Jeśli Rose miała być ze sobą szczera, musiała przyznać, że ostatnimi czasy czuła się o wiele lepiej. Sama zaczęła się zastanawiać, dlaczego rzeczywistość przytłaczała ją mniej niż zwykle. Odpowiedzią zapewne był Troye – jego miłość i pomoc. Kiedy zwierzała mu się ze swoich lęków, czuła się lżej – zupełnie, jakby ją opuszczały. On natomiast chłonął każde jej słowo, za wszelką cenę pragnąc przynieść jej ulgę. Miał nawet wrażenie, że zaczął przejmować jej emocje – po tym, jak niedawno opowiedziała mu o jednej z jej ostrzejszych bójek z Drew z czasów dzieciństwa, tak się wzburzył, że dwa dni później ciągle czuł podświadome zdenerwowanie. Było to bardzo dziwne uczucie, lecz przyjemne – chciał dać jej wszystko, co miał. Chciał czuć, myśleć i cierpieć razem z nią, żeby już nigdy nie czuła się samotna. Rose polubiła zwierzanie się Troye’owi, co również dało im okazję do częstszego spotykania się w jej mieszkaniu i przesiadywania do późna na długich rozmowach. Troye nie zostawał jednak na noc – Erik zaczął się już mocno niepokoić o swojego przyjaciela.
Również ten wieczór spędzali wspólnie. Siedzieli obok siebie na kanapie, ramię w ramię. Wcześniej trochę się przytulali, jednak z tym Troye musiał trochę uważać, bo Rose po pewnym czasie zaczynała się czuć przytłoczona. Wprawdzie dotyk Troye’a był dla niej przyjemny, lecz jako bardzo wycofana osoba czasami czuła, że otrzymała go już za dużo. Bywało, że Troye myślał o niej jak o delikatnej, porcelanowej lalce. Dotykając zimnej porcelany, którą była jej jasna, wrażliwa skóra, musiał uważać, by przypadkiem jej nie uszkodzić. Ta myśl jednak nie stanowiła jego głównego zdania o Rose – wciąż miał ją za uśpiony wulkan, bo zwykle starała się trzymać swoje emocje na wodzy, ale też łatwo się denerwowała i wybuchała gniewem. Kiedyś stwierdził, że pasowało do niej jej imię – róża – delikatna i piękna, ale kłująca.
Natomiast Rose miała Troye’a za uroczego, niewinnego, lekko nieporadnego mężczyznę, który przede wszystkim chciał dobra innych. Był dla niej jak ciepły koc otulający ją w trudnych momentach. Był dla niej jak skała – jak fundament dający jej poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji. Był dla niej jak ognisko płonące w ciemności, dające jej ciepło do ogrzania się i światło wskazujące drogę. Czasem jednak bała się, że otrzymała już zbyt dużo światła i ciepła, a strach przed spaleniem się kazał jej się odsunąć, wpełznąć znów w swój kąt. Może i był ciemny i zimny… ale bezpieczny.
Teraz skończył się czas na trwanie w czułym objęciu – spotkali się również po to, by wypić z siebie nawzajem krew. Ostatnio doszli do wniosku, że skoro nic bardziej niepokojącego się z nimi nie działo, mogli pozwolić sobie na to częściej. Trudno było im obiektywnie stwierdzić, co finalnie o tym zadecydowało – prawdziwy brak obaw czy czysta przyjemność czerpana z picia krwi. Oboje nie chcieli jednak zastanawiać się nad tym zbyt długo, jakby obawiając się, że zwyciężyłby ten drugi powód.
Czym dłużej Rose myślała o nadchodzącym momencie wtopienia kłów w szyję Troye’a, tym mocniejsze odczuwała pragnienie. Podobnie było u Troye’a – już sama myśl o krwi Rose napawała go ekscytacją. Przez jakiś czas tylko posyłali sobie spragnione spojrzenia, lecz wkrótce przestało im to wystarczać. Zaczęli wpatrywać się w siebie nawzajem jak wygłodniałe zwierzęta, oczekując w napięciu jakiejś inicjatywy z drugiej strony.
W końcu Rose wciągnęła nogi na kanapę, obróciła się w stronę Troye’a i pochyliła się nad nim lekko, a on przywarł do oparcia kanapy, wyczekując jej z utęsknieniem. Wsparła się na rękach, pochylona tuż nad nim, coraz bliżej. Chwyciła delikatnie kołnierz jego koszuli, po czym powoli i ostrożnie odpięła dwa górne guziki. Potem z najwyższą czułością rozchyliła nieco kołnierz, przełknęła ślinę, spojrzała na jego szyję… Poczuła jego puls. Poczuła pod skórą tętniące życie. Jej zmysły się nasiliły. Wyraźnie słyszała bicie jego serca, a każde uderzenie brzmiało jak cichy szept: „chodź… chodź… chodź…”. Szept przyspieszał… Nie zamierzała mu się opierać.
Nachyliła się tuż nad szyją Troye’a, czując jego oddech na swojej skórze. Obnażyła kły, po czym delikatnie przejechała nimi po jego szyi, szukając odpowiedniego miejsca i wreszcie… zatopiła je w tym wołającym ją tętniącym życiu, rozkoszując się jego smakiem. Oboje zamknęli oczy. Troye sam się zdziwił, że nie odczuwał już bólu przy ukąszeniu. Właściwie… było to całkiem przyjemne. Gdy Rose się nasyciła, ostrożnie zabrała kły od jego szyi i tradycyjnie pocałowała delikatnie ranę, by się zasklepiła. Pozytywnie zaskoczyło ją jej opanowanie – nie bała się już utraty kontroli. Odsunęła się nieco od Troye’a, po czym usiadła na jego udach, co właściwie pobudziło go tak, że nie czuł wcale potrzeby wzmocnienia się przez picie jej krwi – aczkolwiek nie miał zamiaru z tego rezygnować.
Rose spojrzała na niego z czułością, gdy wciąż w milczeniu podciągnęła lekko rękaw swetra, a następnie przecięła sobie kłami skórę na ręce i podsunęła ją Troye’owi. Chwycił ją ostrożnie jak porcelanę, pogłaskał ją kciukiem i wreszcie przysunął ją sobie do ust, lecz zanim napił się krwi, ucałował czule jej każdy palec. Później przylgnął do czerwonego płynu.
Przypomniał sobie, jak po raz pierwszy przyszedł do jej mieszkania wypełnić ich umowę. Oboje byli wtedy dosyć przestraszeni, a Rose w dodatku myślała, że zabiła małą Arianę. Gdy pili swoją krew ostatnio, zatem zeszłego nowiu, znów było dosyć nerwowo – Rose nie mogła powstrzymać pragnienia, Troye zaś martwił się, że coś się jej stanie, gdy w panice wybiegła z mieszkania. Dziś oboje byli spokojni, milczący, przyzwyczajeni. Taka atmosfera sprawiała, że picie krwi dla ich obojga było przyjemniejsze.
Kiedy Troye skończył pić, zastygł na chwilę w bezruchu, z wargami oddzielonymi milimetrami od ręki Rose. Przyjrzał się ranie uważnie, lecz ta szybko się zagoiła. Zdawał się jakby nieobecny. Rose zmartwił ten widok, więc spytała półszeptem:
– Troye? Wszystko w porządku? – po czym dotknęła jego policzka drugą ręką.
Podniósł wzrok znad jej ręki, patrząc jej teraz prosto w oczy. Coś w niej drgnęło, bo spojrzenie wydało jej się dziwnie obce. Wciąż widziała w nim Troye’a, jednak zdawało jej się, że przez jego oczy patrzył na nią ktoś jeszcze… Przeszył ją lekki dreszcz niepokoju.
– Rose… Kocham cię – oznajmił półgłosem. – Tak cię kocham… moja Rose.
Przytulił ją do siebie mocno, czując tylko zimno – jakby chciał za wszelką cenę ją ogrzać mimo uniemożliwiających to okoliczności. Oddychał ciężko i nierówno.
– Troye… – wyszeptała tylko w lekkim szoku.
Odsunął się nieco, by ponownie spojrzeć jej w oczy.
– Chcę… chcę więcej, Rose.
– Więcej? Nie możesz wypić więcej, to mogłoby być niebezpieczne… – odparła, coraz bardziej zaskoczona.
– Nie krwi, chcę ciebie… Chcę więcej ciebie – oznajmił stanowczo, po czym znów ją przytulił, lecz tym razem przylgnął z nią do kanapy tak, że teraz to on pochylał się nad nią.
Zdziwiło ją takie zachowanie, ale poddała się jego pocałunkom z przyjemnością. Objęła go mocno, jakby nigdy nie chciała go puszczać. Ostatnio tak namiętnie całowali się na imprezie u Dona, gdzie po raz pierwszy go ugryzła. Gdy przejechał dłonią po jej boku, poczuła lekką panikę. Oderwała się od jego ust, a on zatrzymał się nad nią z pytającym wzrokiem.
– Troye… Nie możemy – oświadczyła zdecydowanie.
Przyglądał jej się chwilę, ale usłuchał prośby i odsunął się. Skinął głową i usiadł z powrotem obok niej na kanapie w wielkim zakłopotaniu.
– Przepraszam... – mruknął cicho, uśmiechając się w zażenowaniu.
– Spokojnie, przecież ci na to odpowiedziałam i… – urwała, przygryzając lekko dolną wargę. – I podobało mi się… ale trzeba było przerwać.
Chwilę posiedzieli w ciszy, ramię w ramię. Troye zerknął na Rose kątem oka, zauważając, że posępniała.
– Rose?...
Spojrzała na niego smutno.
– Troye – westchnęła ponuro – moje pragnienie rośnie i nigdy nie zostanie nasycone, nawet gdy oddasz mi siebie całego. Pewnego dnia w końcu dopadnę cię i pożrę. Bo, jakby na to nie patrzeć, jestem drapieżnikiem, a ty moją zwierzyną. Jakże inaczej miałaby skończyć się nasza historia?
Troye odczuł, że mówiąc to, wyglądała smutniej niż kiedykolwiek, a w dodatku odniósł wrażenie, jakby myślała o tym od dawna. Posłał jej stanowcze spojrzenie, ujmując jej zimną dłoń.
– To nie do końca tak – odrzekł. – W końcu jaka zwierzyna pije krew swojego drapieżnika albo jaki drapieżnik oddaje swoją krew zwierzynie? Trochę te role oszukaliśmy, Rose. Już zmieniliśmy zakończenie – uśmiechnął się pokrzepiająco, co ją rozczuliło.
– Zatem albo oboje się razem wykrwawimy, albo pożremy siebie nawzajem.
– ...albo będziemy się razem cieszyć? Takiej opcji nie przewidujesz?
Uśmiechnęła się smętnie.
– Może gdyby tylko czas był dla nas łaskawy... Ale ja jestem więźniem czasu, Troye. Nigdy już się z tobą nie zestarzeję. Jeśli pisane jest nam bycie razem, to na krótko.
– Hej, nie zamierzam umierać tak szybko – roześmiał się, próbując ją rozweselić, po czym delikatnie uszczypnął jej policzek. – A i nie zestarzeję się z dnia na dzień... No chyba że wolisz starszych, dla ciebie wyrwę sobie wszystkie włosy z głowy lub przefarbuję się na siwo.
Przypatrywała mu się przez moment z politowaniem, po czym parsknęła śmiechem.
– Jesteś głupi, Jardin – skwitowała.
– Możliwe – odpowiedział, również się śmiejąc. – Słuchaj, Rose… Tak myślałem, skoro... Skoro nie zważamy już na naszą marność, jaką stanowimy wobec wszechświata, powiedz mi... Nie chciałabyś jechać ze mną do domu na święta?
– Do twojego domu rodzinnego?
– Tak… Mówiłaś, że nigdy tak właściwie nie obchodziłaś Bożego Narodzenia…
– Och, ja… A myślisz, że wolno mi je obchodzić? Jako wampirowi…
– Pewnie, że tak! – oznajmił ochoczo Troye, ujmując ją za rękę. – Naprawdę nie widzę powodu, dla którego miałabyś unikać Boga…
– Dziękuję ci za zaproszenie – odpowiedziała w końcu, a na jej ustach zawitał ciepły, wdzięczny uśmiech. – Właściwie to z chęcią spędzę te święta z tobą. Po raz pierwszy w całym moim życiu.
~*~
Krótko po tej rozmowie Troye opuścił mieszkanie Rose, by wrócić do akademika. Oboje czuli, że potrzebowali ochłonąć. Rose przypomniała sobie o pieszczotliwym dotyku Troye’a. Doskonale wiedziała, że pragnęła go więcej, jednak czuła, że nie powinna tak o nim myśleć, tylko pozostać czysta przynajmniej w tym aspekcie. Poza tym bała się, że nie wytrzymałaby tyle uczucia naraz... Spłonęłaby w obliczu tak mocnego światła, które by jej podarował.
Postanowiła przejść się na spacer, bo nie miała najmniejszej ochoty spać. Niektóre wampiry nie potrzebowały snu w ogóle, lecz ona nigdy nie opanowała pozyskiwania energii z nocy. Co więcej, sen uważała też za odpoczynek od problemów czy po prostu przyjemność. Nienawidziła nie mogła zasnąć tak, jak teraz.
Wyszła z bloku, by udać się na nocną przechadzkę. Szła nieco zbyt szybkim krokiem jak na spacer, czując lekkie poddenerwowanie. Przeszła parę uliczek, gdy poczuła pewien zapach – znajomy i niepokojący. W pierwszej chwili pomyślała, że należał on do Drew, ale gdy się skupiła, wyczuła tylko Raymonda. Przebywał gdzieś w pobliżu.
Podążyła za zapachem. Chciała nawet ukryć się mocą niewidzialności, ale tym razem nie udawało jej się tego wywołać, więc odpuściła. Kryjąc się za ścianami budynków, czuła, że była coraz bliżej. Nagle jej cel zdawał się poruszać z zawrotną prędkością i szybko zrozumiała, że Raymond pobiegł gdzieś wampirzym sprintem. „O, nie... Tak łatwo to mi nie uciekniesz!” – stwierdziła w myślach Rose, po czym sama pobiegła za kuzynem.
Śledzenie go w biegu było nieco trudniejsze, jako że miała mniej czasu, by się skupić. Musiała bardziej wyostrzyć zmysły i dać się im poprowadzić, a wtedy czuła, że była na dobrej drodze. Nie wiedziała, ile czasu minęło i jak bardzo oddalili się od miasta, gdy Raymond zdawał się zwolnić. Dokąd on mógł się wybierać, przedzierając się przez ten las, którym oboje biegli? Czy wyczuł zapach Rose? Usłyszał ją? Może chciał ją zgubić? W pewnym momencie Rose poczuła miękki grunt pod nogami. Spojrzała w dół i już wiedziała, dlaczego Raymond zwolnił – w tym miejscu zaczynały się bagniska, przez co ciężej było się poruszać.
Wreszcie Rose miała wrażenie, jakby jej kuzyn się zatrzymał, ale gdzie? Było tu tak ciemno, że nawet z wampirzym wzrokiem ciężko było cokolwiek dostrzec, jednak finalnie się udało – między drzewami i paprociami ukazał jej się mały, zapuszczony domek, do którego prowadziła dosyć długa drewniana kładka. Faktycznie – przed domem stał Raymond Elliot. Niezbyt wyraźnie go widziała, lecz była pewna, że to on. Przybliżyła się nieco, gdy nagle kuzyn wyciągnął w jej stronę rękę i już nie mogła się poruszyć.
– A co to za skradanie się, Rosie? – odezwał się Raymond z przekąsem, po czym spokojnie włączył lampkę wiszącą przed domem i spojrzał na kuzynkę z politowaniem. – Chyba nie chciałaś mnie napaść, co?
Machnął z powrotem ręką, a mięśnie Rose się rozluźniły.
– Ja... Ech, nie będę kłamać – westchnęła. – Śledziłam cię.
– Co, chciałaś sprawdzić, dokąd idę?
Rose w odpowiedzi tylko kiwnęła głową. Stali naprzeciwko siebie w milczeniu przez parę chwil, aż Raymond oznajmił:
– ...to chodź. Pokażę ci.
To powiedziawszy, przekręcił klucz w drzwiach, otworzył je i wszedł do chatki. Po chwili wahania Rose podążyła za nim.
Gdy Raymond zapalił światło w środku, chatka zrobiła się jeszcze smutniejsza. Stali pośrodku izby, którą w największym stopniu zajmował drewniany stół znajdujący się pod oknem oraz dwa krzesła. Przy innej ścianie stało natomiast wadliwej wytrzymałości łóżko pościelane jedynie małą poduszką oraz cienkim kocem, a w rogu pokoju znajdowała się rozpadająca się szafa. Drewniane ściany i podłoga były zapleśniałe, meble zaś stare i zniszczone. Rose doznała czegoś, co mogłaby śmiało określić jako koszmar studenta architektury wnętrz.
– Witaj w mojej Pleśniance! Chata z bagien niczym ze Shreka... Okay, muszę przyznać, że on miał lepszą – dodał po chwili Raymond.
– I tak tu żyjesz? W tym grzybie? – odparła Rose z odrazą.
– A co mi to przeszkadza, i tak od tego nie choruję... Zresztą koszty mam niewielkie, wystarcza pensja kelnera.
– No, no... Zdarzają się tu jakieś dzikie zwierzęta?
– No właśnie nie, cholera. Żadnego wilka, niedźwiedzia... Nic nie chce mnie zabić, żenada.
Rose nie wiedziała, czy słowa kuzyna miała traktować jako żart czy na poważnie, zatem tylko uśmiechnęła się niezręcznie. Jeszcze raz rozejrzała się po zapleśniałej chatynce i przeszedł ją dreszcz.
– Nie spodziewałabym się, że wybierzesz sobie takie miejsce do zamieszkania.
– Rose, przecież powiedziałem: mnie na niczym nie zależy – westchnął Raymond, z rezygnacją wbijając wzrok w podłogę. – Jak mam już wiecznie babrać się w tym gównie zwanym życiem, to wolę chociaż ryzykować, że coś mnie tu napadnie albo dostanę jakiejś niebywałej choroby, którą mój cholerny, wiecznie młody organizm i tak szybko przewalczy.
– Szukasz wrażeń?
Przyjrzała się kuzynowi. Wyglądał, jakby czuł się niezmiernie niekomfortowo z samym sobą.
– Chcę... Chcę poczuć cokolwiek. Poczuć, że żyję. Aktualnie nie czuję nic. Nic, za cholerę.
Z tego, co pamiętała, Raymond zawsze taki był. Porównywała go trochę ze stryjem Marvinem, jednak ten nie był aż tak obojętny jak kuzyn. Może na pierwszy rzut oka Mond taki się nie wydawał – Rose z początku myślała, że miał dosyć pozytywne podejście do świata i samego siebie, jako że często wyrażał się żartobliwie. Później zauważyła, jak wiele sarkazmu i autoironii było w jego wypowiedziach.
Przypomniała sobie, jak kiedyś wytropiła go w jakimś zagajniku za domem, gdzie malował. Nie zdążyła nawet spojrzeć na płótno, gdy kuzyn ją dostrzegł i posłał jej tak przeszywające spojrzenie, że zamarła w bezruchu. Nie skrzywił twarzy w gniewie ani nie podniósł na nią głosu, jednak wyraźnie czuła, że była bardzo niechcianym gościem. Coś jej wtedy powiedział, już nawet nie pamiętała, co dokładnie, i choć ton jego głosu był niezmiennie spokojny i obojętny, od razu zaczęła uciekać.
Nie miała pojęcia, jakim cudem Raymond zgodził się sprzedawać swoje obrazy – wcześniej ukrywał swoje malowanie przed resztą rodziny. Rose nie pisnęła ani słowa w obawie, co by się stało, gdyby się wygadała. Zawsze zastanawiała się, co takiego malował, skoro tak to ukrywał. Za kilka dni miał odbyć się wernisaż jego prac. Od środka paliła ją ciekawość i chęć, by wreszcie ujrzeć te malowidła, lecz z drugiej strony wiązałoby się to z ponownym spotkaniem rodziny, a w szczególności nie chciała znów zetknąć się z ciotką Scarlett.
– Mogę zobaczyć jakiś twój obraz?... – przerwała ciszę.
Postanowiła spróbować – nie bała się Monda tak jak w dzieciństwie, a wręcz teraz, gdy tak na niego patrzyła, było jej go żal. Chyba lekko się zaskoczył, lecz jak zwykle nie mogła dokładnie rozczytać jego emocji z kamiennego wyrazu twarzy.
– Zachciało się prywatnych wernisaży? – prychnął, unosząc lekko brwi. – Dobra, jak ci zależy.
Ta spokojna reakcja i prawie natychmiastowa zgoda były tak różne od tamtej groźnej sytuacji, gdy Rose pierwszy raz zobaczyła malującego kuzyna, że sama się zdziwiła. Myślała, że okaże choć krztynę niechęci.
– Mond… Przepraszam, że nie mogę przyjść na twój wernisaż w mieście. Może gdyby nie Scarlett-
– Wiem, nie kończ – wszedł jej w słowo. – Sam nie chcę tam być.
– Nie rozumiem, dlaczego zgodziłeś się na to wszystko?
– Mówiłem: matka znalazła moje bohomazy i wystawiła je na aukcję, a potem oznajmiła, że zostanie moim agentem. Jak miałem się nie zgodzić? Kto jak kto, ale ty chyba dobrze wiesz, że jej się nie odmawia…
Rose kiwnęła głową ze zrozumieniem.
W podłodze chatki znajdowała się klapa, przez którą Raymond zaprowadził Rose do swojej pracowni. Pomieszczenie to – o ile można było tak nazwać wykopane w ziemi miejsce, w którym się znajdowali – było ciemne, zimne i wilgotne. Gdy Raymond zapalił światło, Rose zobaczyła sztalugi i płótna z obrazami.
Zaczęła uważnie oglądać jeden z nich, później drugi i kolejny… Nigdy w życiu nie sądziłaby, że aż tak zaintrygują ją obrazy abstrakcyjne, jednak gdy przyjrzała się kolorystyce i dynamice pracy, poczuła się zahipnotyzowana. Było w nich coś niepokojącego, od czego nie potrafiła oderwać wzroku.
– ...wow – skomentowała krótko.
– No wiem, beznadzieja – mruknął Raymond.
Rose obruszyła się, lecz nie zabrała wzroku z płótna.
– Nie, Mond, w tym jest coś wyjątkowego – zaprotestowała. – Niby kolorowe plamy, a jednak... Jakby mnie pochłaniały.
W odpowiedzi wywrócił oczami, wzdychając ciężko.
– No nie, zawiodłem się, Rosie.
Zmarszczyła czoło, po czym posłała mu zmieszane i lekko zirytowane spojrzenie.
– Jak ty tego nie oplułaś, to już chyba nikt odważnie nie przyzna, że moja sztuka to żadna sztuka – dodał z rezygnacją.
– Co ty mówisz?
– Bo to nie ja maluję.
– …słucham?
– Znaczy się ja, ale... Jakby pod wpływem.
– Ty... coś bierzesz? – spytała nieśmiało.
– Nie, kochana, takich rzeczy to ja nawet nie tykam – odrzekł z nutą pogardy w głosie. – Te używki są zbyt prymitywne, żebym mógł się od nich uzależnić. Jestem natomiast zniewolony przez palące pragnienie uczucia. Kiedy produkuję te smarki, pojawia się we mnie jakaś namiastka emocji.
– Nie rozumiem...
– A ja mam rozumieć?
Rose westchnęła cicho, przyglądając się kuzynowi badawczo.
– Czyli jednak… coś czujesz? – podsunęła.
– Gdy… „maluję” to tak – oznajmił. – Dziwne uczucie.
Nic już nie odpowiedziała, tylko zaśmiała się w duchu, że abstrakcyjne prace Raymonda widziane po raz pierwszy potrafiły przemówić do niej bardziej niż abstrakcyjne myślenie kuzyna, którego znała tyle lat. Może jednak był jej zupełnie obcy?
~*~
Nadszedł dzień wernisażu – dzień, który Raymond Elliot chciałby zakończyć jak najszybciej. Już z samego rana na rozkaz matki zjawił się w hotelu, w którym nocowała wraz z ojcem. Co prawda wampirzy bieg wystarczyłby, żeby szybko i sprawnie przemieścić się tu z ich domu rodzinnego, jednak Scarlett uznała wynajęcie apartamentu w hotelu za bardziej prestiżowe. Od dawna marzyła, by stać się częścią wampirzych elit, a dzięki pieniądzom zarobionym ze sprzedaży nieswoich obrazów wreszcie jej się to udało. Ogromnie się oburzyła, ale i ucieszyła się, gdy odnalazła tę całą masę malowideł stworzonych przez jej syna.
Nie rozumiała, jak śmiał ukrywać przed nią tyle bogactwa przez długie lata, skoro wiedział o jej pragnieniu szybkiego i łatwego wzbogacenia się. Wreszcie było ją stać na drogą biżuterię i śliczne suknie od sławnych projektantów. Właśnie przymierzała jedną z nich, starając się podjąć decyzję, w czym pojawi się na wernisażu syna. Szkarłatna suknia była długa i dosyć prosta w kroju, lecz niewątpliwie elegancka. Do tego narzuciła na ramiona futrzany szal, po czym uznała, że strój ten chyba najbardziej odpowiadał jej ze wszystkich dotychczas przymierzonych.
Usłyszawszy pukanie do drzwi, wyostrzyła słuch i wzrok, by sprawdzić, kto chciał ją odwiedzić. Był to Raymond. Spojrzała na zegarek – był punktualnie tak, jak mu kazała. Uśmiechnęła się słodko i zawołała:
– Wejdź, otwarte!
W apartamencie pojawił się Raymond, jak zwykle z obojętnym wyrazem twarzy, lecz w środku czuł potworną niechęć do dzisiejszego dnia.
– Wieczorem koniecznie załóż ten aksamitny garnitur, który ci kupiłam! – zaszczebiotała Scarlett, mierząc syna krytycznym wzrokiem. – I zrób coś z tymi włosami… Albo ja zrobię! Ucharakteryzuję cię odpowiednio, nie martw się. Wiesz, kto jeszcze będzie? – dodała, tryskając ekscytacją.
– Nie wiem – mruknął w odpowiedzi.
– Ethan Fitzroy – oznajmiła, przeszczęśliwa.
– Nie znam gościa. Czyżby to ktoś z rodziny królewskiej? – wydedukował na podstawie usłyszanego nazwiska.
– Tak! – pisnęła matka. – Jest dalekim kuzynem samej królowej! Wspaniale! Członek rodziny królewskiej, rodzina Dane’ów… Widzisz, jakich prestiżowych gości ci załatwiłam, synku? Powinieneś być ze mnie dumny!
– Jestem, matko – oświadczył Raymond grobowym tonem.
Wciąż podekscytowana, Scarlett zaczęła instruować syna któryś raz z rzędu, jak miał się zachowywać podczas wernisażu. Nie chciała, by ośmieszył ją w obliczu będących tam elit, w których łaski chciała się wkupić. Cieszyła się, że udało jej się dotrzeć do rodziny Dane’ów stanowiącej w wampirzej społeczności duży autorytet.
Była to wielodzietna rodzina artystów – muzyków, malarzy, pisarzy i tancerzy. Z takimi znajomościami Raymond miał szansę zajść daleko w swojej karierze malarskiej, na co Scarlett mocno liczyła. W Dane’ach przeszkadzało jej tylko jedno – mianowicie, przedstawiali siebie jako wierzących i praktykujących chrześcijan. Chrześcijańska rodzina wampirów? Dla niej brzmiało to jak oksymoron. Dzisiejszego wieczoru nie zamierzała oczywiście okazywać tej kpiny – dzisiaj wszystko musiało pójść idealnie tak, jak sobie to zaplanowała. Inaczej… będzie źle.
~*~
Wernisaż odbywał się w miejscowej galerii sztuki, jednak był zarezerwowany tylko dla wampirów. Takiego wytłumaczenia naturalnie nie mógłby usłyszeć żaden śmiertelnik, zatem ochrona przebywająca na wydarzeniu nie wpuszczała niezaproszonych ze względu na „zamknięty charakter wernisażu”. Okazało się, że do tej ochrony należał również Ethan Fitzroy. „Jego obecność nie jest więc niczym niezwykłym, skoro robi za ochroniarza…” – pomyślał Raymond. Dowiedział się mimochodem, że Ethan porzucił królewskie życie, by podjąć pracę jako funkcjonariusz WAMPu, czyli Wampirzej Agencji Międzynarodowego Porządku. Wydarzenie zaszczyciła również swoją obecnością sławna rodzina Dane’ów – Harrison i Kiara Dane’owie wraz z szóstką dzieci, z czego wszystkie były już dojrzałymi, pełnoprawnymi wampirami.
Na początku było dosyć luźno – goście po prostu konwersowali w sali, oglądając przy tym dzieła Raymonda. Później miał zabrać głos sam autor, opowiadając nieco o swojej sztuce. Osobiście chciał to tylko odbębnić i mieć już za sobą cały ten wieczór.
Stał w kącie sali, przysłuchując się ukradkiem rozmowom gości. Spodziewał się jakiegoś ostrego krytyka sztuki, który zmiesza z błotem całą tę abstrakcyjną twórczość, jednak mocno się zawiódł – wszyscy, których słyszał, tylko wzdychali do płócien z zachwytem, interpretując każde pociągnięcie pędzlem. Chyba będzie musiał jeszcze poczekać na dalsze recenzje.
Z niechęcią przeszedł się dalej, aż w końcu trafił na wampirzycę stojącą samotnie przed jednym z tryptyków. Była smukła i wysoka, miała gładką skórę o ciepłym, ciemnobrązowym odcieniu. Była ubrana w prostą, elegancką sukienkę, a długie, proste, lśniące włosy o czarnej barwie opadały jej na ramiona. Prawie nie nosiła makijażu, poza przypudrowanymi policzkami i czarnymi kreskami na powiekach. Przyglądała się obrazom dość długo, aż Raymond zdecydował się podejść i zapytać:
– A co pani tu widzi?
Wyrwana z zamyślenia, wampirzyca potrzebowała chwili, by zorientować się, że została o coś zapytana. Zdołała zatem wydukać z siebie tylko ciche:
– Hę?
– Spytałem, co pani widzi w tym tryptyku – powtórzył cierpliwie Raymond, po czym westchnął w duchu, że nie mógł się podrapać, gdy w garniturze od matki tak swędziała go skóra.
Kobieta przełknęła nerwowo ślinę, czując takie poddenerwowanie, jakby właśnie odpowiadała przed tablicą z przedmiotu, z którego wcale nie była przygotowana.
– Właściwie to… nic – oznajmiła wreszcie. – Nic tu nie widzę. Patrzę i patrzę, ale nie potrafię tego zinterpretować… Abstrakcja nie jest dla mnie!
Ta odpowiedź głęboko zaintrygowała Raymonda. „WRESZCIE” – pomyślał z ulgą. „No dalej, zjedź to, zmieszaj z błotem, proszę!”. Bardzo chciał wypowiedzieć te słowa na głos, lecz musiał się dzisiaj zachowywać przyzwoicie, więc odrzekł:
– Ciekawe. W sumie jest to chyba najbliższa mi interpretacja, jaką tego wieczoru słyszałem.
Skonfundowana wampirzyca posłała mu w odpowiedzi pytające spojrzenie.
– Gdy malowałem, to też długo gapiłem się na płótno – wyjaśnił. – Nie rozumiałem, ale rzucałem w nie farbą – ot tak, żeby się wyżyć.
Kobieta wybałuszyła oczy ze zdziwienia.
– Zaraz, to pan jest Raymondem Elliotem?! Och! – pisnęła, zawstydzona.
Raymond przyjrzał jej się badawczo. Sądził, że wszyscy tu obecni doskonale wiedzieli, kim był – przecież witał ich na wejściu. „Szanuję tę dziewczynę za oryginalne podejście do mojej, za przeproszeniem, sztuki, ale skąd ona się urwała?” – zdumiał się w myślach.
– Nie skojarzyłam, niech pan wybaczy… Bella Dane – oznajmiła, niezgrabnie skłaniając się przed nim.
Przypomniał sobie, że faktycznie widział ją przy wejściu, jednak potraktował Dane’ów jako jedną masę bogaczy.
– Przepraszam, do mnie nie trzeba jak do króla – odrzekł spokojnie. – Raymond jestem, można do mnie mówić Mond.
Bella obruszyła się nieco, ukazując niepewność.
– Wypada tak? – szepnęła, zerkając w stronę rodziców zgłębiających obraz w innej części sali. – Myśli pan, że tak będzie dobrze?
– No myślę… Nawet zrezygnowałbym z tego pana/pani, ale niech już tak będzie z uwagi na charakter tego wieczoru – podsumował.
– Oj, tak, zgadzam się zupełnie… – Bella odetchnęła z ulgą. – Moja rodzina bardzo pilnuje tych wszystkich formalności.
– Zdążyłem zauważyć. Dziękuję za przybycie i interpretację.
– A-ale kiedy ja… – jęknęła. – Ja zupełnie nic z tego nie rozumiem.
– Ja nie rozumiem sensu czegokolwiek – odparł Mond, uśmiechając się krzywo. – Nie sądzi pani, że wszystko jest po prostu bez sensu?
Spojrzała na niego ze wzruszeniem malującym się w jej ciemnobrązowych oczach. W dolnych powiekach zebrały się czarne łzy, którym nie pozwoliła wypłynąć. Kiwnęła głową, uśmiechając się gorzko.
– Powiem panu szczerze, że… całkowicie tak sądzę – oświadczyła, po czym szybko przetarła oczy wierzchem dłoni. – Przepraszam. Wstyd się przyznawać, gdy pochodzi się z chrześcijańskiej rodziny. Ja mam chyba jakiś kryzys… ze wszystkim.
– Proszę nie przepraszać, to żaden wstyd – wtrącił Raymond. – Powiem pani więcej… Jedyne, czego przeważnie pragnę, to zatonięcie w tej czerni – wyjaśnił, wskazując na podłużną plamę stanowiącą większą część obrazu. – Tak, jakbym nigdy już miał nie wrócić.
Bella przyjrzała się tryptykowi jeszcze raz, wzdychając ciężko.
– Jak już się pan zdecyduje tam zatonąć… niech pan mnie weźmie ze sobą.
Sam nie wiedział, czy jej współczuł – czy w ogóle potrafił – lecz wyczuł jakąś nić porozumienia między nimi.
Gdy nadszedł czas na oficjalną przemowę, Raymond wyszedł na podest przy jednej ze ścian sali, a goście zgromadzili się przed nim w oczekiwaniu. Widział w ich oczach głównie fascynację i podziw. Gdzieś w tłumie dostrzegł też Bellę, lecz ona unikała jego wzroku. Zdawało mu się, że przez tamtą rozmowę zupełnie się rozkleiła. Chyba potrafił zarażać innych swoim beznadziejnym samopoczuciem… albo Bella również nie czuła się dobrze z samą sobą.
– Domyślam się, że większość z państwa oczekuje ode mnie teraz wielkiej przemowy, źródła mojej muzy i tego, co chcę przekazać w moich pracach – zabrał głos. – Rozczaruję zatem tę część tu zgromadzonych.
Scarlett przyjrzała się synowi z niezadowoleniem.
– Co on kombinuje? – szepnęła do męża.
– Mówi od siebie, w końcu to miał teraz zrobić – odparł spokojnie Marvin.
Drew tylko omiótł ich wszystkich pogardliwym wzrokiem. Cały ten wieczór spędził na unikaniu innych i udawaniu ułożonego, wykształconego konesera sztuki. Miał dosyć tej sztuczności, jednak nie chciał rozgniewać matki.
– Przepraszam za wyrażenie, ale osobiście nie mam pojęcia, co ja do cholery maluję – kontynuował Raymond. – Moje obrazy są bardzo prywatne, tak szczerze. Ciskam farbą w płótna, jak mi dusza każe. Czy jest w nich jakiś sens? Czy one coś znaczą? Nie wiem. Tylko wtedy coś czuję.
Scarlett zaczepiła starszego syna.
– Powiedz mu, żeby się opamiętał – szepnęła.
~ Matka prosi, żebyś się opamiętał, cokolwiek to znaczy – głos Drew rozbrzmiał w umyśle Raymonda.
Ten zaś westchnął w duchu, ale i tak zamierzał już kończyć. Chciał zwyczajnie być szczery z gośćmi, nie widział w tym nic złego.
– Po prostu… czasem mam wrażenie, jakbym to nie ja malował. Jakaś siła przejmuje moje ciało i zaczyna chlapać farbą – oznajmił nieco zamyślonym głosem. – Tyle w temacie, dziękuję państwu.
~*~
– Dobrze, nie spodziewałam się, że twoje niekulturalne przemówienie wywoła jeszcze większy podziw u naszych gości – ciągnęła Scarlett, gdy po wernisażu stanęła naprzeciwko młodszego syna z rękoma skrzyżowanymi ciasno na klatce piersiowej. – Niemniej jednak nie zmienia to faktu, że mnie nie posłuchałeś.
Raymond już wiedział, co go czekało, lecz ucieczka tylko pogorszyłaby sprawę. Sam nie myślał, że po swojej mowie zostanie tym bardziej okrzyknięty artystycznym fenomenem z jakąś niewyjaśnioną, nieziemską muzą. Zdecydowanie bardziej wolał, gdy malował sam dla siebie i nikt nie miał prawa oglądać jego prac.
– Przemówienie miało być wzniosłe, inspirujące! Tak ci mówiłam! – upierała się matka.
– Jednak zainspirowało gości, skoro posypały się pochwały – zauważył Raymond.
Scarlett ściągnęła brwi w gniewie i obrzuciła syna pogardliwym, rozwścieczonym spojrzeniem.
– Śmiesz jeszcze pyskować, gówniarzu?! – wrzasnęła na niego. – Zapomniałeś, że masz się mnie zawsze słuchać? Jakoś do twojego ojca i brata to już dawno trafiło! Widzę, że ty potrzebujesz jeszcze… lekcji.
Zacisnął powieki, oczekując kary. Wtedy Scarlett wyciągnęła przed siebie otwartą dłoń, a jej syn bezwładnie uniósł się na kilkanaście centymetrów. Chwilę czekała, zanim zacisnęła pięść, by wywołać u syna uczucie potwornych duszności. Nie mógł złapać powietrza przez jakiś czas. Później podniosła rękę wyżej, a następnie opuściła ją z impetem, sprawiając, że Raymond najpierw wzniósł się niemalże pod sam sufit, po czym runął boleśnie na podłogę. Scarlett wyciągnęła nad nim obie ręce, wywołując przeszywający ból w całym ciele.
Z odrazą przypomniała sobie jego przemowę, a później również wiele odległych w czasie rozmów z synem, w których zwierzał jej się, że nie potrafił nic poczuć – że był obojętny na jakiekolwiek uczucia.
– Zawsze narzekałeś, że nic nie czujesz… – syknęła kpiąco, patrząc, jak jej własny syn zwijał się przez nią z bólu. – No to masz, poczuj sobie – dodała szyderczo, zaciskając pięści.
Chciał wytrzymać, lecz nie mógł dłużej tego znieść – krzyknął z bólu. Jeszcze jakiś czas się nad nim poznęcała, a gdy osiągnęła już satysfakcję, odpuściła. Zostawiła syna leżącego bezsilnie na podłodze, po czym wyszła z zadowoleniem.
W holu stał jej mąż. Gdy ją zobaczył, od razu domyślił się, że Raymond dostał dosadną karę. Wcześniej usłyszał zresztą bolesny krzyk syna, rozdzierający mu serce. Podszedł do żony, by spytać półszeptem:
– Co mu zrobiłaś?
– Och, nic – odparła beztrosko, uśmiechając się sadystycznie. – Dałam mu tylko kolejną lekcję szacunku do matki, bo widocznie od tej sławy mu się coś poprzestawiało.
Marvin zmarszczył czoło, martwiąc się o syna. Bardziej jednak bał się Scarlett, która od razu uprzedziła go, że jeśli teraz do niego pójdzie, on też otrzyma „lekcję szacunku” do żony.
Tymczasem półprzytomny Raymond leżał nieruchomo na brzuchu, z twarzą zwróconą w bok. Nie miał siły ani nawet ochoty ruszyć się z miejsca. Oddychał ciężko i bezradnie, a po jego jasnym, piegowatym policzku spłynęła czarna łza. Może nie był to odpowiedni moment, ale poczuł satysfakcję, że zdołał zapłakać – jednak gdy oczekiwał więcej łez, nie był już w stanie uronić ani jednej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz