Rose Elliot leżała w łóżku, jeszcze w koszuli nocnej. Czarne niczym smoła łzy zostawiły ślady na jej niemal białych policzkach. Wpatrywała się tępo w sufit, oddychając ciężko. Mówiła prawdę – nienawidziła tego, kim była. Twierdziła, że wampirze pragnienie niszczyło jej życie. Gdy poznała Troye’a, myślała, że on naprawdę jej się podobał, jednak później z przykrością uświadomiła sobie, że chodziło o zapach jego krwi. Na tamtej imprezie nie mogła się powstrzymać, chciała za wszelką cenę jej spróbować. Myślała, że pójdzie jak po maśle, jednak gdy pojawiły się komplikacje, złość i silące się pragnienie zawładnęły nią. Teraz żałowała, że rzuciła się na Troye’a zupełnie jak dzikie, wygłodniałe zwierzę.
Przypomniała sobie, jak całowali się podczas imprezy, i kąciki jej ust drgnęły. Troye był taki śmiały, ale przy tym wrażliwy. To ją do niego ciągnęło, intrygowało ją. Takiego chłopaka jeszcze nie spotkała. Kolejne czarne łzy spłynęły po jej policzkach. „Chyba jednak tym razem podoba mi się tak naprawdę” – uświadomiła sobie. Jego krew jej smakowała, jeszcze nigdy czegoś takiego nie piła, jednak odrzucała od siebie te myśli. Nie chciała już go krzywdzić. Ogarniał ją wstyd na wspomnienie jego przerażonej twarzy, gdy odkrył, kim była. To bolało, jakby ktoś przebił jej serce. Zawsze było tak samo, taki jej los…
Wiedziała, że musiała o nim zapomnieć. Związek z Troyem w ogóle nie trzymał się jej zasad – zero powiązań emocjonalnych z ludźmi. Dopiero wkraczała w dorosłość, była młodą wampirzycą, ale wiedziała, że jeszcze wiele, wiele lat przed nią. Troye zostanie w tyle. „Och, jak ja nienawidzę być wampirem…” – jęknęła w myślach. Postanowiła wrócić do poprzedniej taktyki, wyrzekając się własnych uczuć.
~*~
W poniedziałek Troye wyszedł z domu studenckiego później niż zwykle. To raczej Erik, jego współlokator, należał do spóźnialskich, a wyrobił się wcześniej od niego. Troye co prawda dotarł na zajęcia punktualnie, jednak musiał biec z całych sił, by zdążyć. Sprawa z piątkowej nocy ciągle nie dawała mu spokoju.
Na uczelni widział Rose w towarzystwie jakiegoś studenta, z którym ewidentnie flirtowała. Troye’a ogarnął gniew. „Co, on też smakowicie pachnie? Przy najbliższej okazji wyżłopie z niego krew co do ostatniej kropelki! Wtedy też będzie mu tak do śmiechu?!” – wzburzył się, ciskając uwagami w obserwowaną dwójkę.
Jego zdenerwowanie nie wynikało tylko z zachowania Rose, ale również z tego, że był po prostu rozczarowany. Jego wizja Rose Elliot nie zgadzała się z tym, co widział w rzeczywistości. Wymyślił ją sobie, za co się karcił. „Ależ ja jestem głupi” – myślał. Patrzył na nią teraz i widział inną osobę. Uważał, że była ładna, ale teraz jakoś zbrzydła w jego oczach. „Te jej odrosty zawsze wyglądały tak źle? Zawsze miała taki wredny uśmieszek? Dlaczego ja wcześniej tego nie zauważyłem?” – pytał sam siebie, analizując jej wygląd.
Troye nawet by nie pomyślał, że w rzeczywistości ją to bolało. Musiała pić krew, żeby żyć, ale postanowiła nie angażować w to Troye’a. Wyszła z założenia, że on i tak nie zrozumiałby, jak to jest, gdy ciągle trzeba kogoś napadać i ranić, by po prostu przetrwać. „Zupełnie jak dzikie zwierzę…” – skojarzyło jej się ponownie. W dodatku często działała impulsywnie, robiąc to, co nakazywało jej pragnienie, którego nie potrafiła przewalczyć. To wszystko jednak nie usprawiedliwiało jej charakteru – czasem potrafiła być okrutna.
Również teraz, gdy zobaczyła reakcję Troye’a, ogarnęła ją złość. Wpatrywał się z nią z takim jadem i nieufnością, że zrobiło jej się naprawdę przykro. „Czego ja się spodziewałam? Jego mały, ludzki móżdżek nie jest w stanie pojąć mojej ciężkiej sytuacji!” – zdenerwowała się w myślach. Musiała naprawdę się tym przejąć, bo towarzyszący jej Jarvis spytał, czy wszystko z nią w porządku. Rose spojrzała na niego i rozluźniła się.
– W jak najlepszym – zapewniła i zachichotała. – Wybacz, zamyśliłam się.
– Ależ ona jest żałosna… – wymamrotał pod nosem Troye.
– Kto jest żałosny? – rozległ się znajomy głos.
Troye zobaczył, że Erik stał tuż obok niego, a nawet nie zauważył, kiedy przyszedł. Erik wpatrywał się w niego pytającym wzrokiem, trzymając w dłoni paczkę paprykowych chipsów. Część z nich właśnie przeżuwał.
– A… nieważne. Naprawdę nieważne – stwierdził Troye i machnął niedbale ręką. Odruchowo spojrzał na chipsy. Erik przełknął.
– Masz, częstuj się – odrzekł, wyciągając ku niemu paczkę. Troye wziął sobie garść chipsów. – Co, podoba ci się Rose Elliot? To znaczy, zwykle się na nią gapisz, ale teraz coś chyba ci się odwidziało, skoro twierdzisz, że jest żałosna…
Troye spojrzał na Erika i westchnął.
– To dosyć skomplikowane – mruknął tylko i Erik nie pytał o nic więcej.
Erik był dobrze zbudowanym mężczyzną średniego wzrostu. Miał czarne, krótko przystrzyżone włosy. Jego skóra była ciemna i usiana piegami, a oczy miał błękitne. Studiował archeologię. W ich wspólnym mieszkaniu w domu studenckim było pełno antyków, które przynosił ze sobą. Lubił opowiadać o tym, jak udało mu się je zdobyć. Troye słyszał już te historie setki razy, ale kiedy Erik zaczynał od nowa, nie przerywał mu i tylko kiwał głową, udając, że słuchał. Można powiedzieć, że obaj dobrze się dogadywali, ale nie było między nimi jakiejś wielkiej przyjaźni.
Rose wciąż czuła na sobie przeszywające spojrzenie Troye’a, jednak za wszelką cenę starała się go ignorować. Tak się zawzięła, że specjalnie stała wciąż w tym samym miejscu i żywo rozmawiała z Jarvisem. Uważała, że Troye zachowywał się niewdzięcznie w stosunku do niej, skoro postanowiła, że nie będzie już go krzywdzić. Chciała zerwać z nim kontakt i trzymać się możliwie najdalej, by znów nie dać się uwieść zapachowi jego krwi. Teraz, gdy już raz jej skosztowała, mogło być to jeszcze trudniejsze.
Rozmawiając z Jarvisem, starała się ze wszelkich sił skoncentrować na temacie rozmowy, ale zapach Troye’a był intensywny i przebijał się przez wszystko inne. Czuła się, jakby ją do siebie przyciągał. Stojąc w pobliżu niego, ryzykowała, że nie przezwycięży pragnienia. Była uparta i chciała udowodnić sobie i jemu, że potrafiła się kontrolować.
Jarvis z kolei studiował weterynarię. Był wysoki i szczupły, miał brązowe oczy i włosy farbowane na ciemny blond. Rose dowiedziała się, że miał koreańskie korzenie, co było widoczne po jego rysach twarzy. Chociaż Rose nie znała się na weterynarii, mogła spokojnie słuchać, kiedy on o tym mówił. Za wszelką cenę nie chciała myśleć o nim jako substytucie Troye’a. Jarvis sprawiał sympatyczne wrażenie. Nie chciała też zbytnio skupiać się na jego zapachu, chociaż zdążyła już zauważyć, że Jarvis pachniał przyjemnie i świeżo. Nie czuła jednak wobec niego pragnienia i cieszyła się z tego. Może nie wszystkie jej znajomości musiały się tak kończyć.
Troye wreszcie dał za wygraną i przestał wpatrywać się nienawistnie w Rose. Pożegnał się z Erikiem i ruszył do innej części budynku. Rose zauważyła to kątem oka i z jednej strony czuła satysfakcję, z drugiej żal.
Kiedy Troye szedł przed siebie, myślał o tamtej imprezie. Był już zmęczony tym, że nie potrafił skupić myśli na niczym innym, lecz nie mógł nic na to poradzić. Trochę żałował, że udawał wtedy kogoś innego, chociaż w gruncie rzeczy impreza mu się podobała. Dzisiaj nawet również założył swoją skóropodobną kurtkę, która najwyraźniej przypadła mu do gustu. Poza tym zakrywała miejsce, w które ugryzła go Rose. Została po tym blizna, na całe szczęście nieprzypominająca malinki – Troye by tego nie przeżył – wolał ją jednak ukrywać. Myślał o słodkim, wyrazistym smaku jej krwi. Wtedy miał tylko trochę kropli na wargach, ale coś czuł, że nie wahałby się skosztować więcej. Ta myśl go przerażała – bądź co bądź, dotyczyła picia czyjejś krwi. „Nie, nie będę pił ludzkich płynów ustrojowych. To nawet brzmi obrzydliwie” – stwierdził Troye w myślach.
~*~
Ostatnimi dniami Troye często widywał Rose w towarzystwie Jarvisa. Na niego nawet nie raczyła spojrzeć, co potwornie go denerwowało. Przeświadczenie, że interesowała ją tylko jego krew, a nie on sam, bolało i było po prostu przykre. Czuł do niej odrazę, ale nie mógł powiedzieć też, że nie chciał, by znów nie mieli kontaktu. Ciągle tylko obwiniał się o własną głupotę. „Dałem jej się ugryźć stosunkowo szybko od pierwszej rozmowy. Jarvisa tak podchodzi chyba już drugi tydzień” – myślał. Nie zauważył u niego blizny, więc przypuszczał, że jeszcze nie udało jej się z niego napić. Później zaczął się nawet zastanawiać, czy naprawdę znów chodziło o pragnienie – a może on jej się podobał? Ta myśl wywoływała u Troye’a nieprzyjemne uczucie ciężkości na żołądku.
Nabrał podejrzeń, gdy zauważył Rose obracającą się w liczniejszym męskim gronie. „Nazbierała sobie adoratorów? Jakie to żałosne. Myśli, że może kolekcjonować ludzi jak znaczki pocztowe. Prędzej czy później powysysa z nich wszystkich krew, z każdego po kolei, do cna” – twierdził Troye. Nie mógł się pogodzić z myślą, że został odrzucony.
Tymczasem Rose miała wrażenie, że odchodziła od zmysłów lub wręcz przeciwnie – zmysł węchu ją zabijał. Przebywała w otoczeniu tylu różnych ludzi, a to zapach Troye’a wciąż był najbardziej wyrazisty i kuszący. Bała się zakończenia tej historii. Robiła wszystko, by wybić sobie go z głowy, ale on wciąż wracał i wracał. Wiedziała, że musiała odpychać od siebie to uczucie, bo nawet, jeżeli trochę by odpuściła, mogło to się źle skończyć. W istocie, jej przypuszczenia były słuszne, lecz nawet najśmielsze sny nie mogły jej objawić tego, co miało się między nimi stać.
Pewnego razu Jarvis zaprosił Rose do kina, co nie uznała za szczególnie wybitny pomysł na pierwszą randkę, jednak zgodziła się. Była zmęczona tym, że ciągle musiała coś udawać, ale postanowiła to zaakceptować.
Film nie był nawet taki nudny, jak oczekiwała. Jarvis podejmował próby objęcia Rose, ale jakoś ostatecznie się nie zdecydował. Takie zachowanie nieco ją irytowało, dlatego przez większość czasu była skupiona bardziej na filmie niż na postaci Jarvisa. Między innymi dlatego uważała, że randka w kinie to zły pomysł. Po seansie Jarvis zaprosił ją do siebie. Propozycja ta zaskoczyła ją, ale nie odmówiła. Miała nadzieję, że tym razem będzie bardziej interesująco.
Niewielki bungalow zamieszkany przez Jarvisa był dosyć przytulny i skromnie urządzony. Rose najbardziej podobał się salon połączony z jadalnią, gdzie spędzili najwięcej czasu. Jarvis pochwalił się umiejętnościami kulinarnymi i przygotował naprawdę dobry obiad. Rose czuła się o wiele lepiej niż w kinie. Słuchała, jak Jarvis opowiadał różne historie na prawie każdy możliwy temat. Lubiła go słuchać, miał ciekawy styl opowiadania. Poczuła się trochę winna. Pewnie on chciał z nią chodzić, lecz nie chciała wplątywać nikogo w jej życie. Miała nadzieję, że się myliła. Może i tak, skoro Jarvis nawet nie mógł się odważyć na jakikolwiek kontakt fizyczny – chyba że się przemoże i da jej chociaż całusa na pożegnanie. Niestety, myśli Rose znów wróciły do pocałunków z Troyem.
Zdziwiła się uczuciem, które się w niej pojawiło – jakby czuła pragnienie nie względem jego krwi, a po prostu jego obecności. Wtedy był taki pewny siebie, stanowczy, ale przy tym wciąż delikatny. To w nim uwielbiała. Teraz tylko posyłał jej tęskne, a zarazem jadowite spojrzenia. Znów poczuła się winna.
W pewnym momencie Jarvis zdał sobie sprawę, że Rose odpłynęła myślami gdzieś daleko i nie słuchała go. Dopił swój drugi kieliszek wina. A może to był już trzeci albo czwarty? Nie pamiętał, nie potrafił się skupić.
– Jeździłaś kiedyś na motocyklu? – zapytał nagle, co faktycznie wyrwało ją z zamyślenia.
– Nie – odpowiedziała Rose, uświadomiwszy sobie, że przez chwilę była nieobecna.
Jarvis posłał jej intrygujący uśmieszek.
– A chciałabyś? – zaproponował zadziornie.
– W sumie… tak – odrzekła. – Ale raczej nie teraz? Piliśmy alkohol…
Jarvis tylko wzruszył ramionami.
– Jeździłem po większych ilościach – stwierdził i wstał od stołu. – No chodź. Nigdy tego nie zapomnisz, słowo.
~*~
Rose żałowała, że się zgodziła. Jarvis jeździł slalomem, jak gdyby chciał się przed nią popisać – albo po prostu był zbyt pijany. Siedziała tuż za nim, obejmując go ciasno rękoma, w obawie przed wypadnięciem z pojazdu. Byłoby zdecydowanie przyjemniej, gdyby jechał choć trochę wolniej, a przede wszystkim prosto. Krzyczał coś do niej, mówił o jakichś widokach, ale ona niewiele widziała, bo rozwiane włosy przyklejały się do jej jasnej, lekko pokrytej potem twarzy. Chciała, żeby przejażdżka się już skończyła.
Udało jej się wreszcie coś dostrzec, gdy jechali pod górę – tym razem na szczęście prosto, jednak o wiele szybciej. Rose czuła wiatr we włosach i zaczęła czerpać przyjemność z jazdy. Poczuła adrenalinę, kiedy pięli się wyżej i wyżej, z zawrotną prędkością. Ledwo co wjechali pod górę, Jarvis znów zaczął jechać slalomem. Część włosów przysłoniła Rose widok.
– Prawda, że jest genialnie?! – krzyknął do niej Jarvis. – Jakbym urodził się na motocyklu! Mogę to robić nawet z zamkniętymi oczami!
Rose nie widziała jego twarzy, więc myślała, że tylko tak powiedział, jednak gdy dostrzegła przed nimi ludzką sylwetkę, krzyknęła rozdzierająco. Jechali prosto na nią.
Jarvis gwałtownie otworzył oczy i zahamował z całej siły. Idąca przed nimi postać obróciła się z przerażeniem i rzuciła się do ucieczki, ale nie zdążyła uniknąć zderzenia. Motocykl Jarvisa wjechał z rozpędu na chodnik i zahaczył o przechodnia.
Rose miała wrażenie, jakby jej uszy wypełniała wata. Zsiadła z pojazdu przerażona, szła z trudem ku człowiekowi leżącemu na chodniku. Zakryła sobie usta dłońmi, gdy zobaczyła zakrwawionego Troye’a. Jarvis zszedł z motocyklu, łapiąc się za głowę.
Troye czuł silny ból rozprzestrzeniający się po całym ciele niesamowicie szybko. Kiedy Jarvis go uderzył, odbił się i poleciał prosto na znajdujące się przy chodniku drzewo, od którego również się odbił i runął na chodnik jak długi. Chciał otworzyć oczy, ale mrużył je z bólu. Każdy mięsień jego ciała był napięty. Rose kucnęła tuż przy nim.
Jej zmysły szalały. Otwarte rany Troye’a krwawiły i wydzielały takie ilości zapachu, że ciężko było się oprzeć. Skupiła całą swoją wolę na tym, by zachować zdrowy rozsądek. Obnażyła kły, ale tylko po to, by przeciąć sobie skórę na ręce. Zdezorientowany i zszokowany Jarvis nie wiedział, co się działo.
Troye poczuł znajomy zapach przedzierający się do niego przez cały ten ból. Zmusił się do otwarcia oczu i zobaczył przed sobą krwawiącą rękę Rose. Dziewczyna patrzyła na niego intensywnie i poważnie.
– Pij – poleciła stanowczo. – To cię uratuje.
Troye sam nie wiedział, dlaczego jej posłuchał, lecz nie był w stanie na zadawanie pytań. Przytknął usta do jej ręki i poczuł krew, która smakowała jak zbawienie. Nagle wezbrały w nim siły. Otworzył szeroko oczy i podniósł się do siadu. Rose go podtrzymywała i coś do niego mówiła, jednak on nie słuchał. Czuł, że teraz był w stanie zrobić wszystko. Patrzył na swoje zakrwawione ręce, ale już nie odczuwał bólu.
– Proszę cię, spokojnie! – głos Rose wreszcie do niego dotarł. – Jak się czujesz? Pewnie wciąż jesteś w szoku. Spokojnie, Troye…
Została jednak przez niego odepchnięta.
– Zostaw mnie, czuję się wspaniale – odrzekł spokojnie i wstał.
Rose podniosła się do pionu i złapała go za ramiona. Jej zielone oczy błyszczały niebezpiecznie.
– Słuchaj mnie, Jardin – syknęła. – Właśnie ponownie uratowałam ci dupę, więc trochę szacunku. Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, ale właśnie zostałeś potrącony przez rozpędzonego motocyklistę. Gdyby nie ja, to byś już nie żył.
Troye wpatrywał się w nią wybałuszonymi oczami. Poczuł wstyd za swoje zachowanie i odpuścił. Spojrzał na Jarvisa. Ten wciąż nie mógł pojąć tego, co się stało.
– J-jak?... – wydusił z siebie, trzęsąc się jak przestraszone zwierzę.
Rose westchnęła ciężko, wywracając oczami. Puściła Troye’a i odwróciła się na pięcie do Jarvisa.
– Jestem wampirem – powiedziała dosadnie. – Albo to zaakceptujesz, albo uciekniesz w popłochu jak wszyscy. O, sorry, jest jeszcze opcja z zemdleniem – dodała, zerkając w kierunku Troye’a.
Jarvis obejmował się rękoma.
– To wampiry istnieją?... – zapytał, a Rose spojrzała na niego jak na głupca.
– A co przed chwilą widziałeś? – prychnęła. – Zresztą, nieważne. Mam was dość, sami idioci.
Ruszyła przed siebie, ale Troye chwycił ją za rękę.
– Dziękuję – odezwał się. – Zawdzięczam tobie życie…
Rose biła się z myślami. Wreszcie odwróciła się do niego i rzuciła mu się na szyję. Kiedy ich usta się zetknęły, Troye poczuł kolejny przypływ energii. Przyciągnął ją do siebie, ale wtedy ona odsunęła się.
– Nie wyobrażaj sobie zbyt wiele – odrzekła cierpko. – Pocałunek wampira ma moc leczenia ran, jeśli tylko tego zechcę.
Troye spojrzał na swoje ciało, które faktycznie się regenerowało. Spojrzał na Rose pytająco, lecz ona unikała jego wzroku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz