Troye obudził się w środku nocy, czując zimny pot na całym ciele. Serce obijało mu się o żebra i z trudem łapał powietrze. Ogarnęło go dziwne uczucie, jak gdyby coś rozpaliło go od środka. Słyszał wyraźnie każdy, nawet najcichszy dźwięk – delikatny podmuch wiatru za oknem, subtelny ruch firanki oraz jak Erik przewrócił się na drugi bok we własnym łóżku. Nie wiedział, co się z nim działo, ale potrzebował chwili, by się uspokoić. Poczuł naglącą suchość w gardle i wyszedł z łóżka, by następnie skierować się do kuchni po szklankę wody.
~ Co się dzieje, Troye? – w umyśle Troye’a rozległ się zaniepokojony głos.
~ Rose? Nic się nie dzieje, po prostu miałem koszmar – wyjaśnił, nagle zdając sobie sprawę, że nie było żadnego koszmaru. ~ Ale dlaczego pytasz? Przecież nic do ciebie nie mówiłem...
~ Wyczułam twój strach... Martwiłam się – odpowiedziała. ~ Na pewno wszystko w porządku?
~ Tak, nie musisz się martwić – zapewnił Troye. ~ Obudziłem cię? Przepraszam...
~ Nie do końca, ja chyba wciąż śpię... To łącze telepatyczne, pamiętaj.
~ Więc śpij dalej – poradził Troye. ~ Kocham cię – dodał po chwili i mógłby przysiąc, że właśnie sam poczuł, że Rose się uśmiechnęła.
~ Śpij dobrze, dobranoc… – odpowiedziała sennym głosem i łącze urwało się.
Troye napił się wody, ale wciąż czuł się spragniony. Odczuwał potrzebę... Właśnie, czego? Jak to smakowało? Nagle go olśniło i jednocześnie przeraziło – miał ochotę na krew Rose.
„Nie. Nie, nie, nie. Powinienem się uspokoić” – pomyślał i wrócił do łóżka. „Teraz wracam do spania...”
Wiercił się w pościeli na pewno dobrze ponad godzinę, zanim znów zasnął.
~*~
Rose śniła o podróży u boku Troye’a. Oboje siedzieli razem gdzieś w górach, podziwiając widok ze szczytu, na który właśnie wspólnie weszli. Kiedy się obudziła, westchnęła z rozmarzeniem, licząc na to, że widziała przyszłość. Doskonale wiedziała, że było to raczej niemożliwe, ale postanowiła nie wpuszczać tych myśli.
Troye przekonał ją, by odrzuciła lęki i podążała za tym wspaniałym uczuciem, jakim ją obdarzył. A ona czuła się z tego powodu zaszczycona. Zgodziła się wpuścić miłość do swego życia i pognała za nią od razu, czego też się bała. Jej obawą było, że uczucie ją zaślepi, uczyni samolubną – że będzie myślała tylko o nim, przegapiając przy tym rzeczywistość. Nie chciała zranić Troye’a. Nie chciała ranić już nikogo.
Czuła, że na to nie zasługiwała, jak gdyby ukradła komuś coś cennego – coś, co powinno należeć do kogoś innego, nie do niej. Wiedziała też, że Troye nie będzie żył wiecznie i pewnego dnia to wszystko się skończy. Jednak mimo to chciała go kochać. Pierwszy raz w życiu kochała i była kochana, zniknęły jej lęki i cierpienie.
Jak to możliwe, by jeden człowiek to wszystko zabrał? A może przysłaniał jej obawy? Jeśli tak, one wciąż istniały, tylko Rose je ignorowała. Jednak coś się w niej zmieniło, jakby wierzyła, że teraz problemy te nie były niemożliwe do rozwiązania. Wiedziała już, że uczucia nie były czymś, co należało powstrzymywać, bo prędzej czy później i tak wezmą górę – dlatego też nie zamierzała z tym walczyć. Poddała się, ale nie chciała siebie nazywać ofiarą miłości.
Brakowało jej Troye’a obok siebie. Pragnęła, by znów objął ją czule i przyciągnął do siebie, przykrył ich oboje kołdrą i schował twarz w jej włosach. Gdy leżała na pościeli, wyciągnęła przed siebie ręce i powoli objęła nimi zwiniętą kołdrę. Wtuliła twarz w miękką, chłodną pościel, lecz nie było tak samo.
Rose wstała z łóżka w dobrym nastroju. Powstrzymywała się od chęci porozmawiania z Troyem w myślach, bo nie wiedziała, czy jeszcze spał i przede wszystkim nie chciała go nachodzić. Gdzieś w niej pozostały resztki rozsądku, które nie pozwoliły uczuciom przejąć nad nią pełnej kontroli. Sama bała się jeszcze powiedzieć mu, że też go kocha.
Później, gdy sprzątała w kuchni, zdała sobie sprawę, że śpiewała. Potem zaczęła również tańczyć na płytkach, wraz ze szczotką w rękach. Gdyby przypatrywała się sobie z boku, pewnie sama siebie by nie poznała. Nie wiedziała, że zakochanie było takie przyjemne.
~*~
Około południa do Troye’a zadzwoniła Hannah, czego się nie spodziewał. Tym bardziej dziwił go temat rozmowy – wypytywała go o jego życie towarzyskie i uczuciowe.
– Ann, co ty sobie znów wymyśliłaś? – westchnął. – Skąd ci się wzięły nagle takie pytania?
– Matko, jak ty nigdy nic nie rozumiesz! – wykrzyknęła Hannah załamanym głosem. – Dobra, powiem wprost. Do ciebie to zawsze trzeba prosto z mostu, bo tak trudno jest się domyślić oczywistego... Nina opowiadała mi o waszej randce, którą zepsułeś.
– To nie była randka... Zwierzyła ci się z tego? Bardzo ją uraziłem?
– Debilu, mówiłam ci, żebyś nie mówił o takich rzeczach na głos! I oczywiście, że mi się zwierzyła, przecież jestem jej przyjaciółką! A ty jeszcze mówisz, że to nie była randka...
– Ann, uspokój się. Przyznaję, zachowałem się nietaktownie, ale tylko dlatego że nie chciałem przestać mówić. Nie sądzę, bym obraził Ninę samymi zainteresowaniami, ale bardziej nieuprzejmym ignorowaniem jej. Jutro wracam na uczelnię i przeproszę ją przy najbliższej okazji, jak zamierzałem.
– Powinieneś do niej przynajmniej zadzwonić, napisać, cokolwiek! – obruszyła się Hannah.
– Ann, powiedz mi szczerze... Czy Nina naprawdę czuje się tak dotknięta, czy ty jak zwykle wszystko ubarwiasz i hiperbolizujesz?
– Ja nie hiperbolizuję, Troye! Nigdy nie przesadzam, mówię serio!
– Ta… – mruknął. – A powiedz mi... Gdzie ty w ogóle teraz jesteś?
– Co? – Hannah poczuła się zbita z tropu – Przed kościołem, przecież jest niedziela.
– No ładnie, siostra. Robisz taką zadymę przed domem Pana – prychnął Troye. – To ty się lepiej pomódl i się nie martw. Miłej niedzieli.
I rozłączył się z satysfakcją, a Hannah po drugiej stronie słuchawki nie mogła uwierzyć, że usłyszała taką ripostę od swojego brata.
Rozmowę tę od strony Troye’a miał okazję usłyszeć Erik, siedzący przy stole.
– To była Hannah? – zapytał.
– Tak... Często mi robi takie sceny, przyzwyczaiłem się.
– Więc odesłałeś ją do kościoła... W sumie mądrze, może się uspokoi – przyznał Erik. – A ty kiedy idziesz na mszę?
– Och... – speszył się Troye. – Ja właściwie... Nie zamierzałem dziś iść.
Erik uniósł brew do góry.
– A pouczasz siostrę? To trochę nie w porządku, nie sądzisz? – odezwał się takim tonem, jakby poczuł się wewnętrznie urażony. – Kiedy twoje słowa oraz czyny to dwie różne rzeczy... To czy nie jest to hipokryzja, Troye?
Nie wierzył własnym uszom. Erik zwykle był cichy, jednak gdy już coś powiedział, zwykle robił to dosadnie. Troye sam wyznawał katolicyzm, lecz czasem miał obawy, że jego współlokator może być w wierze nawet radykalny. Czuł niepokój, gdy tak go pouczał.
– Pójdę na najbliższą mszę świętą – obiecał w końcu, a Erik spojrzał na niego jak surowy ojciec.
~*~
Ciężko było wytłumaczyć Jarvisowi, dlaczego Rose nie chciała się z nim spotkać. Wciąż czuła do niego sympatię, jednak nie zamierzała wodzić go za nos, żeby nie wyobrażał sobie nie wiadomo czego. Nie chciała także mówić o niej i Troye’u, a powodów było kilka.
Po pierwsze, nie miała pojęcia, jak nazwać ich obecną relację. Wyznał jej miłość, nie oczekując niczego w zamian, a ona sama mu nie odpowiedziała, jednak wymienili ze sobą czułości. Nie określili, co pomiędzy nimi było, lecz czuła się nie w porządku, ciągnąc jednocześnie relację z Jarvisem. Po drugie, on zawsze reagował z zazdrością, gdy wspominała o Troye’u. Swoją drogą, nie rozumiała, dlaczego tak się zachowywał, skoro sam posyłał jej sprzeczne sygnały. Jeśli chciał z nią chodzić, dlaczego nie inicjował dotyku, a nawet rozmowy? Jeśli chciał się z nią tylko przyjaźnić, dlaczego był zazdrosny o Troye’a?
Co więc powiedziała Jarvisowi? Głównie to, co zawsze – chciała być sama, wolałaby zebrać myśli, potrzebowała czasu. Dodała też, żeby się nią nie przejmował i otworzył się na nowe możliwości. Miała nadzieję, że zrozumiał przekaz. Była już o krok od powiedzenia wszystkiego prosto z mostu, zadania mu bezpośredniego pytania, czego on tak właściwie od niej oczekiwał, jednak Jarvis sam się wycofał, stwierdzając, że da jej jeszcze trochę czasu, i się pożegnał. Rose wiedziała, że miał dobre intencje, ale chciałaby móc mu delikatnie przekazać, że jego zachowanie zaczynało ją już irytować.
~*~
Troye wracał z kościoła, myśląc o Rose. Zastanawiał się, czy mógłby do niej wpaść, by spędzić z nią jeszcze trochę czasu. Najchętniej znów by się do niej przytulił, ucałował czule, dał schronienie. Ta rola najwyraźniej przypadła mu do gustu.
Dosyć bawił go fakt, że nie tak dawno zarzekał się, że nic do Rose nie czuł i nawet nie podobała mu się aż tak bardzo, jednak wystarczyło, by się spotkali, a on w jednej chwili oddał jej swoje serce. Nie obchodziło go, czy to była dobra decyzja. Chciał iść dalej tą ścieżką, nawet gdyby miał ponieść ogromne konsekwencje. Gdyby wiedział, do czego go to doprowadzi… czy wtedy również wybrałby ten los?
W ciągu drogi nagle usłyszał znajomy głos. Miękki, kobiecy głos, wyraźnie wybijający się w konwersacji kilku osób. Troye spojrzał przed siebie i ujrzał Ninę Green w towarzystwie swych uczelnianych koleżanek. Poczuł się niezręcznie, czego nie cierpiał, ale wiedział, że do konfrontacji tej musiało kiedyś dojść. Przez chwilę rozważał odwrót taktyczny, jednak został dostrzeżony przez Ninę.
Spróbował się uśmiechnąć, co wyszło mu raczej niezgrabnie, i rzucił krótkie „cześć”, gdy przechodził obok niej. Ona mu odpowiedziała, jednak nie potrafił wyczuć jej emocji. Zatrzymał się.
– Nina… Możemy porozmawiać? – zapytał.
Koleżanki popchnęły Ninę do przodu, wyraźnie ekscytując się obecnością Troye’a, jak poprzednio. Ona zaś rzuciła im zmęczone spojrzenie, a potem zwróciła się w jego stronę.
– Słucham? – odparła beznamiętnie, a potem jeszcze raz spojrzała na koleżanki, dając im definitywnie do zrozumienia, żeby odeszły na bok, co też od razu uczyniły.
– Przepraszam – westchnął. – Nasze ostatnie wyjście nie było zbyt udane. Przepraszam, jeśli przeze mnie poczułaś się niekomfortowo.
– Wiesz, Troye… – zaczęła Nina, patrząc na niego. – Nie było tak źle. Przynajmniej mogłam się dowiedzieć o tobie paru ciekawych rzeczy… Ale nie jestem na ciebie zła. Upiłeś się. Zdarzyć się może każdemu.
Troye’owi ulżyło i zdobył się na lekki uśmiech.
– Fajnie, że sobie to wyjaśniliśmy – oznajmił.
– Tak… – odparła Nina, uśmiechając się krzywo. – Ale nie uważasz, że powinieneś mi to zrekompensować? Kiedy to powtórzymy albo raczej: poprawimy?
Tego Troye się nie spodziewał. Poczuł skrępowanie, któremu uległ.
– Kiedy chcesz – odpowiedział szybko, nie zastanowiwszy się nad odpowiedzią. Nie miał na to czasu. Ciemne, inteligentne oczy Niny świdrowały go od środka.
– Czwartek? – zaproponowała. W jej spojrzeniu znajdowała się definicja determinacji.
– Czwartek – zgodził się Troye, mając wrażenie, że to wszystko mu się śniło.
Nina uśmiechnęła się z satysfakcją i opuściła go, pozostawiając w zażenowaniu i uczuciu niezręczności.
~ Rose?... – zapytał w myślach, próbując nawiązać łącze. ~ Jesteś teraz w mieszkaniu?
~*~
Miał jej się zwierzyć ze swojej bezradności, lecz za bardzo się wstydził. Oczywiście Rose wyczuwała, że coś go krępowało, ale on nie przestawał mówić, nie pozwalając jej zadać jakiegokolwiek pytania.
– …a na zajęcia muszę przygotować referat, ale mam oddać dopiero w połowie listopada, więc się wyrobię – ciągnął Troye, a Rose powoli zaczynała mieć tego dość.
Wywróciła oczami z głębokim westchnieniem i chwyciła go za koszulę.
– Jardin, błagam… Co cię tak męczy? Coś znów przeskrobałeś? – zapytała twardo, zbliżając się do niego.
– Rose… – westchnął Troye. – Jestem nieudacznikiem. Nawet nie wiem, jak ci to powiedzieć… Chodzi o Ninę, tę znajomą, o której ci opowiadałem.
– Znowu ona? – zdziwiła się Rose, po czym lekko się skrępowała. – To znaczy… O czym naopowiadałeś jej tym razem?
– Rose, proszę, nie patrz tak na mnie… Nie ułatwiasz mi tego.
– Wybacz… – odchrząknęła, puszczając go.
– Cóż… Spotkałem ją i przeprosiłem, wszystko okay. Tyle że ona znów chce się spotkać i umówiliśmy się na czwartek. Ale ja… Ja chyba nie chcę z nią nigdzie iść.
– To dlaczego się umówiłeś, geniuszu?...
– Ech… Wstyd przyznawać, ale… W niej jest coś takiego, że nie potrafię odmówić.
Rose popatrzyła na Troye’a z politowaniem.
– Faceci… – mruknęła pod nosem. – Jesteście tacy rozczulający i denerwujący zarazem. Troye, jeżeli nie chcesz czegoś robić, po prostu tego nie rób.
– Tak, masz rację… Jednak może serio jestem jej to winien. Chyba powinienem…
– Jeżeli chodzi ci o to, czy będę zła, jeśli pójdziesz z tą Niną do baru, to z mojej strony żadnego sprzeciwu nie ma – sprostowała Rose. – Rób, co uważasz za słuszne. Jeżeli chcesz wyjść ze znajomą, wyjdź ze znajomą. Wiesz, jeżeli zrobisz coś niestosownego… I tak się dowiem, pamiętasz?
Rose popatrzyła wymownie na Troye’a, wskazując na swoją głowę. Widząc, jak zaniepokoiła go jej wypowiedź, roześmiała się.
– Proszę cię, żartuję – odparła. – Nie zamierzam przeprowadzać w twoim życiu żadnej inwigilacji, spokojnie.
– Ty… Ty jesteś…
– Niesamowita?
Troye automatycznie się uśmiechnął, a Rose szturchnęła go czule w ramię.
Później oboje ułożyli się na kanapie w salonie, przytuleni, ciesząc się swoim towarzystwem. Leżeli jakiś czas w ciszy, dopóki Troye jej nie przerwał.
Zaczerpnął powietrza do płuc, po czym oznajmił:
– Chcę poznać fakty i mity na temat wampirów.
Rose parsknęła krótkim śmiechem.
– Poważnie? Co chciałbyś wiedzieć? – uniosła brew do góry, wyraźnie rozbawiona.
– No... Wszystko, co tylko zechcesz mi powiedzieć – oznajmił Troye i uśmiechnął się nieco głupkowato, jednak rozczuliło to Rose.
– Och, Troye... – westchnęła – Od czego by tu zacząć?
– ...jak to jest z tym paleniem się na słońcu?
– A widziałeś, żebym kiedyś spłonęła żywcem? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, wciąż rozbawiona. – Dobrze, zacznijmy od tego, że każdy wampir ma określony stopień mocy oraz swoje dary i słabości. Mój kuzyn, na przykład, ma dosyć cienką skórę i promienie słoneczne szkodzą mu zdecydowanie szybciej niż mnie. W moim przypadku słoneczne dni sprawiają raczej, że czuję się trochę gorzej, słabiej i mam ochotę tylko leżeć pod kołdrą, gdzie jest ciemno i przytulnie.
– A proces starzenia się, nieśmiertelność?
– Wieczna młodość, tak – potwierdziła. – Jednak to trochę bardziej skomplikowane. Kiedy wampir się urodzi, starzeje się w tempie mniej więcej jednakowym jak przeciętny człowiek. Tak, no właśnie. Pełnoletniość wampir osiąga w wieku dwudziestu lat i jeżeli do tej pory nie wypije ani kropelki krwi, może być aż tak osłabiony, że umrze. To od dwudziestego roku życia tak naprawdę zaczyna się na poważnie liczyć wiek. Wygląd zewnętrzny zasadniczo od tego czasu się nie zmienia, jednak zachodzą pewne małe zmiany, jak gdyby dochodziło się maksymalnie do wyglądu trzydziestolatka. To już dzieje się znacznie wolniej.
Troye słuchał jej z zaciekawieniem, przypatrując się jej twarzy. Zastanawiał się, w jakim wieku Rose po raz pierwszy wypiła ludzką krew.
– W kwietniu tego roku skończyłam dwadzieścia lat, a więc stałam się pełnoprawną wampirzycą – wyjaśniła. – Zatem od tamtego dnia liczą się moje wampirze lata, a to znaczy, że nie przeżyłam tak nawet roku.
– Czy oficjalne stanie się wampirem ma jakiś wpływ oprócz zatrzymania procesu starzenia się? – dopytał.
– Nieznaczny. Głównie chodzi o wyostrzenie zmysłów, ale nie jest to nic spektakularnego – wzruszyła ramionami. – No, może niektórzy traktują cię bardziej poważnie. Myślę, że nie różni się to zbytnio od osiągania pełnoletniości przez ludzi.
– Czyli przez resztę życia… zostaniesz taka, jaka jesteś? Nie zestarzejesz się?
– Otóż to – westchnęła głęboko. – Zatrzymałam się w czasie. Nie zmieniłam się ani trochę od kwietnia. Czy to nie jest przerażające?
– Nigdy nie będziesz miała zmarszczek... – zauważył Troye. – Pomyśl, ile zaoszczędzisz na kosmetykach.
– Troye, serio? – Rose spojrzała na niego spod byka. – Tak, kupię sobie za to więcej kremów do opalania – zaśmiała się ironicznie pod nosem. – A tak zupełnie na poważnie, to boję się tego. Wszyscy wokół mnie doświadczą tylu wspaniałych rzeczy w życiu, a ja zostanę w miejscu niczym zamrożony posąg.
Zwiesiła głowę, co spowodowało, że kilka kosmyków włosów opadło jej na twarz. Troye zaraz odgarnął je delikatnie.
– Ile lat właściwie minęło, odkąd uciekłaś z domu stryja?
– Chyba coś około sześciu – odpowiedziała Rose po chwili namysłu.
– Jak samotnej czternastolatce udało się obejść opiekę społeczną i żyć na własną rękę?
– Oj, nie było łatwo – przyznała Rose. – Nie ukrywam, czasem i uciekałam się do użycia moich wampirzych mocy. Czasem zdarza mi się to też nieświadomie, więc ostrzegam. W każdym razie jakoś udawało mi się zarabiać pieniądze i to całkiem godnie. Obecnie pracuję w butiku z ubraniami. Nawet nie wiesz, jakie to szczęście, że w tym wieku nie robi się już luster ze srebra i normalnie mogę się w nich przeglądać. Pomyśl sobie, jakie to by było krępujące.
– No tak, faktycznie – stwierdził Troye, a w jego przenikliwych oczach pojawił się błysk zrozumienia. – Jakoś się nad tym specjalnie nie zastanawiałem, ale owszem, twoje odbicie jest widoczne w lustrze. Nie wiedziałem, że ma to związek ze srebrem...
– Podobnie z urządzeniami cyfrowymi. Aparaty i kamery mnie ujmują, ale zawsze, absolutnie zawsze, jestem w tym cyfrowym zapisie rozmazana. Nawet jakby nieco przezroczysta... Nie masz pojęcia, jak fatalnie robi się tak zdjęcia do dokumentów.
Troye parsknął śmiechem.
– Wyobrażam to sobie! – zawołał, a Rose wywróciła oczami. – Słyszałem różne teorie na temat wampirów, ale to zupełnie co innego być tu z tobą i rozmawiać o tym jako doświadczeniach z pierwszej ręki.
Rozmowę przerwał telefon Rose, który właśnie zadzwonił. Dziewczyna jęknęła i z niechęcią podniosła się z kanapy, by po niego sięgnąć i odebrać.
– Halo? O, to ty, Don… Nie rozmawialiśmy… Tak, od tej imprezy u ciebie – mówiła Rose, a Troye przysłuchiwał się temu z zaciekawieniem. – Co? Na poważnie? – na jej twarzy malowała się niechęć. – To będzie w przyszłym tygodniu? Aha… No nie wiem, zobaczę. Nie przepadam za Halloween… Dobra, powiem mu. Na razie.
Rozłączyła się, a Troye podniósł się i usiadł na kanapie.
– Don dzwonił?...
– Tak… Zaprasza na imprezę halloweenową – mruknęła Rose. – Tym razem w klubie. Ty też masz zaproszenie, ale powiedział, że jeszcze do ciebie zadzwoni.
– No tak, w ten piątek Halloween – uświadomił sobie Troye. – Niezbyt masz ochotę tam iść, co?
– Błagam… To całe przebieranie się i robienie z siebie pajaca… – prychnęła Rose. – Wyobraź sobie, kochany, że wszyscy twoi znajomi przebierają się za takiego Troye’a Jardina i parodiują jego zachowanie, gesty, sposób mówienia…
– Teraz rozumiem, co czujesz… – przyznał Troye ze współczuciem, gdy wyobraził sobie tę sytuację.
– No właśnie – westchnęła i opadła z powrotem na kanapę.
– A szkoda – Troye wzruszył ramionami. – Moglibyśmy pójść razem i dopasować się przebraniami. Może coś w stylu sci-fi? Albo lepiej w ogóle bez motywów fantasy. O, na przykład taki styl rock and roll, lata 40-50. To by było nawet fajne.
Rose popatrzyła na niego, lekko marszcząc czoło.
– Rock and roll? Skąd ci to nagle przyszło do głowy? Przecież to nie ma nic wspólnego z tym głupawym „świętem” – stwierdziła, wykonując cudzysłów palcami.
– Nie wiem, tak jakoś… Może pomyślałem, że wyglądałabyś dobrze w spódnicy w kropki… – przyznał, przyglądając jej się badawczo.
Nie mogła powstrzymać śmiechu. Gdyby była do tego zdolna, zapewne również by się zarumieniła.
– Ty w tej skórze też wyglądałbyś… całkiem, całkiem – zachichotała, po czym ukryła twarz w dłoniach, co wywołało u niego rozczulony uśmiech. – Pomyślę nad tym. Chyba nie byłoby tak źle...
– Chyba nie – zaśmiał się Troye. – Przemyśl to i daj znać.
– Dobrze, Elvisie – odrzekła Rose, po czym oparła się o niego.
Przesunęła się lekko w lewo, przyciskając ucho do jego torsu. Słyszała bicie serca, co wzbudzało w niej uczucie bezpieczeństwa. Położyła dłoń na jego torsie i wsłuchała się w rytm.
– Rose? – Troye odezwał się półgłosem i spojrzał na nią, obejmując ramieniem.
– Wiesz, co najbardziej pociąga w żyjących? To, że po prostu żyją... Życie was wypełnia, tętni w was – westchnęła cicho Rose. – Zazdroszczę ci serca.
Troye zmarszczył lekko brwi, a potem zorientował się, o czym mówiła.
– Ach, no tak... – szepnął. – Wampiry tak naprawdę...
– Nie żyjemy – dokończyła Rose, wiedząc, że Troye krępował się to zrobić. – Chociaż mówi się o nas, że żyjemy wiecznie... A tak naprawdę nie żyjemy wcale. Czy to nie brzmi absurdalnie?
– Wampirem można się stać, rodząc się nim, poprzez ugryzienie lub budząc się po śmierci, prawda?
– Tak. Wampiry to często ciała, które nie umarły do końca i powstają z grobów. Taka wizja przeraża nawet mnie. Ja to po prostu odziedziczyłam, tak samo jak moi rodzice. Łakniemy krwi, bo smakuje jak życie. To, czego nam najbardziej brakuje...
– Ale w was również płynie krew... Więc co ją pompuje jeśli nie serce?
– Tę krew niezbyt da się porównać z ludzką, czego chyba już w pewnym stopniu doświadczyłeś. Nie potrzebujemy wszystkich narządów, których używanie dla was jest niezbędne.
Pomiędzy Troyem a Rose zapadła cisza. Gdy była tak blisko, jego serce biło jeszcze szybciej, co mogła doskonale usłyszeć i poczuć. Wyobrażała siebie również, że to serce bije również w niej lub pobudza jej własne do bicia. To było wyjątkowo przyjemne uczucie, wprowadzające w błogostan.
Zaraz potem przypomniała sobie o małym sercu, które przez nią mogło przestać bić na zawsze.
~ Powiedz jeszcze raz, że mnie kochasz... – poprosiła Rose.
~ Kocham cię, Rose – odpowiedział Troye, nieco zaskoczony tą nagłą prośbą.
Odetchnęła ciężko, próbując wypełnić tymi słowami cały swój umysł.
~ Robię się chciwa i próżna... – stwierdziła. ~ Ciągle bym chciała to słyszeć.
W odpowiedzi Troye przyciągnął do siebie jeszcze bliżej. Mogła myśleć i mówić, co chciała – on i tak zamierzał ofiarować jej siebie całego.
~*~
Wczesnym wieczorem Troye wrócił do siebie, a Rose została sama z myślami. Była rozszczepiona pomiędzy dwoma światami – swoim dotychczasowym, zdystansowanym i zamykającym się na innych, oraz tym, który pokazał jej Troye: ciepłym, bezpiecznym, otwartym. Uwielbiała słuchać, że jest kochana. Łaknęła tego równie gorliwie, co przepełniającego go życia. Zastanawiała się, jakim cudem jeden człowiek dawał jej więcej niż wszyscy ludzie w całym jej życiu. Ale ona na to nie zasługiwała. Była morderczynią. „Co ja robię?” – pytała siebie samą. – „Nie zasługuję na choćby odrobinę szczęścia. Nie po tym, co zrobiłam.”
Rose uświadomiła sobie, że tkwiła w niej obłudna nadzieja, że to, co dawał jej Troye, wymaże jej grzech, cofnie czas. Ach, jakże ona mogła tak głupio myśleć! Wciąż widziała twarz tej dziewczynki. Nie chciała w to wierzyć, ale taka była prawda – skrzywdziła ją, może nawet śmiertelnie.
Była potworem, bezlitosnym potworem. Dziecięcy krzyk, krew na jej ustach i rękach, płacz, przerażenie, puste oczy. To wszystko napierało na nią i przygniatało z każdej strony. Towarzyszyło jej niemal klaustrofobiczne, miażdżące poczucie winy. Kuliła się, trzęsła, słabła, traciła panowanie nad własnymi odruchami. Czuła ogromne zimno, większe niż to, do którego przywykła. Była w otchłani. Myślała, że dobrze znała to miejsce, jednak teraz spadała jeszcze głębiej, w zakamarki nawet mroczniejsze i bardziej przerażające. Nie zasługiwała nawet na to, by żyć. Gdzie jej godność? Gdzie jej moralność? Czy one nie istniały?
Nie wiedziała, ile czasu spędziła, siedząc na płytkach w łazience, zadręczając się myślami o bezbronnej dziewczynce. Oddychała ciężko i nierówno, chciało jej się wymiotować, kręciło jej się w głowie. Czuła, jak poczucie winy napiera na nią całym ciężarem, jak zgniata jej wnętrzności. Twarz miała brudną od czarnych łez, ręce podrapane przez własne paznokcie, włosy potargane drżącymi dłońmi.
Nagle leżący obok niej telefon zawibrował i wyświetlacz się uaktywnił. Spojrzała na godzinę – była już północ. Dostała wiadomość od Troye’a, przeczytała urywek pierwszego zdania i niemal krzyknęła.
Drżącymi rękoma ujęła telefon. Gdyby jej serce biło, przyspieszyłoby swój rytm w tej chwili.
Oczy w kształcie migdałów rozszerzają się, skóra blednie jeszcze bardziej, górne zęby lekko przygryzają dolną wargę. Nie może trafić palcem w powiadomienie, ręce zbyt jej się trzęsą. Udało się. Rose wpatruje się tępo w nagłówek artykułu. Widzi litery składające się w słowa, w całe zdanie, ale zdaje się nie rozumieć znaczenia. Szybko przebiega wzrokiem po całym artykule. Czynność powtarza się kilkakrotnie. Tak, naprawdę jest tu tak napisane, tym razem się nie oszukuje. Przyciska telefon do piersi i głośno wypuszcza powietrze z ust.
„Dziewczynka zaatakowana przez nieznanego sprawcę żyje.”
Ona musi ją zobaczyć na własne oczy. Teraz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz