wtorek, 11 września 2018

~Rozdział V~

Troye zupełnie nie miał pojęcia, jak to się stało, że wylądował w barze z Niną. Pamiętał, że temat zaczął się, gdy w rozmowie z nią poskarżył się na wieczorne zajęcia – „Przecież to są studia dzienne!” – i  tym oto sposobem Nina dowiedziała się, o której godzinie Troye wychodził z uczelni w czwartki. Odpowiedziała na to, że sama miała w te dni wieczorne wykłady. Właśnie w ten czwartek los (lub Nina) chciał, że oboje wpadli na siebie po zajęciach, więc w drodze powrotnej odwiedzili jeszcze bar.

Jeszcze niedawno Troye nie wiedział, co myśleć na temat zachowania Niny, jednak domyślał się, że się jej podobał. Odnosił wrażenie, że zainteresowanie Rose nadal mu nie przeszło. Ostatnio jednak wydawało mu się, że znów go unikała, co wywoływało u niego niemałą frustrację. W dodatku ona najwidoczniej wciąż interesowała się Jarvisem, a przecież Troye nie zamierzał wchodzić im w drogę. Teraz nawet nie potrafił stwierdzić, dlaczego wtedy się tak obwiniał, gdy rozmawiał z Niną. Lubił tę dziewczynę i nie zamierzał temu zaprzeczać.

Początkowo rozmawiali o studiach, lecz gdy nieco bardziej się rozluźnili, głównie z powodu wypitych drinków, kierowali się ku coraz bardziej osobistym pytaniom. Troye mógł nawet wspomnieć coś o swoim epizodzie z Rose, ale nie pamiętał dokładnie. Był oczarowany charyzmą Niny, bo rozmawiało mu się z nią naprawdę dobrze. A Nina chłonęła każdą usłyszaną informację jak gąbka, ponieważ mimo spożytego alkoholu, jej umysł pozostawał rześki i otwarty. Nina Green nie była osobą, która upijała się łatwo. Troye Jardin niestety tak.

– …i wtedy twoja postać wraca z przeszłości, a wszystko jest zupełnie inne, bo kosmici opanowali cały wymiar przez ten jeden błąd! – ciągnął Troye, żywo wykładając Ninie fabułę pewnej gry.

Choć Troye zarzekał się, że powstrzyma swoje zapaleńcze zainteresowania, szczególnie w obecności płci pięknej, alkohol ośmielił go do ujawnienia tychże, jego zdaniem, dziwacznych upodobań. Nina niezbyt miała ochotę wysłuchiwać szczegółowego opisu ociekającego śluzem kosmity-zombie, który „emanował jaskrawym światłem, a z jego prawego boku wylewały się promieniujące wnętrzności”, ale Troye zaangażował się w swoją opowieść tak mocno, że nawet Nina nie potrafiła się przez to przebić. A to był wyczyn godny podziwu.

– Wiesz, wolałabym porozmawiać o czymś… – podjęła Nina, lecz Troye wszedł jej w słowo:

– A teraz nadchodzi wybór krytyczny, bo radioaktywne, powietrzne czołgi UFO zbliżają się w stronę Ziemi z zawrotną prędkością! – oznajmił, podekscytowany.

Rozmowy tej nie dało się nie słyszeć, więc grupka geeków takich jak Troye zgromadziła się wokół nich, by dołączyć do żywej dyskusji. Troye’a jeszcze bardziej to wciągnęło i nawet nie zauważył, kiedy Nina po prostu wyszła z baru.

Następnego dnia Troye obudził się z potwornym bólem głowy i wtedy sobie wszystko przypomniał. Fala wspomnień wczorajszych wydarzeń uderzyła go jeszcze boleśniej niż kac, przez co wydał z siebie jęk rozpaczy i schował się cały pod kołdrą. Erik, który swoje łóżko miał w drugim końcu pokoju, przestraszył się i spytał, czy wszystko z Troye’em w porządku. Nie zwierzył się ze swojego ogromnego faux pas, a powiedział tylko, że wczoraj trochę przesadził z alkoholem, na co Erik zareagował z dezaprobatą.

Z powodu okropnego samopoczucia oraz chęci zapadnięcia się pod ziemię, Troye postanowił odpuścić sobie dzisiejsze zajęcia i zostać w mieszkaniu. Gdy Erik wyszedł na uczelnię, on dalej leżał w łóżku, przykryty kołdrą po czubek nosa. Myśli o tym, jak bardzo się wczoraj zbłaźnił, nie dawały mu spokoju. Starał się za wszelką cenę skierować je na inny tor i właśnie wtedy przypomniał sobie, że dziś nadszedł dzień, gdy Rose miała wypić z niego krew.

Troye nie był już tak przekonany o świetności takiego rozwiązania jak był w momencie jego zaproponowania. Jednak obiecał i był wtedy wielce zdeterminowany, zatem teraz nie mógł się wycofać. Problem tkwił w tym, że z Rose już jakiś czas nawet nie rozmawiał. Westchnął głęboko i zrzucił z siebie kołdrę, by uwolnić ręce, po czym sięgnął po telefon i zadzwonił do niej. Nie był pewny, czy odbierze, bo mogła mieć w tej chwili zajęcia lub po prostu nie życzyć sobie rozmowy z nim, jednak w końcu usłyszał jej głos w słuchawce.

– Cześć, tu Troye – odezwał się tonem, jakby chciał jej z wyrzutem przypomnieć o swoim istnieniu.

– Brzmisz fatalnie – odparła Rose bez ogródek. – Jesteś chory?

– Tak. Chory z powodu alkoholu i wypowiedzianych przez niego głupstw. Nieważne – dodał szybko. – Dzwonię właściwie, żeby przypomnieć ci, że dziś jest ten dzień, w którym wdrożymy naszą umowę… Pamiętasz?

– Poczekaj chwilę – odpowiedziała i w słuchawce rozległ się głuchy odgłos kroków, jak gdyby musiała odejść na bok. – Tak, oczywiście, że pamiętam. Nie nazwałabym tego taką małą sprawą… Na pewno chcesz to robić? Jeszcze możesz zrezygnować… W dodatku nie czujesz się dzisiaj najlepiej.

– Rose, przecież ci obiecałem… – oznajmił dobitnie, choć jeszcze chwilę temu się wahał. – Gdzie i o której godzinie się dzisiaj widzimy?

– Skoro jesteś taki zdeterminowany… – westchnęła, ale Troye usłyszał w jej głosie nutkę ulgi. – Mógłbyś przyjść do mnie około dwudziestej?

– Jasne, więc o dwudziestej u ciebie.

– Tak… Troye, jeszcze jedno.

– O co chodzi? – zapytał, bo milczała przez chwilę.

– Cieszę się, że zadzwoniłeś. Chyba chciałam cię usłyszeć…

– Och, naprawdę?... – zdziwił się Troye, czując rumieńce na policzkach, jednak szybko uciszył swoje amorki, gdy przypomniał mu się pewien istotny szczegół. – To dlaczego znów mnie unikasz?

– Troye, to nie tak… Ja po prostu… Muszę kończyć. Wytłumaczę ci wszystko wieczorem.

Rozłączyła się, a Troye jeszcze przez chwilę trzymał telefon przy uchu, rozmyślając o tym wszystkim.

Zastanawiał się, czy Rose naprawdę ucieszyła się, słysząc jego głos. Nie rozumiał jej zachowania, bo to wyglądało tak, jakby jednocześnie chciała i nie chciała być blisko niego. Oczywiście wiedział, że nie chciała też go skrzywdzić, skoro jego krew wywoływała u niej silne pragnienie. Jednak między innymi tę kwestię powinien rozwiązać ten ich układ, który dziś miał zostać wprowadzony w życie. Troye nie mógł sobie wybaczyć, że mimo wszystko wciąż interesował się Rose. Nie potrafił o niej zapomnieć.

Przez jakiś czas Troye rozważał, czy nie zadzwonić również do Niny i przeprosić za swoje wczorajsze zachowanie. Ostatecznie jednak się wycofał, obawiając się jej reakcji. Może lepiej wysłać jej wiadomość? Jakoś nie potrafił się do tego zebrać.

Wyszedł z łóżka dopiero, gdy poczuł głód. Jeszcze w piżamie, przeczołgał się do lodówki, która na szczęście nie zdążyła opustoszeć. Nie musiał więc wychodzić do sklepu, a to był duży plus. Po śniadaniu zaparzył sobie herbatę i wziął tabletkę na ból głowy, po czym zadzwonił do lekarza z prośbą o zwolnienie z zajęć. Postanowił sobie, że nie ruszy się z mieszkania aż do wizyty u Rose.

 

~*~

 

Obecność Jarvisa zaczynała irytować Rose. Mówiła mu, że chciała być sama, lecz on nalegał i wciąż jej towarzyszył. Nie chciała się na niego gniewać, bo chłopak miał dobre intencje. Widział, że Rose coś mocno trapiło i chciał jej pomóc – ona jednak uważała, że pomóc jej mogła tylko samotność. Wieczna samotność spędzona w ciemnej otchłani, z dala od wszystkich, których mogła skrzywdzić.

Mimo to faktycznie ucieszyła się, widząc imię Troye’a na wyświetlaczu swojego telefonu, gdy ten do niej zadzwonił. Miała nadzieję, że Jarvis nie domyślił się, z kim rozmawiała, bo bywał zazdrosny, gdy słyszał o Troye’u. Rose nie chciała angażować się w żadne związki, nawet z Jarvisem. Nie potrafiła stwierdzić, dlaczego tak się go trzymała. Wydawało jej się, że miał on być swego rodzaju jej tarczą przed Troyem. Nienawidziła siebie za to, że znów kogoś wykorzystywała. Po tym, gdy napadła Troye’a na imprezie, obiecała sobie, że już się do niego nie zbliży. Nie potrafiła kontrolować swojego pragnienia, czego już nieraz dobitnie doświadczyła.

Cały dzień Rose przemęczyła się w uczelni. Nawet pochmurne niebo i słabe, nieodczuwalne światło słoneczne nie poprawiły jej humoru. Starała się porozmawiać z Jarvisem, lecz nie potrafiła tego dnia zmusić się do jakiejkolwiek interakcji społecznej. Jedyne, co chciała zrobić, to wrócić do domu. Przynajmniej nie musiała dziś iść do pracy, bo zajęcia na uczelni wypełniały jej niemalże cały dzień.

Jarvis uparł się, że ją odprowadzi, a ona się zgodziła, lecz nie chciała przyjąć go do siebie. Nie powiedział tego wprost, ale widać było, że oczekiwał zaproszenia. Ostatecznie udało im się pożegnać i Rose wreszcie mogła odetchnąć. A przynajmniej tak jej się zdawało.

Samotność również nie pomagała. Rose nie mogła sobie znaleźć miejsca nawet we własnym mieszkaniu. Musiała się czymś zająć, więc najpierw wzięła prysznic, zmyła z siebie cały makijaż i przebrała się w wygodne ubrania. Związała włosy w luźnego koczka i ruszyła do kuchni, bo postanowiła sobie, że coś ugotuje. Nie była głodna, bo potrafiła odczuwać tylko pragnienie, jednak miała ochotę przygotować coś wyjątkowego. Może poczęstuje Troye’a, gdy przyjdzie? Ach, nie powinna myśleć w ten sposób… To nie randka, ona ma wypić jego krew.

Postanowiła przygotować zapiekankę z makaronem, żółtym serem i klopsikami. Nie gotowała zbyt często, ale gdy już wzięła się za jakiś przepis, zwykle danie wychodziło całkiem smaczne. A może zrobi jeszcze jakiś deser? Wszystko, byle nie leżeć na kanapie i rozmyślać… Zamykać się w czarnych myślach. Nie, musi się czymś zająć. Wciągnęła się w rolę szefowej kuchni. Nastawiła sobie muzykę, całkiem głośno, i podśpiewywała, przytupując do taktu. W pomieszczeniu unosił się przyjemny zapach przypraw, gdy przygotowywała klopsiki i sos. A może jeszcze jakaś sałatka do tego?

Poniosło ją. Zdecydowanie ją poniosło. Przygotowała tyle jedzenia, że sama na pewno tego nie zje. W międzyczasie musiała kilka razy wyjść do sklepu po składniki. Cudownie pachnąca zapiekanka, sałatka warzywna z kukurydzą oraz brownie z kokosem na deser. To wszystko stało teraz przed nią na blacie, a ona sama nie mogła się nadziwić, że to przygotowała. Zanim się obejrzała, nastał wieczór, co oznaczało, że niebawem odwiedzi ją Troye. Westchnęła. Nie chciała, by pomyślał sobie zbyt wiele, ale na pewno go czymś poczęstuje. Przecież sama tego nie zje. Poczuła się jeszcze żałośniej, stwierdzając, że tak łatwo było jej zająć się gotowaniem, by nie myśleć o tym, co uczyniła, i zaniosła się łzami.

Pobiegła do łazienki, by zmyć z twarzy czarne strugi, lecz nie mogła spojrzeć na własne odbicie w lustrze.

– A może ona jednak żyje… ona musi żyć… nawet nie mam odwagi tego sprawdzić! – zawołała głosem łamiącym się od łez.

   Nagle rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Rose pociągnęła nosem, przetarła twarz i wzięła głęboki oddech, by następnie wpuścić Troye’a do mieszkania.

On też nie wyglądał najlepiej. Miał podkrążone oczy i sprawiał wrażenie, jakby dopiero co wyszedł z łóżka.

Troye natomiast nieco zaskoczył się widokiem Rose bez makijażu. Zwykle malowała się mocno, więc kontrast był duży, jednak odebrał ją pozytywnie. Dziwne, jeszcze niedawno przekonywał sam siebie, że uroda Rose była zdecydowanie bardziej przeciętna niż myślał, a w tej chwili wydawała mu się ładniejsza nawet od Niny. Zdał sobie sprawę, jak bardzo mu jej brakowało. Nie umknęło mu również, że miała lekko zaczerwienione i popuchnięte oczy, jak gdyby przed chwilą rzewnie płakała. Poczuł ogromną ochotę ją przytulić i pogłaskać po głowie, nawet nie wiedząc, co się stało, ale się opanował.

– Nie mogę wypić z ciebie dzisiaj krwi – stwierdziła Rose, gdy tylko wszedł do środka.

– Co? – zdziwił się Troye, wyrwany z myśli. – Rose, znów zaczynasz? Przypomnę ci, ja się na to zgodziłem… Dobrowolnie.

– Ale nie wyglądasz dobrze… Dziś jest chyba zły dzień – Rose zmarszczyła czoło, stając naprzeciwko niego.

– Hmm, może to nie jest dobry moment, by teraz o tym przypominać, ale przecież potem to ja mam się napić twojej krwi… – wtrącił Troye, po czym otworzył szerzej oczy. – Ty… Nadal ją masz?

Wskazał na stojącą w salonie białą różę. Co prawda nie miał pewności, że to ta sama, którą jej podarował, jednak przeczucie mówiło mu, że to ona. Rose spojrzała na kwiat.

– Tak, ja… Chciałam ją zatrzymać – przyznała.

– Dwa tygodnie i jeszcze nie zwiędła, nieźle!

– Podlewam ją, dodając trochę mojej krwi… – odrzekła Rose cicho. – Spokojnie, jej wystarczy kilka kropel… Wystarczy, że lekko przyłożę palec do kolca, a ona wchłania krew. Nawet łodyga, liście i kolce zabarwiły się na szkarłatno… Widzisz?

Troye przyjrzał się róży ze zdziwieniem. Było tak, jak mówiła Rose – tylko płatki pozostały śnieżnobiałe.

– Skoro twoja krew działa tak na różę… – zaczął, ale nie musiał kończyć.

– Troye… – westchnęła Rose.

– Co tak pięknie pachnie? – zmienił temat, czując aromatyczne zapachy przygotowanego przez Rose posiłku.

– Umm… Przygotowałam dziś obiad… I sałatkę, i deser… – wyznała, nieco speszona. – Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Ja nie muszę jeść. I na pewno tego wszystkiego nie zjem, więc… Chciałabym cię poczęstować.

Troye uśmiechnął się ciepło, kiwając głową.

Pomógł jej nakryć do stołu i oboje zasiedli do posiłku. Rose pomyślała, że może i lepiej będzie najpierw zjeść, a później pić krew. Gdyby Troye napił się na pusty żołądek, mogłaby uderzyć mu do głowy jeszcze mocniej.

– Nie wiedziałem, że tak dobrze gotujesz… – stwierdził Troye, zachwycając się smakiem zapiekanki. – To jest przepyszne.

Rose uśmiechnęła się.

– Cieszę się, że tak uważasz – odrzekła, po czym nabiła na widelec kolejną porcję makaronu z klopsikami i serem. – Poczęstowałabym cię jeszcze winem, ale skoro jesteś dziś na kacu…

Troye westchnął.

– Nie jestem z tego dumny – mruknął. – Wyobrażasz sobie? Poszedłem do baru ze znajomą i tak się przy niej ośmieszyłem…

– Co się stało?

– Zrobiłem jej wykład na temat gry science fiction… – przyznał z krzywym uśmiechem. – Opowieści o kosmitach zombie i podróżach w czasie po alkoholu to nie jest dobry pomysł… Teraz to wiem. Poszła sobie do domu, zanim zdążyłem zauważyć…

Rose zrobiła wielkie oczy.

– No co ty? Uważam, że to było nieuprzejme z jej strony.

– Nie, to ja zachowałem się nieuprzejmie… Mogłem się zamknąć.

– Racja, może i byłeś nieuprzejmy, jednak mogła chociaż się upewnić, że wróciłeś bezpiecznie do domu… Odzywała się później?

– Nie… Może i masz rację…

Milczeli chwilę, aż Troye w końcu zdobył się na odwagę, by przemówić.

– Miło byłoby pójść gdzieś też z tobą, Rose… Nie chcę naciskać, tylko spytać, czy byłabyś zainteresowana. Jeśli nie, zrozumiem.

Rose westchnęła.

– Miałam ci powiedzieć… – przyznała. – Nie jestem jednak pewna, czy będę w stanie… Po prostu ostatnimi czasy potrzebowałam być sama. Albo chciałam… Ciągle przed czymś uciekam, Troye. Jak uciec przed samą sobą?

– O czym ty mówisz? – Troye zmarszczył brwi. – Rose, coś się stało?...

Rose milczała. Dokończyła swoją porcję zapiekanki i sałatki, po czym poszła do kuchni po brownie. Przez resztę posiłku panowała pomiędzy nimi cisza.

Potem Troye pomógł Rose posprzątać i pomyślał, że to już czas. Stanął naprzeciwko niej i ujął jej dłoń. Jak zwykle, była chłodna jak lód.

– Wiem, że się boisz – rzekł. – Nic mi nie będzie. Proszę, zrób to. Nie musisz już uciekać…

To powiedziawszy, odpiął górne guziki koszuli, by odsłonić szyję. Rose wbiła wzrok w miejsce na jego skórze, gdzie najwidoczniej rysowały się żyły. Jej zmysły się wyostrzyły, poczuła krew.

Och, jak tęskniła za tym zapachem. Automatycznie się przybliżyła, a potem spojrzała Troye’owi w oczy. Jego wzrok zachęcał ją do działania. Nadziwić się nie mogła, na co ten chłopak był gotowy. Chwilę później objęła go i zatopiła kły w jego szyi.

Bolało jak zastrzyk – na początku najbardziej, potem coraz mniej. Troye starał się rozluźnić, choć był spięty. Udało mu się nie krzyknąć, z czego był dumny, bo nie zamierzał dezorientować Rose. Jego krew szybko zaspokoiła jej pragnienie. Ucałowała miejsce, gdzie go ugryzła, co przyniosło ulgę.

Troye spojrzał na nią. Jej usta były tym razem czerwone nie od szminki, a od jego własnej krwi.

– Jak się czujesz?... – zapytała, podtrzymując go na wszelki wypadek.

– Wszystko w porządku – zapewnił ze słabym uśmiechem, bo jednak odczuwał lekkie zawroty głowy. – A ty?

– Cudownie… – odpowiedziała nieco rozmarzonym tonem. – Ale teraz ty.

To powiedziawszy, Rose chwyciła leżący na blacie nóż i przyłożyła go lekko do swojej ręki. To wystarczyło, by na porcelanowej skórze pojawiło się szkarłatne rozcięcie. Zapach, który wydobywał się z rany, przyciągał Troye’a jak magnes.

Rose przytknęła swoją rękę do jego ust, a on ujął ją delikatnie i posmakował jej krwi. Czuł, jak jego umysł i ciało się odświeżały, zupełnie, jak gdyby rodził się na nowo. Zniknęły kac i zmęczenie. Czuł się jak po energetycznej drzemce.

– Halo, już ci wystarczy… – skarciła go Rose i zabrała dłoń.

Rana zasklepiła się automatycznie. Troye przyłożył sobie palce do ust – jego wargi były zakrwawione.

– I jak?... – zapytała ze zmartwieniem.

– Jest dobrze. Bardzo dobrze – uśmiechnął się. – Nie mam już zawrotów głowy.

– Było ci słabo? Wiedziałam… Dlatego nie chciałam tego robić.

– Hej, spokojnie, już wszystko jest dobrze, nawet kac wyparował! Ale powiedz mi… Co się dzieje z tobą? Naprawdę się martwię.

Rose odwróciła wzrok.

– Niepotrzebnie… – mruknęła i wyszła do salonu.

Troye poszedł za nią. Usiadła na kanapie, a on spoczął obok niej z nawilżoną chusteczką w dłoni, którą wyciągnął w jej stronę. Jego wargi były już czyste od krwi.

Rose wzięła od niego chusteczkę i umyła sobie usta, a potem zwinęła ją i wyrzuciła do kosza na śmieci.

– Boję się, że mnie opuścisz, kiedy poznasz prawdę… – podjęła Rose cichym, ledwo słyszalnym głosem. – I wtedy zostanę sama, całkiem sama. Zupełnie sama w ciemnej otchłani mojego istnienia… Tam dopadną mnie te myśli, co zawsze. Moje myśli, dawni znajomi, którzy rzucą się na mnie wraz z twarzami wszystkich, których zraniłam… I rozszarpią mnie, a ja będę umierać, powoli, w wiecznej agonii. Choć… to i tak dobre.

– Rose?... – szepnął Troye, przestraszywszy się nie na żarty. Chwycił jej zimną dłoń, zmuszając ją, by na niego spojrzała. – Proszę, nie mów tak. Nie opuszczę cię. Sam wybrałem tę drogę i zamierzam nią podążać… Co się stało? Nie zostawaj z tym sama. Nigdy, błagam…

Jej intensywnie zielone tęczówki nagle zbladły. Bała się, Troye czuł jej strach.

– Zeszłego nowiu księżyca… – podjęła Rose, czując, jak serce obija jej się o żebra, a głos drży, wymykając się spod kontroli. – Zabiłam bezbronne dziecko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz