poniedziałek, 19 lipca 2021

~Rozdział XV~

Ksiądz Alex Davies zaprowadził Troye’a i Rose do małego pokoju na plebanii, gdzie zaprosił ich, by usiedli na złożonym tapczanie przy niewielkim stoliku. Troye trzymał Rose za rękę, czując, jak ogarniały ją coraz większe nerwy i sam zaczynając się denerwować. 

– Jak się nazywacie? – zapytał ksiądz Alex z przyjaznym uśmiechem na twarzy.

Troye zerknął tylko nerwowo na Rose, po czym przedstawił się pierwszy:

– …Troye Jardin.

– Rose Elliot – dodała za nim Rose na jednym tonie.

– Troye i Rose, miło poznać – odrzekł Alex, wciąż łagodnie się uśmiechając, a następnie podszedł do parapetu, by wziąć z niego metalowy pojemnik z herbatami. – Jaką herbatkę pijecie?

W pojemniku był różnorodny wybór herbat wszelkich rodzajów, jednak Rose wybrała pierwszą lepszą, która rzuciła jej się w oczy, a Troye zdecydował się na zwykłego Earl Greya. Ksiądz Alex wziął dla siebie czarną herbatę z aromatem z mango, po czym odszedł od nich, by następnie wyjąć z szafki czajnik elektryczny.

 – Zostawię was tu na chwilę, pójdę tylko po wodę i zaraz wracam – oznajmił, wychodząc z pokoju.

Troye natychmiast spojrzał na Rose z niepokojem w oczach.

~ Boisz się? – spytał, choć znał odpowiedź.

~ Sama nie wiem, co o tym myśleć… Ale tak, boję się.

Poczuła, jak Troye czule ścisnął jej dłoń.

   ~ Przepraszam, to był mój pomysł… Może jednak nie powinniśmy byli odwiedzać kościoła.

Rose już nic nie odpowiedziała, a zamiast tego wpatrywała się gdzieś w przestrzeń tępym wzrokiem. Troye sam nie mógł nadziwić się, jak dokładnie czuł teraz jej niepokój i niemal widział jej skłębione myśli, jak gdyby cichy głos mówił jej: „To koniec…”. Serce biło mu coraz mocniej, oddychał nierówno… Zaraz padnie wyrok.

Złapał gwałtownie oddech, kiedy ksiądz Alex wrócił do pokoju. Widział, że jego twarz ciągle miała pogodny wyraz, jednak w tym momencie odczuwał wobec niego strach, jakby sam bał się o własne życie. To uczucie wydawało mu się irracjonalne, lecz należało do Rose, a on je tylko współodczuwał. Pomyślał, że ich łącze telepatyczne stawało się coraz dziwniejsze i coraz bardziej ingerowało w ich umysły.

– Och, przepraszam cię, Troye – zakłopotał się Alex. – Wiele osób mi mówi, że tak bezszelestnie chodzę i ciągle kogoś przyprawiam tym o zawał, wchodząc do pokoju – zaśmiał się, stawiając czajnik na parapecie.

Podłączył go do prądu, a w oczekiwaniu na wrzątek wyjął z szafki paczkę kruchych ciasteczek z kawałkami czekolady, wyłożył je na talerzyk i postawił na stoliku przed Troye’em i Rose. 

– Zostanę ukarana, prawda? – odezwała się nagle Rose dosyć głośnym i rozdygotanym głosem.

Ksiądz niezmiennie patrzył na nią bardzo spokojnie i przyjaźnie.

– Co ty masz z tym karaniem? – westchnął. – Nie bój się, Rose. Jestem tu, żeby ci pomóc – dodał, wrzucając torebki herbaty do kubków.

– Skąd mamy wiedzieć, że możemy księdzu zaufać? – wtrącił Troye, po czym nieco się speszył, uznając, że brzmiał trochę nieuprzejmie.

– Może przede wszystkim zaufajmy Panu Bogu, że nas ze sobą spotkał – oznajmił Alex łagodnym tonem. – Dobrze, przejdę do rzeczy, bo mam wrażenie, że z każdą sekundą biedna Rose boi się mnie coraz bardziej – zaśmiał się, starając się rozluźnić nieco atmosferę, jednak ta wciąż była gęsta.

Zanim jednak Alex zdążył powiedzieć coś więcej, czajnik pstryknął i się wyłączył, więc postanowił jeszcze zalać herbaty wrzątkiem. Troye wziął od niego kubki dla siebie i Rose, a on zabrał swój kubek oraz cukiernicę, by postawić ją na stole. Dopiero wtedy usiadł wreszcie w fotelu naprzeciwko nich.

– Dobrze… – odparł, słodząc sobie herbatę. – Na podstawie tego, co widziałem w kościele, zakładam, że przynajmniej jedno z was jest wampirem. Nie mylę się? – uniósł lekko brwi, patrząc na Rose.

– C-co? – wypalił Troye. – Co też ksiądz-

– Tak, ja – przerwała mu Rose, brzmiąc dosyć bojowo. – Ja jestem wampirem.

~ Co ty robisz?

~ Jestem gotowa, Troye. Jak będzie trzeba, to się obronię. A ty masz uciekać, jak dam ci znak!

Widząc pytający wzrok księdza, Troye odpowiedział:

– J-ja nie.

 Alex oparł się w fotelu.

– Tak myślałem – kiwnął głową. – Spokojnie, Rose… – rozłożył ręce, dostrzegając jej spojrzenie pełne wrogości. – Naprawdę chcę ci pomóc. Nie jesteś pierwszym wampirem, z którym mam do czynienia.

Dla niej wciąż brzmiało to jak zamiar pozbycia się jej. W pierwszym odruchu uznała, że zasługiwała na karę, ale teraz zapierała się niczym zagrożone zwierzę kierujące się instynktem przetrwania. Alex chciał jeszcze coś dodać, lecz w tym momencie otworzyły się drzwi do pokoju, a w nich pojawiła się męska sylwetka niosąca stertę pudeł.

– Cześć, wujku! Tu mam twoje rzeczy, które miałem ci jeszcze przynieść… 

Troye wybałuszył oczy, widząc Erika, który sam stanął jak wryty, gdy tylko wyjrzał zza pudeł i dostrzegł całe to towarzystwo siedzące razem przy herbacie.

– Erik! Odłóż je w kąt pokoju… – zakłopotał się Alex. – Wybacz, mam teraz gości.

Erik ostrożnie odłożył pudła, a następnie zwrócił się w stronę towarzystwa.

– Co wy tutaj robicie?... – spytał, zdziwiony.

– Och, znacie się? – zaintrygował się Alex.

– Mieszkamy razem w akademiku – wyjaśnił Troye. – Erik, chyba nie miałeś jeszcze okazji poznać Rose osobiście…

– Nie – odrzekł, wyciągając rękę w jej stronę. – Erik Woods.

Rose podniosła się z tapczanu, by spojrzeć mu prosto w oczy, z których wyczuwała płynącą w jej kierunku nieufność.

– Rose Elliot – odrzekła, po czym podała mu rękę, ale natychmiast ją zabrała, czując przeszywający ból.

Spojrzała z przerażeniem na nadgarstek Erika – nie zauważyła, że noszone przez niego drewniane kulki były różańcem. Na jej dłoni przez chwilę odcisnął się ślad krzyżyka, parząc ją w takim samym stopniu co woda święcona. Na ten widok Erik uniósł jedną brew.

– Och? Rose. Imię od róży, symbolu Maryi... a różaniec to parzy, tak? – spytał kpiącym tonem.

Zmysły Rose nasiliły się, a poczucie zagrożenia narosło do takiego stopnia, że w geście obronnym obnażyła wampirze kły i zasyczała na Erika, przy czym tęczówki jej oczu stały się jaskrawozielone.

– Odejdź, istoto nieczysta! – zagrzmiał Erik, wyciągając przed siebie różaniec.

 W tym momencie zarówno Troye jak i ksiądz Alex gwałtownie podnieśli się ze swoich miejsc, obawiając się dalszego przebiegu sytuacji. Troye przytrzymał trzęsącą się Rose, a Alex położył obie dłonie na ramionach siostrzeńca.

– Dość, Eriku! Spokojnie – odparł.

Przez chwilę oboje tylko oddychali nierówno, patrząc na siebie wrogo i próbując się uspokoić.

– Czy to jakaś pułapka? – spytała wreszcie Rose.

– W żadnym wypadku – zaprotestował Alex przepraszającym głosem, zwracając się w jej stronę. –  Mój siostrzeniec jest nieco… – zerknął w stronę Erika – ...wrażliwy na wampiry.

 – Uprzedzony. Mogłeś to powiedzieć – mruknął Erik. – Teraz już wiem, dlaczego siedziałeś u niej po nocach, Troye – odrzekł jadowicie z kpiącym uśmiechem na twarzy – i skąd ci się wzięły te problemy ze snem!

 – Eriku, proszę cię… Niestety, albo się uspokoisz, albo będę musiał cię wyprosić – oznajmił stanowczo ksiądz Alex, patrząc na siostrzeńca poważnie.

Erik omiótł wzrokiem całe towarzystwo. Poczuł odrazę do Troye’a i Rose. Jak on mógł się tak nią fascynować? Jak ona mogła go tak omamić? Uważał się za wierzącego katolika, a zadawał się z wampirem? Myśli pełne oburzenia kłębiły się teraz w jego głowie... Mimo to w końcu złagodniał.

– Dobrze, wujku... Już będę spokojny – odparł i usiadł.

Pozostali również zajęli swoje miejsca. Atmosfera trochę się rozluźniła, jednak Rose była teraz zdenerwowana z innego powodu. Odchrząknęła nerwowo.

– Proszę księdza, ja i Troye utrzymujemy czystość... I ja jeszcze nie-

– W porządku, nie bój się! – wszedł jej w słowo Alex. – Naprawdę, nie jestem tu po to, by was oceniać. Po prostu posłuchajcie pewnej opowieści...

Erik domyślał się, do czego zmierzał wujek, ale nie był przekonany co do tego pomysłu. Pozwolił mu jednak zabrać głos i wbrew oczekiwaniom Troye’a, który bacznie go obserwował, milczał.

Rose wzięła swoją filiżankę, a następnie upiła z niej łyk herbaty. „To chyba zielona” – pomyślała, przypomniawszy sobie, że przecież nie zwróciła uwagi na wybór. Idąc w jej ślady, Troye uniósł swoją filiżankę. Oboje byli ciekawi, czego się dowiedzą.

– Pierwszego wampira spotkałem jeszcze za czasów seminarium. Mój duchowy przewodnik, nieżyjący już ksiądz, potajemnie badał zachowania wampirów i pomagał im. Pewnego dnia podzielił się ze mną tą tajemnicą. Nie wiedziałem przedtem, że istniejecie... – oznajmił ksiądz Alex, na co Rose uniosła lekko brwi, ale nic nie powiedziała. Człowiek badający zachowania wampirów? Poczuła się jak obiekt testowy. – W każdym razie ten ksiądz opowiadał mi o swoich odkryciach. Starał się ustalić, czy naprawdę we wszystkich aspektach jesteście istotami ciemności i nie ma dla was ratunku. Był po prostu dobrym człowiekiem, widział dobro we wszystkich... 

Tu zrobił przerwę, jakby zastanawiał się, czy mówić dalej. Rose zauważyła, że unikał przy tym spojrzenia Erika, który szukał z nim kontaktu wzrokowego. Jednak po chwili kontynuował.

– Nawet jeśli pewien wampir niegdyś zabił jego matkę, nie potępiał was jako ogółu, a uznał, że jesteście jedynie nieco zagubieni niczym te zbłąkane owce. Mówił mi z pełnym przekonaniem, że zwodzi was błędne założenie, że Bóg wyklucza was ze Swojej Miłości.

Troye poczuł narastającą nieufność wobec jego słów, lecz nie potrafił wytłumaczyć, skąd się u niego wzięła. Zerknął na Rose i w jej spojrzeniu odczytał, że znów odczuwał jej emocje. „Błędne przekonanie” – te słowa księdza Alexa rozbrzmiały echem w głowie Troye’a. Pomyślał, że to właśnie wzbudziło w Rose taki sprzeciw. Ksiądz musiał to zauważyć, bo uniósł brwi, posyłając jej pytające spojrzenie.

– Rose, coś nie tak? – spytał.

– Nie rozumiem, dokąd ksiądz zmierza – oznajmiła nieco oschle. 

Miała dokładnie takie spojrzenie, jakiego Troye czasem się w niej bał – spojrzenie zdające się przewiercać dusze i czytać intencje.

– Właśnie miałem to powiedzieć – odrzekł Alex, uśmiechając się ciepło. 

Troye nie był do końca pewny, czy jego uśmiechy były szczere, natomiast Rose targały mieszane uczucia, bo z jednej strony było w nim coś wzbudzającego nieufność, a z drugiej miała przeczucie, że jego intencje pomocy były szczere. Ta sprzeczność w ocenie denerwowała ją jeszcze bardziej.

– Mój duchowy przewodnik... odkrył sposób na przemienienie wampira w człowieka – oświadczył wreszcie, co zbiło z tropu zarówno Troye’a jak i Rose. Tego żadne z nich się nie spodziewało.

– J-jak?... – wydusiła z siebie Rose.

– Zacznijmy od pewnej zależności wynikającej z jego badań – kontynuował. – Zauważył, że wampiryzm w niektórych przypadkach jest swego rodzaju klątwą. Dotyczyło to jednak ludzi przemienionych w wampiry poprzez ugryzienie, a objawiało się tym, że zdawali się oni w pewien sposób zainfekowani przez wampiryzm, lecz na poziomie duchowym. Jak gdyby zamieszkał w nich zły duch.

 Rose odczuła obcy strach, zapewne należący tym razem do Troye’a, choć sama miała teraz gąszcz przeróżnych myśli w głowie. Już sam pomysł przemiany wampira w człowieka wzbudzał w niej eksplozję uczuć – tego chciała? To było odpowiedzią na jej lamenty? Tutaj pojawiała się jednak przeszkoda, jeśli chodziło o ludzi przemienionych w wampiry – ona nie należała do tej grupy.

– Takiego wampira można przemienić z powrotem w człowieka, lecząc jego duszę z wampiryzmu – tłumaczył dalej ksiądz Alex. – Sam byłem świadkiem takiego nawrócenia i mogę potwierdzić, że ten człowiek żyje teraz w pełni wiary, ciesząc się nowym narodzeniem dla Chrystusa. Uratowała go gorliwa chęć zmiany i wiary. 

– Dobrze rozumiem? – wtrącił Troye. – Można przestać być wampirem, jeśli się uwierzy w Boga?...

– Samo uwierzenie to za mało – odparł. – To dosyć złożony proces zakładający intensywną pracę nad samym sobą i swoją relacją z Panem Bogiem. Mogę go wam dokładnie wyjaśnić później... 

– Ale to nie zawsze działa – odezwał się w końcu Erik. 

Wyglądał, jakby chciał sprostować sytuację, wiedząc o czymś, czego ksiądz Alex im nie powiedział. Ten zaś wahał się chwilę, wpatrując się w Erika. 

– Chodzi ci... o nią, prawda? – spytał gorzko. – To nie do końca tak-

– Tak, no dobra, udało ci się ją wyleczyć – przerwał Erik, po czym lekko się skrzywił, jakby w odrazie. – Sama wybrała powrót do grzechu.

Ksiądz Alex poczuł się nieco zdezorientowany. Nie sądził, że Erik poruszy jej temat, skoro zwykle nie chciał o niej nawet wspominać. Spojrzał na Troye’a i Rose, którzy wydawali się jeszcze bardziej zdumieni od niego.

– Mowa tu o wampirzycy, którą chciałem nawrócić samodzielnie, już bez mojego duchowego przewodnika... – oznajmił. – Jej wiara była taka płomienna, Bóg udzielił jej tej łaski i pozbawił ją wampiryzmu, lecz ona za jakiś czas do niego wróciła...

– ...i stała się jeszcze gorsza niż przedtem – dokończył Erik z urazą w głosie.

Troye zastanawiał się, kim była ta wampirzyca i co znaczyła dla Erika. Próbował sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek opowiadał mu o czymś, co by go naprowadziło, jednak nic nie przychodziło mu do głowy. 

– Przepraszam, nie o niej jest ta rozmowa, lecz oba przypadki dowodzą, że jest to bardzo indywidualna decyzja – westchnął ksiądz Alex. – Rose, widzę, że twój wampiryzm bardzo ci dokucza, odcina cię mocno od Boga... 

– ...tak. Nienawidzę tego, kim jestem... – przyznała po chwili. Jej twarz zelżała, ukazując rozpacz. – Nienawidzę krzywdzenia wszystkich wokół mnie. Nienawidzę... siebie. Naprawdę, bardzo... Bardzo siebie nienawidzę. Nienawidzę.

Troye poczuł, jak serce mu pęka – tym bardziej, że dobrze odczuwał teraz jej emocje, nawet lepiej niż wcześniej. Teraz, kiedy Rose porzuciła barierę nieufności, jej emocje jakby wylały się bezpośrednio w jego umysł niczym rwąca rzeka rozbijająca tamę.

– Proszę, nie mów tak... – wypalił od razu, nie mogąc znieść tej nienawiści, którą poczuł również do samego siebie. Naprawdę tak o sobie myślała? Był przerażony.

– Ale to prawda, Troye – odrzekła cicho, a on odczuł głęboką i bolesną gorycz. 

Był pewny, że Rose tak właśnie czuła się przez większość czasu. Pierwszy raz przekonał się, jak wielką nienawiścią do samej siebie się karmiła i aż nie mógł uwierzyć, że wytrzymywała z nią tak długo. Poczuł żal, że nie potrafił temu zaradzić, bo najwidoczniej nie pomagało jej bycie z nim. Nie zarzucał jej tu winy, lecz sobie samemu. Może wcale nie potrafił jej pomóc tak, jak myślał? 

Ksiądz Alex, oczywiście nieświadomy, co działo się w głowie Troye’a i że było to dzielone także z Rose, kiwnął głową, podejmując temat:

– Przykro mi to słyszeć... Zły wkracza w twoje myśli, są bardzo negatywne. Ale jeśli zechcesz... możesz się nawrócić. Możesz pokochać siebie i innych, pokochać Boga.

Może nie było tego po niej widać, lecz Rose posmutniała jeszcze bardziej, a Troye poczuł przeszywający ból, jednak również nie dał tego po sobie poznać.

– Przepraszam, księże Alexie... – wymamrotała słabo. – To niemożliwe w moim przypadku. Urodziłam się wampirem, nikt mnie w niego nie przemienił... Chyba nie pasuję do twojej propozycji.

–  Nie porzucaj nadziei... Oczywiście, że może to zrobić, dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych – odrzekł. – Obawiam się jednak, że skoro nie byłaś nigdy człowiekiem, może to okazać się bardziej skomplikowane... Oby tylko nie niebezpieczne. Z drugiej strony wampiryzm działa na ciebie jak klątwa, zdajesz się być tym struta. Ciekaw jestem, dlaczego tak jest... Jesteś pewna, że nie masz mieszanego pochodzenia?

– N-nie wiem... Ale to oznacza, że nawet jeśli nigdy nie byłam człowiekiem ani nie mam ludzkiego przodka, mogłabym się poddać takiej przemianie?

– Być może... Musiałbym się nad tym zastanowić.

 – Chwila, stop! – przerwał Troye. – Ta część o niebezpieczeństwie mi się nie spodobała. Rose nie będzie żadnym obiektem testów.

– Oczywiście, że nie – zapewnił ksiądz Alex, posyłając mu łagodzący uśmiech. – Nie zrobię nic bez jej zgody. Nie chcę jej na nic narażać, myślę tylko, jak jej pomóc. Gdybym tylko wiedział, dlaczego twój wampiryzm, Rose, tak na ciebie działa... To bardzo zastanawiające. 

Zapadła chwila ciszy. Erik ciągle siedział ze skrzyżowanymi na piersi rękoma, pogrążony głęboko w myślach. Alex się zadumał, jakby szukał przyczyny, o której właśnie wspomniał. Myśli Rose nieprzyjemnie się plątały, a Troye wyobraził sobie Rose jako człowieka.

Czy przemiana naprawdę wyleczy ją z tej nienawiści do samej siebie? Czy jej przyczyną w ogóle był wampiryzm? Poczuł, jak bardzo ją kochał, ale również, jak bardzo nie potrafił jej kochać. Czego ona tak naprawdę potrzebowała?

– Msza! – krzyknął nagle ksiądz Alex, wyrywając wszystkich z zamyślenia. – Wybaczcie, kochani, jeśli teraz nie wyjdę, to się spóźnię... W każdym razie, Rose, jeśli chcesz, pomyślę, jak ci pomóc i nawet jeżeli nie uda mi się wymyślić bezpiecznego sposobu na przemienienie ciebie w człowieka, pamiętaj, że zawsze możesz przyjść ze mną porozmawiać i spróbować zbliżyć się do Boga mimo wszystko. On cię kocha, bardzo. Kocha cię o wiele mocniej, niż ty nienawidzisz siebie.

 

~*~

 

Cisza i samotność były nieodłącznymi muzami Raymonda Elliota. Dawno już nie wychodził z malowaniem na dwór – zwykle nie miał ochoty przenosić wszystkich potrzebnych przedmiotów z miejsca na miejsce, lecz dziś było inaczej. Może to zmiana pogody i rześkie, wieczorne powietrze? A może to widok lasu przywodzącego na myśl tamten spacer...

Wciąż myślał o kontraście pomiędzy dwiema Bellami  – tej eleganckiej z wernisażu i tej zmęczonej ze spaceru. A może jednak wcale tak się nie różniły? Może na wernisażu nie dostrzegł, że już wtedy była do tego stopnia przytłoczona? Rozmowa z nią wzbudziła w nim wątpliwości. Myślał, że wszystko było mu jedno, a tymczasem troszczył się o życie innych osób. Dlaczego wzbudził się w nim taki sprzeciw na myśl, że to ona mogłaby odebrać sobie życie? Przecież nie była mu w żaden sposób bliska, ledwo się znali... A jednak miał bardzo dziwne przeczucie, że coś ich łączyło. Może to przez jej opowieści o tym, jak źle czuła się ze samą sobą. Chciałby zrozumieć to lepiej, może faktycznie była w podobnym miejscu co on... a może miała zupełnie inne udręki. 

Nagle zaostrzyły mu się zmysły. Zdało mu się, że poczuł jej zapach, lecz nigdzie jej nie widział ani nie słyszał. To przez myśli o niej? Nie, nie mogły być aż tak realistyczne. Spojrzał na czerwoną farbę na czubku pędzla, którą jeszcze przed chwilą rozbryzgiwał na płótnie z dziwną melancholią. Przeczucie o czyjejś obecności go nie opuszczało, więc zaufał instynktowi i zrzucił nieco farby z pędzla przed siebie. W powietrzu zawisła czerwona, wypukła plama, a chwilę potem pojawiła się przed nim Bella... z czerwonym nosem. Przez moment stała w bezruchu, ze zmarszczoną miną i zaciśniętymi powiekami.

– ...ale trafiłeś – skwitowała w końcu.

 Ten widok był dla Monda absolutnie komiczny, jednak nie zdołał wzbudzić w sobie krztyny rozbawienia. Zamiast tego prychnął prawie niezauważalnie, jak gdyby chciał się roześmiać, ale nie potrafił.

– Cześć. Co to za skradanie się? – spytał na jednym tonie.

Bella speszyła się jeszcze bardziej. Na ogół całkiem dobrze radziła sobie ze swoim darem niewidzialności i potrafiła się bezszelestnie przemieszczać, jednak tym razem zawiodła ją jej niezdarność, kiedy potknęła się o wystający z ziemi korzeń. To wtedy Mond musiał ją usłyszeć... Zaczęła bezmyślnie ścierać sobie farbę z nosa, rozmazując ją tylko jeszcze bardziej i brudząc sobie rękaw bluzy. 

– Nie chciałam ci przerywać... Popatrzę sobie w ciszy – oznajmiła nieśmiało i przycupnęła na werandzie jego chatynki.

– Jeśli chcesz zmyć tę farbę, to możesz wejść do Pleśnianki – mruknął w odpowiedzi.

– Do czego?...

– To mój dom, za tobą.

– Och... Ty tu mieszkasz – zdała sobie sprawę, oglądając leśną chatkę.

 „To by wyjaśniało, dlaczego od niego też trochę czuć pleśń...” – pomyślała, wstając, by wejść do środka i umyć twarz. Spojrzała na rękaw bluzy umazany farbą, lecz postanowiła nic z tym nie robić i wróciła do Monda. Ku jej zdziwieniu, siedział na ziemi u stóp sztalugi, gapiąc się w rozłożone pod nią gazety. 

– Nie malujesz już? – zapytała.

– Chyba straciłem poczucie sensu na tym płótnie. Dokończę innym razem – odparł.

Bella zakłopotała się, mając coraz silniejsze przeczucie, że może nie powinna była tu przychodzić.

– To przeze mnie? Może lepiej pójdę, żebyś mógł skończyć...

– Nie, nie będę teraz kończył – odrzekł, podnosząc się z ziemi, po czym wziął pędzel do ręki i spojrzał na nią. – Myślałem właściwie... Chcesz sama spróbować? Na nowym płótnie – wyciągnął pędzel w jej stronę.

Bella zdziwiła się jeszcze bardziej.

– O-och... Nie, ja nie umiem malować – wydukała.

– Ja też nie – mruknął Mond, wzruszając ramionami. – Ale pędzlem machać umiesz?

Nie wiedziała, co powiedzieć. Myślała, że poogląda, jak on malował, a nie będzie malować sama. Nie potrafiła stwierdzić, skąd wziął się u niego taki pomysł, lecz najwidoczniej mu na tym zależało.

Chwyciła zatem pędzel w dłoń, a Mond wymienił płótno na nowe, po czym pokazał jej, żeby zanurzyła pędzel w wybranej farbie.

– Stań tu... – polecił, gdy była gotowa. Jednym ruchem wsunęła się pomiędzy płótno a niego. – A teraz pomyśl o tamtym czasie, gdy chciałaś pozbawić się życia.

Posłała mu zdezorientowane spojrzenie, ale szybko dodał:

– Co wtedy czułaś? Przywołaj te emocje... Rzuć nimi w płótno.

Zrozumiała – chciał pokazać jej, w jaki sposób tworzył swoje malowidła, w końcu po to tu przyszła. Intrygował ją jego proces tworzenia, który określał jako ciskanie farbą w płótno tak, jakby kazał mu to robić ktoś inny. Mond z kolei stwierdził, że była to idealna okazja do lepszego zrozumienia Belli – przeanalizowania tego, co czuła i co o sobie myślała. Miał nadzieję, że uda jej się wyciągnąć z siebie coś interesującego, co przybliży mu jej osobę. 

Bella ścisnęła pędzel w dłoni i wlepiła wzrok w płótno. Ujrzała na nim przestraszoną i nieszczęśliwą siebie modlącą się w ciszy bez nadziei. Ujrzała wodospad, któremu przypatrywała się ze swojej rodzinnej rezydencji, w który wgapiała się godzinami, szukając odpowiedzi. Ujrzała ślady stóp odbite w mokrej ściółce leśnej, kiedy uciekała przed własnymi myślami. Poczuła, jak bardzo zagubiona wciąż była. Zamachnęła się pędzlem, po czym jednym gwałtownym ruchem rozpryskała farbę na płótnie, tworząc na nim podłużną, nierówną kreskę wiodącą przez jego środek. Wzięła głęboki oddech. Rozdarcie... To czuła. 

Zmieniła farbę i cisnęła nią w poprzek płótna. Krzyż. Zaczęła machać pędzlem na różne strony, a ślady farby utworzyły kształty przypominające jej gęsty las... Gąszcz podłużnych plam zbliżonych kształtem do krzyża. Rzucała farbą dalej, by pokryć całe płótno, zmieniając kolor co jakiś czas.

Mond przyglądał się temu z zaciekawieniem – już dawno nic nie interesowało go tak bardzo jak kreski tworzone przez Bellę. Ciężko było już dostrzec te dwie, od których rozpoczęła. Krzyż... Pomyślał, jak na początku wszystko było dla niej takie proste, bo wiara wyjaśniała wszystko... Prosta, jedna jedyna droga. A teraz? Zmieniała barwy na coraz ciemniejsze. Początkowej drogi nie było już widać.

Ostatnia kreska oddana przez nią była intensywnie czerwona i biegła przez środek płótna tak, jak pierwsza, ale nie było już drugiej, która utworzyłaby z nią krzyż. Bella przyjrzała się jeszcze swojemu dziełu przez chwilę, lecz w końcu opuściła rękę z pędzlem.

– No właśnie... – odezwał się Mond. – Tak to wygląda też u mnie, a jednak twoje plamy mają jakiś inny charakter.

– Serio? Może... W każdym razie, trzymaj! – odrzekła, oddając pędzel Mondowi, a on spojrzał na nią z niezrozumieniem. – Teraz twoja kolej, śmiało... W końcu ty miałeś więcej takich sytuacji.

Mond obrócił pędzel w dłoni.

– Ale... to ty miałaś malować.

– Mond, proszę. Ty też musisz się z tego oczyścić, nie ma tak łatwo.

Ustąpiła mu miejsca przy płótnie, obserwując, jak podchodzi na jej miejsce.

– Tylko nie mam już kolejnego czystego płótna – westchnął Mond, patrząc na swoje zasoby malarskie.

Bella pokręciła głową.

 – Chcę, byś dołożył swoje emocje do mojego obrazu. To będzie nasze wspólne malowidło.

Nie miał chęci już się dłużej z nią sprzeczać, więc zwrócił się w stronę płótna i zaczął dokładać swoje plamy tak, aby nie przysłonić znaczących elementów nałożonych przez Bellę.

Dlaczego chciał pozbawić się życia? Bo nie miało dla niego najmniejszego znaczenia. Jak długo można żyć w ciele, które przestało się zmieniać? Jak długo można żyć bez celu? Jak długo można żyć bez emocji? Nawet, jeśli coś go poruszało, w końcu stawało mu się obojętne. Co czekało go na końcu takiej drogi? I kiedy ten koniec wreszcie nastąpi? Plama za plamą rzucane przez niego na płótno nie potrafiły mu odpowiedzieć. 

Pomyślał o matce, która zawsze narzucała mu swoje pomysły, a on wypełniał jej plany, by tylko uniknąć kary. Że też jej darem była manipulacja... Potrafiła zadać ostry ból, sądząc, że w ten sposób nauczy kogoś szacunku i posłuszeństwa. Może byłby inny gdyby nie jej wpływy, chociaż... chyba zawsze taki był. Obojętny, oschły, samotny, potwornie samotny... A jednak bez chęci i potrzeby bliskości. Wcale nie żył, tylko wegetował. Za każdym razem, kiedy próbował nadać swojej egzystencji jakiś sens, nie powodziło mu się. Nic już nie miało sensu.

Poczuł nagłe pobudzenie... To był gniew, prawdziwy gniew, wreszcie jakaś emocja. Poczuł, jak gniewna siła wypełniała go i rozkazywała mu rzucać gwałtowne plamy farby w płótno... Wspaniałe uczucie. Rozkręcał się, ale kiedy prawie zasłonił kreskę Belli idącą przez środek płótna, zatrzymał się.

Bella... Coś się w nim przestawiło, poruszyło. Zaczął nakładać farbę delikatnie, z nieznaną sobie dotąd czułością. Odrzucił pędzel, chciał dotknąć płótno własnymi rękami. Zanurzył dłoń w czarnej farbie, pomyślał o jej długich, prostych włosach... Przejechał po płótnie samymi opuszkami, bardzo wrażliwie, jakby bał się, że mogło ją to zaboleć. Bella... ona była jakimś mistycznym stworzeniem poruszającym obszary jego duszy, o których nie wiedział. Jeszcze nie sprawiła, by poczuł coś konkretnego, lecz zdawała się dopiero otwierać drzwi do dalszych, nieznanych mu zakamarków dających nadzieję. Coś tu jednak nie pasowało... On... On i szczęście. Przecież ona też mogła mu się stać po jakimś czasie obojętna, a wtedy... Wtedy on zada jej cios swoim sercem z kamienia, a ona rozleci się w pył, utraci ją na zawsze. 

Napłynęła gorycz, a plamy oddawane na płótnie stały się gwałtowniejsze i agresywniejsze. Znów ta złość... Na samego siebie. Znów wpadał w labirynt, z którego nie było wyjścia. Co było przyczyną?... Kto był przyczyną? On. Jego zepsuty umysł i zepsute serce.

Płótno zapełniało się coraz agresywniejszymi plamami. Wrócił do pędzla, oddychając ciężko i dodając coraz nowe barwy, marszcząc twarz w gniewie. Czegoś wciąż tu brakowało, co złościło go jeszcze bardziej. Zaplątał się, mając wrażenie, że już nic na tym obrazie do siebie nie pasowało. W końcu zamachnął się ręką i jednym, zdecydowanym ruchem pełnym nienawiści wbił pędzel w płótno z całej siły, jak gdyby zadawał nim śmiertelny cios. 

Stał chwilę w bezruchu, łapiąc powietrze i dziwiąc się, jak bardzo dał się ponieść. 

–  Cholera... Zepsułem ci obraz.

Bella otrząsnęła się z szoku spowodowanego tym procesem twórczym i podeszła nieco bliżej.

– Absolutnie nie, Mond! – zaprotestowała, wyciągając przed siebie ręce w uspokajającym geście. – Teraz... Chyba lepiej rozumiem, jak się czułeś. Twoje emocje też są ważne, pamiętaj o tym...

Nie był tego taki pewny. Jeszcze chwilę temu martwił się, że skrzywdzi Bellę, a teraz zniszczył jej malowidło. Nie chciał nawet patrzeć na płótno. Spuścił wzrok, ale jego twarz znów nie okazywała żadnych emocji.

Bella wahała się jakiś czas, lecz w końcu podeszła jeszcze bliżej i przytuliła go do siebie. Chciała mu pokazać, że nie miała mu tego za złe, a właściwie była zadowolona, mogąc zobaczyć go w tej nowej odsłonie. Mond natomiast zastygł w bezruchu, napinając każdy mięsień swojego ciała. W jego mózgu nastąpiła jakaś eksplozja – nie wiedział, co w ogóle myślał, co czuł i co powinien zrobić. Czy ktoś kiedyś kiedykolwiek przytulił go w ten sposób?

Czując, że jej dotyk go sparaliżował, Belli zrobiło się głupio i puściła go. Może jednak nie powinna, w końcu niedawno się poznali... Poczuła się zażenowana samą sobą. Siląc się na uśmiech, oznajmiła, że powinna już się zbierać, lecz Mond tylko kiwnął głową i odpowiedział, że sam już posprząta po malowaniu. Zrobiło się bardzo niezręcznie, ale żadne z nich nie wiedziało, jak miało się zachować. Bella ruszyła więc w drogę powrotną, zadręczając się w myślach poczuciem beznadziejności, lecz wtedy usłyszała jeszcze cichy głos Monda, w którym odczytała zalążek uśmiechu:

– Dziękuję.

 

~*~

 

Szum nocnego wiatru przywiódł chłodne powietrze przez otwarte okno do pokoju Niny leżącej bez większego ładu w jasnej pościeli. Czuła się jak figurka z porcelany czekająca, aż ktoś wyjmie ją z szuflady i postawi na półce, w najbardziej widocznym miejscu w domu. Wyobraziła sobie, że tym kimś był Drew, za którym tęskniła, mimo że wyszedł od niej jakieś dwie godziny temu. Chciała, by ją podziwiał, by jej pragnął... Zdominował jej umysł całkowicie, lecz nie wydawało jej się, by przyczyną były jego wampirze zdolności, a raczej uczucia, jakie w sobie do niego wzbudziła.

Dawno już nikt nie zawrócił jej aż tak w głowie albo przynajmniej tak jej się wydawało. Lubiła, kiedy mogła coś dla niego zrobić, a on potem zadowolony głaskał ją po głowie i chwalił, jak tylko mógł. W jego ramionach czuła się tak maleńka i krucha jak porcelanowa lalka, a jego zadaniem było ochranianie jej jak najcenniejszego skarbu. 

Usłyszała dźwięk klamki do drzwi i serce jej podskoczyło. Zamarła bez ruchu, zbyt przerażona, by odwrócić się ku wejściu do pokoju i sprawdzić, kto właściwie przekroczył jego próg. Gdyby był to ojciec, raczej od razu by się odezwał, ale wolała zaczekać i sprawdzić, co się stanie. Nie wiedziała, jakby zareagował, gdyby się teraz obudził. 

Tym, który wszedł do pokoju, był jednak oczekiwany przez nią Drew Elliot. Przypatrywał jej się chwilę, zaskoczony, że leżała dokładnie tak, jak ją zostawił. Po jej oddechu wiedział, że nie spała, zatem musiała tak na niego czekać. „Grzeczna dziewczynka, nawet bardziej, niż myślałem. To dobrze.” – pomyślał, po czym zrzucił z siebie kurtkę i spodnie, by następnie położyć się obok niej najdelikatniej, jak tylko potrafił. Jej napięte z niepokoju mięśnie rozluźniły się, gdy tylko poczuła jego ciało obok siebie. 

–  Wreszcie jesteś... – wyszeptała.

– O, nie spałaś, Nini? – spytał Drew z udawanym zdziwieniem, które wykryła, jednak zignorowała.

Obróciła się w jego stronę.

– Bez ciebie nie mogę... – odrzekła, przysuwając się bliżej, by się w niego wtulić. – Ojciec jest dalej zahipnotyzowany?

– Tak, spokojnie – odszepnął łagodnym tonem. – Nie pozwolę mu cię skrzywdzić, Nini... Pamiętaj.

Odgarnął jej włosy z szyi, przejeżdżając po niej wzdłuż palcem. Przeszył ją przyjemny dreszcz. Poczuła, że potrzebowała więcej jego dotyku, jednak najpierw chciała się czegoś dowiedzieć.

– ...gdzie byłeś?

– Na mieście, miałem parę spraw do załatwienia.

– Zawsze tak mówisz... Co to za sprawy?

– Niedługo się dowiesz, obiecuję. Jeszcze nie mogę powiedzieć... Zepsułbym całą niespodziankę.

Nina westchnęła cicho. W głębi duszy miała nikłą nadzieję, że tym razem jej powie.

– Nini... – szepnął, głaszcząc delikatnie kciukiem jej piegowaty policzek. – Zaufaj mi... Ja też na coś czekam, pamiętasz?

Nie odpowiedziała. Tak, doskonale pamiętała. Była już bliska powiedzenia mu, lecz jeszcze niezupełnie gotowa. 

– Niedługo... – odparła.

Drew uśmiechnął się niewinnie.

– Jestem cierpliwy... Ty też bądź – dodał, po czym cmoknął ją w czoło.

Na jej usta wkradł się miękki uśmiech. Jasne, będzie cierpliwa, dla niego warto... Spojrzała na niego zachłannie. Doskonale wiedział, czego chciała, już świetnie znał to spojrzenie.

– O tym też już rozmawialiśmy... – wtrącił spokojnie.

– Wiem, wiem... Ale to trudne... – jęknęła.

Przytulił ją do siebie, nic już nie mówiąc. Wszedł w jej umysł... marzyła, by wszedł też w jej ciało. Chciała być tylko jego oraz by on był tylko jej. On się nie godził... Tak, rozmawiali już o tym, jednak wciąż nie do końca rozumiała, dlaczego. Przyzwyczaiła się już do zimna bijącego od jego ciała, a nawet je polubiła. Podobała mu się czy nie? Uznała, że ich związek był dosyć dziwny.

Całował ją tak gorliwie, może nawet nieco brutalnie, zachłannie. Jak wtedy, gdy pił z niej krew... Sama nie widziała, dlaczego to jej się tak bardzo podobało. Być może były to jakieś przejawy masochizmu? Nie była pewna, lecz postanowiła to zignorować. Czuła się zbyt zmęczona wszystkim innym dookoła, żeby jeszcze rozpatrywać takie kwestie. Wychodziła z założenia, że skoro czuła się przy nim dobrze, to wszystko było w porządku. Gdzieś z tyłu czaiła się myśl, że może jednak była zbyt naiwna, ale chciała wreszcie pozwolić sobie na coś miłego w życiu bez żadnych wyrzutów sumienia, a przebywanie z Drew było dla niej zaskakująco miłe.

Jego również nieco dziwiło to zainteresowanie jego osobą, choć na wszelki wypadek postanowił je wzmocnić swoim wampirzym urokiem. Był dobrym manipulatorem, a wampirze zdolności tylko mu to ułatwiały. Nie przejął jej umysłu zupełnie – od czasu do czasu dodawał tam tylko swoje dwa grosze. Chciał, żeby Nina sama w końcu uwierzyła w jego jak najlepsze intencje. Tylko jej w tym odrobinę pomagał. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz