poniedziałek, 1 listopada 2021

~Rozdział XVII~

Nic się nie zmieniło… Takie myśli miał w głowie Troye, po raz kolejny analizując słowa, które Rose wypowiedziała tamtego dnia u księdza Alexa. Przypomniał sobie tę jej nienawiść do samej siebie, którą zresztą sam poczuł dzięki ich dziwnej więzi emocjonalnej. Myślał, że z czasem mu minie, lecz ta scena wracała, a w dodatku nękała go coraz bardziej.

Znów nie mógł spać, więc leżał na plecach w łóżku, wpatrując się tępo w sufit i przypominając sobie Rose z tamtego dnia jak w zapętlonym nagraniu. Nie spodziewał się, że było z nią tak źle – szczerze powiedziawszy, właściwie spodziewał się, że wszystko będzie dobrze, skoro zaczęli ze sobą przebywać prawie każdego dnia. Nie rozumiał, dlaczego jego miłość nie potrafiła jej uzdrowić.

Wrócił myślami do dnia, w którym wyznał jej, co czuł. Czy zrobił to zbyt pochopnie? Sam nie był pewny, co ona czuła do niego. Zaczął się bać, że może wcale go nie kochała albo miała inne wyobrażenie – może tylko jej się wydawało, że to była miłość, lecz tak naprawdę spodziewała się czegoś innego? Wróciło uczucie ciężkości na żołądku, kiedy w jego głowie pojawiła się myśl, że skoro Rose najwidoczniej nie kochała samej siebie, to jak mogła kochać jego? Ogarnęło go dziwne, nieswoje uczucie. Słyszał już przedtem, że nie można kochać drugiej osoby, jeśli najpierw nie kocha się samego siebie, jednak do tej pory nie uważał tego za fakt, a za opinię. Teraz jednak zdecydowanie przeraziło go prawdopodobieństwo tego stwierdzenia. Zdecydowanie musiał z nią o tym porozmawiać.

Okazja do rozmowy nadarzyła się kolejnego dnia, bo i tak mieli się spotkać wieczorem. Troye przyszedł pod butik, aby odebrać ją po skończonej zmianie. Nie chciał zaczynać tematu od razu, więc wstrzymał się, aż wreszcie dotarli do mieszkania Rose i usiedli wygodnie na kanapie.

– Dobra, widzę, że coś wyraźnie cię męczy… – zaczęła. – Nawet sama to czuję… Co jest?

– Czujesz? Och… – westchnął Troye, przypominając sobie o ich dziwnej, bliskiej więzi fizyczno-emocjonalnej. – Tak, masz rację… Pamiętasz naszą rozmowę z księdzem Alexem? Dużo o tym myślałem…

– Jeszcze nie podjęłam decyzji – wtrąciła szybko, jakby się usprawiedliwiając. Troye jednak wyczuł, że była niechętna przystać na propozycję księdza.

– Nie o to mi chodzi. Pamiętam twoje słowa… Kiedy mówiłaś o nienawiści do samej siebie, sam to poczułem. Zrobiło mi się tak przykro… Rose, co się dzieje? Długo już się tak czujesz?

Uśmiechnęła się gorzko.

– Od dłuższego czasu… Można by powiedzieć, że właściwie od zawsze – przyznała.

– Rose… Ale my… – Troye plątał się we własnych myślach. – Nie rozumiem… Przecież… Przecież jestem przy tobie. Jestem… dla ciebie. Myślałem, że dzięki temu poczujesz się lepiej…

– Nie chciałabym, żebyś pomyślał, że nic dla mnie nie znaczysz… Ostatnie miesiące, czas spędzony z tobą, nasze rozmowy, czułości, moje pierwsze Święta Bożego Narodzenia… To wszystko było takie cudowne, jak sen – rozmarzyła się z nostalgicznym błyskiem w oku.

– A mimo to… mimo to wciąż nie akceptujesz samej siebie?

– Nigdy tak nie było… Mówiłam, dni spędzone z tobą były jak sen. Później się budzę… ale wolę śnić, więc znów kładę się spać.

– Rose… – odezwał się Troye, czując, jak łamał mu się głos. Rose odczuła właśnie, jak łamało mu się serce. – Przecież powiedziałem… Będę przy tobie, nigdy nie zaznasz cierpienia… Oddałem ci się cały, chcę cię kochać… I dać ci poczucie bezpieczeństwa.

– Zawiodłam cię, tak?… Znów zawiodłam kogoś tym, jaka jestem… Ale ciebie, Troye… Tak bardzo nie chciałam zawieść ciebie – dukała, czując łzy napływające jej do oczu.

– N-nie, Rose! – zaprotestował, delikatnie ujmując jej twarz. – Nie zawiodłaś mnie, nigdy. Ja tylko… nie chciałbym, żebyś dalej tak o sobie myślała. Kocham cię… Kocham w tobie wszystko. Jesteś… jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało.

– Nie mów tak! – wrzasnęła tak głośno, że aż lekko podskoczył, po czym zerwała się z miejsca. – Przeze mnie masz same kłopoty… – dodała już znacznie ciszej, obejmując się oburącz. – Nie oszukasz mnie, Troye, wyraźnie czuję to, co ty. Jesteś rozczarowany.

– Tak… Jestem rozczarowany, że tak źle o sobie myślisz! – sprostował, sam podnosząc się z kanapy. – Ale coś z tym zrobimy… Będę kochał cię jeszcze mocniej, obiecuję – oznajmił, uśmiechając się ciepło.

Ona jednak potrząsnęła głową, kiedy czarna łza wypłynęła jej z oka.

– To nic nie da, to ja jestem popsuta… Nie potrafię cię kochać, Troye. Tak, jak myślałam… Przykro mi. Tak bardzo, bardzo mi przykro…

– Popsuta? Rose… – zmartwił się. – Proszę, spokojnie. Nic nie jest z tobą źle, to nie są wyrzuty.  To jest moja troska i chęć, żebyś potrafiła pokochać samą siebie. Chcę tego dla ciebie… Użyj mnie. Chcę wycałować wszystkie twoje rany… Będę przy tobie zawsze, zrobię, co chcesz… Wszystko, byś przestała się nienawidzić.

Ujął jej zimną dłoń najdelikatniej, jak potrafił.

– Nie będę cię przecież wykorzystywać… – przestraszyła się. – Mam na ciebie zły wpływ… Nawet nie wiesz, co mówisz.

– Wykorzystuj mnie, ile chcesz. Jestem tu dla ciebie. Cały.

– Proszę… posłuchaj swoich własnych słów. Ty też nie kochasz samego siebie… Nie możesz kochać siebie, jeśli mówisz takie rzeczy na poważnie.

– Co masz na myśli?…

– Chcesz wyrzec się samego siebie, żeby naprawić mnie… Naprawdę tego nie rozumiesz? To niewłaściwe – westchnęła, zdziwiona jego tokiem myślenia.

Doskonale wiedziała, że był gotów oddać jej wszystko, co miał – nawet jeśli potwornie by na tym ucierpiał. Zapadła chwila ciszy, podczas której analizował jej słowa.

– Poza tym, Troye… martwię się – wyszeptała w końcu Rose. – Mam poważne obawy odnośnie naszego łącza… Zaczynam myśleć jak ty, czuć to, co ty…

– Przyczyną nie musi być łącze… Może po prostu zbudowaliśmy głęboką więź.

– Troye… ja fizycznie czuję to, co ty… Wybacz – oznajmiła nagle, po czym odsunęła rękaw bluzki, by zaraz potem przejechać kłami po skórze.

– Tss! – syknął Troye, czując potworny ból we własnej ręce.

Natychmiast złapał się za przedramię, ale nie było tam żadnej rany. Spojrzał na Rose z przerażeniem.

– Widzisz?… Już ostatnio, kiedy piłam z ciebie krew, sama poczułam ból w szyi – wyjaśniła. – Przedtem tak nie było… Tak nie powinno być. Boję się, że zrobiliśmy coś złego… coś nieodwracalnego.

– Mówisz, że dzieje się tak przez nasze picie krwi z siebie nawzajem?

– Nie wiem tego na pewno, ale wydaje mi się to bardzo prawdopodobne… Może powinniśmy z tym przestać.

– Ale… co z tobą? Chciałem dawać ci swoją krew, żebyś nie musiała polować… i nienawidzić siebie jeszcze bardziej.

Uśmiechnęła się tak smutno, że Troye poczuł się, jakby ktoś przebił mu serce.

– Ostatnio odkryłam coś przerażającego… – oznajmiła, obejmując się rękoma. – Racja, po wypiciu krwi z człowieka czuję się winna, ale jeśli o sam moment picia… t-to jest to dla mnie całkiem przyjemne. Bardzo przyjemne.

– Czy… czy nie jest tak w przypadku każdego wampira? – zdziwił się Troye, nie rozumiejąc, do czego zmierzała.

– Właśnie, sam to powiedziałeś. Każdego wampira, nie człowieka. Troye… zrozumiałam, że nigdy nie będę taka jak ty. Nigdy się nie zmienię… Ksiądz Alex twierdzi, że mogłabym stać się człowiekiem, jednak już wiem, że to zwyczajnie niemożliwe… Chociaż tak nie cierpię tego, kim jestem, to… boję się… albo nawet nie chcę się zmienić. Dotarło do mnie, że wolę w tym tkwić… Bo to przynajmniej coś, co znam.

Nie wiedział, co powiedzieć. Nie spodziewał się takich wniosków – myślał, że mimo strachu będzie chciała podjąć próbę, skoro tak bardzo przeszkadzało jej życie wampira.

– Jeśli taka jest twoja decyzja, jestem przy tobie – obiecał w końcu. – Pamiętaj tylko, że cię kocham.

Uśmiechnęła się, lecz był to smutny uśmiech. Tak bardzo chciała mu odpowiedzieć to samo, jednak nie mogła się na to zdobyć. Przytuliła go mocno z ciężkim westchnieniem, wdzięczna za jego miłość, ale jednocześnie rozgoryczona jego stanem.

Obawiała się, że mógł teraz odczytać jej myśli, czego bardzo nie chciała. Nie mógł się dowiedzieć o decyzji, którą właśnie podjęła.

 

~*~

 

Serce Niny biło tak szybko, że ledwo łapała oddech. Niektórzy studenci z jej grupy przyglądali jej się z lekkim zmartwieniem, gdy w takim nastroju wychodziła z ostatnich zajęć z uczelni, jednak ona nie zwróciła nawet na to uwagi. Dzisiaj były jej dwudzieste urodziny. Dzisiaj zamierzała powiedzieć Drew o swojej decyzji.

Umówili się w tym samym opuszczonym budynku co zwykle. Zawsze przesiadywali tam w piwnicy i chociaż Nina panicznie bała się schodzenia do piwnic, obecność Drew jakoś cudownie koiła jej zmysły – dlatego też nigdy nie wchodziła do budynku bez niego. Teraz gdy zmierzała na miejsce spotkania, wyraz jej twarzy był śmiertelnie poważny, a przy tym jakby nieobecny. Duże, brązowe oczy wydawały się jeszcze większe, przez co wyglądała na niemal zahipnotyzowaną.

Wtem zauważyła jego stojącego w pobliżu budynku. Czekał na nią… Myślała, że jej serce nie mogło już szybciej bić.  „Już niedługo tak nie będzie…” – pomyślała jeszcze, zanim zupełnie nie rozpromieniła się na jego widok. Zawsze, kiedy tylko go zobaczyła, wszystkie jej troski odchodziły w dal… Po raz kolejny upewniła się, że postępowała dobrze.

– Sto lat, sto lat… – odparł Drew, szczerząc kły w jej stronę.

Kilka chwil później rozsiadł się w piwnicy na kanapie, gdzie już ich wspólnym zwyczajem zaprosił Ninę na kolana. Dzisiaj w końcu dowie się, co postanowiła. Właściwie to doskonale wiedział to sam – nie pozostawiła mu żadnych barier w swoim umyśle, więc czytał ją jak otwartą księgę. Uporał się z nią o wiele szybciej, niż początkowo zakładał.

– Drew… – podjęła Nina, wpatrując się w niego jak w świętość. – Odkąd cię poznałam, myślałam tylko o tobie… i o twojej propozycji. Nachodziły mnie różne wątpliwości… ale od początku dobrze wiedziałam, że tego właśnie potrzebowałam. Jesteś moim aniołem stróżem… Spadłeś mi z nieba, kiedy najbardziej cię potrzebowałam…

Miał ochotę się roześmiać, lecz się powstrzymał. Był z siebie potwornie dumny – oto, co stworzył, a właściwie jeszcze stwarzał. Nina Green będzie dziełem jego życia, był tego niemal pewny.

– Dlatego właśnie… zdecydowałam – ciągnęła. – Jestem gotowa… Tak, zróbmy to! Jestem już tylko twoja, Drew.

Na jego usta wkradł się zadziorny uśmiech.

– Jesteś absolutnie pewna? Nie będzie już odwrotu…

– Zróbmy to, póki jeszcze mamy tej nocy nów księżyca – upierała się. – Jestem pewna, Drew. Zaczynaj.

Ten jej władczy ton go rozbawił – była taka zdeterminowana, że wydawało mu się to aż rozkoszne. Robił to już wiele razy… ale ten będzie najprzyjemniejszy ze wszystkich.

– Skoro to twoje urodzinowe życzenie… Zaczynajmy – odparł z satysfakcją, po czym lekko oblizał wargi.

Nina natychmiast rozchyliła kołnierz koszuli, z impetem odpinając niemal wszystkie guziki. Ekscytacja niebywale przyjemnie trzęsła całym jej ciałem, lecz Drew chwycił ją mocno i nachylił się… Parę sekund później wbił się w jej szyję.

Wstrząsnęła nią fala ekstazy, nie czuła już żadnego bólu. Wiedziała, że robiła dobrze – ta noc wreszcie odmieni jej życie. Co jej zostało? Pomyślała o znęcającym się nad nią ojcu, o tym, jak ostatnio rzucił w nią pustą butelką ze zdenerwowania, że wróciła zbyt późno. Kiedy przebywała w swoim domu z Drew, on wprowadzał Colina Greena w taki trans, że był zupełnie bezbronny i wydawało mu się, że spał.

Pomyślała o Troye’u, o tym czymś, co między nimi było. Czuła się upokorzona całą tą sytuacją – na początku wydawał się nią oczarowany, a potem… Potem przestał się odzywać, jakby nie istniała. Drew nigdy by czegoś takiego nie zrobił, zawsze przy niej był.

Pomyślała o Hannie, o ich przyjaźni... Nie żałowała zerwania z nią znajomości, ona jej w ogóle nie rozumiała… Ich przyjaźń opierała się na wykorzystywaniu Niny do realizacji planów tworzonych przez Hannę – nawet zajście z Troye’em było jakimś pokrętnym planem ułożenia Ninie życia według własnej wizji Hanny. Drew natomiast dał jej wybór… On nigdy, nigdy nie wykorzystałby jej do własnych celów!…

Już prawie kończył… Jej krew była dla niego tej nocy smaczniejsza niż zwykle – może to przez nów księżyca? A może to smak zwycięstwa? Teraz należało przejść do kolejnego kroku…

~ Nina… – odezwał się Drew, wchodząc do jej umysłu. Poruszyła się nieco, odczuwając lekki dyskomfort ~ Prawie koniec, wytrzymaj… Jesteś silna, oczywiście, że dasz radę. Ale… dla pewności, że mi od tego nie umrzesz, jak to też może się zdarzyć… Powiedz, czy chcesz być moja na zawsze?

– Tak, mówiłam ci już! – wykrzyknęła, niecierpliwiąc się.

 

~ Jesteś absolutnie, absolutnie przekonana być przy moim boku na zawsze oraz być wierną i słuchać mnie jako swego stworzyciela?

– Będę wierna, na zawsze! 

Uśmiechnąłby się od ucha do ucha, ale usta miał zajęte wypijaniem z niej ostatniej kropelki krwi – zadowolił się więc uczuciem zwycięstwa swojego uroku i niesamowitych zdolności, które teraz rozpierało go jak najwyższy poziom satysfakcji. Teraz miał już wszystko… Trzeba było tylko wykończyć dzieło.

„Ja, Andrew Elliot, wampirzy mistrz, pełnoprawny wampir od 66 lat… W tę oto noc z trzeciego na czwartego marca, w trzecim nowiu księżyca tego roku… Stwarzam Ninę Green, nowego wampira.”.

 

~*~

 

Co się działo? Gdzie ona była? Ach…

Powoli udało jej się otworzyć oczy, jednak nie dostrzegła zbyt wiele. Znajdowała się w jakimś ciemnym pomieszczeniu… przestraszyła się, ale nie poczuła przyspieszonego pulsu. Zaczęła dotykać się po twarzy. Jej całe ciało…

Drzwi się otworzyły, a w nich ukazał się Drew… jej nowy pan i władca.

– Dobry wieczór, pani Green – oznajmił z uśmiechem, po czym włączył światło.

Ściany i podłoga pomieszczenia były w stanie surowym. Nie było tu okna ani mebli – Nina siedziała na materacu. Widok Drew ją rozradował – natychmiast poderwała się ze szczęścia, lecz zachwiała się tak, że prawie upadła. Na szczęście w chwilę później znalazł się przy niej, by wziąć ją w ramiona.

– Spokojnie, nie możesz się jeszcze tak wyrywać… – odezwał się półgłosem z miękkim uśmiechem na twarzy. – Jak się czujesz?

– Trochę kręci mi się w głowie… – westchnęła. – Ale czy ja… udało się?

– Tak, Nini. Rozpoczęłaś nowe życie jako dziecię mroku.

Wtuliła się w niego z ulgą, jednak po chwili znów się zmartwiła.

– To dlaczego czuję się tak słabo?

– Byłaś nieprzytomna przez kilka dni… ale nie bój się, to normalne – zapewnił, otaczając ją ramieniem. – Chciałbym cię komuś przedstawić… jeśli masz siłę wyjść ze mną z tego pomieszczenia.

– Tak, chodźmy – zdecydowała, podpierając się ochoczo o Drew.

Znaleźli się w innym pokoju, o wiele bardziej przestronnym, lecz również w stanie surowym. Podobnie jak w małym pomieszczeniu, gdzie obudziła się Nina, nie było tu żadnych okien, a przestrzeń rozświetlały jedynie dwie świetlówki. W ścianach znajdowało się kilka par obdrapanych metalowych drzwi, a pośrodku pokoju stały czarna skórzana kanapa, dwa fotele oraz podniszczony stolik kawowy wykonany z palet. Najpierw jednak uwagę Niny przykuły osoby stojące przed nią.

Było ich w sumie sześcioro: cztery młode kobiety oraz dwóch młodych mężczyzn – Nina stwierdziła, że musieli być w podobnym wieku do niej. Gromadka obdarzyła ją raczej zainteresowanymi spojrzeniami, lecz jedna dziewczyna przyglądała się Ninie z wyraźnym brakiem życzliwości. Miała długie brązowe włosy w ombre brąz-blond, spięte w luźny kucyk, oraz orzechowobrązowe oczy spoglądające na nią spod długich rzęs.

 Moi drodzy, przedstawiam wam Ninę Green – oznajmił Drew, ściskając ją lekko z dumą, po czym zwrócił się do niej. – Nini… poznaj, proszę, swoich współpotomnych.

– Współ… potomnych? – zdziwiła się.

– Tak jest – przytaknął, wskazując osoby przed nimi. – Wszyscy ci, których widzisz… to wampiry stworzone przeze mnie. Witaj w klanie Elliotów.

Nie miała pojęcia, że byli jeszcze inni… To tutaj musiał przychodzić, kiedy opuszczał ją wieczorami. Rozejrzała się po wszystkich raz jeszcze.

– To może przedstawicie się po kolei? – zasugerował Drew. – Shahnaz… Zacznij.

Wampirzyca, która jeszcze chwilę temu mierzyła Ninę nieufnym spojrzeniem, złagodniała na jego prośbę. Odgarnęła włosy z twarzy o oliwkowym odcieniu.

– Nazywam się Shahnaz Elliot, w poprzednim życiu Shahnaz Hakim – oznajmiła dumnie. – Stworzył mnie wampirzy mistrz Drew Elliot, a mój dar to hipnoza.

Nie umknęło uwadze Niny, z jaką czułością Shahnaz wypowiadała imię swojego stwórcy. Natychmiast sklasyfikowała ją jako zagrożenie.

Pozostali przedstawili się w podobny sposób, jak gdyby recytowali wcześniej ustaloną formułkę.

– René Elliot, w poprzednim życiu René Chevalier – rozpoczął smukły mężczyzna o jasnej cerze i sięgających ramion włosach w brudnym odcieniu blondu. – Moim darem jest latanie.

Następnie przemówiła drobna wampirzyca z długimi, brązowymi włosami:

– Ji-su Elliot, w poprzednim życiu Ji-su Yun – rzekła nieśmiało. – Jeszcze nie odkryłam swego daru.

Drew kiwnął głową, spoglądając na kolejną w rządku wampirzycę – ciemnoskórą kobietę ze szkarłatnymi dredami.

– Tisha Elliot, w poprzednim życiu Tisha Hyde – wyrecytowała. – Mój dar to zmiennokształtność.

Nina przyjrzała jej się uważnie. Taka zdolność mogła być przydatna.

– Lara Elliot, w poprzednim życiu Lara Alves Pereira – oznajmiła ochoczo kolejna wampirzyca, wysportowana o karmelowej cerze i krótkich włosach przefarbowanych na ciemny odcień szarości wpadający w niebieski. – Potrafię się teleportować.

Został jeszcze ostatni współpotomny, średniego wzrostu czarnowłosy wampir.

– Takashi Elliot, w poprzednim życiu Takashi Kuroda – ogłosił. – Również jeszcze nie odkryłem swojej zdolności.

Nina potrzebowała chwili na przyswojenie wszystkich informacji, bo sama wiadomość o wampirzym klanie tworzonym przez Drew była dla niej wstrząsającą nowością.

– Świetnie, skoro wszyscy się znacie, to teraz małe ogłoszenie – oznajmił Drew. – Tej nocy pozwolę wam po raz pierwszy od stworzenia opuścić naszą rezydencję… Tak, moi drodzy, niektórzy z was już domyślają się, o co chodzi… – uśmiechnął się zadziornie, lecz chwilę później spoważniał. – Tej nocy po raz pierwszy zapolujecie.

Zapanowało poruszenie – niektórzy byli zdezorientowani, inni podekscytowani, a Shahnaz… wciąż przenikała Ninę podejrzliwym wzrokiem.

– Panie – odezwała się – ona też?

Drew uśmiechnął się słodko, ale czuć było od niego irytację.

– Shahnaz, jaką ty masz słabą pamięć… Już zapomniałaś jednego imienia? I to jeszcze tak pięknego? – odrzekł, spoglądając na Ninę z teatralną czułością, by później kątem oka zauważyć u Shahnaz oczekiwany efekt – zazdrość.

– Czy… Nina… też? – poprawiła się, wpatrując się w Drew z poczuciem winy.

– Tak – oznajmił. – Też jest zaproszona.

– A-ale… ja ledwo chodzę… – wtrąciła nieśmiało. Nie chciała sprzeciwiać się Drew – zaskoczenie samo wyrwało ją do odezwania się.

– To dlatego, że jeszcze nie piłaś krwi – wyjaśnił. – Nie bój się, wiem, że jesteś gotowa.

Mimo zapewniających słów głowy klanu niektórzy wciąż mieli wątpliwości. Od czasu stworzenia nikomu z nich nie wolno było opuszczać rezydencji, więc Drew co jakiś czas porywał kilkoro ludzi, z których jego potomni mogli się posilić, a później „odstawiał” ich na miejsce. Wszystko odbywało się stopniowo i w warunkach kontrolowanych – szczególnie pierwsze picie krwi, po którym reakcje młodych podlotków były różne. Nina dopiero przebudziła się po przemianie, a już miała wyjść z rezydencji i polować? Nie wszyscy pojmowali również logikę wypuszczania wszystkich potomnych naraz, skoro nie zostali stworzeni w jednakowym czasie – Shahnaz, na przykład, była tu najdłużej ze wszystkich, a i tak wolno jej było stąd wyjść dopiero tej nocy, tak jak innym. Mimo zdezorientowania nikt już nie ośmielił się sprzeciwić – zresztą nikt nie musiał rozumieć poczynań Drew, bo od momentu stworzenia każdy ufał mu bezgranicznie.

~ Nie masz się czym martwić… tylko mi zaufaj – Nina usłyszała w swoim umyśle głos Drew, który widząc jej niepokój, postanowił przemówić do niej w ten sposób – był to skuteczniejszy środek kojący niż zwykła rozmowa. ~ Wiem, co mówię – wejrzałem w twoją duszę tuż po przemianie… Kiedy byłaś nieprzytomna, miałem trochę czasu na eksplorację twojego umysłu. Jesteś naprawdę silną wampirzycą… O wiele silniejszą niż ci tutaj. Mam co do ciebie ogromne plany, Nini… Jeśli się zgodzisz, oczywiście.

Musiała się zgodzić, innej odpowiedzi by nie zaakceptował. Ale da jej jeszcze trochę czasu… Niech sama się przekona, że wszystkie jego propozycje były słuszne.

 

~*~

 

Nocne powietrze zdawało się wyostrzać zmysły, a ciemność dodawać siły młodym wampirom z klanu Elliotów. Reakcje były różne – René wpatrywał się tępo w przestrzeń, jakby nie mógł uwierzyć własnym oczom, Ji-su rozglądała się dookoła z zachwyceniem, a Lara zaczęła się rozciągać, by rozprostować kości. Shahnaz, która przebywała w zamknięciu najdłużej, raz po raz dotykała krzewów, trawy, czy drzew, jak gdyby chciała je sobie dobrze przypomnieć, podczas gdy Tisha przyglądała się jej ze zdziwieniem. Takashi natomiast chciał porozmawiać z Niną, ale Drew trzymał ją przy sobie, nie pozwalając nikomu się do niej zbliżać. Teraz nie był na to czas… tej nocy jej koncentracja musiała pozostać niewzruszona, żeby mógł sprawdzić, do czego była zdolna.

– To miejsce będzie dobre – ogłosił Drew, kiedy dotarli na niewielką polanę pośrodku iglastego lasu. – Nie będę uczył was polować, bo każdy z was ma to wpisane w instynkt. Jest jedna złota zasada: nie dajcie się nikomu schwytać, macie wrócić tutaj za godzinę. Sami musicie znaleźć swoją ofiarę… odkryć, czego pragną wasze dusze. Podążajcie za instynktem i pamiętajcie, że należycie do klanu Elliotów, klanu silnych wampirów. Do zobaczenia za godzinę!

To powiedziawszy, klasnął w dłonie i z satysfakcją obejrzał, jak jego potomni opuszczają polanę, każdy w swoją stronę. Tylko Nina została u jego boku, ponieważ ciągle trzymał ją za ramię.

– I jak, Nini, czujesz coś? – zapytał, nachylając się do jej ucha. – Jakiś pyszny zapach w okolicy?

– Jestem… jestem taka spragniona – wysapała, łapiąc się za bluzkę. – Taka słaba…

– Skup się i wyczuj krew – polecił Drew. – Kiedy namierzysz cel, bez wahania gnaj w tę stronę, a ja ruszę tuż za tobą i będę cię pilnował. Pierwszy raz może być dla ciebie nieco wstrząsający… Będę przy tobie – wyszeptał do jej ucha, aż przeszył ją przyjemny dreszcz.

Uśmiechnęła się szeroko, delikatnie przesuwając językiem po zębach – już niedługo po raz pierwszy odsłoni kły. Zamknęła oczy, by dać instynktowi podpowiedzieć jej, co robić. Wtem uderzył ją wyrazisty, nęcący zapach, który w chwilę potem zawładnął całkowicie jej umysłem – złapała trop. Rzuciła się do biegu, by zatracić się zupełnie w podążaniu za instynktem…

Niedługo później nie wiedziała już, ile czasu minęło, jak szybko biegła, ani czy Drew biegł za nią – liczył się tylko ten cudowny zapach. Stawał się coraz intensywniejszy, aż wreszcie… ujrzała przed sobą nastoletniego chłopaka, spacerującego po lesie tyłem do niej. „No tak  – pomyślał Drew, dościgając ją. – Świeża krew smakuje najlepiej.”.

Wyprzedził ją nieco, by skryć się za którymś drzewem, a następnie zobaczyć, jak Nina rzuciła się na chłopaka od tyłu, przytrzymała jego ręce i w końcu zatopiła kły w jego szyi. Nie musiał wchodzić do jej umysłu, żeby upewnić się, jak przyjemne to dla niej było – wypiła z niego krew bez wahania jak, jego zdaniem, prawdziwy i porządny wampir. Inaczej niż w przypadku reszty potomnych, nie wyczuł od niej odrobiny słabości – czyżby wreszcie znalazł tego, kogo szukał? „Ona będzie odpowiednia… To było najlepsze, co mogłem zrobić dla mojego klanu.”.

Kiedy Nina oderwała się od szyi biednego nastolatka, zręcznie obróciła go i popchnęła w krzaki, po czym sama usunęła się z miejsca, by pognać z powrotem na polanę, jakby nie zauważając obecności Drew. Nie było jej ani odrobinę słabo… był pod ogromnym wrażeniem.

– Zrobiłaś to profesjonalnie – pochwalił ją, gdy oboje wrócili na wyznaczone miejsce. – Jestem z ciebie taki dumny, moja mała Nini.

– Nigdy nie pomyślałabym, że krew smakuje tak dobrze… – westchnęła Nina, nie kłopocząc się faktem, że połowa jej twarzy była teraz umazana krwią. – Cieszę się, że mogę być tu z tobą…

Pogłaskał ją po głowie, kiedy złapała go czule za rękę.

– Będzie z ciebie świetna wampirzyca – oznajmił z zadowoleniem.

Reszta potomnych stopniowo wracała na polanę, przynosząc różnorodne wrażenia z ich pierwszego polowania. Pierwsza z powrotem przybyła Tisha, zaintrygowana widokiem Drew i Niny – to już? A może w ogóle jej się nie udało? Przecież dopiero co dołączyła do klanu, poradziłaby sobie tak szybko? Nie zdążyła pójść dalej w swoich rozważaniach, bo Drew zapytał ją o polowanie. Jak opowiedziała, przed wypiciem krwi nieco się zawahała, a potem miała lekkie zawroty głowy, lecz w gruncie rzeczy udało się i wspomina to całkiem dobrze. Następny przyszedł Takashi, który pochwalił się, że jego ofiarą była piękna młoda kobieta przebywająca wówczas samotnie w swoim mieszkaniu, gdzie po zaspokojeniu pragnienia ułożył ją delikatnie na łóżku, bo straciła przytomność.

– Prawdziwy gentleman – skomentował Drew z kpiącym uśmiechem na twarzy.

Lara także była zadowolona ze swoich łowów, a Shahnaz szczegółowo opisywała swoją strategię, chcąc popisać się przed swoim stwórcą. Ji-su zniosła polowanie zdecydowanie najgorzej ze wszystkich, trzęsąc się z poczucia winy. Nie podobało się to Drew…

– Nie możesz być taka słaba – oznajmił. – Po swoim pierwszym piciu krwi zwymiotowałaś, zupełnie jak całkiem dobrze znana mi osoba… A teraz brzydzisz się polowania? To twoja nowa ścieżka życiowa, musisz do tego przywyknąć.

– Tak, panie… – jęknęła.

– Nasze najsłabsze ogniwo – prychnął. – Lepiej uporaj się z tym szybko, bo zacznę żałować, że w ogóle włączyłem cię do klanu. Albo nazywać cię drugą Rzygowiną.

– Panie – przemówiła nagle Tisha – jestem pewna, że Ji-su potrzebuje tylko trochę czasu i wszystko będzie dobrze – skłoniła się nisko, bojąc się, że urazi swojego stwórcę.

Przyjrzał jej się przez chwilę, analizując jej intencje.

– Rozumiem, że bierzesz odpowiedzialność za te słowa, Tisho – odparł w końcu.

– T-tak, panie… – potwierdziła.

Od rozpoczęcia minęła już godzina, jednak wciąż brakowało jednego potomnego – René. Drew nie dawał tego po sobie poznać, ale zaczynał się lekko niepokoić. Miał nadzieję, że nie obdarzył go zbyt dużym zaufaniem… Oby nie przyniósł mu kłopotów.

Po jakimś czasie jednak dotarł do niego jego zapach i uspokoił resztę klanu. Wciąż wyczuwał coś niepokojącego, więc sam nie zamierzał jeszcze usypiać swojej czujności. Chwila… czy on właśnie wykrył zapach człowieka? Nawet dziwnie znajomy zapach…

Wtedy spośród drzew wyłonił się René, lecz faktycznie nie sam. W ramionach trzymał młodą kobietę z długimi ciemnymi włosami, na widok której Nina wydała z siebie zduszony okrzyk.

– Hannah!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz