niedziela, 9 grudnia 2018

~Rozdział VIII~

Rose gnała przed siebie jak szalona, sama nie wiedząc, jak w tej chwili udawało jej się skupić na drodze. Biegła przez lasy, ulice i pola, przemieszczając się z zawrotną prędkością. Ludzie nawet nie wiedzieli, że wśród nich biegł wampir – słyszeli tylko świst i czuli poruszenie, więc uznali to zjawisko za wiatr.

Wspomnienia z tamtej nocy pojawiały się przed Rose niczym ruchome obrazy zawieszone w powietrzu. Miała wrażenie, że jej stopy dotykają ziemi w tych samych miejscach, jak gdyby jej kroki wyryły się na ścieżkach. Kroki potwora. Tym razem jednak powód jej pośpiechu był zupełnie inny. Zamiast gnać za żądzą i bezlitosnym instynktem, biegła, by zobaczyć żyjącą istotę, którą uznała za martwą. Martwą z jej własnej winy.

Gdy Rose dobiegła do docelowego miasta, ciężko było jej złapać oddech, nawet mimo wampirzej siły. Znajdowała się teraz na jakimś prawie opustoszałym placu. Opadła na jedną z kamiennych ławek przy fontannie i próbowała zebrać myśli. W artykule było napisane, że dziewczynka leży w szpitalu, ale nie podano, gdzie dokładnie. Ogarnęło ją obrzydzenie na myśl, by posłużyć się instynktem i wytropić dziewczynkę, więc gorączkowo poszukiwała innego rozwiązania.

Rozejrzała się po placu. Przy drzewie w eleganckim klombie siedział mężczyzna ubrany w podartą odzież i sączył jakiś alkohol, patrząc w stronę Rose. Niewielu ludzi już pałętało się w okolicy o tej godzinie. Dostrzegła również elegancko ubranego mężczyznę z teczką w ręku, zmierzającego dokądś zdecydowanym krokiem. Wstała z ławki i podeszła do niego.

– Przepraszam, gdzie tu jest szpital? – zapytała uprzejmie.

Mężczyzna analizował ją wzrokiem.

– Całkiem niedaleko. Musi pani iść wzdłuż tej ulicy, skręcić w lewo, a następnie iść prosto do kolejnego skrzyżowania i powinna pani zobaczyć szpital – wyjaśnił. – A co się dzieje? Źle się pani czuje? Może panią tam zawiozę?

Mówiąc to, mężczyzna przybliżył się i dotknął przedramienia Rose. Sposób, w jaki to zrobił, zdecydowanie jej się nie podobał.

   – Nie, wszystko w porządku, dziękuję – odparła Rose i odwróciła się, by iść, jednak mężczyzna stanowczo objął ją ramieniem.

– Na pewno? Może się pani jeszcze zastanowi... – powiedział, ciągnąc ją do jakiegoś zaułka.

Jego uścisk był silny. Rose mogła wyczuć, jak napięte były jego mięśnie. Początkowo trzymał dłoń na jej ramieniu, ale stopniowo zaczynała przemieszczać się w dół. Dosyć.

Rose syknęła na mężczyznę rozdwojonym, wampirzym głosem i wyszarpnęła się z jego uścisku tak mocno, że ten w oszołomieniu poleciał na ścianę pobliskiego budynku. Jej oczy błysnęły złowrogo, a kły wydłużyły się instynktownie.

– Nigdy nie wiesz, z kim zadzierasz – zwróciła się do niego gniewnie. – Oszczędzę cię tylko dlatego że udzieliłeś mi informacji oraz potrafię opanować instynkt.

To powiedziawszy, Rose odwróciła się i pomknęła wzdłuż wskazanej jej ulicy, zostawiając mężczyznę w otępieniu i przerażeniu.

 

~*~

 

Troye miał koszmary. W jego nocnej wizji Rose dusiła się i zawodziła o pomoc. Miała epileptyczne drgawki i była gdzieś zawieszona, a on nie mógł jej pomóc. Mimo że biegł w jej stronę, nie ruszał się z miejsca. Miał wrażenie, że ona nawet go nie widziała, jak gdyby byli w dwóch różnych wymiarach. Nie mógł nic zrobić.

Kiedy się obudził, przez chwilę nie mógł odróżnić snu od jawy, myśląc, że to wszystko zdarzyło się naprawdę. Wziął kilka głębokich wdechów i oprzytomniał. Zaraz potem jednak zobaczył Erika, który siedział we własnym łóżku, z grozą wymalowaną na twarzy. Troye się wzdrygnął. Takiego przerażenia u swojego współlokatora jeszcze nie widział.

– Stary... – odezwał się Erik. – Nie wiem, co się z tobą dzieje, ale na pewno nic dobrego.

– Nie, ja tylko miałem koszmar... – wyjaśnił Troye, zakłopotany.

Erik przyjrzał mu się badawczo, nadal mocno zaniepokojony.

– Pamiętasz cokolwiek z tego snu? – zapytał.

Troye’owi wstyd było się zwierzać, co zobaczył, więc ograniczył swoją wypowiedź do minimum:

– Tak, Rose.

– Rose Elliot? – domyślił się Erik, a Troye kiwnął głową na potwierdzenie. – Wiesz, Troye, ja nie chcę wnikać w twoje życie prywatne, ale krzyczałeś jej imię we śnie.

– I cię obudziłem... – dokończył, zmieszany. – Nie przejmuj się tym, idź spać. Ze mną wszystko w porządku.

– Na pewno? Tak się rzucałeś w tym łóżku, że bałem się, że zrobisz sobie krzywdę...

Troye przez chwilę zastanawiał się, czy mówił prawdę, ale tylko wziął oddech i ułożył się z powrotem w pościeli.

Erik przyglądał mu się podejrzliwie jeszcze przez chwilę, nie wierząc, że to nic takiego. Cokolwiek się z nim działo, miało to związek z Rose Elliot. Ta dziewczyna zdecydowanie miała w sobie coś wyjątkowego, jednak niepokojącego. Erik wiedział to od razu, gdy zobaczył ją po raz pierwszy. Już widywał podobnych do niej i nie miał z tym najlepszych wspomnień.

Troye natomiast odwrócił się do ściany i próbował usnąć, ale czuł w sobie narastający niepokój. Myślał o Rose i w pewnym momencie zdał sobie sprawę, że faktycznie mogło jej się coś dziać. Przeanalizował jeszcze raz swoje emocje. Oczywiście był wstrząśnięty tamtym snem, jednak było w tym strachu coś obcego. Może ona właśnie potrzebowała pomocy.

Zastanawiał się, czy to przez wiadomość, którą jej wysłał. Nie chciała mu podać szczegółów, lecz sam postanowił trochę poszperać w poszukiwaniu informacji o zaatakowanej dziewczynce. Nie miał pewności, że to o nią chodziło, ale czas i odległość się zgadzały.

~ Rose? – zapytał w myślach, starając się nawiązać połączenie. ~ Wszystko z tobą w porządku? Boisz się?

Jakiś czas nie dawała odpowiedzi, więc Troye się niepokoił, jednak w końcu usłyszał jej głos w swoim umyśle:

~ Wszystko dobrze. Naprawiam tylko swoje błędy.

~ Rose? Co masz na myśli? – zdziwił się Troye ~ Rose?...

Nie uzyskał już odpowiedzi.

 

~*~

 

Szpital okazał się być położonym dokładnie w tym miejscu, które opisał nachalny mężczyzna. Rose stała przed wejściem i zastanawiała się, co dalej. Z bólem stwierdziła, że najłatwiej wślizgnie się do środka przy pomocy swoich nadnaturalnych zdolności. Żałowała, że nie poczekała z tą wyprawą do dnia następnego, jednak wiedziała, że nie uspokoi się, dopóki nie zobaczy dziewczynki żywej i bezpiecznej na własne oczy. Poza tym jej wampiryzm zdecydowanie lepiej funkcjonował nocą.

Wyostrzyła słuch. W szpitalu panowała niemal głucha cisza, czasem przerywana przez jakiś szelest lub dźwięki wydawane przez różne maszyny i mechanizmy. Od czasu do czasu Rose słyszała skrzypienie szpitalnych łóżek, buczenie monitora oraz kardiogram odzwierciedlający bicie czyjegoś serca. To miejsce zawsze ją dziwiło i zastanawiało. Ludzie w tej placówce przeżywali pierwsze i ostatnie dni swojego życia, ogromne szczęście oraz ogromną rozpacz zarazem. To było miejsce chorób oraz zdrowia, miejsce paradoksów i oksymoronów. Miejsce dla ludzi, bo właśnie z tego się składali.

Dziewczynka tu była. Mimo że Rose nie chciała znaleźć jej w ten sposób, jej wyostrzonych zmysłów nie dało się zagłuszyć. Czuła jej zapach, to na pewno była ona.

 

~*~

 

Nie mógł tego dłużej znieść. Troye wiedział, że już nie uśnie, był zbyt roztrzęsiony. Pomyślał o Rose. Może gdyby tu była, potrafiłby się uspokoić. Niestety nie odpowiadała mu nawet w myślach, a wciąż martwił się tym, co od niej usłyszał.

Pomyślał o tym, jak spali wtuleni w siebie, jak bezpiecznie się czuli. Rozpalało go wtedy uczucie do Rose, któremu pozwolił rozkwitnąć, oraz posmak jej słodkiej krwi. Przeraził się. Nie wiedział, czego w tej chwili bardziej łaknął. Może nie chciał wiedzieć. Może ta prawda przeraziłaby go jeszcze bardziej.

 

~*~

 

Nikt nie mógł jej zauważyć. Na pewno nie pozwolono by jej wejść do sali, w której leżała dziewczynka. Gorzej, jeżeli dziewczynka pamiętała jej twarz. Rose nie była pewna, czy gdyby ją zobaczyła, nie rozpoznałaby w niej swojej oprawczyni. Zdecydowanie nie mogła pozwolić ponieść się emocjom. Musiała działać sprytnie i taktownie.

Wzięła oddech. Stwierdziła, że najlepiej będzie, jeżeli stanie się niewidzialna. Wiedziała, że nawet gdyby uchwyciłyby ją kamery monitoringu, jej obraz byłby tak rozmazany, że ciężko byłoby stwierdzić, kto to, jednak nie mogła ryzykować bycia zauważoną przez pacjentów lub pracowników szpitala.

Musiała się skoncentrować. „Jak to się robiło?” – pomyślała, próbując przypomnieć sobie, co należało zrobić. Musiała czerpać energię z nocy, to na pewno. Zamknęła oczy i skupiła się na swoim wampirzym „ja”. Wyobraziła sobie siebie w umyśle, bardzo dokładnie, z każdym detalem. „Jestem dzieckiem nocy” – powiedziała do siebie w myślach. – „Proszę, ukryj mnie.”

Kiedy ponownie otworzyła oczy, nie widziała już własnych dłoni. Obejrzała się i stwierdziła, że jej się udało. Dotknęła drzwi głównych szpitala i weszła do środka. Poruszała się powoli i ostrożnie, zachowując czujność i rozglądając się na wszystkie strony. Na portierni siedziała kobieta w białym fartuchu, wstukując coś w komputer. Nie wydawało się, by zauważyła obecność Rose.

Myśli Troye’a próbowały się do niej przedrzeć, dosięgnąć ją, jednak nie mogła teraz go wpuścić. Skoncentrowała się z całej woli na ukryciu swojej obecności i nie chciała tego przerywać. Udała się ku schodom, wiedziona instynktem, który mówił jej, że dziewczynka była niedaleko.

Wreszcie stanęła pod jedną z sal, pod drzwiami, na których namalowana była żyrafa. To musiał być oddział dziecięcy, a więc chyba dobrze trafiła. Rose spojrzała na klamkę.

Najbezpieczniejszym wydawało się obecnie otworzenie drzwi siłą umysłu, jednak nie miała w tym takiej wprawy, a dodatkowo mogłoby to wiązać się z utratą niewidzialności. Położyła więc ostrożnie dłoń na klamce i nacisnęła ją najdelikatniej, jak potrafiła. Udało jej się w miarę cicho otworzyć drzwi i równie bezszelestnie przemknąć do środka.

Pomieszczenie było nieduże. Przez chwilę można było nawet zapomnieć, że było się w szpitalu – jasne kolory, wesołe, dziecięce malunki na ścianach, kolorowe zasłonki, zabawki. Równie dobrze mógłby to być pokój dla dziecka. Po obu stronach okna znajdowały się łóżka – jedno puste, a jedno zajęte. Rose podeszła do drugiego łóżka z zapartym tchem i ujrzała dziewczynkę.

Miała ciemne, kręcone włoski zaplecione w warkocz. Jej skóra miała blady odcień, a małe rączki trzymała złożone razem na piersi. „Wygląda jak w trumnie” – pomyślała Rose i ogarnął ją głęboki żal. Dziewczynka jednak żyła. Jej klatka piersiowa wznosiła się i opadała równomiernie, co oznaczało, że oddychała.

Żyła, naprawdę żyła. Rose wprawdzie poczuła ogromną ulgę, lecz również i wyrzuty sumienia, że dziewczynka musiała teraz leżeć w szpitalu w nie wiadomo jakim stanie. Zobaczyła jakieś papiery leżące na szafce obok łóżka i ostrożnie wzięła je do rąk.

Dziewczynka nazywała się Ariana Bailey. Trafiła do szpitala z głęboko rozciętą szyją i przeszła operację. Jej stan był stabilny, jednak była bardzo słaba. Rose spojrzała na nią jeszcze raz i wszystkie wspomnienia z tamtej nocy wróciły.

Widziała, jak niczego nieświadome dziecko bawiło się przed domem. Nie wiedziała, gdzie byli jej bliscy, ale na pewno nie w pobliżu. Jej instynkt rozkazywał – ona jest twoim celem.

Wiedziała, że podświadomie i tak myślała o Troye’u. Odkąd skosztowała jego krwi, nie chciała pić niczego innego, jednak biła się z tym. Dlatego uciekła daleko od niego. Dlatego teraz jej zmysły powariowały i kazały jej pić z bezbronnego dziecka. Widziała przerażenie na twarzy zaskoczonej dziewczynki, słyszała jej bolesny krzyk. Dziecko upadło na ziemię, okropnie charcząc, podczas gdy ona sama stała nad nim i ocierała krew z ust. Nie docierało do niej, co zrobiła, dopóki w domu zapaliło się światło.

Spojrzała na dziewczynkę z przerażeniem. Nie ruszała się, nawet przestała charczeć i pluć. „NIE!” – kołatało w głowie Rose. Chciała dać jej się napić swojej krwi, ale w porę przypomniała sobie, że dziecku mogłaby ona tylko jeszcze bardziej zaszkodzić. Próbowała przekazać jej uzdrawiający pocałunek, lecz nie była pewna, czy zadziałał, bo wkrótce z domu ktoś wyszedł, a ją ogarnęła panika. Uciekła.

Rose odłożyła dokumentację z powrotem na szafkę i pochyliła się nad dziewczynką. Ostrożnie odgarnęła jej włosy z czoła i złożyła na nim delikatny pocałunek, przekazując jej swoją chęć polepszenia jej stanu. W chwili obecnej uznała, że tylko tyle mogła dla niej zrobić. Teraz musiała wracać.

Odwróciła się do drzwi, gdy nagle poczuła dotyk na dłoni, który rozproszył ją tak bardzo, że utraciła niewidzialność. Obróciła się z powrotem w stronę łóżka i ujrzała zbudzoną Arianę, zaciskającą swoją dziecięcą rączkę na jej dłoni. Zamarła w bezruchu.

– Jesteś moim aniołem stróżem? – zapytała Ariana, przyjrzawszy się jej.

W Rose coś pękło. Odwróciła się i kucnęła przy łóżku, nie wyrywając się z uścisku jej dłoni.

– Nie, kochanie – powiedziała spokojnym, lecz łamiącym się głosem. – Prędzej jestem nocną marą.

– A nie wyglądasz – stwierdziła dziewczynka i uśmiechnęła się rozczulająco.

Rose czuła w sobie ucisk od wzruszenia. Z jej oczu zaczęły skapywać czarne łzy. Ariana spostrzegła to i położyła dłoń na jej policzku.

– Dlaczego płaczesz? – zaciekawiła się.

– Bo zostałaś skrzywdzona – odrzekła Rose, pochlipując. Widocznie dziewczynka jej nie rozpoznawała.

– Ale już mi lepiej – stwierdziła Ariana. – Pamiętam, że bardzo się bałam, ale teraz jest dobrze. Jest dobrze, pani Maro.

Rose uśmiechnęła się przez łzy.

– Ludzie mają taką piękną zdolność do wzruszania – powiedziała półgłosem, ocierając łzy. – Szczególnie dzieci. One są takie niewinne i piękne.

  Ariana nie rozumiała jej słów, więc skupiła swoją uwagę na czymś innym – włosach Rose.

– Czerwone… Ładne – oznajmiła z uśmiechem, bawiąc się jej włosami. – Też chcę takie.

– Ty masz ładniejsze – odparła Rose i pogłaskała dziewczynkę po głowie. – Muszę już iść. Proszę, bądź silna. Niedługo wyzdrowiejesz.

– Zobaczymy się jeszcze?

– Kto wie? Mam nadzieję, że tak, jednak poza szpitalem. Wracaj do pełni sił.

Rose wstała i posłała Arianie jeszcze jeden uśmiech, zanim skierowała się do drzwi. Dziewczynka przyjrzała się jej jeszcze raz i zmarszczyła delikatnie czoło.

– Niemożliwe. Musisz być moim aniołem stróżem.

 

~*~

 

Troye potwornie się nie wyspał, co go raczej nie zdziwiło. W nocy tylko gniótł się na łóżku i nie usnął już od tamtego koszmaru, a raczej wręcz się namęczył. Gdy rano wyplątał się z pościeli i stanął przed łazienkowym lustrem, przestraszył się swojego odbicia. Policzki miał zapadnięte, a pod oczami widniały dwa ciemne kręgi.

Przemył twarz i wziął prysznic, ale udało mu się doprowadzić do porządku tylko potargane włosy. Zastanawiał się, czy również i dzisiaj nie powinien zrezygnować z zajęć, jednak już w piątek sobie odpuścił, a poza tym Erik wciąż był wobec niego bardzo podejrzliwy, więc zamierzał chociaż udawać, że wszystko z nim w porządku. Trudno, jakoś może przeżyje na napojach energetycznych i kawie.

Podczas porannego wykładu Troye omal nie usnął. Pomyślał z przekąsem: „Teraz chce mi się spać?”, ale mimo wszystko starał się notować jakiekolwiek informacje. W pewnym momencie zdał sobie sprawę, że zapisywał również te słowa, które wykładowca dodawał mimochodem, typu „a teraz przejdziemy do” czy „to proszę sobie zanotować”.

W przerwie między zajęciami spotkał Rose, więc od razu zażądał wyjaśnień. Ona najpierw próbowała dowiedzieć się, dlaczego wyglądał tak kiepsko, jednak nie dał za wygraną.

– Dobrze, słuchaj... – podjęła Rose. – Ale musimy odejść gdzieś na bok... O, tu będzie dobrze. Więc okazało się, że tamta dziewczynka... Ona żyje, Troye. Widziałam ją na własne oczy. W szpitalu, ale żywą.

Troye uniósł brwi do góry i poczuł ogromną ulgę.

– Naprawdę? Bogu dzięki! – odetchnął – Czyli to ta sama co w artykule?

– Tak... – odpowiedziała Rose z wyraźnym uczuciem ulgi. – Powoli odzyskuje siły. Ucałowałam ją w czoło, próbując przekazać jej pozytywną energię, o ile taką mam. Ma na imię Ariana i jest przesłodka – uśmiechnęła się. – Nie rozpoznała mnie.

– Rozmawiałaś z nią? I to wszystko zrobiłaś jednej nocy? Niezła jesteś.

– Ariana miała ogromne szczęście, ja poniekąd też... Mówię ci, teraz dokładnie wiem, co to znaczy, jak komuś spada kamień z serca! Mnie chyba spadła cała góra.

– No a ten niepokój, który się u ciebie pojawił? Nawet ja to odczułem.

– Och, tamto... Ech, pewien facet chciał mnie porwać do jakiejś uliczki, ale się obroniłam. No weź, co się tak patrzysz? – dodała, widząc jego zaniepokojone spojrzenie. – Może nie widać, ale mam mnóstwo siły, w dodatku to była noc. Odepchnięcie go to była drobnostka!

– Jak dobrze, że nic ci nie jest!

– Spokojnie, Troye. Trochę zaufania, proszę, umiem o siebie zadbać – Rose uśmiechnęła się zachęcająco, mrugając do niego. – No a teraz ty się spowiadaj.

Troye wzruszył ramionami.

– W sumie nie ma o czym mówić. Źle spałem i tyle – stwierdził.

Rose przyjrzała mu się podejrzliwie. Przez chwilę obawiał się, że wedrze mu się do umysłu i sama wyciągnie z niego odpowiedź, ale szybko się opanował.

– Pewnie nie miałbym z tym problemu, gdybyś była obok... Jak wtedy – oświadczył półgłosem, nachyliwszy się lekko nad nią.

Uśmiechnęła się ujmująco, przyglądając się Troye’owi z zaciekawieniem.

– Jardin – odparła – od kiedy masz taką bajerę?

– Cóż... Chyba uczę się tego przy tobie – stwierdził, wzruszając ramionami.

– Podoba mi się to – oznajmiła z intrygującym błyskiem w oczach.

Troye uśmiechnął się dumnie. Mówił prawdę – gdy nie mógł zasnąć, próbował wyobrazić sobie, że zasypia w jej objęciu. Przyniosło mu to choć trochę ukojenia i błogości.

Gdy oboje stali dosyć blisko siebie na uboczu, dostrzegł ich Jarvis. Najpierw zobaczył samą Rose i chciał się przywitać, ale zrezygnował z tego, gdy ujrzał Troye’a. Wycofał się więc, by nie zostać przez nich dostrzeżonym, lecz wciąż ich obserwował. Teraz miał pewność – Rose nie chciała spędzać z nim czasu, bo wybrała Troye’a. Przypuszczał to już jakiś czas, jednak nie sądził, że będzie tak boleć, gdy okaże się to prawdą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz