Po trzydziestym pierwszym października ozdoby halloweenowe wywieszone w miejscach publicznych szybko ustąpiły miejsca ozdobom bożonarodzeniowym i w mediach pojawiły się świąteczne reklamy. Rose właśnie była w butiku i układała bluzki z oferty promocyjnej, a ze sklepowych głośników płynęła przyjemna, nastrojowa muzyka. Dekoracje i ogólna atmosfera skierowały jej rozmyślania na Święta Bożego Narodzenia, których nigdy tak właściwie nie miała okazji spędzić.
Jej rodzina nie obchodziła tych świąt wcale. Rose pamiętała, jak zazdrościła swoim „normalnym” rówieśnikom ze szkoły, przed którymi musiała udawać, że była taka jak oni. Dzieciaki z klasy opowiadały o wspaniałych prezentach czy po prostu dobrym czasie spędzonym w gronie najbliższych, a ona tylko się przysłuchiwała. Jednego razu nawet postanowiła wymknąć się z domu i pójść na pasterkę – oj, mocno jej się za to oberwało od Scarlett.
Ciotka zaczęła kłaść jej do głowy: „Jesteś wampirem, istotą mroku. Kościół to nie jest miejsce dla ciebie!”. Rose osobiście nie sądziła, aby miało jej to szkodzić, jednak z czasem zaczęła czuć się nieswojo nawet w pobliżu kościołów. Uważała bowiem, że ktoś taki jak ona nie był godny spojrzeć na Dom Pański, co dopiero przekroczyć jego próg. Zdarzało jej się co najwyżej nieśmiało pomodlić, wylać swoje smutki, ale w końcu poddała się. Czuła, że mówiła tylko do siebie, a jej słowa odbijały się głuchym echem.
Wierzyła w Boga – zakładała, że zwyczajnie musiał istnieć jakiś Absolut, który w swoim czasie ukarze ją za to, kim była – że odtrąci ją i popchnie w przepaść, gdzie spotka ją już tylko wieczna ciemność. Nie miała jednak przez to negatywnych odczuć wobec Niego, a uważała za oczywistość, że taki był jej los, którego odmienić nie mogła, bo w końcu była z góry potępiona, będąc wampirem. Obserwując zatem ludzi, zazdrościła im możliwości wyboru, bo sami mogli zdecydować, czy chcieli być blisko Boga czy też nie. Rose była głęboko przekonana o tym, że dla niej ten wybór był po prostu niemożliwy.
Musiała jednak przyznać, że przy Troye’u czuła się zupełnie inaczej. Dawał jej nadzieję, której wcześniej nie potrafiła znaleźć w nikim ani niczym innym. Nie była w stanie nawet dokładnie opisać, dlaczego tak się działo – po prostu fascynowała ją jego osoba. Rozczulało ją jego nieporadne zachowanie w jej towarzystwie, jego dobroduszność i chęć niesienia jej pomocy, a nawet niezrozumiałe dla niej momenty, w których entuzjastycznie opowiadał o swoich ulubionych grach lub filmach sci-fi. Z początku czuła się winna, że tak przyjęła jego pomoc, lecz zdążyła się już przyzwyczaić do jego obecności i gotowości, by wysłuchać jej lęków i obaw.
W ciągu ostatnich kilku dni zaczęła mu się dużo zwierzać. Opowiadała głównie o niemiłych przeżyciach z dzieciństwa, jak dokuczali jej kuzyni albo ciotka, a stryj Marvin nigdy nie chciał brać jej strony. Przekazując to wszystko Troye’owi, czuła, że problemy z niej spływały – nawet te, od których już dawno uciekła.
Westchnęła w zamyśleniu, składając ostatnią już bluzkę z oferty promocyjnej. Rozejrzała się po butiku, w którym kręciło się parę klientek przeglądających ubrania. Większość z nich jednak zniechęcała się ceną, co Rose doskonale rozumiała, ponieważ sama nierzadko dziwiła się, ile kosztowały niektóre ubrania, jakkolwiek piękne by nie były.
Spojrzała na ubrania odłożone przy przymierzalni. Zdawało jej się, że jej współpracownica, Brittany, miała je odwiesić na odpowiednie miejsca. „Właśnie, gdzie ona się podziewa?” – pomyślała Rose i zerknęła na zaplecze, gdzie znalazła Brittany robiącą sobie makijaż.
– Co ty u licha robisz?... – westchnęła.
– Nagrywam filmik, jak zrobić porządny makijaż – obruszyła się Brittany. – Dbam o swoich obserwujących. Ty też… mogłabyś z tego skorzystać.
– Świetnie – mruknęła Rose pod nosem. – A może zadbasz o butik? Trzeba odwiesić ubrania z przymierzalni.
– No to zrób to, jak ci się nudzi.
– Żartujesz sobie ze mnie? Powiedziałaś, że ty to zrobisz, a tymczasem przesiadujesz praktycznie cały dzień na zapleczu!
– Wiesz, ile zajmuje zrobienie takiego makijażu?
– Nie obchodzi mnie to, po prostu rusz tyłek i odwieś te cholerne ciuchy.
– Nie jesteś moją szefową, kochana – oznajmiła Brittany z wyrzutem w głosie.
Rose poddała się, stwierdzając w duchu, że i tak nie przemówi do swojej współpracownicy – z którą doświadczyła już wiele podobnych sytuacji – więc wyszła z zaplecza z impetem. Rzuciła okiem na wieszak przy przymierzalni. Był już prawie pełny, zatem postanowiła sama zrobić porządek z ubraniami. Miała ochotę zabrać je na zaplecze i rzucić nimi w Brittany, ale się powstrzymała.
Z pokorą zaczęła rozwieszać ubrania, gdy do butiku wkroczyła jakaś dziewczyna, podeszła do niej i stanęła jak wryta. Dziewczyną tą była Nina Green, której Rose nie miała okazji poznać, ale Nina stwierdziła, że chyba pośrednio znała ją. Miała zapytać o pracującą tu koleżankę, jednak zbił ją z tropu widok noszonej przez dziewczynę plakietki z imieniem i nazwiskiem „Rose Elliot”.
Najpierw rzuciło jej się w oczy nazwisko – to samo, które nosił też Drew – ułamek sekundy później uderzyło ją jej imię – czy to możliwe, że o tej właśnie Rose wspomniał ostatnio Troye? Czy była jakoś spokrewniona z Drew? Jeśli tak, to… czy też była wampirem?
– Przepraszam, mogę w czymś pomóc? – spytała Rose, zaczynając czuć się niezręcznie.
– T-tak, ja… Ekhym, szukam mojej koleżanki, podobno tu pracuje – wykrztusiła z siebie Nina, zdobywając się na opanowany ton. – Nazywa się Brittany Peach.
– Pracuje to za dużo powiedziane… – wymamrotała Rose, jednak Nina nie zrozumiała jej słów. – Zawołam.
Nina przyjrzała się Rose, gdy ta wołała imię jej koleżanki. Nie zauważyła kłów w jej jamie ustnej, ale wiedziała, że wampiry potrafiły je chować. Przynajmniej tak wywnioskowała w czasie spędzonym z Drew, bo podczas ich późniejszej rozmowy jego zęby wyglądały już całkiem przeciętnie.
– Nina, kochana, świetnie, że wpadłaś! Tak mi się tu nudzi – jęknęła Brittany, wybiegając z zaplecza, by uściskać koleżankę. – Coś ty taka jakby zgaszona? Stało się coś?
– Nie, nie, zamyśliłam się tylko… Słuchaj, kim jest ta twoja współpracownica, Rose? – spytała cicho, patrząc, jak tajemnicza nieznajoma sortowała ubrania z przymierzalni.
– Czemu o nią pytasz? – zdziwiła się Brittany. – Wiem o niej w sumie tylko tyle, że studiuje u nas architekturę na drugim roku.
– A nic, bo wydawało mi się, że skądś ją kojarzę.
– Ach, to pewnie widziałaś ją kiedyś na uczelni!
– Pewnie tak – odparła Nina, zmuszając się do uśmiechu.
~*~
Rose Elliot nie dawała Ninie spokoju, zatem następnego dnia postanowiła wyjaśnić tę sprawę z Drew. Umówili się w jej okienku między zajęciami. Nina zaznaczyła, że lepiej będzie spotkać się w jakimś dyskretnym miejscu, skoro chciała przekazać mu raczej poufne informacje. Zaproponowała, że mogliby spotkać się u niego, jednak Drew nie chciał zdradzić, gdzie mieszkał, więc zaprowadził ją w to samo miejsce, gdzie rozmawiał z nią tamtej nocy.
Był to opuszczony budynek w jednej z mroczniejszych uliczek miasta, gdzie prawie nikt się nie zapuszczał. Nina nawet nie wiedziała o istnieniu tego miejsca, bo stosunkowo ciężko było się do niego dostać. Tak jak ostatnio, udali się do piwnicy, by usadowić się na starej, lekko rozpadającej się kanapie.
Już tamtej nocy Drew zauważył u Niny jakąś fobię przed zejściem do piwnicy, dlatego wszedł do jej umysłu i znów zobaczył jej ojca – tym razem przesiadującego w piwnicy w ich domu, gdzie trzymał urnę swojej żony i rozmawiał z nią tak, jakby wciąż żyła. Ten widok tylko utwierdził go w przekonaniu, że mężczyzna musiał postradać wszelkie zmysły.
Nina przytuliła się mocno do Drew, a ten objął ją ramieniem w obronnym geście – tak też siedzieli tamtej nocy. Przy nim wreszcie poczuła się bezpieczna i zdała sobie sprawę, że tego uczucia nie doświadczyła już dawno. On natomiast za wszelką cenę chciał dać jej takie poczucie – inaczej nie zgodziłaby się na to, co jej zaproponował. Co prawda wciąż jeszcze się nie zadeklarowała, ale Drew czuł, że prędzej czy później się zgodzi. Już wiedział, że zdążyła mu zaufać, więc póki co układało się pomyślnie.
– No co tam, jak się czuje moja Nini? – spytał z względnie czułym uśmiechem.
– Nieco zdezorientowana… – odparła. – Byłam wczoraj w butiku, gdzie pracuje moja znajoma, ale spotkałam też inną dziewczynę. Jej nazwisko mnie zaintrygowało, bo miała je wypisane na plakietce sprzedawczyni. Rose Elliot.
Chciała jeszcze spytać, czy Drew ją znał, ale po jego reakcji już poznała odpowiedź.
– Spotkałaś Rzygowinkę? Nie może być! – zawołał.
– Kogo?...
– Moją siostrę stryjeczną – zaśmiał się. – Przezywałem ją tak kiedyś… Zwiała z domu lata temu, ale, kurde, nie spodziewałem się, że ją tu spotkam! Nieźle, Nini… Wiedziałem, że jesteś wyjątkowa – pochwalił ją, głaszcząc delikatnie ją po głowie.
– Czyli to twoja rodzina… Też jest wampirem?
– Tak, ale marnym. Po pierwszym wypiciu krwi z człowieka zwymiotowała, stąd jej przezwisko. Ciągle tylko dramatyzowała: „Jestem potworem, jestem potworem! Tak nie można, to obrzydliwe!” – przedrzeźniał ją piskliwym głosem. – W każdym razie chętnie się znów z nią zobaczę…
– Jest jeszcze coś… – dodała Nina. – Jakiś czas temu byłam w barze z kolegą. Rozmawialiśmy i było okay, ale nagle powiedział jej imię. Bez nazwiska, ale kiedy ją zobaczyłam, pomyślałam, że o nią mu chodziło… Nie wiem dlaczego.
– Ciekawe, ciekawe… Pozwól mi to zobaczyć.
Dotknął delikatnie policzka Niny, przesuwając zimną dłoń po jej skórze, a ona zetknęła się z nim czołem. Wtedy Drew wszedł do jej umysłu, przywołując wspomnienie z tamtego wieczoru z Troye’em.
– Wszystko w porządku, Troye? – spytała Nina, lekko zmieszana.
– Tak, Rose… – odparł ciemnowłosy, młody mężczyzna w zamyśleniu, po czym jakby oprzytomniał – Nina… Przepraszam, to ty mówiłaś.
– No proszę – skomentował Drew, opuszczając umysł Niny. – Mam pewną teorię. Nie jestem przekonany, ale sam mam dosyć duże doświadczenie w czytaniu czyichś myśli, wiesz o tym.
– Myślisz, że ona wtedy była w jego umyśle? – podsunęła Nina, a Drew uśmiechnął się dumnie.
– Tak, Nini. Widzę, że ty też zaczynasz łapać, jak to działa. Ciekaw jestem, czy on rozmawiał z nią…
– Jeśli chodzi o Troye’a, wątpię, by był wampirem. Dotykałam jego dłoni, były dla mnie ciepłe.
– Nie musi być wampirem, by komunikować się z nią w myślach. Mógł też pić jej krew. Hm, ale Rzygowinka by na to pozwoliła? Ciekawe, ciekawe…
– Opowiedz mi o tym… Picie krwi wampira daje takie zdolności?
– Nawet więcej. Uważa się to za dosyć niebezpieczną praktykę, może to zdegradować kogoś, kto ją pije. Efekty uboczne są też niszczące dla samego wampira… No, no, odważne to by było ze strony Rzygowinki. Ale po co miałaby to robić?
– Będę teraz na nią uważać. Studiuje na tej samej uczelni, co ja, jednak na innym wydziale – oświadczyła Nina. – Mimo to może uda mi się dowiedzieć czegoś więcej.
– Moja Nini – westchnął Drew, przytulając ją do siebie z uśmiechem na twarzy. – Nawet teraz, przypadkiem, spisałaś się świetnie. Cieszę się, że nasze losy się zeszły.
Nina też się cieszyła, bo wreszcie czuła się komuś potrzebna. Nie wiedziała dokładnie dlaczego, ale zadowalając Drew, sama czuła się dobrze. Uwielbiała, gdy ją chwalił. Uwielbiała ten mistyczny błysk w jego oczach i zimny, lecz przyjemny dotyk jego dłoni. Miała wrażenie, że Drew był wszystkim tym, czego jej do tej pory brakowało, a to z kolei sprawiało, że jego propozycja, którą przedstawił jej tamtej nocy, powoli zaczynała do niej przemawiać.
~*~
Troye właśnie wpatrywał się w niedawno zakupiony kalendarz, skupiając się nie tyle na dzisiejszej dacie, co na oznaczeniu przypadającym za parę dni – ciemnym kole, symbolu nowiu księżyca.
Myślał o Rose i już jej współczuł. Czy tym razem też przegra z pragnieniem i zapoluje? Musiał z nią być tej nocy, tak postanowił. Musiał ją chronić i uspokajać, a nawet miał pewien pomysł, co zrobić, by nie musiała wtedy szukać ofiary, co też zakomunikował jej, gdy spotkali się na mieście.
– Oszalałeś? – skomentowała Rose, po czym ściszyła głos. – Że niby mam wypić z ciebie krew w nów księżyca? Mowy nie ma.
– Dlaczego? Przecież to zaspokoiłoby twoje pragnienie, nie musiałabyś polować – upierał się Troye.
– Jardin, nawet nie wiesz, co się wtedy ze mną dzieje. Nie powinieneś też do mnie przychodzić tej nocy.
– Chcę ci pomóc, być z tobą…
– Pijąc twoją krew w noc jak ta, mogę stracić kontrolę – westchnęła ciężko. – Mogę… Mogę cię zabić.
– Już kiedyś miałaś mnie zabić, a przeżyłem… – zauważył z przyjaznym uśmiechem na twarzy. – Dobrze, to pozwól mi chociaż przyjść na noc. Naprawdę chcę wtedy przy tobie być, Rose – oznajmił dobitnie, po czym ucałował lekko jej chłodną dłoń.
Jakiś czas się wahała, rozważając wszystkie za i przeciw. Wiedziała, że rozsądniej byłoby się nie zgodzić, jednak bała się i czuła, że potrzebowała obecności Troye’a.
– Okay, niech ci będzie, Jardin.
~*~
Kiedy kilka dni później Troye oznajmił Erikowi, że kolejny raz nie wracał na noc do akademika, ten dosyć się zdziwił. Przyglądał mu się bacznie, gdy zabierał rzeczy przed wyjściem.
– Troye… Zwykle nie mieszam się w twoje życie prywatne, jednak tym razem to zrobię – oznajmił stanowczo, brzmiąc prawie jak jego ojciec. – Dokąd ty znowu wychodzisz na noc?
Nie spodziewał się, że Erik zada to pytanie, dlatego ogromnie się zakłopotał. Nie chciał mówić, że szedł do mieszkania Rose, bo Erik mógł źle to zinterpretować.
– Znajomy zaprosił mnie na wieczór gier – skłamał.
– Tak w środku tygodnia? – zdziwił się Erik.
– Akurat tak pasowało jego kolegom… – ciągnął Troye, udając, że czegoś szukał, tym samym unikając kontaktu wzrokowego.
– Dobra, nie będę tego oceniał. Po prostu ostatnio jakoś inaczej się zachowujesz. Mam nadzieję, że nie wpadłeś w jakieś złe towarzystwo.
– Erik, no co ty – roześmiał się Troye. – Poza tym mówisz jak mój ojciec… Oczywiście bezpodstawnie, wszystko u mnie okay.
Erik tylko kiwnął głową, mając wrażenie, że Troye nie był z nim szczery. Znał go na tyle, by stwierdzić, że był marnym kłamcą.
Rose natomiast stresowała się nowiem księżyca jeszcze bardziej, wiedząc, że Troye miał wtedy przy niej być. Po skończonej pracy w butiku wróciła do mieszkania, a niedługo później pojawił się i on. Nie było jeszcze późno, więc po prostu usiedli na kanapie i włączyli film, na którym jednak ani jedno, ani drugie nie potrafiło się skupić.
– Jesteś dosyć nerwowa – zauważył Troye.
– Nawet bardzo… – przyznała Rose, czując podekscytowanie i narastający stres. Troye przytulił ją do siebie mocniej, bo zaczęła lekko dygotać. – Ta ciemność… ona zdaje się mnie przenikać. Chcę w nią wejść… – oznajmiła, kierując wzrok za szybę.
– Jest tam też dużo światła – dodał Troye, patrząc na latarnię uliczną. – Tu… – wskazał – albo tam, w oknie…
– Ty jesteś moim światłem – odrzekła Rose, przytulając ucho do jego klatki piersiowej, by posłuchać bicia serca. – Jak ono pulsuje, tętni…
Poczuła, jak coś się w niej poruszyło, jakby szarpnęło ją od środka.
– Ciemność też bez światła nie istnieje… Moja ciemność tak rwie do twojego światła – wyszeptała półprzytomnie.
– Ale z ciebie ćma – zażartował Troye, jednak Rose zdawała się tego nie słyszeć.
Chwyciła go za koszulę w miejscu, gdzie czuła jego serce, a jemu zrobiło się cieplej. Oddychała ciężko, na jej czole pojawiło się parę kropel potu.
– Rose?
Rozchyliła lekko usta, w których błysnęły ostre kły. Wyglądała jak zombie, wpatrując się pusto w przestrzeń. Wciąż drgała. W kąciku czerwonych ust zebrało się trochę śliny. Troye wiedział, że musiał zareagować – i to szybko. Jednym, zręcznym ruchem ręki rozpiął kołnierz koszuli, odsłaniając szyję.
– Pij, proszę – zakomunikował.
Rose bez wahania wbiła w niego kły, czując, jak traciła nad sobą panowanie. Zrobiła to tak brutalnie i gwałtownie, że gdyby Troye nie siedział na kanapie, łatwo upadłby na podłogę. Bolało, nawet bardziej niż za pierwszym razem na imprezie u Dona. Była taka agresywna, zachłanna… Zrobiło mu się słabo.
Krzyknął i wreszcie dotarło do niej, co robiła. Oderwała się od niego z przerażeniem, wstała z kanapy i stanęła naprzeciwko niego z paniką błyszczącą w oczach.
– Rany, co ja zrobiłam… – wymamrotała, oddychając ciężko – TROYE!
Spojrzał na nią półprzytomnie i tylko ledwo rejestrował jej ruchy, a potem poczuł, jak przytknęła mu do ust swój nadgarstek z rozciętą raną. Ledwo dotknął jej językiem, już wstąpiła w niego nowa energia.
– Troye, Troye… – powtarzała Rose, nerwowo kręcąc głową i obserwując, jak pił krew.
W końcu oderwała od niego rękę. Może dała mu więcej niż zwykle, ale tak się o niego bała.
– Już dobrze, spokojnie – oznajmił Troye bardzo opanowanym tonem, podnosząc się z kanapy. – Widzisz? Nic mi nie jest, a właściwie to czuję się wspaniale – dodał entuzjastycznie.
– Jardin… Ty idioto! Mogłam… Mogłam cię wykończyć… – wychrypiała, zalewając się łzami, po czym rzuciła mu się w ramiona, panicznie tuląc go do siebie, jak gdyby robiła to po raz ostatni.
– Już, już… Jestem tu, wszystko jest dobrze – powtórzył, głaszcząc ją po głowie. – Nie jesteś potworem, nie skrzywdziłabyś mnie. Ufam ci… Kocham cię.
– Proszę… Wróć do siebie. Boję się, a noc się jeszcze nie skończyła.
– Ale już napiłaś się krwi… Co mogłoby się wydarzyć?
– Nie wiem, Troye, ale boję się… Boję się siebie. Tak strasznie się boję… Idź, błagam.
– Nie zostawię cię. Nie wyjdę.
– W takim razie… – szepnęła, patrząc mu w oczy z przerażeniem. – W takim razie ja to zrobię.
Nie zdążył zapytać, o co jej chodziło, bo zręcznie wyplątała się z jego objęcia, a następnie tak szybko opuściła mieszkanie, że Troye ledwo zorientował się, co się stało.
Oczywiście nie dał za wygraną – musiał za nią pobiec. Zamknął jeszcze szybko mieszkanie na klucz, zanim wybiegł w czarną noc.
~*~
Biegł i biegł, a Rose wciąż nie było widać. Mogła być wszędzie – przecież potrafiła poruszać się znacznie szybciej od niego, w dodatku jej siły wzrastały dzięki nowiowi księżyca. Próbował nawiązać z nią połączenie telepatyczne, ale nie chciała mu odpowiadać.
~ Rose? Rose, proszę, martwię się o ciebie! Gdzie jesteś?!
Nie odzywała się, Troye mógł tylko poczuć jej strach. Tej nocy czuł go wyjątkowo wyraźnie, a po napiciu się jej krwi miał wrażenie, że sam czuł w sobie jakiś niepokój, narastającą panikę i coś, co ciągnęło go na zewnątrz – jakąś niepowstrzymaną siłę pragnącą, by za nią podążał. Również teraz, gdy ze zmartwieniem poszukiwał Rose, odczuwał dziwną ekscytację, chęć poznania czegoś tajemniczego wpisanego w tę noc. Co to było?
Nagle poczuł uderzenie w bok, które zepchnęło go w bramę między budynkami i przyszpiliło do ziemi. Widział przed sobą jakąś zamazaną sylwetkę, chyba mężczyzny. Zdał sobie sprawę, że przyciskał go stopą w ziemię.
– Zostaw go! – usłyszał rozwścieczony głos, nie mając wątpliwości, że należał on do Rose.
Rozległ się jakiś świst, syk, a następnie mógł już wstać na równe nogi. Otrzepał sobie twarz z ziemi i ujrzał Rose mocującą się z tym samym mężczyzną. Drapała go, warcząc w jego stronę z obnażonymi kłami, a on nie dawał za wygraną. Troye ruszył, by bronić Rose, ale w drogę wszedł mu jeszcze inny nieznajomy, który jakby pojawił się znikąd.
Był szczuplejszy i smuklejszy od tamtego. Miał prawie tak bladą cerę jak Rose, bujne włosy w kolorze tlenionego blondu, piegowatą twarz oraz kolczyk w dolnej wardze.
– Nie radzę – oznajmił stanowczym tonem, po czym wyciągnął dłoń w stronę Rose i mężczyzny, a ci natychmiast zamarli w bezruchu. – Przestańcie… Lata się nie widzieliście i tak się witacie – mruknął pod nosem z irytacją w głosie. – Cześć, Rose. Przepraszam za Drew.
Gdy tylko opuścił rękę, oboje jakby zostali odmrożeni.
– Raymond! – zawołała Rose, rzucając się w jego stronę. – Nie krzywdź Troye’a, błagam… Zostawcie go…
– Ja? Chyba zapomniałaś, jaki jestem – prychnął mężczyzna nazwany Raymondem.
Drew wyprostował się dumnie, otrzepując ubrania z pyłu wzniesionego przy walce.
– Nie przedstawisz nas, Rzygowinko? – zagadnął, szczerząc kły we wrednym uśmiechu.
– Nie nazywaj mnie tak! – wrzasnęła Rose, chwytając Troye’a za rękę.
Stanęli naprzeciwko siebie – Rose obok Troye’a, Drew obok brata. Napięcie między tymi dwiema stronami aż iskrzyło.
– No to sami się przedstawimy… Andrew Elliot, a to jest Raymond, mój młodszy braciszek – oznajmił wampir, wyciągając rękę w stronę Troye’a.
– Myślisz, że możemy się tak po prostu przywitać? Chory jesteś? – syknęła Rose.
– Chciałbym poznać tego człowieka, z którym wymieniasz płyny ustrojowe – odparł Drew, wzruszając ramionami i uśmiechając się kpiąco.
– Skąd… Jak ty… Wdarłeś mu się do umysłu?! – obruszyła się.
– Właśnie coś nie mogę… Silny jest, skubaniec. Uczyłaś go?
– Czekajcie, proszę, ja już przestałem rozumieć tę sytuację… – jęknął zdezorientowany Troye.
– Ja też nie mam pojęcia, o czym wy pieprzycie – wtrącił Raymond – ale niezbyt mnie to obchodzi.
– Troye, to są moi kuzyni… Ci, z którymi się wychowywałam – wyjaśniła Rose.
– Och… OCH – skomentował, przypominając sobie wszystkie niemiłe historie, które o nich poznał.
– O, słyszysz, Mond? Rzygowinka jednak mu coś o nas wspominała – zarechotał Drew.
– Co wy tu robicie? – westchnęła Rose.
– Przypadek znów skrzyżował nasze losy, młoda – odrzekł Drew, rozkładając ręce. – Myślałaś, że się nas pozbędziesz? Otóż nie tym razem.
– Ech… Matka się dorwała do moich obrazów – oznajmił Raymond, rozmasowując sobie dłonią skroń. – Bez mojej wiedzy wystawiła je na aukcję… Komuś nawet się to spodobało i tak jakby przypadkiem wyszło, że zostałem artystą. Ale łajno – skwitował.
– Mond jest sławny, a my bogaci – wtrącił Drew. – Niedługo wernisaż, przyjdziecie?
– Akurat tutaj?... – pisnęła Rose. – Naprawdę, z wszystkich miejsc na świecie, musiało to być akurat tutaj?!
– Ej, ja za tobą trochę tęskniłem, a ty tak oschle do mnie? – prychnął Raymond.
– Mond rzadko mówi o uczuciach, więc chyba mówi serio – potaknął mu Drew.
– Dobra, do ciebie nie mam aż takiego żalu jak do tego tutaj – westchnęła, wskazując na starszego kuzyna. – Mimo to możemy już nie wchodzić sobie w drogę?
– Chyba żartujesz – zaśmiał się Drew. – Teraz, gdy już cię tu zlokalizowaliśmy, będziemy ci bardzo wchodzić w drogę. Wam obojgu zresztą.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz