Kiedy Troye Jardin poznał Rose Elliot, nie miał pojęcia, że wkrótce stanie się ona największą karuzelą emocjonalną jego życia.
Spotkali się przypadkiem – choć Troye uznał to za zrządzenie losu – gdy nieco zdezorientowana Rose zgubiła się na uczelni. Okazało się, że zupełnie pomyliła wydziały, ale Troye, zaintrygowany i urzeczony dziewczyną, postanowił osobiście odprowadzić ją na zajęcia, tym samym rezygnując z własnych.
Od tego czasu wypatrywał jej każdego dnia, żałując, że nieśmiałość z nim wygrała, gdy miał spytać o jej numer telefonu. Na szczęście zapamiętał jej imię i nazwisko – ba, nawet naskrobał je sobie na nadgarstku, gdy tylko odprowadził ją na zajęcia. Napis sprytnie zasłaniał zegarek na ręce, ale Troye przyglądał mu się dyskretnie na pozostałych zajęciach, jak i również później przed snem, gdy tusz długopisu był już ledwo widoczny. Wciąż jednak dało się odczytać imię i nazwisko nieznajomej: Rose Elliot.
Nie znalazł jej na żadnym portalu społecznościowym ani na żadnej innej stronie, gdy wpisał jej imię w wyszukiwarce internetowej. Kilka nocy z rzędu zasypiał z niepokojącą myślą, że gdy się obudzi, Rose Elliot okaże się tylko snem. Brakowało mu spełnienia niezrealizowanej potrzeby poznania jej, więc zaczął ją sobie wyobrażać taką, jaka wydała mu się tego dnia – delikatną i niewinną. Wtedy Troye nie miał pojęcia, że niepozorna Rose Elliot była w rzeczywistości uśpionym wulkanem.
Pewnego dnia spotkali się ponownie, a Troye poczuł w sobie nowy zapał do tej znajomości, który jednak zgasł szybko, gdy podszedł się przywitać. Na widok Rose ucieszył się tak bardzo, że nawet nie zauważył towarzyszących jej znajomych – dwóch chłopaków i jednej dziewczyny. Znajomi Rose patrzyli na niego tak, jakby mieli go za chwilę wyśmiać, czego ogromnie się obawiał. Zdążył jeszcze wydusić z siebie parę zdań, których potem nawet nie pamiętał, zanim odszedł ze wstydem. Zdecydował więc, że na razie wystarczy mu przypatrywanie się jej z oddali, wyobrażanie sobie ich relacji oraz krzyżowanie z nią spojrzeń. Wtedy jeszcze nie zauważał, że spojrzenia, które on jej posyłał, były pełne podziwu, troski i wrażliwości, podczas gdy jej oczy wypełniały fascynacja, chęć przygody i coś jeszcze, o czym nawet by nie pomyślał.
Troye marzył o tym, by Rose myślała o nim tak często, jak on rozmyślał o niej – i w pewnym sensie marzenia te były prawdą. Nigdy wcześniej tak się nikim nie zainteresowała, a do tego wciąż czuła jego specyficzny, przyjemny zapach, który zapamiętała już przy pierwszym spotkaniu. Póki co jednak starała się, by dowodzenie niezmiennie należało do jej rozsądku – inny wybór mógł być nieodwracalny, doskonale o tym wiedziała. Łatwo było dotrzymać tego postanowienia, gdy Troye nie kręcił się w pobliżu, ale wkrótce zaczęli wpadać na siebie częściej, a Rose nie miała już pojęcia, z czyjej winy to się działo. Jedno wiedziała na pewno – przypadki nie istniały.
Żadne z nich nie odważyło się poczynić kroku naprzód w tej relacji aż do przyszłego roku akademickiego, kiedy to Troye gruntownie postanowił, że musiał tę sytuację zmienić.
Wciąż szukał sposobności do zbliżenia się do Rose, a impreza organizowana przez znajomego z roku wydawała się odpowiednia. Troye jednak nie był przekonany. Jego introwertycznej duszy nie podobała się wizja spędzenia tam czasu, ale w wakacje poprzysiągł, że bardziej otworzy się na ludzi, a co ważniejsze – ona miała tam być. W pewnym momencie doszedł do wniosku, że na próżno marzy i fantazjuje, a nawet wstydził się, że w ogóle to robił. Postanowił o niej zapomnieć, jednak uczucie było silniejsze, mimo że nie wiedział o niej prawie nic.
Kiedy jeszcze w zeszłym roku Rose próbowała z nim flirtować, on nie potrafił odpowiedzieć na to w żaden sposób, więc improwizował, ale czuł tylko, że robił z siebie idiotę. Wstyd postrzegał jako najgorsze uczucie, ale z drugiej strony Rose wciąż ogromnie mu się podobała. Liczył na to, że impreza u Dona Singha coś w nim zmieni, że wyjdzie z niej jako pewny siebie facet, u boku Rose Elliot wpatrzonej w niego jak bohatera. Troye zdawał sobie sprawę ze śmieszności tej wizji, ale nie sądził, by Rose rozumiała, jak bardzo introwertycy tacy jak on musieli się namęczyć, by wyjść ze swojej skorupy, i jak dumni i zwycięscy się czuli, kiedy to się udało. Przestał jednak uciekać od tej decyzji, stawiając na konfrontację – albo wreszcie spróbuje poznać Rose taką, jaka jest naprawdę, albo da sobie z nią spokój raz na zawsze.
Troye myślał nad tym cały czas i niemal trząsł się z nerwów. Czuł się tak niespokojny i miał ciężkie uczucie na żołądku, jak gdyby miał poddać się jakiejś skomplikowanej i ryzykownej operacji, a nie po prostu iść do kumpla na domówkę. To uczucie utwierdzało go tylko w przekonaniu, jak żałosny był.
Po skończonych piątkowych zajęciach wrócił do mieszkania i wziął prysznic. Nie był w stanie niczego zjeść, więc od razu zaczął szykować się do wyjścia. Na tę okazję kupił specjalnie podziurawione dżinsy i skóropodobną kurtkę. Kiedy stał przed lustrem, ubrany w wyżej wymienione części garderoby oraz biały T-shirt, czuł się po prostu nieswojo, jakby widział w tym lustrze kogoś obcego. Zawziął się jednak, by pod żadnym pozorem nie okazywać żadnych oznak prawdopodobnej fobii społecznej i po prostu wyluzować.
Jeszcze dziwniejsze uczucie ogarniało go, kiedy nażelował i ułożył sobie włosy. Stwierdził, że wyglądały jak tłuste, czarne glisty i poczuł jeszcze większe mdłości. Impulsywnie odkręcił kran i zmył przesadną ilość żelu z włosów. Ostatecznie wysuszył je i po prostu zaczesał do góry. Teraz pozostawały w kontrolowanym nieładzie, co zdaniem Troye’a wyglądało o wiele lepiej. Ubrania nie zmienił, chociaż zastanawiał się nad zmianą T-shirtu na białą koszulę, ale nie był pewny, czy to będzie do siebie pasować. Z żałością pomyślał, że przejmował się swoim wyglądem prawie jak nastoletnia dziewczyna, a nie jak dorosły mężczyzna. Przed wyjściem założył jeszcze zegarek, który dostał na osiemnaste urodziny i uważał, że pasował do stylu, jaki chciał osiągnąć. „Plus dziesięć do dorosłości” – pomyślał Troye i spoliczkował mentalnie samego siebie za użycie tego określenia.
Dezorientujące, nieprzyjemne uczucie wstydu nie opuszczało Troye’a na krok. Znajomi nie poznali go na pierwszy rzut oka, ale gdy to się już stało, powitali go entuzjastycznie, sypiąc pochlebne komentarze na temat jego wyglądu i tego, że przyszedł i będzie bawił się razem z nimi. Już na wejściu wetknięto mu plastikowy kubeczek zawierający jakiś alkohol, ale Troye nie był w stanie go zidentyfikować. W jego głowie pojawiła się niepokojąca myśl, że to mogła być jakaś mieszanka wybuchowa i postanowił przy najbliższej okazji wylać tę miksturę do stojącej w rogu pomieszczenia donicy z pewną rośliną.
W głębi pokoju dostrzegł Rose uśmiechającą się do niego zagadkowo. Spanikował, gdy zaczęła iść w jego stronę i wypił tajemniczą zawartość kubeczka jednym haustem. W myślach skarcił swoją głupotę, gdy alkohol uderzył mu do głowy. Nie był abstynentem, ale zwykle nie pił dużo alkoholu, a na pewno nie tak szybko i nie tyle naraz. Zaczął panikować, że zaraz zwymiotuje i, co gorsza, Rose to zobaczy, ale resztki zdrowego rozsądku zmusiły go do rozluźnienia się. Wziął dwa głębokie wdechy i uśmiechnął się najluźniej, jak potrafił.
– Troye Jardin – odezwała się Rose i uśmiechnęła się słodko. – Nie sądziłam, że przyjdziesz.
Troye zaśmiał się i przeczesał włosy palcami u dłoni.
– Teraz, gdy przyszedłem, ta impreza dopiero się zacznie – stwierdził, starając się nie myśleć, że brzmiało to bardzo nie w jego stylu.
Rose uniosła brwi do góry i również się roześmiała.
– Mówisz? Nie miałam pojęcia, że taka z ciebie dusza towarzystwa – oznajmiła, a Troye ponownie poczuł się jak zdrajca samego siebie. – Chętnie to zobaczę.
Uśmiechała się tajemniczo, patrząc na niego z ciekawością. Troye postanowił ignorować wszelkie myśli, które go w tej chwili nachodziły, i działać impulsywnie, toteż odrzucił pusty kubeczek za siebie i porwał Rose do tańca. Zaskoczył ją i przez chwilę myślał, że go odepchnie albo zruga, jednak ona znów się zaśmiała i niedługo potem skakała razem z nim w rytm żywej muzyki. Troye wreszcie poczuł się z siebie dumny.
Pewności siebie dodawały Troye’owi również kolejne kubeczki z tajemniczym alkoholem. Czuł się coraz lepiej, odkąd pojawiło się w nim nieznane, ekscytujące uczucie, które wziął za adrenalinę. W pewnej chwili pomyślał, że może należałoby przystopować, bo jutro świat się nie kończy i pewnie wstanie z potwornym kacem, jednak zdrowy rozsądek zdawał się w tej chwili psuć mu zabawę albo wręcz go obrażać.
Troye zastanawiał się, czy jutro będzie pamiętał, jak tańczył z Rose, flirtował z nią śmiało, później namiętnie ją całował. Nie poznawał sam siebie i w pewnym stopniu czuł, że powinien przestać, ale czym więcej czasu z nią spędzał, tym bardziej myślał, że nie była wcale taka niewinna, a śmiała i oczekiwała równie śmiałego zachowania w swoją stronę. A może była taka na imprezach? Świadomość, że tyle jeszcze o niej nie wiedział i mógł to stopniowo odkrywać, napawała go jeszcze większą fascynacją jej osoby. Alkohol i gromkie okrzyki znajomych zachęcały go do kontynuowania ścieżki, którą obrał. Nie miał pojęcia, jak to wszystko się skończy, ale przestało go to niepokoić – wręcz przeciwnie, czuł ekscytację z tego powodu.
W pewnym momencie uświadomił sobie, że on i Rose nie byli jedyną obściskującą się parą – w kątach salonu było ich pełno, a co więcej, rozkręcały się coraz bardziej. Troye spojrzał w kocie oczy Rose, które swoim wyrazem zachęcały go, by szli dalej. „Nie tak, nie teraz, nie tutaj…” – przewijało się przez myśli Troye’a. Teraz czuł dosadnie, że za chwilę na dobre wyrzeknie się samego siebie i przekroczy tym razem nieodwracalną granicę. Przeprosił ją i postanowił wyjść na zewnątrz.
Chłodne, nocne powietrze spłynęło na niego jak zimny prysznic. Poczuł się, jakby alkohol i bezmyślność z niego wyparowały, a na ich miejsce wrócił rozsądek. Bawił się dobrze, ale teraz zdecydowanie trzeba przestać. Sprawdził telefon. Dostał SMSa od młodszej siostry z zapytaniem, jak minął mu dzień. Wysłała wiadomość trzy godziny temu. Troye poczuł się winny, że nie odpisał. Dochodziła już pierwsza w nocy, więc postanowił, że jutro napisze do siostry, że poprzedniego dnia wrócił zmęczony z uczelni i spał resztę dnia – o ile nie prześpi również dnia kolejnego, bo coś mu się wydawało, że po takiej ilości alkoholu głowa mogła mu pęknąć. „Cud, że się nie porzygałem” – pomyślał z ulgą.
Zamierzał od razu wrócić do siebie, nawet nie żegnając się z gospodarzem. On i tak nie zauważyłby nieobecności Troye’a, bo był zbyt pochłonięty imprezą tak, jak sam Troye przed chwilą. Teraz myślał o tym wszystkim z odrazą – ludzie potrafili zachowywać się jak zwierzęta, wszyscy jednakowo. Spojrzał jeszcze na dom Dona, po czym odwrócił się i ruszył w drogę powrotną. Nie zdążył jednak nawet dotrzeć do furtki, nim usłyszał swoje imię.
W progu domu stała Rose. Troye analizował teraz jej wygląd niczym skaner. Jej cieniowane włosy farbowane na czerwono sterczały teraz w lekkim nieładzie, a on przypomniał sobie, jak przeczesywał je własnymi dłońmi. Jej intensywnie, nienaturalnie zielone oczy wpatrywały się w niego pytająco.
– Idziesz już? – zdziwiła się i podeszła bliżej. Nie chciała mu na to pozwolić. W tym momencie Troye intrygował ją jeszcze bardziej niż kiedykolwiek.
Troye kiwnął głową.
– Było genialnie, naprawdę – zapewnił. – Jednak muszę… Muszę jutro rano wstać wcześnie, a już i tak trochę przegiąłem. Do zobaczenia w poniedziałek!
– Czekaj! – zatrzymała go ponownie i podeszła jeszcze bliżej.
Stanęła dokładnie naprzeciwko niego i poczuła mocne, męskie perfumy. Troye specjalnie wybrał taki zapach, żeby nie było czuć od niego potu. Rose spojrzała na niego tak samo jak jeszcze niedawno w rogu pokoju i Troye znów poczuł to intrygujące, pociągające uczucie z nieznanym zakończeniem.
– Pocałuj mnie, zanim pójdziesz – zażądała, a Troye bez wahania przyciągnął ją do siebie.
Czuła, jak znów przeczesywał jej włosy swoimi zdecydowanymi, lecz przy tym również i delikatnymi dłońmi. Pragnęła zachować jego dotyk i zapach tylko dla siebie – nie chciała, by teraz szedł do domu. Jego postać uderzyła jej do głowy mocniej niż alkohol. Sprawiła, by przywarł do ściany domu, gdzie nikt ich nie widział… Teraz wreszcie mogła zaspokoić pragnienie. Oderwała swoje usta od jego warg, by przenieść je na jego szyję…
– Co ci się stało? – zapytał nagle Troye, co kompletnie zbiło ją z tropu.
– C-co?... – zdezorientowana Rose odsunęła się od niego na tyle, by zobaczyć to, co pokazywał.
Troye delikatnie ujął jej jasną rękę, na której widniało cienkie, ale mocno krwawiące rozcięcie.
– To… Musiałam o coś się drasnąć, ale bez obaw. To mnie nie boli – zapewniła, jednak Troye uniósł jej rękę do ust i pocałował delikatnie ranę.
Nieco jej krwi pozostało na jego wargach – jednak na tyle dużo, by wprawić Rose w przerażenie. Troye znów posłał jej pytające spojrzenie, widząc jej reakcję, lecz potem dotarł do niego smak jej krwi. To było niewiele, ale poczuł się, jakby znów wypił kubeczek podejrzanego alkoholu.
– Nie! – krzyknęła z niepokojem w głosie.
– Wyjaśnij… – poprosił Troye, czując się nagle otępiały i podpierając się o mur domu. Nie umiał nawet porządnie się wysłowić.
Rose ogarnęła złość i wykrzywiła jej twarz w takim stopniu, że Troye bez wahania mógłby nazwać ją teraz kimś innym.
– Ty cholero… Ja się tak męczę, żeby się napić, a tymczasem to ty pijesz moją krew! – warknęła ze złością, a Troye zastanawiał się, czy dobrze usłyszał.
Chwilę później Rose nachyliła się z impetem w jego stronę i ugryzła go w szyję.
Troye poczuł, jakby ukłuły go dwie grube igły, i krzyknął z bólu. Na moment go zaćmiło, a kiedy odzyskał świadomość, Rose oderwała się od niego z zakrwawionymi ustami. Nie mógł uwierzyć w to, co właśnie się stało. Dotknął swojej szyi i poczuł własną, ciepłą krew. Spojrzał na Rose z przerażeniem. Oddychała ciężko i wpatrywała się w niego, jak gdyby sama nie rozumiała, dlaczego to zrobiła.
– Troye… Ja ci wszystko wyjaśnię… – odezwała się nieco ochrypłym głosem.
– Zostaw mnie! – zawołał Troye i gwałtownie odskoczył na bok, ale zachwiał się i upadł w krzaki. – Tu nie ma czego wyjaśniać! Idź stąd, istoto nieczysta! Wampir, wampir!
Krzyczał, jak gdyby nie zdawał sobie nawet sprawy z upadku. Był oszołomiony.
– Tak, jestem wampirem, ale nie wszyscy muszą od razu o tym wiedzieć! – obruszyła się donośnym szeptem Rose. – Przestań i wysłuchaj mnie!
– Wampir! Ta dziewczyna jest wampirem! – krzyk Troye’a słabł z każdą chwilą, bo chłopak w końcu zemdlał.
Rose westchnęła ciężko. Nie zostawi go tak przecież, mimo że miała już serdecznie dosyć Troye’a Jardina.
~*~
Troye obudził się z potwornym bólem głowy. Przez jakiś czas nie mógł otworzyć oczu ani nawet skoncentrować zmysłu słuchu na czymkolwiek. Później poczuł, że leżał na łóżku, przykryty kołdrą. Tkwił w otępieniu, które nie pozwalało mu zlokalizować siebie w przestrzeni czasowej. Jaki dziś dzień? Która tak właściwie była godzina? Jakie obowiązki czekały na niego dzisiaj? Czy przypadkiem nie spieszyło mu się na uczelnię?
Kiedy wreszcie otworzył oczy, z niepokojem stwierdził, że nie znajdował się we własnym mieszkaniu, a miejsce, gdzie przebywał, było mu zupełnie obce. Obcy pokój, obcy zapach. Chwila, było jednak w nim coś znajomego. Troye chciał podnieść się do siadu, ale gdy poruszył głową, zabolała go szyja. Nagle wszystko sobie przypomniał i zerwał się z łóżka.
– Gdzie ja jestem?! – przeraził się.
W drzwiach pokoju stanęła Rose.
– Pamiętasz cokolwiek z wczoraj?... – spytała cicho.
– Pamiętam wszystko! Odejdź ode mnie, potworze!
Rose wyraźnie się zdenerwowała.
– Pomagam ci, ty idioto! A teraz się połóż, bo znowu zemdlejesz! – wrzeszczała na niego, póki jej nie usłuchał i nie wrócił do łóżka.
Troye zauważył, że miał na sobie to samo ubranie, w którym był na imprezie – brakowało tylko skóropodobnej kurtki. Rozejrzał się i zobaczył ją zawieszoną na oparciu krzesła. Rose westchnęła i usiadła w fotelu naprzeciwko łóżka.
– Troye, to dla mnie trudne, zrozum – przemówiła półgłosem. – Nienawidzę być wampirem, ale nic na to nie poradzę. Kierują mną żądze i działam pod wpływem pragnienia. Kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy… Poczułam twój cudowny zapach. To mnie do ciebie ciągnęło…
Troye nie mógł uwierzyć własnym uszom. Normalnie pomyślałby, że ktoś go wkręcał, ale zdążył się już boleśnie przekonać, że to wszystko było pokręconą prawdą.
– Nie mów mi – zaczął głosem łamiącym się pod wpływem ogarniającej go złości – że przez ten cały czas widziałaś we mnie szwedzki stół… Tylko czekałaś, by mnie zaatakować. Tak czy nie?!
Rose przygryzła nerwowo wargę. Jej usta tak, jak zeszłego wieczoru, były pomalowane szkarłatną szminką.
– Troye… Tak – westchnęła i spuściła wzrok. – Tak, to prawda. Wiem, jak to brzmi, ale nie mogę się temu oprzeć…
– To… prawie jak kanibalizm – stwierdził Troye z odrazą, zastanawiając się, jak Rose Elliot mogła mu się kiedykolwiek podobać.
Rose siedziała cicho, skulona w fotelu. Głowę miała spuszczoną, ręce trzymała na kolanach i zaciskała usta. Troye zauważył czarną strugę na jej bladym policzku i zdał sobie sprawę, że ona płakała. Nie wiedział jednak, czy wciąż mógł jej ufać. Mówiła, że nie miała nad tym kontroli i żałowała tego, kim była, ale tak naprawdę wcale jej nie znał. Winił swoje miękkie serce za to, że teraz zrobiło mu się jej żal.
– Ty… nie próbowałaś mnie zabić, co? – spytał po jakimś czasie.
Rose uniosła twarz zalaną czarnymi łzami.
– W żadnym razie! – zaprotestowała z urazą w głosie. – Chciałam się tylko… napić.
Troye analizował tamtą sytuację raz jeszcze.
– Dlaczego tak się zdenerwowałaś, gdy przez przypadek zasmakowałem twojej krwi? I dlaczego tak się dziwnie po tym poczułem? Wampiry w ogóle… mają krew? – domagał się wyjaśnień.
– Tak, mamy w swoim ciele krew, ale musimy ją uzupełniać, żywiąc się innymi. Krew wampira działa na ludzi jak mocny alkohol albo narkotyk – odpowiedziała Rose. – Ty spróbowałeś niewielkiej ilości, ale pomyśl, co by się z tobą stało, gdybyś napił się więcej. Uzależniłbyś się, nie chciałabym tego. To by cię zniszczyło.
Troye intensywnie nad tym wszystkim myślał. Z jednej strony czuł się co najmniej dziwnie, a z drugiej przypomniał sobie smak jej krwi. Była dla niego taka słodka i kusząca. Nigdy jeszcze nie zaznał takiego smaku. Nazwał Rose kanibalem, ale według tej logiki sam by nim był. Widocznie miała rację, można było się od tego uzależnić.
– Czyli to takie coś, co zamienia ludzi w wampiry – wydedukował.
– No… Można tak to ująć… – Rose wzruszyła ramionami, nie do końca zgadzając się z tą teorią – Jak się czujesz, Troye?
– Pomimo tego, że nadal boli mnie szyja i głowa, to całkiem normalnie – odparł Troye, wzruszając ramionami.
Rose otarła czarne łzy, wstała z fotela i wyszła z pokoju. Po chwili wróciła ze szklanką wody i jakąś tabletką. Troye spojrzał na nią podejrzanie.
– To na kaca – wyjaśniła i podała mu pigułkę. – Zaufaj, sprawdzone.
Kiedy Troye wziął od niej szklankę, Rose usiadła z powrotem w fotelu i westchnęła.
– Napij się i wracaj do siebie. W ogóle nie powinieneś tu być, ale nie mogłam cię zostawić samego, gdy zemdlałeś – rzekła.
Troye ostatecznie zdecydował się połknąć tabletkę i popił ją wodą. Wpatrywał się w Rose nieufnie, analizując każdy jej ruch. W jego oczach wyglądała teraz zupełnie inaczej.
Wahał się, czy podziękować jej za opiekę, bo czuł, że był jej to winien, ale wciąż miał do niej urazę. Koniec końców wymamrotał jakieś żałosne podziękowania i wrócił do siebie. Potrzebował czasu, by to wszystko przemyśleć.
OMG 💜 Jakie to jest cudowne (a trzeba podkreślić, że to dopiero pierwszy rozdział) Cudowne 😍 Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział 😍 Takie rzeczy aż miło się czyta 😱😍💜
OdpowiedzUsuńDziękuję, kochana 😘 Postaram się napisać kolejny jak najszybciej ❤😀
Usuń