Nie było już nadziei. Nieważne, jak daleko się znalazła. Nieważne, jak mocno chciała zapomnieć. Nieważne, jak wiele rzeczy robiła, by to przerwać. Rose wciąż nie mogła wymazać Troye’a ze swojej podświadomości.
Był z nią, gdy wybiegła w pole, gdy próbowała zasnąć, gdy żywiła się krwią przypadkowych przechodniów. Czuła jego tęsknotę, gniew, strach, smutek – czuła to wszystko. Czuła jego miłość. Przed oczami wyraźnie widziała jego promienną twarz.
– Kocham cię – słyszała jego stanowczy, lecz czuły głos, gdy powiedział jej to po raz pierwszy.
Poczuła jego troskę, współczucie, chęć zaopiekowania się nią. Jego emocje były tak silne, że przeżywając je za niego, łzy zaczęły płynąć jej z oczu. Całą sobą czuła, że mówił to zupełnie szczerze.
– Gdy się śmiejesz, chcę się śmiać wraz z tobą. Gdy płaczesz, chcę cię objąć i ukoić. Gdy cierpisz, chcę dzielić z tobą cierpienie – słowa odbijały się echem w jej umyśle. Gdyby tylko wiedziała, że naprawdę tak się stanie. – To miłość… bo cóż innego?
Usłyszała donośne bicie serca, co sprawiło, że złapała się za klatkę piersiową. Miała wrażenie, jakby doświadczała bijącego serca Troye’a.
– Będę przy tobie, ilekroć mnie wezwiesz.
Załkała, błagając własny umysł o litość. Troye przepełnił ją miłością, której nie potrafiła objąć. Miała wrażenie, że jeszcze jedna kropla, a się rozpadnie. Był w stanie wlać w nią cały ocean swej miłości, podczas gdy ona nie mogła zaoferować mu nawet kropli. Bolało jeszcze mocniej, niż się spodziewała.
Zakręciło jej się w głowie i musiała podeprzeć się o najbliższe drzewo. Była wycieńczona. Nie wiedziała już, ile minęło czasu, ale szła przed siebie na oślep, już na boso, w podartym ubraniu, z zadrapaniami na ciele oraz plamami cudzej krwi na twarzy. Dawno już niefarbowane włosy były w większym stopniu jej naturalnego koloru – brudnego blondu. Spojrzenie miała dzikie i nieprzytomne, twarz przeszytą długotrwałym zmęczeniem. Przejechała kciukiem po ustach, dolna warga była lekko pęknięta.
Jak to możliwe? Dlaczego była tak słaba, skoro piła krew jeszcze częściej niż przedtem? Miała wrażenie, że nic nie było w stanie ją nasycić. Co miała zrobić i gdzie się podziać? Udać się do Ethana? Nie... Nie mogą jej odebrać Troye’a, będzie go bronić całą swoją siłą. Wrócić do niego? I co dalej, mają żyć tak, jak gdyby nic się nie wydarzyło? Co prawda dała mu słowo, jednak… może lepiej byłoby, gdyby nie wracała nigdy.
~*~
Posiadłość rodziny Dane’ów piętrzyła się malowniczo na wzgórzu obrośniętym strzelistymi iglastymi drzewami. Był to nowoczesny budynek, którego kondygnacje rozpościerały się na różnej wysokości, jak gdyby same wyrastały ze wzgórzy. Wrażenie to było wzmożone przez wygląd elewacji przeplatającej ze sobą podobny do wzgórz kamień oraz ciemne drewno. Całość dopełniał znajdujący się naprzeciwko wodospad prezentujący czysty majestat oraz potęgę wody spływającej w dół z władczym szumem.
Stojąc w dole u fundamentów budynku przed stromymi kamiennymi schodami, Raymond dziwił się ilością i wielkością okien. Doskonale rozumiał chęć podziwiania dzikich krajobrazów natury na co dzień, lecz zastanawiał się, jak wampirzy domownicy mogli czuć się dobrze przy takim natężeniu światła słonecznego, jakie potężne okna zapewne wpuszczały do środka. Czy miały szyby z jakiegoś specjalnego rodzaju szkła? Sam niebawem się przekona, gdy tylko przekroczy próg posiadłości.
Towarzyszyli mu rodzice, ponieważ Scarlett chciała osobiście przedyskutować warunki dalszej współpracy i promocji dzieł jej syna. Wszyscy troje byli elegancko ubrani, ale Mond nie zgodził się już na eksperymenty z jego fryzurą. Miał na sobie klasyczny czarny garnitur oraz białą koszulę bez żadnych dodatków. Jeśli miał się ubrać oficjalnie, wolał więcej nie wkładać na siebie niewygodnych ekstrawaganckich kreacji. Podobny garnitur nosił jego ojciec z tą różnicą, że włożył również srebrny krawat, natomiast Scarlett nadrabiała pysznością za męża i syna – zdecydowała się bowiem na jedwabną suknię z dekoltem ozdobionym błyszczącymi cekinami oraz rozłożystymi falbanami zdobiącymi dół stroju. Suknia była w kolorze odpowiadającym jej imieniu – szkarłatnym. Kreację uzupełniały złota kolia oraz długie kolczyki zwieńczone rubinami. Ani Marvin, ani Raymond nie chcieli nawet myśleć, coby się stało, gdyby strój uległ poplamieniu w trakcie kolacji.
Oszklone wrota do rezydencji otworzyła im roześmiana kobieta, w której od razu rozpoznali panią domu, Kiarę. Miała lśniące ciemnobrązowe włosy ułożone w eleganckie fale, a ubrana była w długą sukienkę o prostym kroju, wykonaną ze zwiewnego materiału w wielokolorowe plamy przypominające kwiaty. Na prawej ręce nosiła bransoletkę z koralikami w barwach odpowiadających sukni. Scarlett nieco zdziwiła się na jej widok – myślała, że pani domu włoży na siebie coś prawie dorównującego jej kreacji, a tymczasem jej strój sprawiał, że nie wiedziała, czy Kiara Dane nie traktuje ich zbyt lekceważąco.
– Witajcie, moi drodzy – powitała ich Kiara, gestem dłoni zapraszając całą trójkę do środka.
Gdy tylko przekroczyli próg, Scarlett obejrzała się nerwowo. Nad drzwiami wisiał krzyż, jednak powstrzymała się, by oznajmić, że od samego widoku krzyża boli ją głowa.
– Miło nam was dzisiaj ugościć – odezwał się Harrison Dane, pan domu stojący w holu. – Mamy nadzieję, że dobrze się u nas poczujecie.
Miał niski głos o ciepłej barwie i uśmiechał się równie przyjaźnie co jego żona. Nosił granatowy garnitur oraz białą koszulę, w której trzy górne guziki były luźno rozpięte. Miał krótko przystrzyżone, czarne kędzierzawe włosy i zarost.
Hol był ozdobiony czarnym marmurem i nowoczesnymi rzeźbami. Kiara i Harrison zaprowadzili swoich gości do podłużnego pomieszczenia z długim stołem wykonanym z ciemnego drewna, skąd dochodził przyjemny zapach. Przy krzesłach stała cała gromada wampirów, z których Mond rozpoznawał jedynie Bellę.
Miała na sobie kremową koszulę z szerokimi rękawami wpuszczoną w szmaragdowoniebieskie spodnie z wysokim stanem. Pomiędzy płatami szerokiego kołnierza koszuli wisiał srebrny naszyjnik z krzyżem. Jej włosy były rozpuszczone i lekko połyskujące, a w lewym uchu miała cztery czarne kolczyki. Na jej widok Mond wydał z siebie niezrozumiałe ciche westchnięcie, które zaraz począł analizować. Bella w odpowiedzi uśmiechnęła się ciepło, ciesząc się z jego obecności.
Po powitaniu wszyscy zasiedli do stołu – Marvin i Scarlett obok Harrisona i Kiary, a Mond obok Belli. Nie czuł się zbyt komfortowo, gdy jej rodzeństwo przyglądało im się badawczo, a najbardziej czyniły to dwie wampirzyce siedzące tuż naprzeciwko.
Bezpośrednio naprzeciw niego siedziała drobna dziewczyna o młodej twarzy i długich kędzierzawych ciemnobrązowych włosach splecionych w dwa warkocze. Była ubrana w sukienkę z krótkim rękawkiem sięgającą przed kolano, z czerwonego materiału w białe kropki, oraz czarne baleriny. Jej pełne usta były pociągnięte czerwoną szminką, a w uszach miała perłowe kolczyki. Mond zastanawiał się, czy to była Juliet, którą Bella określiła jako swoją najmłodszą siostrę, jeszcze niepełnoprawną wampirzycę. Obok niej siedziała smukła dziewczyna o czarnych włosach zaplecionych w drobne warkoczyki, upiętych w wysoki kucyk, i grzywkę na bok. Nosiła bladoróżową sukienkę zdobioną koronką u dekoltu i buty na obcasie w połyskującym odcieniu zbliżonym do sukienki. Również miała perłowe kolczyki, a także jasną szminkę i cień do powiek w perłowych barwach. Mond nie rozumiał, dlaczego obydwie zerkały na nich tajemniczo i posyłały sobie znaczące uśmiechy.
Kiara poprosiła gości o odkrycie swoich dań – każdy zdjął pokrywę ze swojego talerza, odsłaniając ciepłą, wykwintną potrawę składającą się z pulpetów z czarnej soczewicy i kaszy gryczanej w sosie curry. Dane’owie zatem zaliczali się do wampirów lubiących kosztować ludzkie potrawy dla samego smaku, nie wartości odżywczej. Wspominali, że nie jadali codziennie – tylko w uroczystości i co niedzielę w ramach rodzinnej tradycji.
Zanim przystąpili do posiłku, wszyscy Dane’owie automatycznie uczynili znak krzyża, a Kiara odmówiła krótką modlitwę, dziękując za posiłek i prosząc o błogosławieństwo. Scarlett spojrzała na nią jak na osobę niespełna rozumu, jednak jej ciche prychnięcie pogardy zostało zatuszowane przez głosy pozostałych domowników dołączających do modlitwy. Mond spojrzał na matkę, a później na drzwi do jadalni, nad którymi również wisiał krzyż. Dlaczego ten widok przywodził niemiłe wrażenie bycia obserwowanym?
– Harrison, rusz no się do barku! – zaśmiała się Kiara, czule klepiąc męża po ramieniu.
– Oczywiście! – zawtórował jej pan domu, wstając od stołu i proponując gościom różne alkohole.
Niedługo potem wrócił z kilkoma butelkami i nalał wszystkim do kieliszków wybrane przez nich trunki. Przy okazji pytania o to, kto na co reflektował, Mond poznał imiona zgromadzonych – wampirzycą w czerwonej sukience w istocie była Juliet, natomiast siedzącą obok niej siostrą okazała się Lily.
Jedynymi niepijącymi osobami byli Mond i Pauline, którą skojarzył z opowieści Belli jako najstarszą siostrę będącą zawodową tancerką. Była smukła i dostojna, miała surowy wyraz twarzy oraz bystre ciemne oczy. Jej ciemnobrązowe włosy połyskiwały elegancko i były splecione w warkocz opadający na lewe ramię. Nosiła fiołkową aksamitną sukienkę z odsłoniętymi ramionami, zwiewnymi rękawami sięgającymi przed łokieć oraz gumką w pasie. Rąbek sukienki był wykończony białą koronką, a na stopach miała srebrne buty na płaskim obcasie. Co chwila komentowała wypowiedzi uczestników rozmowy, sprawiając wrażenie, jak gdyby chciała podkreślić swoje liczne zainteresowania i obeznanie w niemalże każdym temacie.
Drugi najstarszy brat Belli, Liam, zajmował miejsce pomiędzy Juliet a Pauline siedzącej naprzeciwko Scarlett i lustrującej jej nad wyraz zdobiony strój. Liam był ubrany w czarny, obcisły golf, czarne spodnie od garnituru oraz rozpiętą szarą marynarkę. Jego czarne lśniące włosy były proste i zaczesane do góry. Sprawiał wrażenie pogodnego – dużo żartował i co jakiś czas wskazywał na zawieszone na ścianach jadalni obrazy, tłumacząc, czy zostały wykonane przez niego czy Kiarę, opowiadając przy tym różne anegdoty z procesu ich tworzenia. Zagadywał Monda, sprawdzając jego reakcję czy interpretację danych dzieł, na co on jednak głównie tylko kiwał głową bądź krótko komentował z uprzejmą pochwałą. Scarlett natychmiast ruszała z względnym ratunkiem, opiewając prace Dane’ów aż do przesady, w czym czuć było egzaltację i chęć przypodobania się.
Zachwyt Scarlett z przekąsem obserwowali szczególnie Pauline i najstarszy potomek Dane’ów – Calum siedzący obok niej. Miał ciemnobrązowe kędzierzawe włosy sięgające ramion i małą kozią bródkę. Był ubrany w czarne garniturowe spodnie, szarą koszulę z czarną muchą oraz purpurową marynarkę z czarnym kołnierzem.
Lily i Juliet nie przestawały obserwować Bellę i Monda, co chwila zerkając na siebie porozumiewawczo. Mond czuł na sobie ich spojrzenie, gdy sięgał po widelec czy serwetkę, gdy się odzywał, gdy pił wodę, a już szczególnie gdy patrzył w stronę Belli lub coś do niej mówił. Bella zdawała się specjalnie ignorować siostry, świadoma ich obserwacji.
Wkrótce obie zgłosiły się do przyniesienia deseru i opuściły jadalnię, jak gdyby tylko czekały na ten moment. Udały się do eleganckiej kuchni, skąd było słychać gwar przy stole, jednak mówiły cicho mimo podekscytowania.
– No i co widziałaś? – spytała Lily, ledwo utrzymując ściszony ton.
– Oczy Belli iskrzą różem i srebrem, gdy na niego patrzy! – Juliet pisnęła najciszej, jak potrafiła, wyjmując ciasto z lodówki. – Jest po uszy zakochana, to takie urocze!
– A on?
Juliet nadęła policzki.
– Z nim mam pewien problem… – westchnęła w zamyśleniu. – Ledwo cokolwiek dostrzegam, jakby odczuwał tylko króciutkie strzępki emocji.
– Może po prostu za mało go znasz?
Juliet pokręciła głową.
– To bardziej jak migawki… ciężko mi to wyjaśnić.
Siostry pokręciły się jeszcze trochę po kuchni, analizując gesty i mimikę Monda i Belli, aż Harrison nie zawołał ich z rozbawieniem.
Na stół podano wyśmienite ciasto czekoladowe, a rozmowa przybrała bardziej biznesowy charakter. Scarlett i Kiara żywo konwersowały na temat klientów zainteresowanych obrazami Monda, konkretnych zleceń oraz możliwości kolejnych wernisaży. Już od samego słuchania o wielkich planach Mond poczuł ogromne zmęczenie. Miał przechodzić przez cały ten proceder od początku i to wielokrotnie? Wolał zaszyć się w swojej zapleśniałej chatce na bagnach. Niech ktoś po prostu odbiera od niego obrazy i zrobi resztę.
Później Kiara zaproponowała odpoczynek w salonie i muzykę na żywo. Gospodarze i goście udali się więc do przestronnego pomieszczenia z pięknym widokiem na las i kawałek wodospadu nieraz wspominanego Mondowi przez Bellę.
Harrison chwycił skrzypce, Calum ujął wiolonczelę, a Juliet zasiadła do fortepianu. We trójkę zagrali kilka utworów, co w połączeniu z pięknem natury za szybą było ucztą dla duszy. Mond mógł doskonale zrozumieć, dlaczego Dane’owie zdecydowali się na tak szerokie okna w swoim domu.
W jednym z granych utworów Scarlett rozpoznała instrumentalną wersję jakiejś pieśni kościelnej, choć nie mogła skojarzyć tytułu. Westchnęła ze znużeniem, wpatrując się w kolejny krzyż zawieszony nad wejściem do pokoju, po czym nonszalancko odrzuciła jedną z falban swej sukni.
– Doprawdy, nie pomyślałabym, że na świecie istnieje jakaś chrześcijańska rodzina wampirów… – zaczęła, a Marvin wyraźnie się zestresował.
– Czy to aż takie dziwne? – zaśmiała się Kiara.
– Och, powiedziałabym nawet, że jest to oksymoron! – zawołała Scarlett z dwuznacznym uśmiechem.
– Czyżby? – wtrąciła Pauline, wyraźnie zaciekawiona tym tokiem rozumowania.
– Przyznam, może to brzmieć szokująco – podjął łagodnie Harrison – lecz w gruncie rzeczy każdy ma prawo wierzyć, w co chce.
– Tak jak niepolujące wampiry? – zauważył Liam z szerokim uśmiechem. – Coś w tym może być, jednak to też kwestia wyboru, prawda?
Było w nich pewne zdenerwowanie, ale i strategia – jak gdyby doświadczyli różnych komentarzy i już doskonale wiedzieli, jak sobie z nimi poradzić.
– Och, to jest… – odparła Scarlett, lecz przerwała jej Pauline:
– Godne podziwu? Często to słyszymy!
– Piękny jest ten wodospad – oznajmił nagle Marvin, podchodząc do okna.
– Och tak, jest wspaniały! – zaszczebiotała Juliet. – Prawdziwy cud Stwórcy, tak go nazywamy.
– Bella opowiadała, że jest piękny, lecz zobaczyć go na żywo to zupełnie co innego – wtrącił Mond, stając obok ojca.
Jego komentarz rozluźnił napięcie, bo nikt też nie spodziewał się, że to on zabierze głos. Juliet i Lily znów wymieniły porozumiewawcze spojrzenia.
– Jeszcze lepiej wygląda z pokoju na górze – odparła Bella, uśmiechając się nieśmiało. – Chciałbyś… zobaczyć?
Odwrócił się w jej stronę, czując na sobie wyczekujące spojrzenia wszystkich zgromadzonych. Wyrwać się z towarzystwa tylko z nią? Do tej pory nawet nie odczuwał, jak bardzo tego potrzebował.
– Z chęcią – odrzekł jak zwykle bezbarwnie.
Bella skinęła głową i wyszła z Mondem z salonu, zostawiając wszystkich pełnych podejrzeń.
Udali się piętro wyżej do niewielkiego, jasnego pomieszczenia. Był to gabinet z drewnianą podłogą, meblami z drewna i szarej płyty oraz wielkim oknem z widokiem wprost na wodospad. Ściany były kremowe, a jedna z nich wykonana z szarego kamienia. Tuż pod oknem znajdowało się siedzisko, do którego Bella zaprowadziła Monda.
– To moje ukochane miejsce w całej rezydencji – oznajmiła.
Przedstawiając mu ten mały pokój, promieniowała radością i osobliwym zawstydzeniem, jakby pokazywała mu fragment siebie. Mond zdjął marynarkę, a następnie podszedł do okna, wkładając dłonie w kieszenie spodni. Wpatrywał się w majestat żywiołu jak zahipnotyzowany.
– Gdy tu siadam… – ciągnęła Bella, wskazując na miejsce pod oknem – czasem staram się modlić. To może zabrzmieć głupio, ale… próbuję sobie wyobrazić Boga w potędze wody. Nie wiem, czy to zgodne z wiarą, jednak gdy tu przychodzę i widzę wodospad, wątpliwości nagle znikają i myślę, że tylko Bóg mógł stworzyć coś tak pięknego.
Mond przyjrzał jej się badawczo. Gdy to mówiła, wpatrywała się w wodospad z oczarowaniem. Była szczera w swoich emocjach – to dopiero było dla niego prawdziwym pięknem. Zwykłe przygasłe, zmęczone oczy obserwowały strugi wody z błyskiem i fascynacją. Widział w niej pasję – po raz pierwszy, odkąd ją poznał.
Stali tak w ciszy, aż Bella wreszcie odważyła się na niego spojrzeć i niezmiernie zakłopotała się tym, że jej się przyglądał. Błysk pasji zniknął z jej oczu, ustępując miejsca zażenowaniu.
Zaśmiała się nerwowo.
– Głupie, prawda?
– Nie – zaprotestował natychmiast Mond stanowczo, co ją zdziwiło. – To bardzo inspirujące. Chciałbym patrzeć na coś tak, jak ty patrzysz na ten wodospad.
Przełknęła ślinę w zdumieniu, po czym szczerze się uśmiechnęła, powodując w nim dziwne przeczucie, że patrzył na nią w ten sam sposób. „Tylko Bóg mógł stworzyć coś tak pięknego” – jej słowa rozbrzmiały w jego umyśle, gdy ją obserwował.
Czy to było prawdziwe? Przecież nie uśmiechał się tak jak ona, jego oczy dawno straciły blask, a ton jego głosu pozostawał obojętny. Jednak coś – jak niewidzialna siła – pchnęło go, by wyciągnąć dłoń w jej stronę i chwycić jej rękę.
Zaskoczona, spojrzała to na niego, to na ich dłonie. Sam nie rozumiał, dlaczego to zrobił, ale wcale nie chciał jej puszczać. Stał naprzeciwko i niezmiennie wpatrywał się w nią z zadumą. Choć jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, poczuła wrażenie ciepła przepływającego przez jej ciało.
Z początku onieśmielało ją, jak stanowczo się jej przyglądał, jednak dobrze znała to uczucie, gdy nie można było oderwać od czegoś wzroku. Spojrzała równie pewnie w jego granatowe oczy przypominające jej nocne niebo i splotła ich palce w czułym uścisku. Mond mimochodem pogłaskał wierzch jej dłoni kciukiem, co było niezmiernie przyjemne.
Nie wiedzieli, jak długo tak stali, po prostu trzymając się za ręce i patrząc sobie w oczy, ani kiedy dokładnie usiedli przy oknie i zaczęli wspólnie obserwować wodospad. Nie puścili swoich dłoni, ani im się śniło. Woda spadała majestatycznymi kaskadami, co przywiodło Mondowi na myśl długie włosy Belli. Gdy siedzieli tak blisko siebie, jeden z ich kosmyków delikatnie łaskotał go w przedramię. Lubił, gdy przypadkowo wplątywał się w jej włosy, gdy poprawiała inne kosmyki nachodzące jej na czoło. Pachniała miodem i lawendą.
Bella wsłuchiwała się w szum wody stłumiony przez szybę. Uczucia, które zrodziły się w niej wobec Monda, mimo jej woli, początkowo były tylko kropelką wody, aż nagle stały się ogromnym wodospadem. Bała się pozwolić tej wodzie płynąć, lecz teraz gdy widziała, ile jej się w niej nagromadziło, dała uczuciom zburzyć wszelkie tamy. Nie była pewna, czy on w ogóle potrafił odwzajemnić jej uczucia, ale wiedziała, że prędzej czy później ta woda i tak by się wylała w całym swoim niepowstrzymaniu. Nie chciała go poganiać, akceptowała to, co jej dawał. Trzymanie go za rękę tak długo było czymś niewyobrażalnie wspaniałym. Patrzenie mu w oczy tak intensywnie, bez nieśmiałości powodującej odwracanie wzroku, było całkowitym zanurzeniem się w głębinach.
– Chciałbym cię namalować, Bella – oznajmił nagle Mond, po czym cicho westchnął. – Oczywiście, jeśli się zgodzisz.
Znów ją zaskoczył, a ciepły uśmiech automatycznie wszedł na jej usta.
– Byłoby cudownie – odrzekła miękkim półgłosem.
Pierwszy raz usłyszał jej zrelaksowany głos niosący błogość i ulgę. Była odprężona, co w dziwny sposób odprężało również jego. Jak to działało? Jak się to obsługiwało?
– W jaki sposób się tu modlisz? – zadał kolejne pytanie.
Spojrzała na niego, a on odwrócił się w jej stronę. Jej dłoń lekko drgnęła, lecz nie rozluźniła uścisku.
– Chciałbyś zobaczyć jak? – zaproponowała.
Znów odsłaniała przed nim coś osobistego, wyjątkowego. Kiwnął głową.
Odchrząknęła, ściskając jego dłoń, jak gdyby chciała sobie dodać otuchy.
– Panie Boże… dziękuję ci – westchnęła z uśmiechem. – Dziękuję za ten dzień, za to, że stworzyłeś ten piękny świat i za to, że dziś umiem się nim cieszyć. Proszę, bym była zdolna cieszyć się nim codziennie. Proszę… chciałabym codziennie potrafić podziwiać, jak cudowne rzeczy stworzyłeś i umieściłeś w nich Swoją cząstkę. Chciałabym dostrzec to również w sobie… Proszę Cię o tę łaskę, mój Panie.
Odmawiając tę modlitwę, nie przestała wpatrywać się w wodospad. Mond był pod wrażeniem jej naturalności i szczerości. Modlitwy kojarzyły mu się raczej z odmawianymi formułami – jej ton głosu był jednak zupełnie inny, jak gdyby ktoś stał tuż przed nią. Była wdzięczna i łaknąca, mówiła z wnętrza.
Na koniec wykonała znak krzyża jedną ręką. Zerknęła na Monda, znów wyczekując jego reakcji.
– Właściwie nie znam Boga – rzekł – ale widzę Jego cząstkę w tobie, Bella.
Zakłopotała się.
– Co? Mond, ja nie… nie wydaje mi się – zaśmiała się nerwowo.
Znów przejechał kciukiem po jej dłoni.
– Moja matka jest sceptyczna co do Boga – wyznał. – Uważa, że wampiry zostały przez Niego potępione i żałosne dla nich jest nazywać się chrześcijaninem. Ja tak nie sądzę. Skąd możemy wiedzieć, czy istnieje cokolwiek? Dla mnie prawie nic nie jest prawdziwe… może sam nie jestem.
Bella przywiodła jego spojrzenie, przybliżając się nieco.
– Jeśli ja istnieję i ty istniejesz, to istniejemy razem – oznajmiła, unosząc ich dłonie na wysokość ich linii wzroku. – Trzymasz mnie za rękę, ja trzymam ciebie… i to jest prawdziwe.
Na jego twarzy pojawił się niecodzienny widok – cień uśmiechu. Jeszcze niepełny uśmiech, ale najbliżej do niego kiedykolwiek. Kiwnął głową.
– Twoja modlitwa również była inspirująca – przyznał. – Po raz pierwszy w życiu chcę coś namalować, a nie rzucać bezsensownie w płótno przypadkowymi barwami.
– To nic takiego… Gdy wrócisz do siebie, zaraz zapomnisz, co powiedziałam.
– Nigdy tego nie zapomnę.
Bella nie mogła się nadziwić jego stanowczością. Wiele mówił, ciągle jej się przypatrywał, a na dodatek chciał ją malować. Co się nagle w nim zmieniło? Czyżby… czyżby także pozwolił swojemu wodospadowi płynąć strugami?
Nie chciała sobie robić nadziei, być może tylko dopowiadała sobie zbyt wiele, skoro sama była w nim zakochana. A może tylko zauroczona, bo był w stanie ją zrozumieć? Chciała poczekać, zobaczyć, czy wody będzie tyle samo, czy po pierwszej fali zmieni się w wąską strużkę.
Dla Monda też było to coś nowego. Nie rozumiał ani jednej swojej reakcji i tego, dlaczego chwycił ją za rękę i nie chciał jej puszczać. Czy ktoś inny przejął kontrolę nad jego ciałem? Dziwne, ale przyjemne. Chwilowe czy trwałe? Pozostawało do obserwacji. Co będzie czuł, gdy stanie przed płótnem, by namalować Bellę? Będzie w ogóle potrafił? Jak miał oddać tę nieznaną, boską cząstkę, którą w niej dziś dostrzegł?
Jak tylko przy pomocy farby miał oddać to, że Bella stała się jego wodospadem?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz