wzroku. Zdawało mu się, że przez tamtą rozmowę zupełnie się rozkleiła. Chyba potrafił zarażać innych swoim beznadziejnym samopoczuciem… albo Bella również nie czuła się dobrze z samą sobą.

– Domyślam się, że większość z państwa oczekuje ode mnie teraz wielkiej przemowy, źródła mojej muzy i tego, co chcę przekazać w moich pracach – zabrał głos. – Rozczaruję zatem tę część tu zgromadzonych.

Scarlett przyjrzała się synowi z niezadowoleniem.

– Co on kombinuje? – szepnęła do męża.

– Mówi od siebie, w końcu to miał teraz zrobić – odparł spokojnie Marvin.

Drew tylko omiótł ich wszystkich pogardliwym wzrokiem. Cały ten wieczór spędził na unikaniu innych i udawaniu ułożonego, wykształconego konesera sztuki. Miał dosyć tej sztuczności, jednak nie chciał rozgniewać matki.

– Przepraszam za wyrażenie, ale osobiście nie mam pojęcia, co ja do cholery maluję – kontynuował Raymond. – Moje obrazy są bardzo prywatne, tak szczerze. Ciskam farbą w płótna, jak mi dusza każe. Czy jest w nich jakiś sens? Czy one coś znaczą? Nie wiem. Tylko wtedy coś czuję.

Scarlett zaczepiła starszego syna.

– Powiedz mu, żeby się opamiętał – szepnęła.

~ Matka prosi, żebyś się opamiętał, cokolwiek to znaczy – głos Drew rozbrzmiał w umyśle Raymonda.

Ten zaś westchnął w duchu, ale i tak zamierzał już kończyć. Chciał zwyczajnie być szczery z gośćmi, nie widział w tym nic złego.

– Po prostu… czasem mam wrażenie, jakbym to nie ja malował. Jakaś siła przejmuje moje ciało i zaczyna chlapać farbą – oznajmił nieco zamyślonym głosem. – Tyle w temacie, dziękuję państwu.

 

~*~

 

– Dobrze, nie spodziewałam się, że twoje niekulturalne przemówienie wywoła jeszcze większy podziw u naszych gości – ciągnęła Scarlett, gdy po wernisażu stanęła naprzeciwko młodszego syna z rękoma skrzyżowanymi ciasno na klatce piersiowej. – Niemniej jednak nie zmienia to faktu, że mnie nie posłuchałeś.

Raymond już wiedział, co go czekało, lecz ucieczka tylko pogorszyłaby sprawę. Sam nie myślał, że po swojej mowie zostanie tym bardziej okrzyknięty artystycznym fenomenem z jakąś niewyjaśnioną, nieziemską muzą. Zdecydowanie bardziej wolał, gdy malował sam dla siebie i nikt nie miał prawa oglądać jego prac.

– Przemówienie miało być wzniosłe, inspirujące! Tak ci mówiłam! – upierała się matka.

– Jednak zainspirowało gości, skoro posypały się pochwały – zauważył Raymond.

Scarlett ściągnęła brwi w gniewie i obrzuciła syna pogardliwym, rozwścieczonym spojrzeniem.

– Śmiesz jeszcze pyskować, gówniarzu?! – wrzasnęła na niego. – Zapomniałeś, że masz się mnie zawsze słuchać? Jakoś do twojego ojca i brata to już dawno trafiło! Widzę, że ty potrzebujesz jeszcze… lekcji.

Zacisnął powieki, oczekując kary. Wtedy Scarlett wyciągnęła przed siebie otwartą dłoń, a jej syn bezwładnie uniósł się na kilkanaście centymetrów. Chwilę czekała, zanim zacisnęła pięść, by wywołać u syna uczucie potwornych duszności. Nie mógł złapać powietrza przez jakiś czas. Później podniosła rękę wyżej, a następnie opuściła ją z impetem, sprawiając, że Raymond najpierw wzniósł się niemalże pod sam sufit, po czym runął boleśnie na podłogę. Scarlett wyciągnęła nad nim obie ręce, wywołując przeszywający ból w całym ciele.

Z odrazą przypomniała sobie jego przemowę, a później również wiele odległych w czasie rozmów z synem, w których zwierzał jej się, że nie potrafił nic poczuć – że był obojętny na jakiekolwiek uczucia.

– Zawsze narzekałeś, że nic nie czujesz… – syknęła kpiąco, patrząc, jak jej własny syn zwijał się przez nią z bólu. – No to masz, poczuj sobie – dodała szyderczo, zaciskając pięści.

Chciał wytrzymać, lecz nie mógł dłużej tego znieść – krzyknął z bólu. Jeszcze jakiś czas się nad nim poznęcała, a gdy osiągnęła już satysfakcję, odpuściła. Zostawiła syna leżącego bezsilnie na podłodze, po czym wyszła z zadowoleniem.

W holu stał jej mąż. Gdy ją zobaczył, od razu domyślił się, że Raymond dostał dosadną karę. Wcześniej usłyszał zresztą bolesny krzyk syna, rozdzierający mu serce. Podszedł do żony, by spytać półszeptem:

– Co mu zrobiłaś?

– Och, nic – odparła beztrosko, uśmiechając się sadystycznie. – Dałam mu tylko kolejną lekcję szacunku do matki, bo widocznie od tej sławy mu się coś poprzestawiało.

Marvin zmarszczył czoło, martwiąc się o syna. Bardziej jednak bał się Scarlett, która od razu uprzedziła go, że jeśli teraz do niego pójdzie, on też otrzyma „lekcję szacunku” do żony.

Tymczasem półprzytomny Raymond leżał nieruchomo na brzuchu, z twarzą zwróconą w bok. Nie miał siły ani nawet ochoty ruszyć się z miejsca. Oddychał ciężko i bezradnie, a po jego jasnym, piegowatym policzku spłynęła czarna łza. Może nie był to odpowiedni moment, ale poczuł satysfakcję, że zdołał zapłakać – jednak gdy oczekiwał więcej łez, nie był już w stanie uronić ani jednej.