piątek, 1 czerwca 2018

~Rozdział III~

Troye wciąż myślał nad tym, że parę dni temu mógł stracić życie. Uratowała go Rose, a potem odepchnęła go od siebie. Znowu. Nie rozumiał jej zachowania. Fakt, że sam potraktował ją niewdzięcznie i nieuprzejmie. Teraz tego żałował. Żałował też, że w ogóle wybrał się wtedy na ten spacer. Wiedział, że głupim pomysłem będzie udanie się w okolice domu Jarvisa, ale nie mógł się powstrzymać, gdy usłyszał, że się spotykają. Nie mógł przyznać przed samym sobą, że wciąż był o nią mocno zazdrosny.

Rose natomiast nie mogła uwierzyć, że po tym wszystkim Jarvis nadal był nią zainteresowany. Wtedy odeszła zdenerwowana, lecz on przemyślał sobie całe to zdarzenie i przyszedł z nią porozmawiać na spokojnie. Wyjaśniła mu raz jeszcze, że była wampirem i opowiedziała trochę o sobie. Najpierw była spięta, a może także trochę zła, jednak potem nieco mu się zwierzyła. Ucieczka z domu stryja, samotne tułanie się po kraju… Nawet poczuła ulgę, że mogła się wygadać.

– Ale ten... pocałunek z Troyem... – zaczął Jarvis.

– Wampirze pocałunki mogą kogoś ocalić lub zgubić – weszła mu w słowo Rose. – To zależy od naszej woli. Ja chciałam, by jego rany się zagoiły. Co prawda wypił moją krew jako lekarstwo, ale wolałam się upewnić, że nic mu nie będzie.

Jarvis chwilę się zastanawiał.

– Masz dobre serce – stwierdził, a w Rose coś się poruszyło.

Zawsze czuła się jak istota mroku i zła, więc słowa Jarvisa podniosły ją na duchu. Uśmiechnęła się.
               Wciąż czuła się winna, bo naprawdę lubiła spędzać czas z Jarvisem, jednak w jej głowie ciągle tkwił Troye. Nadal zastanawiała się, czy chodziło jej tylko o jego krew. Była z siebie dumna, że wtedy się przezwyciężyła i choć kosztowało ją to wiele wysiłku, dała radę. Jednak potrafiła się kontrolować. Mimo to Troye i tak zdawał się myśleć o niej jak o bezlitosnym potworze, co ją bolało. Powinna o nim zapomnieć i skupić się na Jarvisie, który widział w niej dobro. Tak mówił jej rozsądek, ale serce...

Troye nie mógł znieść poczucia winy. Ostatnimi czasy był niespokojny i pobudzony. Nie wiedział, czy to skutki szoku, jaki wtedy przeżył, czy efekty spożycia krwi Rose. Nie mógł zaprzeczyć – ten smak ciągle tkwił mu w głowie. Kiedy pił coś innego, porównywał to ciągle z krwią Rose. Chciał spróbować tego jeszcze raz, choć odrobinę. Wiedział, że nie powinien. Przerażało go to, lecz jednocześnie fascynowało.

Kiedy wyrzuty sumienia stały się nie do wytrzymania, zebrał się w sobie i postanowił skonfrontować się z Rose osobiście. Uznał, że zrobi wszystko, by z nią porozmawiać, a jeśli znów go odrzuci, zawsze będzie miał tę świadomość, że chociaż spróbował.

Na początku myślał, że idzie do niej z poczucia winy – później jednak uświadomił sobie, że mu na niej zależało. Ich znajomość rozpoczęła się całkiem obiecująco i żałował, że tak to się skończyło, ale może jeszcze nie wszystko stracone. Wszystkie próby obrzydzenia sobie jej wizerunku spełzły na niczym, bo choć na początku udawało mu się sobie wmawiać, że podobała mu się coraz mniej, doskonale wiedział, że to nieprawda. Może spróbuje nawiązać z nią kontakt i tym razem poznać ją bez żadnych oczekiwań, a przy okazji sprawdzić, czy podoba mu się ona, czy ciągnie go do jej krwi jak narkomana na odwyku. Postanowił dać tej relacji drugą szansę.

Pomyślał, że założenie garnituru to przesada. Rozważał swój strój kupiony specjalnie na imprezę u Dona, ale ostatecznie stwierdził, że tym razem pokaże jej się taki, jaki był naprawdę. Założył zatem swoją ulubioną koszulę w kratę i czarne, materiałowe spodnie. Włosy tylko poprawił grzebieniem – nie zamierzał już nigdy traktować ich żelem. Obecny w mieszkaniu Erik zdziwił się nieco, kiedy Troye tak się szykował – a szczególnie, kiedy wziął ze sobą czekoladki i różę – lecz powiedział tylko:

– Powodzenia – i uśmiechnął się lekko, a potem wrócił do pisania czegoś na swoim laptopie.

Troye nieco się zmieszał. Wydusił z siebie coś w stylu: „nie, to nie...”, ale zaniechał dalszych wyjaśnień i po prostu wyszedł z mieszkania.

 

~*~

 

Chociaż Troye nie miał perfekcyjnego zmysłu orientacji przestrzennej i był u Rose tylko raz, zapamiętał drogę. Dotarł na miejsce bez większych komplikacji i wkrótce stał pod drzwiami jej mieszkania, bo udało mu się wejść do budynku przy okazji, kiedy ktoś z niego wychodził.

Rose mieszkała w bloku, najwyraźniej sama. Troye zastanawiał się, czy w ogóle była w środku i spojrzał na dzwonek do drzwi. Jakaś starsza pani wyszła właśnie z mieszkania obok i obrzuciła Troye’a badawczym wzrokiem, a następnie zeszła po schodach. Poczuł się dosyć niezręcznie, patrząc na czekoladki oraz różę. Przecież nie będzie tak stał i czekał, aż Rose sama do niego wyjdzie. Zebrał się w sobie i wreszcie nacisnął przycisk dzwonka do drzwi.

Jego dłonie zrobiły się zimne i lekko wilgotne od potu, co znów wprawiło go w irytację, że tak się tym przejmował. Wpatrywał się w zamknięte drzwi, a sekundy potwornie się dłużyły. Wreszcie usłyszał kroki i drzwi otworzyły się.

Rose była ubrana w czarny top i dżinsy z kolorowymi naszywkami. Stopy miała bose, a włosy zaplecione w luźny warkocz. Wyglądała na co najmniej zdziwioną. Przypatrzyła się Troye’owi z uwagą, jak gdyby chciała się upewnić, że rzeczywiście przed nią stał. Jej wzrok zawisnął na trzymanych przez niego czekoladkach i róży. Spojrzała na niego podejrzliwie.

– Dzięki, ale nie mam dzisiaj urodzin – odparła od niechcenia i zamierzała zamknąć drzwi z powrotem, ale Troye zatrzymał je stopą.

– Proszę, Rose… Czy możemy porozmawiać?... – zapytał błagalnym tonem, patrząc na nią poważnie.

Jego przenikliwe spojrzenie brązowych oczu zdawało się docierać do zakamarków duszy Rose – tak się właśnie czuła. Biła się z myślami, przyglądając mu się nieufnie. W końcu westchnęła i otworzyła przed nim drzwi na oścież.

– Dobrze, wysłucham, co masz mi do powiedzenia – odrzekła obojętnym tonem, po czym wpuściła Troye’a do mieszkania.

Chłopak odetchnął z ulgą i stanął dokładnie naprzeciwko niej.

– Przepraszam cię – powiedział od razu. – Uratowałaś mnie, a ja zachowałem się wobec ciebie bezczelnie. Proszę…

Wyciągnął czekoladki i różę w jej stronę. Rose spoglądała to na niego, to na podarunki, nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć.

– To dla ciebie – dodał Troye, wpatrując się w nią jakimś magicznym spojrzeniem, które ją rozczulało. Winiła siebie za swoje miękkie serce.

Najpierw wzięła od niego czekoladki, by je obejrzeć

– Troye… Wiesz, zamiast prezentów wolałabym, żebyś… przestał widzieć we mnie potwora – dokończyła z żalem w głosie i odwróciła wzrok.

Troye zmieszał się. Jej słowa go uderzyły, bo choć wykrzykiwał w jej stronę takie słowa, nie zdawał sobie sprawy, jak to brzmiało. Poczuł się fatalnie.

– Rose… – jej imię wypowiedziane przez jego usta sprawiło, że przeszedł ją lekki dreszcz.

Poczuła jego dotyk na swoim policzku – ten przyjemny, delikatny dotyk męskiej dłoni. Jego zapach dotarł do niej równie szybko. Spojrzała na niego, a jej intensywnie zielone oczy błyszczały jak kryształy. Jego kciuk przesunął się odrobinę po jej skórze.

– Wybacz mi – dodał, patrząc w jej hipnotyzujące oczy.

Rose poczuła się jak w innej rzeczywistości. Czy to jej się nie śniło? Nie potrafiła nazwać uczucia, które się w niej obudziło, ale chciała je zachować.

– Tylko, jeśli zmienisz do mnie swoje nastawienie – odezwała się wreszcie. – Zanim mnie skreślisz, miej do tego dobry powód.

Troye uśmiechnął się delikatnie, chłopięco. Kąciki czerwonych ust Rose drgnęły.

– Nie chcę cię skreślać, Rose. Chcę cię poznać – oświadczył stanowczo. Ta mała zmarszczka, która pojawiła się w tej chwili na jej czole, sugerowała Troye’owi, co zaraz powie.

– Nie powinnam w ogóle zadawać się z ludźmi – odparła. – Nie powinnam się przywiązywać…

Troye zabrał rękę z jej policzka. Rose wzięła od niego również różę i udała się w głąb mieszkania. Z kuchennej szafki wyjęła podłużny wazon i napełniła go wodą, by następnie umieścić w nim biały kwiat. Czekoladki schowała do kredensu. Troye czuł się zmieszany i nie wiedział, co ze sobą zrobić. Rose milczała, unikając jego wzroku. Wątpił, by cokolwiek się między nimi zmieniło.

Wreszcie podeszła bliżej i pokazała mu ręką, by usiadł na kanapie. Zajęła miejsce obok niego.

– A co z tobą i Jarvisem? – wypalił Troye, bo to pytanie nie dawało mu spokoju.

Ponownie ogarnęło go uczucie zażenowania, ale stało się – zapytał. Rose zdziwiła się, ale odpowiedziała:

– Nie spotykam się z nikim. On po prostu lubi ze mną przebywać, a ja z nim.

– Też chciałbym z tobą przebywać – odrzekł Troye, czując, że powinien się zamknąć.

Rose westchnęła.

Jesteś dla mnie niebezpieczny – oznajmiła, postanowiwszy, że nie będzie już owijać w bawełnę. Widząc jego zdziwione spojrzenie, dodała – Twoja krew jest dla mnie niebezpieczna. Nie chcę cię traktować jak… Jak „szwedzki stół”. To twoje słowa. Na razie udaje mi się kontrolować, ale kto wie, czy kiedyś…

– Jeżeli będziesz żyła w ciągłym strachu, kiedyś coś w tobie pęknie – Troye wszedł jej w słowo. Spojrzała na niego z zaciekawieniem, myśląc nad jego słowami. – Z pewnymi rzeczami trzeba się po prostu oswoić, nie uciekać od nich.

Zapadła chwilowa cisza, podczas której oboje patrzyli sobie w oczy. Milczeli, ale ich spojrzenia zdawały się ze sobą rozmawiać.

– Troye, nie chcę cię skrzywdzić – odezwała się Rose. – Wiem, że wyglądam na taką, co uwielbia być adorowana. Nigdy nie byłam w żadnym związku i nie będę. Nie chcę, by ludzie istnieli dla mnie tylko jako źródło krwi. W przeszłości spotykałam się z chłopakami bez zobowiązań. I tak kończyło się na tym, że piłam z nich krew… Przyznaję się bez bicia, ciebie też chciałam tak uwieść, by następnie twoją krew… Bo podoba mi się jej zapach.

– Cóż… – odparł Troye – Niektóre kobiety uwodzą mężczyzn, żeby ich wykorzystać seksualnie, a ty… – zakrył sobie usta dłonią, przeklinając siebie w myślach. – Rany, Rose, przepraszam cię. Ja… Naprawdę nie wiem, co przed chwilą powiedziałem…

Rose spojrzała na niego śmiertelnie poważnie, z głęboką urazą. Troye przyglądał jej się, cały spięty, nie mogąc uwierzyć, że prawie porównał ją do kobiety lekkich obyczajów. Rose analizowała go chłodnym spojrzeniem jeszcze przez chwilę, a później nagle wybuchła śmiechem.

Troye nie mógł się nadziwić. Nigdy nie widział, by się tak śmiała. Owszem, często chichotała, gdy z nim wtedy flirtowała, ale to był inny śmiech – szczery. Była po prostu rozbawiona.

– Ty chyba rzadko wiesz, co mówisz – skwitowała, na co sam zaraz się roześmiał, czując rozluźnienie. – A taki wygadany byłeś na tej imprezie… no, zanim przeszedłeś do czynów, oczywiście.

Poczuł, że się zarumienił.

– To, co widziałaś wtedy… to nie byłem prawdziwy ja – wyznał. – To znaczy, bardzo mi się spodobałaś, więc… chciałem być o wiele pewniejszy siebie, niż jestem. Normalnie nie rzucam się tak od razu na każdą kobietę, która mi się spodoba…

– Co za ulga – roześmiała się.

Rose spojrzała na niego, a jej oczy się do niego śmiały. Troye czuł się teraz o wiele lepiej.

Przyjrzała się róży stojącej w wazonie na stoliku do kawy i wyciągnęła rękę w jej kierunku. Chciała poprawić ją, by stała prosto, ale nie mogła jej ułożyć. Troye postanowił jej pomóc i w tym momencie ich dłonie się zetknęły. Mięśnie Rose drgnęły lekko, jak gdyby nieco przestraszyła się tego dotyku, jednak nie cofnęła ręki. Po chwili syknęła cicho. Troye zauważył, że ukłuła się kolcem róży. Ciemnoczerwona krew ciekła z jej jasnego palca.

– Cholera – Rose zaklęła pod nosem. – Mam taką wrażliwą skórę, byle co i od razu…

Zamilkła, bo w tym momencie Troye lekko ujął ją za nadgarstek. Chciał pocałować jej ranę, jak wtedy, ale doskonale wiedział, co jej krew może z nim zrobić. Ciężko było mu się powstrzymać.

– Troye, nie – poprosiła Rose i chciała zabrać rękę, lecz on nie zwolnił uścisku. Krew z jej palca skapnęła w postaci kropli na jasny dywan.

Troye wpatrywał się tępo w to samo miejsce. To znów było niewiele, ale wydzielało intensywny, zachęcający zapach. Jego dłoń drgnęła i puścił ją. Rose przyciągnęła rękę do siebie, by następnie sięgnąć po chusteczkę i zatamować krew.

– Wybacz – speszył się.

– Już rozumiesz, o czym mówię? Tak właśnie działa na mnie twoja krew… Nawet sam twój zapach. To niebezpieczne… – powtórzyła Rose.

Troye bił się z myślami.

– Napij się mojej krwi – odezwał się po chwili, a Rose wybałuszyła oczy, zastanawiając się, czy się nie przesłyszała. – Mówię serio. Dam ci pić swoją krew, żebyś nie musiała się tak męczyć. Nie będziesz musiała szukać co chwila nowej… ofiary. Zrobię to całkowicie dobrowolnie.

– Nie, Troye, nie mogę… – odmówiła, zaniepokojona. – Zwariowałeś? Właśnie tego chcę uniknąć!

– Ale ja się na to zgadzam – upierał się Troye. – Może na początku będzie ciężko, ale się przyzwyczaję... Potraktuj to jako darowiznę.

– Czy ty siebie sam słyszysz? – prychnęła Rose. – Wiesz, że to cię osłabia? Wiesz, że jeżeli pragnienie weźmie górę, mogę cię nawet zabić?...

– Nie zabijesz mnie. Uratowałaś mi życie, a ja jestem ci to winien.

– Nie, to zrobi z ciebie cień człowieka, stracisz dużo sił. Chyba że… Nie. Nie, tak być nie może.

– Chyba że co?...

– …że będziesz pił w zamian moją. Ona by cię uzdrowiła… Ale nie ma takiej opcji!

Na myśl o zasmakowaniu tej słodkiej krwi Troye’a ogarnęła fascynacja, jednak odłożył swoje zachcianki na bok. Chciał teraz zrobić coś dla Rose.

– Przecież to może być tylko odrobina… Na zregenerowanie sił – zaproponował. – Ale tu chodzi o ciebie. Jak często potrzebujesz pić krew?

– Raz na trzy-cztery dni, czasem wystarczy na tydzień – odpowiedziała, – Tylko że to nie wchodzi w grę, Troye. Nie mam zamiaru cię wykorzystywać.

– Rose – powiedział dobitnie, ująwszy ją za obie dłonie. – Ja chcę ci pomóc. Będziesz wreszcie mogła żyć jak inni, bez tego całego szukania ofiar, bez rządzącego tobą pragnienia. Już nikt nigdy nie nazwie cię potworem.

Rose patrzyła mu w oczy. Jego intensywne spojrzenie przewiercało ją od środka. Myśli gnały jak szalone. Czy ona w ogóle mogła żyć jak normalna osoba? Czy to rozwiązanie będzie dobre dla nich obojga? Wahała się. To, co proponował Troye, brzmiało jak spełnienie jej marzeń, jednak nie była pewna, czy zdołają to osiągnąć. Nie chciała go wykorzystywać. Czy on w ogóle wiedział, na co się pisał?

– Dobrze, zrobimy w ten sposób – zabrała głos, próbując ubrać myśli w słowa. – Możemy spróbować tego, co proponujesz, jednak stopniowo. Najpierw będzie to, powiedzmy, raz na miesiąc. Później raz na trzy tygodnie i tak dalej. Zobaczymy, jakie przyniesie to rezultaty. Nie chcę też, byś uzależnił się od mojej krwi… Może jednak to nie nastąpi, jeśli będziesz przyjmował małe dawki i tylko raz na jakiś czas, jak lekarstwo. Boję się tak ryzykować, Troye…

– Nic się nie bój, wszystko będzie dobrze – zapewnił, uśmiechając się zachęcająco. – Dobrze, zobaczmy, jak się to rozwinie. Jeżeli coś pójdzie nie tak, przestaniemy w odpowiednim momencie. Dobrze?

– …dobrze – zgodziła się ostatecznie.

Nie zdarzało jej się przyjmować pomocy od nikogo, zwykle chciała załatwiać wszystko sama. Denerwowało ją, że i tak musiała wykorzystywać innych, by skądś brać krew. Nie mogła pić z innych wampirów, bo nie gasiło to pragnienia nawet w najmniejszym stopniu, a co więcej, było to traktowane prawie jak kanibalizm i przynosiło dziwne, wysoce nieprzyjemne uczucie. Czasem piła krew ze zwierząt, ale to ta ludzka zaspokajała jej pragnienie najbardziej i dostarczała jej najwięcej pożywnych składników. Uważała, że prowadziła życie pasożyta i brzydziła się tym.

Troye uśmiechnął się szeroko. Sam miał mnóstwo obaw, ale chciał chociaż zobaczyć, czy jego pomysł okaże się skuteczny. Nie dowie się, póki nie spróbuje – z takiego założenia wychodził.

Niemniej jednak czuł teraz podekscytowanie. Jak gdyby on i Rose zawarli jakiś tajemny układ, pakt krwi, czy coś w tym rodzaju. Akt transfuzji krwi.

 

~*~

 

Rose przyszła na zajęcia z teczką pełną projektów i z głową pełną pomysłów. Kochała architekturę, szczególnie wnętrz, dlatego uwielbiała spędzać czas na uczelni. Nauczyła się sporo, nawet w stosunkowo krótkim czasie, bo była na drugim roku. Tego dnia miała wyraźnie dobry humor. Wciąż niepokoiła się tym, co proponował Troye, jednak z drugiej strony czuła ulgę, że wtedy do niej przyszedł.

Troye tego dnia na uczelnię przybył niemal w podskokach. Miał ogromną nadzieję, że teraz pomiędzy nim a Rose coś się zmieni, że dał im drugą szansę. Oczywiście wciąż krzywił się na myśl o bólu, jaki sprawiła mu wtedy, wgryzając się w niego, jednak pomyślał, że mógłby po prostu naciąć skórę żyletką, by mogła się z niej napić. Wciąż nie był do końca pewny, czy podjął słuszną decyzję, lecz czas pokaże. Teraz siedział na zajęciach, to studiując mapę, to potajemnie pisząc z siostrą.

Troye od zawsze lubił geografię, więc na kierunek swoich studiów wybrał turystykę. Podróże go fascynowały, chociaż nie odbywał ich zbyt wiele. W swoim pokoju w rodzinnym domu, jak i teraz w mieszkaniu w akademiku, miał zawieszoną mapę świata z powbijanymi pinezkami w miejscach, które chciał odwiedzić. Z roku na rok pinezek tylko przybywało, nic nie ubywało. Zawsze myślał o tych podróżach jako czymś nieosiągalnym, jak o marzeniu. Parę razy nawet miał okazję przybliżyć się do swoich celów, jednak jakoś brakowało mu odwagi. Miał nadzieję, że na studiach to się zmieni. Chciał kiedyś podróżować zawodowo, może jako pilot wycieczek, może jako steward. Jeszcze nie zdecydował.

Jego siostra natomiast była w ostatniej klasie liceum. Hannah, bo tak jej było na imię, była zżyta z bratem, mimo że ciągle się kłócili. Odkąd poszedł na studia, nie widywali się zbyt często i tęskniła za nim. Spotykali się zwykle w przerwach świątecznych, kiedy Troye wracał do domu. Tym razem Hannah miała jednak inną propozycję, którą przedstawiła mu w rozmowie telefonicznej po jego zajęciach.

– Wiesz, nigdy u ciebie nie byłam. Myślisz, że mogłabym przyjechać na weekend? – zapytała.

– Na weekend? – zdziwił się nieco Troye. – Hmm… Porozmawiam o tym z Erikiem. Wiesz, że musiałabyś spać tam, gdzie my? Chyba że wolisz w łazience – zażartował.

Hannah roześmiała się.

– Tak, pamiętam, że masz współlokatora, Troye – zapewniła. – Spokojnie, dla mnie to żaden problem. Wiesz, w okolicy ma się odbyć koncert i chciałam na niego iść z koleżanką, która uczy się tam, gdzie ty…

– Och, no ładnie! – prychnął Troye. – To ty nie przyjeżdżasz odwiedzić brata, tylko na ten koncert?

– Powiedzmy, że łączę wszystko w jednym – odparła beztrosko Hannah.

– Darmowy nocleg, wyżywienie…

– Och, nie czuj się taki pokrzywdzony! Razem też coś porobimy. Jeszcze będziesz miał mnie dosyć – zachichotała. – To co, mogę przyjechać?

– Z mojej strony otrzymujesz zgodę, Ann – zaśmiał się. – Zapytam tylko Erika, czy nie będzie mu to przeszkadzać. Wolę go przygotować na armagedon. I zero okupowania łazienki, kochana.

– Jesteś wredny. Odbierz mnie z dworca w piątek o 19:00 – dodała, po czym się rozłączyła.

Troye westchnął z lekkim uśmiechem na ustach. I jak miał tu odmówić kochanej młodszej siostrze?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz